Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsoul Sessions. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsoul Sessions. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2011

Jesień z Taylorem McFerrinem w ramach Warsoul Sessions

Nie pamiętam dokładnie przedziałów czasowych w których po raz pierwszy natknąłem się na twórczość Taylora McFerrina. Pamiętam natomiast, że zaczarował mnie utworem “Awake To You”,  który promował nieustannie Benji B w swoich audycjach, jeszcze gdy pracował w BBC 1Xtra. Ten numer jest krótki, ma niecałe trzy minuty, ale wkręcił się Benkowi tak mocno, że potrafił go puszczać dwa razy z rzędu podczas jednego show. Później, Taylor wrzucił na swojego soundclouda “Early Riser Preview”. Kto śledził młodego McFerrina już wtedy, zapewne ma jeszcze w czeluściach dysku twardego nie tylko wspomniany wyżej numer, ale też kapitalny “Done For” oraz wzruszający “Place In My Heart” z gościnnym udziałem Ryat. Od tego czasu sporo w karierze Taylora się zmieniło, ale zacznijmy od początku.



poniedziałek, 16 maja 2011

O grubaśnych urodzinach Warsoul

Jest to wpis z datą wsteczną, więc mimo tego, że czytacie go dziś, czujcie się jakby była sobota 14.05.2011. Jestem właśnie w pociągu po fantastycznej tortilli serowej w mojej ulubionej knajpie "my'o'my", gdzie zawsze jadamy śniadania po sesjach Warsoul. Koniecznie polecam sprawdzić tam kawę którą podają od niedawna... o ile się nie mylę jest przyrządzana za pomocą "dripa", czy czymkolwiek ten bliżej nieznany mi sprzęt jest. W każdym razie poinstruowano mnie, żebym poczekał chwilę z jej wypiciem gdyż wraz ze spadkiem temperatury zmienia się jej smak - i wiecie co? To była najlepsza czarna kawa jaką w życiu piłem! Teraz jest całkiem nieźle, siedzę, co prawda na nielegalu w przedziale dla matek z dziećmi, ale jedzie ze mną cudna panna, której pomogłem z bagażem, a teraz wstydzę się odezwać, więc czekam aż ibuprom zacznie działać i słucham albumu Jose James'a i Jef'a Neve'a z ubiegłego roku. Nadal jest piękny i zlewa się z aurą sobotniego, słonecznego, prawie że letniego popołudnia...



poniedziałek, 9 maja 2011

Urodzinowy, modern-funkowy potop w towarzystwie Opolopo i Amalii

Mam nadzieję że poprzednim wpisem pomogłem Wam, majówkowym podróżnikom i mieszkańcom stolicy, podjąć decyzję i rozwiać wszelkie wątpliwości na temat tego, gdzie spędzić najbliższy (wbrew pozorom szczęśliwy), piątek trzynastego. Jeśli się jeszcze wahacie, albo gorzej - jeśli jeszcze nie wiecie o co chodzi... to przypominam wideo flyerem autorstwa niezastąpionego Łukasza Zabłockiego:


Mark de Clive Lowe, Bembe Segue, Opolopo, Amalia @ WARSOUL 2nd b-day


Wiecie już trochę na temat Mark'a de Clive Lowe'a i Bembe Segue z poprzedniego wpisu, natomiast nie wypada nie wspomnieć o drugiej części line up'u, który sprawi że wszyscy z wrażenia wyskoczymy z papci. Tak, tak... niczym "potop Szwedzki", paradoksalnie w pozytywnym sensie przypieprzą nam swoim brzmieniem Opolopo i Amalia.


poniedziałek, 2 maja 2011

Za co cenię sobie muzykę Mark'a de Clive Lowe'a i Bembe Segue...

Chyba nie czuję się na siłach żeby próbować opisywać to, z czego Mark de Clive Lowe jest najbardziej znany. A chyba najwięcej rozgłosu przyniósł mu okres pobytu w zachodnim Londynie, gdzie razem z innymi kozakami w nurcie broken beat zbierał multum pochlebnych recenzji w czasie, w którym UK kipiało połamanymi bitami, jak dziś tętni dubstepem. Z przykrością muszę stwierdzić że nie załapałem się na erę fascynacji tym typem brzmienia i nie wiele mogę o tym powiedzieć/napisać. Więcej mogę z pewnością napomknąć o jazzie Mark'a, albo o rzeczach które z łatwością w jazz wpadały, mimo że tworzył je z ludźmi z którymi w zasadzie z graniem jazzu (w klasycznym tego terminu rozumieniu), nigdy byśmy nie kojarzyli. Głównie przez wzgląd na to, że większość postaci które mam na myśli, wywodzi się z nurtu hip-hopowego.  Dlaczego o tym? Nie bez okazji, już niebawem, w 13-stego w piątek, drugie urodziny Warsoul a na nich między innymi Mark De Live Lowe w duecie z Bembe Segue.



poniedziałek, 14 marca 2011

EXILE & HOUSE SHOES @ RBMA WARSOUL MPC LIVE SESSIONS

Warszawskie eventy odbywające się w piątkowe wieczory są dla mnie zwykle trudniejsze niż te, które odbywają się w soboty. Generalnie jest wtedy mniej czasu na wszystko. Z tym że na tej edycji, było paradoksalnie odwrotnie... z mijającym czasem dostawaliśmy go więcej i więcej, co powodowało jeszcze bardziej eksploatującą nas atmosferę oczekiwania.



piątek, 25 lutego 2011

RBMA WARSOUL MPC LIVE SESSIONS - EXILE & HOUSE SHOES (L.A./Detroit, USA)

Przeglądając listę muzyków zapraszanych na Warsoul Sessions, trudno nie zauważyć głębokiej inspiracji nowym brzmieniem Kalifornii. Nie inaczej będzie i tym razem. Ze swoim żywiołowem live setem na MPC przyjedzie do nas jeden z najlepszych beatmakerów z Los Angeles, Exile, a jego sesję uświetni swoim setem legendarny dj i producent z Detroit, House Shoes.



czwartek, 17 lutego 2011

COULTRAIN X BLACK SPADE @ WARSOUL

Ten weekend od początku zapowiadał się świetnie. W piątek miałem pojawić się w kilku miejscach w Poznaniu, między innymi na otwarciu nowego klubu zwanego Baker Street, o którym Mentalcut pisze tutaj. Miałem też zjawić się w Opcji na cyklu Hype przybić piątkę Kixowi i Phantomowi. Wszystko w tym kierunku szło nieźle mniej więcej do godziny 19-stej, bo potem wleciałem zupełnie na chwilę na DDC piętro do Icka, okazało się że odbywa się tam posiadówa przed nocnym, między klubowym rejsem. Na stole pojawiła się Żytnia w większych ilościach a wraz z nią rozmowy o tym co jest szowinistyczne, a co nie jest oraz inne tego typu wieczorne polaków rozmowy. Nie minęła północ, a ja już byłem nieźle zrobiony. Uciekłem do domu, nie pojawiając się ostatecznie w żadnym z miejsc w których miałem się zjawić.


To nie było tak że nie chciałem, albo byłem zbyt skończony żeby wirować dalej. W sobotę od rana przyświecał mi wyższy cel. Należało wstać wcześnie rano i złapać pociąg do Warszawy. Zwykle staram się być nieco wcześniej na Warsoul... najczęściej dzień przed samą imprezą, żeby ze spokojem pomóc Maceo zapiąć wszystko na ostatni guzik, ale tym razem rzecz była nieco bardziej skomplikowana. Otóż Maciek, przed samym sobotnim wydarzeniem grał w Bratysławie i pojawił się w stolicy dopiero w sobotę o 15:30. Aby wszystko dobrze zsynchronizować musiałem pojawić się na Dworcu Centralnym wcześniej, żeby zdążyć zrobić biznesy w Side One i Wax Boxie, a potem odebrać Maceo z jego pociągowych zagranicznych wojaży. Z Poznania nie jechałem sam, na koncert wybierał się młodszy ode mnie pasjonat muzyki Łukasz Kowalka, którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiam. Dzięki temu, że tłumaczyłem mu przez całą podróż dlaczego we własnym mieście zaczynam uchodzić za hejtera i co nie podoba mi się w Poznańskiej scenie kulturalnej - podróż (jak zwykle w korytarzu) minęła bardzo szybko. Jak się później okazało, na Warsoul przyjechał nie tylko Łukasz, ale też jego większe grono znajomych, co bardzo mnie cieszy bo dzięki temu wiem, że na wydarzenia wpadają nie tylko lokalni słuchacze. Mało tego, na tej edycji Warsoul były też dziewczyny z Opola, Torunia, Wrocławia a także gwardia z Gorzowa Wielkopolskiego. Bardzo serdecznie w imieniu Warsoul Crew Wam dziękuje, za to że przemierzacie pół Polski żeby posłuchać dobrej muzyki, bardzo doceniamy Wasze starania!


Coultrain, Black Spade i Johari wylądowali na Okęciu po pierwszej. Na szczęście Envee odebrał ich z lotniska, przetransportował do hotelu, a potem do Radia Roxy. Zanim Maceo dobił do ostatniej stacji, pod dworcem stała już taryfa i migiem udaliśmy się do budynku Agory, skąd nadawana jest audycja "Kosmos". Zazwyczaj nie idzie nam tak pomyślnie, zawsze coś... albo automat do transmisji się zjebie, są korki, samochód nie odpala albo nikt nie będzie miał karty wstępu do studia. Tym razem żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, byliśmy w radiu dokładnie na piętnaście minut przed zakończeniem audycji, dzięki czemu udało się przeprowadzić krótki wywiad na żywo z gośćmi ostatniego Warsoul Sessions. Po audycji udało nam się lepiej poznać z chłopakami, już kilka pierwszych zdań które zamieniliśmy poświadczyło o tym, że nie mamy do czynienia z "gwiazdorką", tylko ze spoko kolesiami z ogromnym poczuciem humoru. Maciek (Envee) odstawił Headhunters'ów do hotelu, a Maceo i ja pojechaliśmy na Saską Kępę odstawić zbędne rzeczy które przytargaliśmy z podróży i ogarnąć trochę wokół siebie. Nie mieliśmy za dużo czasu bo "Kosmos" kończył się o 16, a o 18 mieliśmy być na próbie w Powiększeniu. W takich chwilach czas płynie znacznie szybciej, a tej soboty zapierdalał jeszcze bardziej, bo chcieliśmy zacząć imprezę wcześniej szanując chęć tych słuchaczy, którzy tego wieczora chcieli jeszcze załapać się na set Jamiego XX. Muszę przyznać że uwielbiam soundcheck, wtedy za każdym razem dostajesz próbkę energii i trochę improwizacji, której możesz spodziewać się na koncercie. To co Coultrain i Black Spade pokazali przed koncertem, uświadczyło mnie w przekonaniu że czeka nas wieczór pełen wrażeń. Oczywiście w takich momentach przychodzi też moment, który ja nazywam patologią. Train i Johari mieli ochotę zajarać, no to nie mogłem odpuścić takiej okazji. Jak zwykle w takich chwilach bywa, kiedy gościsz muzyków z zza oceanu, a tym bardziej z rejonów Kaliforni, dowiadujesz się że oni nie palą po "europejsku". Zostałem więc zaproszony na wąsa, bez filtra i bez tyteksu. Ja pierdole, wtedy zwykły europejczyk - polaczek, taki jak ja, ma nieźle przejebane. Wiem jak reaguję na czyściocha, nie będąc przygotowany do tematu. Johari ściągnął trzy kolejki, twierdził że już jest haj, ja się duszę bo za biedny jestem na palenie na czysto, a Coultrain się pyta czy coś czujemy?! Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam do czynienia z byle zawodnikiem.


Prawdziwym zdziwieniem było dla mnie to, że w towarzystwie dwóch heavy smokerów, uchował się Black Spade, który przestał jarać jakoś wtedy, gdy wyszedł pierwszy "Chronic" od Dr'a Dre. W każdym razie ujarali mnie dość mocno, z czego toczyli niezłą bekę w taksówce. Wróciłem do Powiększenia, a tam był już gotowy Rafał aka J-Son i napierdalał niezły warm-up mix. Wiadomo, byłem high to ciepłe brzmienie które serwował nieźle mi się wkręciło, ale co będę dużo gadał, kto bywa na gigach Na Stare Milion ten wie, że Rafał nie jest w ciemię bity. Gra groźne rzeczy w zależności od profilu imprezy... między 21 a 23 parkiet się zapełniał w rytm soulowego brzmienia. Muszę przyznać że była to dla nas chwila grozy, bo hajp który zrobił się w kontekście imprezy w 1500m2, świadczył o tym że w każdym innym klubie będzie frekwencyjnie dużo gorzej. Tak się jednak nie stało, w Powiększeniu na Hawthorne Headhunters pojawiło się sporo ludzi, co przekroczyło nasze oczekiwania. Jeszcze raz, dziękujemy Wam bardzo serdecznie, kolejny raz udowodniliście nam że warto się dla Was starać.


Coultrain i Black Spade zagrali dużą część numerów z nadchodzącego wielkimi krokami długogrającego krążka Hawthorne Headhunters oraz kilka numerów z mikstejpów, które udostępnili za darmo w internecie. Powiem szczerze że byłem i nadal jestem pod wielkim wrażeniem tego co usłyszałem. Publiczność świetnie przyjęła rapowo-śpiewaną wersję utworu Onry, który chłopaki nazwali "Planet Rock".



Oprócz tego mieliśmy też kolaboracje z Dam Funk'iem i gościem o ksywie Devonwho?. Te trzy numery nadały koncertowi nieco kosmiczno-nowobitowego, modern-boogie-funkowego smaku, podbijanego brzmieniem MPC. Duża charyzma Black Spade'a i popisy wokalne Coultrain'a pozostaną na długo w pamięci. Mimo tego, że artyści zaskoczyli nas wszystkich brakiem bardziej znanych nam utworów potrafili sprowokować publiczność, szczególnie jej żeńską część do współpracy, dzięki czemu powstawał cudowny crowd-control, dzięki czemu w sobotę w Powiększeniu było bardzo głośno i gorąco. Stoney, zaprosił też na scenę trzech odważnych MC's, którzy mogli sprawdzić się na mikrofonie. Szczególnie dobre wrażenie pozostawił po sobie Iwo, raper i wokalista zespołu Sofa, który rapując po angielsku wywarł dość duże wrażenie nie tylko na publiczności ale też na Train'ie, który aż zrobił wielkie oczy jak to zobaczył. Publiczność domagała się hitów, powiem szczerze że byłem zdziwiony że ludzie koniecznie chcieli usłyszeć "Evil Love" czy "She Wanna". Chłopaki nie mieli ze sobą tego materiału. Na szczęście słuchacze uczęszczający na Warsoul, chodzą na koncerty przygotowani. Na bisie, na talerzu pojawił się test pressing epki, zawierający "She Wanna", chłopaki wykonali swoje części ucinając kawałek na zwrotce Jimi James, twierdząc że nie mogą wykonać tego utworu bez niej. Koncert skończył się przed godziną pierwszą. Maceo, zapowiedział dalsze sety w wykonaniu swoim, Envee'go i J-Son'a, podpuszczając nieco przybyłych tym, że jeśli mają gdzieś jeszcze tego wieczoru się zjawić, to mają jeszcze na to chwilę czasu, jeśli natomiast chcą zostać z nami, to też będzie fajnie. I tutaj szok wieczoru, pełny parkiet do godzin późnych w rytmach najróżniejszych. Bardzo mocna balanga! Niestety jak zwykle większość przegapiłem, opiekując się Johari'm, Spade'm i Train'em. Dowiedziałem się między innymi że Stoney na serio nazywa się Vito Money i że największy manager jakiego poznałem w życiu, który ważył chyba więcej niż Biggie, również jest raperem, a do tego lubi wrzucać tagi tu i ówdzie. Johari i Black Spade zasmakowali w wiśniówce a Coultrain okazał się jednym z najbardziej hardcorowych kompanów do picia wódki. Nie dość że Ci goście potrafili wypalić w dwóch wąsach staffu na dwa dni, to jeszcze mieli niezłe głowy do berbeli. Train pił na szklanki, że lecieliśmy jeszcze do baru, tam mieszał jeszcze z żubrówkę i inne Polskie wódki, po tym wszystkim nadal trzymał szpan. Silny gość. Około czwartej w nocy Agnieszka namówiła chłopaków na Wietnamskie jedzenie koło Palladium i dopiero zaczynało wychodzić jaki wir był tego wieczoru. Zamawialiśmy jedzenie z 15 minut, po czym okazało się przy wsiadaniu do taksówki, że to co znajduje się w reklamówkach, to nie to co chcieliśmy, więc powrót do knajpy zmiana zamówienia, znowu zanim to przygotowali trochę czasu minęło, w międzyczasie chłopaki zdążyli wkręcić Adze, że nie ma lepszego ziomka od Seblove'a i że powinna wyjść za mnie za mąż. Wychodząc zauważyliśmy że jest kurewsko zimno, jakiś przymrozek się zrobił, złapałem chłopakom taryfę pod Palladium, a tu nagle hałas a zaraz wybucha atak śmiechu. Największy manager w showbiznesie wyjebał się na krawężniku, tracąc trochę wywalczonego wcześniej zamówienia, po czym wstał bardzo szybko i bardzo poważnie, wyglądając jak Peter Griffin, rzekł: "I'm OK". Stoney tak bardzo toczył z niego zwałę, że cała taksówka się trzęsła. Żałuję, że nie potrafię opisać całej tej sytuacji, bo nie jest ona nawet w 1% tak śmieszna jak to co tam się wydarzyło. Cała historia była przytaczana jeszcze przez dwa kolejne dni. Odstawiając chłopaków, wróciliśmy na tańce do Powiększenia. Nie pamiętam o której wróciliśmy na Saską z Maceo. Było grubo!


Przez problem z niedostarczonymi biletami na pociąg z Niemiec za pomocą sławnej Poczty Polskiej, chłopaki mogli zostać w Warszawie do poniedziałku. Z góry przepraszam wszystkich z którymi wcześniej się umówiłem na niedzielę i nie dotarłem na spotkania, ale przez te szczególne okoliczności moja misja się przedłużyła. Gdy odcholowaliśmy auto z Powiększenia i odebraliśmy chłopaków z Merkurego, wbiliśmy na kawę i hamburgery do coraz bardziej głośnego "My'o'My".


Bez ściemy polecam tę knajpę. Wszystko najświeższej jakości, przytulnie i na serio zajebiście zaprojektowane. Chciałbym żeby takie miejsca pojawiały się w Poznaniu, takie do których chciałoby mi się wyjść z domu i pochillować, posłuchać dobrej muzyki i liczyć na to, że spotka się tam kogoś znajomego. Rotacja ludzi w tym miejscu jest ogromna, przynajmniej tak było w niedzielę, mało tego - wszyscy się tam znali! Jak będziecie w Warszawie, koniecznie wbijcie tam na ciasto i kawę, polecam nie tylko ja, ale też Hawthorne Headhunters! Wieczorem uderzyliśmy do studia na Woli, gdzie pracują Envee i Maceo. Nigdy wcześniej tam nie byłem i żałuje że nie mam zdjęć żeby Wam to pokazać, ale jest taka szansa że jeszcze je wrzucę jak tylko wydobędę je od Maćka. Kiedy tam zajechaliśmy, w studio byli jeszcze Iza Kowalewska i chłopaki z Muzykoterapii. Potem doszło do prezentacji nadchodzącej płyty Headhuntersów, która ukaże się niebawem nakładem (prawdopodobnie) Plug Research. Już mogę powiedzieć, że będzie to jedno z mocniejszych wydawnictw tego roku, zresztą wiecie to doskonale po koncercie. Potem, doszło do prezentacji utworów z laboratorium Niewinnych Czarodziei. To co Ci kolesie przetrzymują w czeluściach swoich dysków twardych, to prawdziwa poezja. Chłopaki zajarali się produkcjami Maćków i postanowili zrobić z miejsca kolaborację. Nie jestem w stanie opisać tego jak mocne to były dla mnie wrażenia i jak piękny to był wieczór skąpany w pysznej whisky, obserwowany zapuchniętym okiem przez pryzmat kolejnych gibonów wypalanych z Joharim i Train'em. Efekt kolaboracji roboczo nazywa się "Sweet Slang" i mam nadzieję że taki zostanie do czasu jego udostępnienia. Maceo napisał o tym "Niewykluczone, ze dziś jest najlepszy dzień mojego życia", dla mnie z pewnością był... czułem się jak w bym był w sławnym bomb-shelter Madliba i wdziałbym jak dzieje się magia. Aż żal było wracać do rzeczywistości.

czwartek, 10 lutego 2011

O tym jak Dworak zagadał się z Coultrainem

Tym razem zawartość całego wpisu oddaje mojemu przyjacielowi, który od dłuższego czasu siedzi w Chicago - Dworakowi. Niektórzy z Was dobrze go znają, lub przynajmniej kojarzą z tworzenia Warsoul Sessions. Także koniec mojego zbędnego rozpisywania się, odsyłam Was do bardzo ciekawego wywiadu z gościem nadchodzącego koncertu w powiększeniu. Zapraszam na Dworak's Takeover.



Album „Adventures Of Seymour Liberty" był niewątpliwie jednym z najbardziej zaskakujących wydawnictw soulowych 2007 roku. Rozpisywały się o nim znaczące gazety muzyczne a portale pokroju Okayplayer.com wysoko oceniały ten album w swoich recenzjach. Na autora tego wydawnictwa spadła masa pochlebnych słów i nie ma się czemu dziwić bo krążek jest naprawdę mocny a Coultrain dysponuje imponującymi zdolnościami wokalnymi. Nie musiał długo czekać, aby słynni producenci z Platinum Pied Pipers, zaprosili go do współpracy nad swoim albumem zatytułowanym „Abundance”.
Gdy usłyszałem, że Coultrain ma zagrać w Chicago, nie wahałem się ani chwili, aby zobaczyć jak radzi sobie na scenie. Bez dwóch zdań nie zawiodłem się po tym jak w małym klubie na północy, Coultrain dał pokaz swoich nieludzkich umiejętności. Gdy już ochłonął, przybił piątki z każdym w klubie, rozdał autografy i dopił swojego drinka znalazł chwile, aby porozmawiać trochę o swojej twórczości.
Mi jedynie pozostaje pozazdrościć Warszawiakom, którzy będą mogli uczestniczyć w wyjątkowym koncercie „Warsoul Session Hawthorne Headhunters feat. Black Spade & Coultrain” 12 lutego w Powiększeniu. Tymczasem zapraszam Was do przeczytania zapisu z rozmowy jaką udało mi się przeprowadzić z Coultrainem po koncercie:


Dworak: Aaron M. Frison znany jest także jako Coultrain i Seymour Liberty. Czy mógłbyś wytłumaczyć mi czym różnią się od siebie te trzy postacie i jak wzajemnie na siebie oddziałują?

Coultrain: Oczywiście. W zasadzie to nazewnictwo nie wiąże się z różnicami, ale raczej istotne jest to co mają wspólnego, ponieważ one po prostu odzwierciedlają nastroje mojej osobowości. Aaron M. Frison to ja jako pisarz, artysta. Coultrain to wykonawca muzyczny, performer. Seymour Liberty to natomiast postać fikcyjna, która ma moje wszystkie wady ale posiada również super moce, które czasami bywają nieaktywne. Ta postać jest silnie powiązania z moją wyobraźnią, uczuciami jak i momentami przełomowymi, które przyniosły różne potyczki życiowe. Seymour jest niemalże postacią biograficzną, ale funkcjonuje także jako pretekst do opowiadania zmyślonych historii. Reasumując te formy osobowości określają po prostu moje nastroje, które często ulęgają zmianom.

Dworak: Słyszałem, że planujesz wydać trylogię przygód Seymoura. Czym będzie różnic się nadchodząca druga część? Nawiązując do tytułu jaki ukazał się w internecie, chciałbym też zapytać ciebie, przed czym ucieka Seymour?

Coultrain: Moje nowe wydawnictwo wiąże się z totalnie nowym podejściem do wszystkiego. Kompozycje uległy kompletnej zmianie, paradygmat jest inny tak samo jak i muzycy. Nowe brzmienie ukazuje rozwój, drogę jaką przemierzyłem od miejsca skąd przybyłem i nagrałem pierwszą część. Na nowym albumie nie znajdziesz sampli jazzowych, wszystko jest twórczością muzyków sesyjnych. Czuje że to tworzy kompletnie nowy wymiar jeśli chodzi o brzmienie, daje mi wolność od ograniczeń jakie niesie ze sobą używanie sampli. Dodatkowo druga część jest wypadkową, tego co wyniosłem ze wszystkich miejsc w jakich dotychczas byłem i wszystkich ludzi których spotkałem. Jest zdecydowanie cięższy, o wiele więcej zawarłem w nim historii nacechowanych dużym pokładem emocjonalnym. Domyślam się, że pytasz o “ucieczkę” Seymoura w kontekście roboczej nazwy albumu, uległ on jednak zmianie. To był raczej tymczasowy tytuł, jednak myśl w nim zawarta, a może nawet temat przewodni, pozostaje ten sam. On ucieka przed starymi standardami, od tego co myślał że istnieje, co stwarzało mu ograniczenia, więc ta myśl z tytułu o którym wspomniałeś jest nadal obecna, jednak decyzja o jego zmianie zapadła juz jakiś czas temu.

Dworak: Jaka jest zatem cała koncepcja trylogii?

Coultrain: Wiesz tak naprawdę nie mogę zdefiniować jaka jest cała koncepcja, bo jest zbyt obszerna, aby opisać ją przed ukończeniem, wołałbym raczej aby to słuchacze zdecydowali o czym jest ten projekt. Mam taką nadzieję, że jest o wszystkim i o niczym. Myślę, że najbardziej zwięzłym terminem, którym mógłbym ją opisać jest po prostu “rozwój”.

Dworak: A co z mixtape’ami, publikowanymi w między czasie, które zawierają wcześniej niepublikowane utwory. Czy one odgrywają jakąś szczególną rolę w trylogii czy są wyłącznie projektami pobocznymi?

Coultrain: „GodMustBeABoogieMan” nie jest kompletnie związany z trylogią, to jest wyłącznie historia o tym co sie wydarzyło po tym jak Seymour opuścił St. Louis i zostawił tam swoją kobietę. Drugi mixtape “While She Was Sleeping” był mniej lub bardziej stworzony w celach promocyjnych, aby poinformować ludzi co dotychczas się wydarzyło, taki ruch aby zaznajomić nowych ludzi z naszą twórczością.


Dworak: Każdy postrzega rzeczywistość, dźwięk oraz muzykę inaczej. Nasze doświadczenie życiowe i emocje wpływają na organizacje i interpretacje wrażeń zmysłowych. Reasumując, na pewno istnieje krytyka twojej twórczości, co o tym myślisz? Czy tworzysz muzykę dla siebie, fanów a może dla krytyków?

Coultrain: Mądry człowiek kiedyś powiedział mi, że jeśli ludzie nie krytykują twojej twórczości to znaczy, że musisz robić coś źle i to w zasadzie, zupełnie wyraża moją opinię na ten temat. Krytyka to ważny aspekt mojej przeszłości. Tworze muzykę dla każdego, to znaczy dla fanów przede wszystkim, opierając to na fakcie, że ich lojalność daje mi siłę, aby utrzymać się na powierzchni, równocześnie nie ma ich w mojej głowie, podczas samego procesu tworzenia. Uwielbiam opowiadać historie, to jest moja wypadkowa motywacja dla kreatywności. Muzyka jest najbardziej boską formą artystycznej ekspresji, czuje się stworzony dla niej. Mam nadzieje, że każdy może odnaleźć coś w mojej twórczości, nie mogę tak naprawdę zlekceważyć nikogo. Sądzę że prawda jest taka, że ludzie słuchają swojego wnętrza, jednak równocześnie zwracają uwagę na krytykę innych.

Dworak: Utwór z twojego ostatniego singla wydanego nakładem RecordBreaking nazywa się “The Wanderer” (wędrowiec). Jak już wcześniej wspomniałeś pochodzisz z St. Louis, ale mam też w głowie fakt, że jakiś czas mieszkałeś w Los Angeles, Nowym Jorku jak i w Europie. Co jest tak wyjątkowego w podróżowaniu i zmienianiu tych wszystkich miejsc? Jak to wpłynęło na twoją twórczość oraz na to kim dzisiaj jesteś?

Coultrain: To co mnie najbardziej pociąga w podróżowaniu to rzeczy jakie możesz ujrzeć i sztuka, która cię otacza w tych wszystkich nowych miejscach. Lubię korzystać z możliwości zasmakowania nowych potraw czy czytania nowych książek. Podróżowanie dostarczyło mi wiele wnikliwych myśli na temat tego co zostawiłem, skąd przybyłem oraz dokąd zmierzam. Zdecydowanie pomogło to rozwinąć się mojej sztuce. Zachęcam każdego, aby w miarę możliwości podróżował jak najwięcej, aby mięć okazję doświadczyć tych wszystkich różnic, to jest naprawdę powalające przeżycie, są oczywiście negatywne aspekty takiego stylu życia, ale alternatywa jest dla mnie raczej ponura.

Dworak: Twoja muzyka jest bardzo emocjonalna, na pewno nie można powiedzieć o niej, że jest powierzchowna w przeciwieństwie do bombardującej nas twórczości z mediów masowych. Co sprawiło, że podchodzisz do swojej sztuki w tak spirytystyczny i głęboki sposób?

Coultrain: Powiedziałbym, że moje wychowanie wpłynęło na mnie najbardziej. Mój ojciec był pastorem i zaraził mnie fascynacją do opowiadania historii, to zawsze był istotny aspekt w mojej rodzinie, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Moja matka z kolei odcisnęła piętno swoim bardzo organicznym stylem śpiewania. Zostałem wychowany w bardzo uduchowionym środowisku i pewnie dlatego zadaje sobie te niekończące się pytania, które wciąż wysyłają mnie do poszukiwania, to powoduje że bardzo dużo studiuje, dużo myślę, po to aby moja muzyka brzmiała szczerze i uczciwie. Jeśli ktokolwiek jej słucha i czuje się wspaniale bądź prowokuje to jego myśli to znaczy, że gdzieś już zaszedłem jako pisarz i muzyk.

Dworak: Brałeś udział w wielu ciekawych projektach. Posługując się metaforą podróży chciałbym się ciebie zapytać czy czujesz, że jesteś już na końcu drogi do perfekcji, czy może dalej poszukujesz możliwości, aby rozwinąć sie jako artysta?

Coultrain: Myślę, że cos takiego jak perfekcyjność nie istnieje. Uważam, że mogę być mistrzem, ale nie jestem pewien czy ta podróż może się skończyć, podczas gdy nadal stąpam po tej ziemi. Szczerze to mam nadzieję ze nie może, bo zanudziłbym mój umysł na śmierć. Chciałbym pokonać powierzchowność w mojej twórczości, poszukiwanie natomiast trwa przez całe życie, to jest główna myśl mojego wywodu: aby uczyć się całe życie. To jest jeden z powodów dlaczego łodzik jest częścią mojego logo, progres to niekończący sie proces, ponieważ rozwijamy się przez całe życie.

Dworak: Następne pytanie jest związane z twoimi licznymi kolaboracjami. Współpracowałeś m.in. z Daru Jonesem, Platinum Pied Pipers, I Cedem niedługo ukażą sie twoje utwory z Jameszoo, 14KT. Domyślam się, że śledzisz trendy jakie obowiązują w dzisiejszej muzyce, ale zastanawia mnie w jakim kierunku chcesz podążać ze swoim brzmieniem? Jaki typ muzyki teraz preferujesz zważywszy na to jak bardzo zróżnicowanych producentów wybierałeś dotychczas.

Coultrain: Mam zróżnicowaną osobowość, tak samo jak ty, tak samo jak każdy inny, po prostu w inny sposób od reszty. Uwielbiam różnorodność gatunków muzycznych, więc kolaboruje z wieloma rożnymi artystami. Solowe projekty natomiast, miały za zadanie ustanowić fundamenty do tego gdzie następnie będę podążał muzycznie, to jest kombinacja tego co na mnie cały czas wpływa, więc naprawdę nie mogę stwierdzić dokąd podążam. Fascynuje się wyszukaniem i inteligencją jazzu, jestem zagłębiony w murach post rocka, pulsie funku, ciemnościach bluesa, to jest dla mnie wszystko to samo, po prostu inny nastrój muzyczny.

Dworak: Jakie są główne cele albo może misja jaką przypisujesz swojej sztuce?

Coultrain: Chciałbym dalej się rozwijać, opowiadać historie jak nikt inny, do których każdy może się odnieść i utożsamić. Myślę że ostatecznie, aby móc używać tych darów trzeba je przede wszystkim docenić i podziękować za nie Bogu, nawet podczas gdy mówimy o seksie i narkotykach, historie muszą być pełne humoru, smutku, pouczających lekcji to wszystko jest ludzkie i powinno wyrażać nasze słabości w podążaniu do prawdy, jak i mówić o postępach w przybliżaniu sie do siebie. Więc mam nadzieję, że ludzie czerpią z mojej muzyki cokolwiek chcą i przede wszystkim są sobie mniej obcy.

Dworak: Jaka jest twoja definicja Boga, miłości i wolności?

Coultrain: Te trzy rzeczy są również dla mnie jednością, po prostu w innych aspektach. Jeśli wiesz czym jest Bóg, wtedy wiesz czym jest miłość i wolność, więc definiowanie każdego z osobna jest możliwe tak samo jak wszystkich razem. Te trzy rzeczy wpływają na moją muzykę najbardziej. Jestem niezależnym artystą ponieważ wolność jest dla mnie bardzo ważna, Bóg który pociąga za sznurki wszechświata jest obecny w mojej twórczości a miłość jest powodem ich wszystkich.

Grzegorz „Dworak” Dworakowski (Warsoul)
(greg.dworakowski@gmail.com)

środa, 2 lutego 2011

WARSOUL SESSIONS : HAWTHORNE HEADHUNTERS - BLACK SPADE & COULTRAIN

O Coultran'ie pisałem jeszcze na łamach nie istniejącego już portalu wersalka.com, potem w wakacje 2008 roku przypominałem o jego twórczości tutaj. We wrześniu zeszłego roku, ukazała się darmowa EP'ka pt. "GodMustBeABoogieMan", do której sprawdzenia zachęcałem tu.



Za niecałe dwa tygodnie będziemy mogli po raz pierwszy w Polsce posłuchać tego wokalisty na żywo w Powiększeniu (WWA), wraz z Black Spade'm, z którym reprezentują skład Hawthorne Headhunters.

Hawthorne Headhunters powstało w 2007 roku, w studio nagraniowym znajdującym się pomiędzy Long Beach i Los Angeles. Na czele grupy stanął Black Spade znany też jako Stoney Rock. Zainspirowani kalifornijskim słońcem, spotykając się w Hollywood Park, tworzyli swoje kompozycje w duchu tradycji Funkadelic, Soulquarians czy Native Tongues. Hawthorne Headhunters to fuzja funku, soulu, elektroniki jazzu i hip-hopu. Debiutowali w lipcu ...2009 roku wypuszczając świetnie przyjętą EPkę, którą zniknęła ze sklepów niemal błyskawicznie. Utwory takie jak „She Wanna” , „Manifest Station” czy „Do 4 U”, zapewniły zespołowi wyróżnienia w audycjach Gilles’a Peterson’a i Benji’ego B w kategoriach soul. W czasach rozkwitu nowego ruchu zwanego L.A Funk Movement, który propagują m.in. Sa-Ra czy Master Blazter, należy wspomnieć o jeszcze jednym aryciekawym projekcie zwanym PCH, czyli połączenie sił Hawthorne Headhunters z Dam-Funkiem. Póki co świat ujrzał tylko jeden numer, ale już zdążył zebrać pozytywne recenzje od magazynu Fader.


Black Spade - Evil Love



Lider Hawthorne Headhunters, Black Spade to pochodzący z St. Louis producent, wokalista i multiinstrumentalista, który aktualnie mieszka i tworzy w Los Angeles. Wśród swoich inspiracji wymienia takich artystów jak Prince, J Dilla, The Clash i Radiohead; nic więc dziwnego, że jego muzyka wybiega daleko poza przyjęte normy gatunkowe. Jego brzmienie jest z jednej strony mocno zakorzenione w klasyce jazzu, soulu i psychodelii, z drugiej zaś strony wyraźnie wybiega w przyszłość elektroniki i hip hopu. Black Spade sam pisze i produkuje swoje utwory, w których z równym powodzeniem śpiewa i rapuje. Oprócz tego zarówno w studiu, jak i na koncertach gra na syntezatorach i generuje siarczyste bity na samplerze Akai MPC-2000. Jego styl jest niesłychanie oryginalny i bez wątpienia płynie prosto z serca. Black Spade jest aktualnie jednym z najciekawszych twórców czarnej muzyki na świecie.

Hawthorne Headhunters - She Wanna LIVE rehearsal HVW8



Na Europejskiej trasie w 2011 Black Spade'owi towarzyszyć będzie jeszcze jeden fenomenalny artysta, znany jako Coultrain. Wokalista dorastał niczym Miles Davis w St. Louis. Śpiewu uczył się w kościele, a także od swojej matki która była solistką w miejscowym chórze. Ojciec był pastorem, od niego nauczył się jak opowiadać historię i jak tworzyć piosenki. Pokazał mu też muzyków takich jak Ray Charles czy Stevie Wonder - bo takich płyt słuchano u Coultrain'a w domu. W 2007 roku Coultrain zadebiutował fenomenalną płytą „Adventures Of Seymour Liberty", która w wielu zestawieniach krytyków, uchodziła za neo-soulową płytę roku, a sam Coultrain był porównywany do undergroundowego John’a Legend’a. Od czasu wydania solowego krążka dużo się wydarzyło w karierze Coultrain'a. Po pierwsze włożył bardzo dużo pracy w ostatnią płytę „Abundance" coraz bardziej eksperymentujących Platinum Pied Pipers, następnie dołączył do grupy Hawthorne Headhunters, gdzie nakładem HVW8 wydali EPkę, która sprzedała się szybciej, niż była tłoczona. W ubiegłym roku wydał singiel "The Wanderer/Balancing Act" nakładem wytwórni Recordbreakin' oraz znakomity drugi album, zatytułowany "GodMustBeABoogieman", który udostępnił za darmo w sieci.

Warsoul tej zimy proponuje dużo ciepłego soulu, ogrzewanego gorącym Kalifornijskim słońcem, bo czy trzeba nam czegoś więcej?

Spacerując Spalding Avenue w Los Angeles, pewnie nie raz zajrzelibyście do legendarnej już w Kalifornii galerii HVW8 promującej szeroko pojętą sztukę. Sesje które tam się odbywają przyciągają w biały dzień tyle ludzi, że miejsce to nie jest w stanie pomieścić wszystkich, stąd spora grupa przybyłych musiała wielokrotnie słuchać jam-sessions stojąc na ulicy. Było tak, kiedy koncertował tam zespół Master Blazter z Dam-Funk’iem na czele, czy Ti$a z Sa-Ra Creative Partners. Zresztą Ci, którzy mieli okazję znaleźć się w Warszawskim Powiększeniu na doskonale przyjętych koncertach wyżej wymienionych składów, doskonale wiedzą że słoneczne Cali to obecnie jedno z najważniejszych muzycznie miejsc na całej planecie. Pora na wydarzenie z udziałem kolejnego zespołu związanego ściśle z Heavyweight Production House: Hawthorne Headhunters


WARSOUL SESSIONS - HAWTHORNE HEADHUNTERS feat. BLACK
SPADE a.k.a. STONEY ROCK & COULTRAIN a.k.a. SEYMOUR LIBERTY
(St.Louis/Los Angeles, USA) - 12.02.2011, klub Powiększenie, Warszawa.


support: Maceo Wyro, Envee, + special guest: J-Son (Na Stare Milion)

start: godz. 21:00
bilety: 20 zł (przedsprzedaż - Side One, ul.Chmielna 21 oraz Waxbox, ul. Chmielna 10A) / 30 zł (w dniu koncertu)

poniedziałek, 29 listopada 2010

BTS x Warsoul Session On Tour: Eric Lau x Andrew Meza x Maceo Wyro


 W czwartek postanowiłem się wyspać, wiedząc że przez resztę weekendu może mi tego brakować. Między dziesiątą a jedenastą, tuż przed spaniem zbombałem niezłego skurwysyna po sąsiedzku z Wajdkiem na klatce. Był tak tłusty, że zasnąłem w pięć sekund, zapadając w "krainę Manitou" dość głęboko. W piątek już zaczynał się dla mnie urlop, więc wstałem ze spokojem o dziesiątej, trzasnąłem kawę i śniadanie, po czym wyruszyłem za potrzebą załatwienia serato, w które wyposażył mnie Olek Rudawski (Big up!). Będąc już na mieście, szukałem szczęścia, bo nie opłacało mi się wracać do domu. Odwiedziłem DDC piętro, zabijając czas z Ickiem i Profem. Po trzeciej, udałem się w kierunku Jeżyc, w sprawie ogarnięcia spraw związanych z zakwaterowaniem i jakoś tak się stało, że wpadłem w wir wydarzeń jak w tej znanej piosence Zipery, zapalając pierwszego dżoja tego dnia. Potem, jakoś nagle czas zaczął zapierdalać. Taryfą do chaty, szybki prysznic, turbo obiad, powrót na dworzec PKP, żeby odebrać Eric'a, Andrew i Maceo. Będąc już w hostelu, trochę zrobiło się lżej, wąs zaczął puszczać, to ukręciłem sobie następnego, zamówiliśmy jakieś jedzenie i czekaliśmy żeby udać się do Opcji, zostawiając chłopaków, żeby jeszcze trochę odespali. W klubie już jacyś ludzie się kręcili, zapełniając powoli miejsca siedzące. Maceo podłączył się i zaczął grać. Ludzie byli jacyś tacy niemrawi. Siedzieli, pili i sprawiali wrażenie nie zamierzających się bawić. Już nawet martwiliśmy się że coś poszło nie tak, że ludzie w Poznaniu nie bardzo mają ochotę na taką imprezę... pojechałem w międzyczasie po Andrew i Eric'a. Już nie wiem co myśleć o imprezach w Polsce. Kultura imprezowania uległa diametralnej zmianie. Jeszcze ja pamiętam czasy, jak na imprezy wychodziło się o 20-stej i wychodziło się po trzeciej. Teraz, ludzie zjawiają się po jedenastej i bawią się do rana. Czyżby nastała era before-party? Może coś przegapiłem, może sam miałem zawsze inny styl zabawy, ale teraz rzeczywiście tak jest, że nie ma sensu wychodzić przed dziesiątą. Gdy wbiliśmy do klubu, było już sporo ludzi... ale na parkiecie, jakoś ludzi robiło się coraz więcej, szczególnie gdy Maciek przyjebał "Dollar" Spacek'a. Andrew zaczął podłączać sprzęt. Gdy był gotowy, sięgnął mikrofon i powiedział: Hi I'm Andrew Meza, I'm from Los Angeles, California, I'm representing some shit called BTS! W trzy sekundy zrobił się pełny parkiet i rozpoczęło się szaleństwo. Byłem na wielu imprezach w Opcji, zazwyczaj ludzie dobrze się bawili, tańcząc do późnych godzin, ale tego wieczoru, ludzie w Poznaniu zwariowali! Nie wiem, czy to mikrofon podczas imprezy robi taką robotę, czy po prostu szczególny typ publiki który był tego wieczoru w klubie. Przyglądając się temu głębiej, pewnie jeden i drugi czynnik miał znaczenie. Dj'e w interakcji z publiką, plus publika która ma pojęcie o tym co wydobywa się z głośników, to musi przynieść w efekcie ogień. W secie Andrew było wszystko, od "Skullcrack'a" Dibiase przez "No Escapin' This" The Beatnuts, po chuj-wie-co-jeszcze. Zresztą, było to śmieszne, bo przed imprezą Andrew mówił że nie da rady zagrać dłużej niż 1,5h, ale jak się wkręcił, to Eric pytał mnie kiedy będzie mógł zmienić Andrew. Fajny klimat setowi nadawał też taki mały kontroler sampli, dzięki któremu co jakiś czas wyły syreny, czy powtarzało się "b-b-b-b-bts". Ludzie skakali, tańczyli, krzyczeli Andrew, Andrew! Zajebiście się bawili! W końcu Andrew postanowił rozklejać naklejki BTS Radio, po piersiach dziewcząt, a za granie wziął się Eric. W jego secie, było dużo rapu z golden age, trochę g-funku, pamiętam numer D'Angelo, a potem zaskoczył wszystkich grając disco i house. Chyba każdy z przybyłych w końcu trafił na gatunek muzyki, który by mu odpowiadał. Przez wieczór przewinęło się prawie 250 osób, co było fajnym wynikiem w momencie, gdy w mieście duża imprezowa konkurencja, "The Disco" w SQ, "Red Bull I-Battle" w Blue Note, Małolat/Pezet w Eskulapie i after-party w Rapporcie. Zresztą fragment tego co działo się w opcji można zobaczyć na tym filmiku, który nakręcił Prof:


My wychodziliśmy z klubu w okolicach piątej.  Maceo i Eric, postanowili odespać chwilę przed podróżą do Warszawy, natomiast Andrew, postanowił eksplorować Poznań na własną rękę z jakimiś dziewczętami. Na dworcu spotkaliśmy się o jedenastej rano. Chwilę stałem sam, bo reszta ekipy jeszcze nie dojechała... a tu przemyka Polina z Tap Madl. Na żywo fajna również, tylko cały czas kibicuje jej żeby przytyła! Jak się później okazało, zapierdzielała do stolicy razem z nami w wagonie, niestety nie odważyłem się zaprosić jej do Cafe Kulturalna. W podróży towarzyszył nam również Stu, znany bardziej jako Cosmic Boogie. Totalnie wykończony melanżem w SQ zapieprzał z nami na drugi gig w Powiększeniu. Bardzo wporzo koleś. Oczywiście, gdy nam najbardziej na świecie zależało na czasie, pociąg musiał z opóźnieniem wyjechać z Poznania, a my chcieliśmy być na piętnastą w studio radia Roxy. Już w pociągu dowiedzieliśmy się że pierwsza godzina audycji, która była przygotowana z wyprzedzeniem nie została wyemitowana. Wbijamy do studia, a tam jakieś kłopoty z kablami i igłami. Całe te problemy techniczne spowodowały, że Kosmos wyszedł bardzo spontanicznie - oddając klimatem, historię całego weekendu. Potem jeszcze zalogowaliśmy Eryka i Andrzeja w hotelu, po czym wbiliśmy do Side One, bo Eric szukał polskiego jazzu. Zaproponowałem mu pięć wosków, z pliku który przygotował Wojtek. Czesław Bartkowski, Niemen Aerolit, Aleksander Mazur i Novi Singers, Adam Makowicz i jeden którego teraz nie pamiętam. W każdym razie chłopak się podjarał krążkami i mówi że trzyma właśnie w ręce gotowy beat-tape, kto wie, może coś z tego wykorzysta?

Zjedliśmy całkiem sympatyczny obiad w Kulturalnej i wróciliśmy trochę odsapnąć. Było coś koło dziewiętnastej, kiedy trafiliśmy do domu i zapaliłem dość sporego gibla - zacząłem czuć że odpoczywamy. A tu zaraz trzeba znowu wychodzić. W klubie, w Teatrze Dramatycznym, było już o dziewiątej dość sporo ludzi. O jedenastej znowu wyszedłem po Eric'a i Andrew "Fuckin' Powers'a", trochę odespali, poczuli się lepiej, chociaż w Polsce atak zimy i zdążyli już się przeziębić. Wbiliśmy do kulturalnej tuż przed północą. Akurat, grał Good Paul, w przeciwieństwie do Poznania, tutaj publika bawiła się już wcześniej, Paweł dobrze rozkręcił parkiet przed Andrew. Kulturalna wyglądała zajebiście, zwłaszcza z wizualami "Złotego". Widać to na fotkach autorstwa Pauliny Kozłowskiej, poniżej. Żałuję że zazwyczaj kiedy robimy Warsoul z Maceo, to omijam jego sety... zawsze jak on zaczyna grać, to ja mam jakieś inne zadanie w terenie... Ehh!






Andrew i Eric postanowili zmienić nieco sety i zagrali inaczej niż w Poznaniu. Szczególnie założyciel BTS Radio, postanowił zagrać "progresywniej", wyciągając sztosy bitowe z Los Angeles, dopiero później wtrącając klasyczne brzenie hip-hopowe. Zresztą, mieliście już okazje usłyszeć zapis z tej imprezy (fragmentarycznie) w audycji Red Bull Music Academy w niedziele, na antenie radia Roxy. Postaram się jak najszybciej dostarczyć fragmentu setów na bloga, wtedy będziecie mieli pełen obraz tego, do czego można było potańczyć w Cafe Kulturalnej w sobotnią noc. Eric zagrał spokojniej od Andrew grając od Dam-Funk'a po Slum Village. Przez kulturalną również przewinęło się tej nocy około 250 osób. Ludzie świetnie się bawili, chociaż mniej "szalenie", niż w Poznaniu, ale tamta noc na serio była jakaś zwariowana, więc ciężko to przebić. W każdym razie kończyliśmy imprezę jakoś po czwartej. 

Andrew poszedł lepić bałwany z Agą i Kasią, niech się cieszy chłopak, bo w Kaliforni tego nie ma, a Eric pojechał z nami dobić się na Saską do Maceo. W końcu pospaliśmy trochę, bo aż do 11, ale też trzeba było jakieś śniadanie zjeść, i odprawić ich na lotnisko do czternastej. Andrew znowu nie pospał, wolał eksplorować Warszawę. Fatima po pobycie w Polsce stała się tak wielką fanką pierogów, że wkręciła je Eric'owi jeszcze przed przylotem do Polski - chłopaczyna męczył nas o nie trzy dni, więc w końcu dostał co chciał w jednej knajpie na Nowym Świecie... Oczywiście fama o wspaniałym polskim daniu "pierogach", pójdzie w świat dalej! W tym miejscu dziękuje też Adze i Kasi, za pomoc w dostarczeniu Andrew na czas, ten ziomeczek to zwierze na imprezy, ciężko go przekonać żeby się przespał chwilę. Podsumowując pragnę podziękować wszystkim przypadkowym i nie przypadkowym gościom Warsoul Sessions, w cały weekend to pewnie lekko ponad 500 osób! Trzeba częściej robić klubowe imprezy z gorącymi setami gości z zagranico. Do następnego razu!

czwartek, 11 listopada 2010

Warsoul Sessions Live! BTS On Tour: Eric Lau x Andrew Meza x Maceo Wyro


Nowa muzyka z Wielkiej Brytanii zaczyna przedzierać się coraz bardziej do świadomości słuchaczy na całym świecie. Oczywiście nie mówimy tutaj o trendach, które od razu kojarzą się wyspami, zostawmy na chwilę postacie związane z dubstep’em, grime’em, garage’em czy UK funky. Skupmy się natomiast na najmłodszych przedstawicielach brytyjskiej sceny, którzy przychodzą z zupełnie nową jakością do europejskich klubów. Słuchając cotygodniowych audycji Gilles’a Peterson’a w BBC Radio 1 czy Benji’ego B w 1Xtra, pewnie natknęliście się na nazwy takie jak Young Montana?, S.Maharba, Letherette czy Eric Lau. Mary Anne Hobbs, która do niedawna zajmowała się promowaniem w swojej eksperymentalnej audycji w BBC nowych, obiecujących artystów, nazywała wyżej wymienionych „UK’s best kept secret”. Co oznacza taki tytuł? Otóż, jeśli robisz dużo zamieszania, stajesz się coraz bardziej rozpoznawalny, a nie jesteś związany z żadną wytwórnią, wtedy jesteś „najlepszym, utrzymanym w sekrecie”. Świat jest tak skonstruowany, że jeśli ktoś nie jest związany z żadną wytwórnią, a pojawi się w audycjach tuzów z BBC, to jest duża szansa że jeszcze w przeciągu tygodnia, twórca przestanie być „unsigned artist”. Wszyscy wyżej wymienieni artyści związani są z wytwórnią/podcastami BTS. Cóż to takiego? BTS jest to audycja radiowa (Beneath the Surface), której autorem jest Andrew Meza. Ale o tym za chwilę... Skupmy się na Eric'u.


Eric Lau to pochodzący z Londynu producent, który zrzucił metkę „UK’s best kept secret”, już blisko 5 lat temu, za sprawą Gilles’a Peterson’a, dzięki któremu zadebiutował na Brownswood Bubblers w październiku 2006 roku. Zresztą nie raz mogliście go słyszeć, nawet nie wiedząc że to on… jeśli bliska jest Wam muzyka Lupe Fiasco, Dudley’a Perkins’a, Georgii Anne Muldrow, Guilty Simpson’a czy Wildchild’a z pewnością mieliście już kontakt z twórczością Eric’a. Krótko po udziale na składance Gilles’a, Eric podpisał kontrakt z wytwórnią Fat City i w styczniu 2007 roku ukazała się tam jego EP’ka pt. „Eric Lau presents Dudley & Friends”. Wtedy posypał się grad pochlebnych wypowiedzi na temat twórczości tego producenta, nie tylko od najważniejszych dziennikarzy z BBC, ale też od artystów z branży: Phonte z Little Brother powiedział, że Eric to jeden z „najgroźniejszych” producentów, a Dudley uważa, że muzyka Eric’a coś w nim zmieniła.
Być Chińczykiem i wychowywać się Anglii spowodowało że inspirowało mnie wiele rzeczy. Od brit-popu, rocka lat 60-tych, przez Chińską operę aż po hip-hop i scenę zachodnio Londyńską… Myślę że to właśnie moje Chińskie korzenie miały ten subtelny wypływ na wybory brzmienia przy tworzeniu mojej muzyki.” – mówi Eric Lau. Unikalne brzmienie, które sobie wypracował spowodowało że w 2008 roku wydał debiutancki LP w legendarnej wytwórni Ubiquity. Krążek „New Territories” zebrał uznanie nie tylko krytyków, ale i fanów w Polsce i na świecie.
W marcu 2010 roku Eric Lau wydał 7” pt. „Killawatt: V2”. Na krążku gościnnie pojawili się gościnnie Oddisee, Kaidi Tatham oraz Muhsinah. Całkiem niedawno, bo 27 września ukazał się najnowszy instrumentalny projekt producenta pt. „Makin’ Sounds”. Eric Lau w ramach „Warsoul Sessions Live! On Tour” pojawi się wraz z Andrew Mezą pierwszy raz w Polsce.


Andrew Meza pochodzi z Fullerton/Los Angeles. Powinien też być już znany Polskim słuchaczom, gdyż już raz pojawił się w naszym kraju nakręcając imprezę po koncercie Sa-Ra Creative Partners w Powiększeniu. Jego pierwsza audycja pod szyldem BTS Radio powstała 7-mego października 2003 roku, w ten sam dzień w którym Madlib i Jay Dee wydali nakładem Stones Throw Records krążek „Champion Sound”. Pierwszy show, zawierał tylko i wyłącznie numery tych dwóch producentów i przerodził się w cotygodniowy program radiowy który działał nieprzerwanie przez cztery kolejne lata. Andrew Meza w swoich audycjach skupiał lokalnych producentów i raperów z LA, z coraz bardziej progresywnym brzmieniem pochodzącym z różnych stron świata… można tam było usłyszeć wszystko, od miksów Peanut Butter Wolfa, przez J*Davey po Four Tet’a, BTS radio odwiedzili też członkowie The Avalanches, Cinematic Orchestra czy 4Hero. To w audycjach Andrew Mezy można było usłyszeć pierwszy raz o Flying Lotus’ie, Hudson’ie Mohawke czy Georgii Anne Muldrow. Po upływie siedmiu lat, BTS radio stało się znane na całym świecie. Od niedawna BTS Radio działa w nowej formie, w postaci strony internetowej skupiającej gościnne miksy uznanych już twórców lub obiecujących nowych talentów. Teraz BTS przeradza się w wytwórnie. Z tej okazji w listopadzie, w Europie odbędzie się pierwszy tour promujący wytwórnię BTS.

wtorek, 26 października 2010

O tym jak Black Milk, Daru Jones, AB i Bill wpadli do Polski.

Zazwyczaj takie relacje jestem w stanie napisać jeszcze w pociągu, wracając z Warszawy do Poznania. Niestety nie tym razem. Spałem przez 3 dni najmniej od pół roku, a w dodatku nie mogłem się pozbierać po tym, co wydarzyło się w ostatni weekend. Było grubo, oj grubo! Plan rozszerzonego weekendu był strzałem w dziesiątkę, wziąłem wolne od pracy w piątek i poniedziałek. Bardzo się cieszyłem że dzięki temu, nie będę musiał jechać przepełnionym TLK wyruszającym z Poznania po godzinie 17. Już dawno wyryłem sobie w głowie słowa Mentalcut'a brzmiące: "Nigdy nie jedź w piątek po piątej połączeniem Poznań - WWA". Zresztą, pewnie wiecie to doskonale jeśli czytaliście wpisy z moich poprzednich wycieczek do stolicy. Zanim jednak wyruszyłem, wiedząc że następnego dnia nie wstaję do kołchozu, postanowiłem zobaczyć piękny hat-trick Adebayor'a w meczu Kolejorza z Manchesterem City. Niestety po meczu, musiałem jeszcze coś załatwić, co spowodowało grubszy melanż i zlądowałem na chawirę grubo po drugiej w nocy. Ale, co mi tam, wstałem o 9-tej i pakowałem się szczęśliwy, że pojadę wygodnie pustym pociągiem, bo studenci o 11 jeszcze do domów na weekend nie wracają...

No, ale że ja w życiu mam szczęście, jak ja pierdole, to oczywiście każdy pomyślał tak jak ja. Dodając do tego mój zwyczaj nie walczenia o pozycję w przedziale zapierdalałem na Warszawę Centralną, grzecznie, w korytarzu, na stojąco! No trudno... powoli się przekonuje, że już nie ma co liczyć na wygodne pociągi w piątek. Dojechałem z opóźnieniem po 15, poszedłem robić biznesy do Side One. Odebrać zaległe zamówienia i dokupić 7"-kę "Don Cornelius" Black Milk'a. U Wojtka zawsze dobry klimat, kto wpada ten wie o co chodzi, zamienialiśmy słowo z przychodzącymi do sklepu klientami, było miło, tak miło, że przesiedziałem tam dobre 3 godziny, słuchając Sun Ra i John'a Coltrane'a. Potem przeniosłem się na Saską Kępę, do Maceo, który miał tego wieczora zagrać jeszcze w Szlafroku, ale ogrom zadań spowodował, że popracowaliśmy przy whisky i suszu do późnych godzin nocnych przygotowując set do sobotniego Kosmosu i pytania do wywiadu z Black Milk'iem, ja wymiękłem blisko 5-tej rano, a Maceo jeszcze przygotowywał selekcję na Rap History Warsaw... niezmordowany człowiek. Zapis gotowej audycji możecie sprawdzić tutaj:
Kosmos # vol. 32 feat. Black Milk

Zanim to wszystko doszło do skutku, musieliśmy nieźle zapierdalać. Maceo spał dosłownie dwie godziny, ja może ze trzy i pół... Pojechał po chłopaków na Lotnisko i zabrał ich do Hotelu. Oni podobnie do nas, wyglądali jak cień człowieka, przylecieli do Polski z Niemiec zaraz po koncercie, nie spali ani minuty. W czasie gdy oni odsypiali, my biegaliśmy po mieście kolekcjonując sprzęt. Perkusja od Sidney'a Polaka, a klawisz nawet nie wiem skąd... O 13 ostatnia półgodzinna selekcja do Kosmosu, śniadanie i prędko do Roxy.

Wszystko na styk! Wtedy już było lżej, bo w zasadzie czekaliśmy aż Maciek Envee, przywiezie Curtis'a, Daru, AB i Bill'a do studia. Potem zrobiła się już 16 i ruszaliśmy na próbę. Soundcheck'i są zawsze spoko, tym bardziej że często dzieją się tam rzeczy, których później nie ma na koncercie. Ci którzy mieli okazję tam być, widzieli zajebiste improwizacje Daru i AB. Na serio, posłuchać ich wspólnego materiału na żywo to niezła rzecz! Wszystko się nieźle wydłużyło, próba zakończyła się troszkę po 20-stej. Niby chłopaki chcieli jechać jeszcze do hotelu przed samym koncertem, ale wygrało jedzenie, więc poszliśmy do "Jajo", blisko ul. Chmielnej... Maceo polecił tę knajpę więc musiało być dobrze.

I tak idziemy, sobie idziemy... przechodzimy obok sklepu Nike'a, prowadzonego przez Dr'a Sneaker'a. Grupka ludzi wybiegła ze sklepu, podbiegając do Curtis'a, zapraszając go na before party do sklepu. Jak się później okazało, był to before przed imprezą w Powiększeniu... a my nic o tym nie wiedzieliśmy?! Zajebista inicjatywa! Poszliśmy wpierw zjeść. "Jajo" okazało się idealnym miejscem, usiedliśmy zaraz przy kuchni, chłopaki mieli dość wydziwiany gust, ale kucharz był bardzo dobry, znał twórczość Black Milk'a i przygotował takie rzeczy, że głowa mała! Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś jadł pizzę bez sera... no cóż, Curtis nie lubi serów! Daru wymyślił sobie tuńczyka z makaronem w maśle, Bill średnio surowy stek w sosie pieprzowym, a AB jakieś rośliny. Nic dziwnego, że byli tak zachwyceni że potem czytaliśmy na twitterze Daru Jones'a:

Daru Jones: :) Warsaw, Poland's energy & vibes from show + city,food & ppl was prob. 1 of the best on this tour yet!

Stąd wielkie pozdrowienia dla obsługi restauracji "Jajo", polecają - Black Milk Live Band! Wracając z kolacji, nie mogliśmy nie skorzystać z zaproszenia Dr'a Sneaker'a. Wbijamy do sklepu, a tam na wejściu pada hasło - "dla Was panowie wszystko za 50%".

Gościnność gospodarza spowodowała że szczena opadła mi do samej ziemi! Black, podpisał się na ścianie w sklepie, chłopaki kupili koszulki i kilka par butów, tuż przed samym koncertem. Pamiętacie akcje z koszulką: "Gdzie jest krzyż???" To też spontaniczna akcja szalonego Dr'a Sneaker'a! Serio stary, jeśli to czytasz, to płyną do ciebie propsy i wyrazy szacunku! Następnym razem dajcie znać, że robicie takie before'y! Zresztą podobało się to niezmiernie Curtis'owi, który potem napisał na swoim twitterze tak:

Poland = crowds that r insane, Nike stores that give u half off everything and gorgeous women, didn't expect it to be this live


Żałuję że nie dotarłem drugi raz na live act Teielte... ale trzeci raz nie odpuszczę i cieszę się że został zarejestrowany! Niestety, nie zostawię tutaj ani zdania, bo nie zdążyłem odnotować ani minuty. Czas leciał coraz szybciej... i przyszedł czas na highlight wieczoru. Bill wleciał za Dj'kę najwcześniej, bardzo fajnie grając wprowadził ludzi w temat koncertu.

Wkrótce po tym, za perkusją zasiadł Daru a za klawiszem stanął AB. Efekt bezprzewodowego mikrofonu, spowodował że koszulka którą miał Curtis, nabrała podwójnego znaczenia, wszyscy rozglądali się zadając sobie pytanie - "Where is Cross???", a Black zaczął rapować już na backstage'u wchodząc przez tłum w rytm utworu "365". Myślę że nie ma sensu opowiadać po kolei jakie numery zagrał Black Milk, niebawem udostępnimy materiał, który dzień po koncercie był transmitowany na antenie radia Roxy w ramach Red Bull Music Academy Radio. Skupmy się natomiast na faktach, których nie będzie widać na zapisie audio, ale z pewnością zostały zarejestrowane dzięki Diil.TV, które też pewnie niebawem będą udostępnione. Otóż o czym mowa?! O genialnym klimacie Powiększenia tego wieczoru, grubej frekwencji i zajebistej energii jaką dała z siebie publiczność. Maceo, który stał bardzo blisko sceny, mówił mi, że gdy band dawał największe bangery, to za nim leciała potężna fala uderzeniowa powietrza, od krzyczących i bawiących się ludzi. Prawdziwa bomba!

Ja też nieźle się wkręciłem, darłem japę tak mocno, że gdy Black zagrał tribute dla Jay Dee w postaci "Fall In Love" to przeszły mnie ciarki, a po utworze tak gorliwie wrzeszczałem, że dziewczyna zwróciła mi uwagę, że zaraz jej ucho odpadnie, na szczęście żartowała i za chwilę krzyczała głośniej odemnie... a potem się zaprzyjaźniliśmy. Bardzo miło! Przed koncertem nie wiedziałem czego się spodziewać, w zasadzie po cichu liczyłem że będzie mocno. Chciałem, żeby ten koncert dorównał temu co stało się w wakacje w Powiększeniu na Dam-Funku... a to była wysoko postawiona poprzeczka. Powiem szczerze, że to co mnie spotkało totalnie mnie zaskoczyło, to był istny rozpierdol. Prawdziwa masakra.

Myślę że Black Milk Live Band dokonał tego, czego dokonał Damon, J-1 i Computer Jay, podpalili Powiększenie! Ale to jeszcze nic... Na ostatnich imprezach działo się tak, że po głównym wątku wieczoru, ludzie nie wiedząc czemu nie chcieli się bawić i zawijali się do domu, a parkiet bywał przerzedzony. Tym razem dzięki Rap History Warsaw, którym w tym miejscu gorąco dziękuje za współpracę, stał się prawdziwy cud! Na parkiecie było gęsto jak nigdy do samego rana! Byli b-boye, utwory takie jak "Scenario" były recytowane przez wszystkich w klubie, że Dj'e robili rewindy! Jak to teraz mówi młodzież - masakracja! Zresztą, co będę się produkował - rocznik 92 w wykonaniu Mr. Krime'a poniżej:
Mocne, nie? Kto nie był na Warsoul x Red Bull Music Academy on the Floor x Rap History Warsaw - ma czego żałować! Na Saskiej wylądowałem po 5-tej. I znowu miałem bagatela 3-4 godzinki snu, bo trzeba było eskortować zespół na dworzec i wsadzić naszych gości w pociąg do Berlina. Już mnie pytali kiedy będą mogli wpaść następny raz! Widzicie, dzięki Wam pokochali Polskę!!! W imieniu Warsoul dziękuję Wam bardzo serdecznie!

wtorek, 19 października 2010

RBMA Radio Pop-Up Studio @ Amsterdam Dance Event

Jako fan muzyki w pierwszej kolejności, powiem tak... uwielbiam Red Bull'a! To jedna z najlepszych korporacji wspierających kulturę (o ile nie jedyna), która robi to na tak wysokim poziomie. Bez wazeliny. Zresztą przyzna to każdy, kto pewnie chociaż raz czytał mojego bloga. Nawet, jeśli odrzuca go smak tauryny i nie lubi mieszać tego napoju z wódką. Po pierwsze, nie mogę pominąć faktu stworzenia Red Bull Music Academy, gdzie śledziliśmy debiuty dziś już znanych twórców, jak i oglądaliśmy lekcje/wywiady z największymi ikonami naszych ulubionych gatunków, jak chociażby ten już klasyczny wykład Moodymann'a, który przeprowadził Benji B. Oprócz tego, mamy niezmordowane RBMA Radio... gdzie leżą tony wyjebanego materiału, udostępnionego za friko. Nawet nie zliczę ile razy ratował mi dupsko, gdy w pracy nie miałem koncepcji czego by sobie posłuchać. Jestem przekonany, że i Wam się to przydarzyło! Od jakiegoś czasu, RBMA Radio trafiło też na nasze szerokości geograficzne... dzięki temu na RBMA On Air zostali zarejestrowani Fatima i Funkineven oraz Master Blazter. Jak zapewne już wiecie, Red Bull wspiera Warsoul znowu i dzięki nim w Polsce pojawi się Black Milk, Daru Jones i AB!



Ale o tym już wiecie, bo wszędzie całkiem sporo informacji na ten temat. Nie ma co się zastanawiać, trzeba tam być! Natomiast ten post poświęcony jest czemuś innemu. Czemuś, co nawet nie odbywa się w Polsce! Technologia poszła do przodu. I to jest zajebiste! Pamiętam dobrze, jak jeszcze przed wakacjami, oglądałem na żywo koncert Blackmagic Band'u - Jose James'a transmitowany z Belgii. Ja pierdole... Nie mogłem w to uwierzyć! RBMA Radio, też popłynęli dość szeroko. Transmitują za pomocą nowego narzędzia festiwal Amsterdam Dance Event na żywo 24/7... Odpalasz sobie Radio Pop-Up Studio i jesteś w Holandii. Nawet, taki widget zainstalowałem w prawym, górnym rogu bloga, zasada prosta jak budowa cepa, klikasz i słuchasz. A teraz uwaga! Być od 20-24.X w Amsterdamie to po prostu jakieś szaleństwo! Dziś żeby wybrać i opowiedzieć Wam na co w Radiu polować, musiałem wydrukować 34 strony rozkładu jazdy! ADE to taki nakoksowany Unsound Festiwal. A teraz konkrety: Wszystko zaczyna się już 20.X, między 12 a 22 codziennie "Red Bull Music Academy Lands in Amsterdam", gośćmi w studio będą między innymi Carl Craig oraz Kyle Hall, potem od 22 do 5 rano grają na ADE Opening Party w klubie Melkweg, obok nich Juan Atkins, nieźle nie? Uwaga, nie chcesz słuchać kozaków z Detroit, to idziesz o tej samej porze do klubu Trouw a tam impreza Colors x Night Slugs, za deckami b2b zagrają Bok Bok z L-Vis'em 1990, a po nich Girl Unit i Deadboy. 23.X do porannej audycji wpadają Dorian Concept i Falty DL, zajebiście... 19:30 do 23 w Melkweg'u przyjebie Flying Lotus z Dorian Concept'em. W tym samym czasie w Bitterzoeg odbędzie się "Remixing Lazer Sword Live!", czyli konkurs w którym producenci reprezentujący różne gatunki, muszą w trzy godziny wysmażyć coś wyjebanego. Mało? Konkurs się kończy, a od 23 w Bitterzoeg odbędzie się Sonic Boom, a tam przypierdolą Falty DL i SBRKT. Wstaniesz rano 22.X a w studio RBMA goszczą między innymi Mark Pritchard i Steve Spacek, od 21 do 24 w Troaw'ie wystąpią Hercules And Love Affair, w muzeum Van Gogh'a zagrają C-Mon & Kypski, a w Paradiso wspomniani wcześniej Mark i Steve jako Afrika Hi-Tech, żeby tego było mało... to zaraz po nich Magnetic Man Live! 23.X już mniej atrakcji, ale nie podpuściłbym imprezy w Melkweg'u pod nazwą Sonic Warfare... pewnie umarłbym już po secie Flying Lotus'a na tym festiwalu, ale odpuścić sobie Untold'a, Ramadanman'a i Pangae'e? W życiu! Odpoczywałbym natomiast jak bozia przykazała w niedziele, bo 24.X już mnie tak bardzo nie fascynuje, ale przecież w Amsterze co krok można zajarać wąsa! Zagadką pozostaje to, jak konkretnie RBMA Radio zamierza streamować to co będzie się działo live, ale gdyby dali radę udostępnić to o czym napisałem, to jest niezła uczta. Jak nie, będziecie mieli co robić w za dnia i wieczorem w najbliższe dni, odpalcie radio, bo będzie się działo! W piątek szukajcie też Radio Roxy, postaramy się żeby Daru, AB i Black Milk pojawili się gościnnie w Kosmosie u Maceo Wyro. Do zobaczenia w sobotę w Powiększeniu!

środa, 22 września 2010

RBMA On The Floor x Warsoul prezentują Black Milk Live Band!

W lutym 2006 roku, trzy dni po premierze instrumentalnego krążka „Donuts”, zmarł jej genialny autor Jay Dee. Cały hip-hopowy świat chwycił się wtedy za głowę. To był szok, każdy szukał odpowiedzi na pytanie: co dalej? J Dilla był tym, który niósł pochodnię. Nie było osoby w tym biznesie, która by się z nim nie liczyła. Wszyscy go kochali, a oczy świata były skierowane na Detroit. Ludzie głowili się, kto po nim będzie tym który będzie przełamywał szlaki. Od śmierci James’a minęły już cztery lata i powstały odpowiedzi na niektóre z tych pytań. W historii jazzu nowoczesnego, możemy doszukać się podziału na jazz przed i po innowacjach John’a Coltrane’a, jeśli chodzi o gatunek hip-hop’owy (i wszystkie jego wypadkowe), możemy mówić bez wątpienia o hip-hopie, który powstał  przed i po innowacjach Jay Dee.

Co James dał hip-hopowi, pewnie niebawem będzie tematem obszernych książek, natomiast skupmy się na kimś, kto ma wyznaczać trendy po nim. Oczywiście mowa o Curtis’ie Cross’ie, znanym bardziej pod pseudonimem Black Milk. Curtis urodził się i wychował w Detroit słuchając takich zespołów jak A Tribe Called Quest czy De La Soul. Już jako bardzo młody chłopak poczuł że ciągnie go do robienia hip-hopu, czuł szczególną smykałkę do robienia beat’ów. Godzinami siedział w swojej piwnicy nad pierwszą, dość tanią maszyną perkusyjną połączoną z domowym systemem karaoke. Z czasem Curtis dorobił się bardziej wyrafinowanego sprzętu, różnych samplerów  i MPC, pracował nad swoim brzmieniem, a efekt pracy nagrywał na kasetach. Jedna z takich taśm trafiła w ręce członków Slum Village. Chłopaki byli zdumieni tym co wyprodukował początkujący Black Milk. W ten sposób w wielku 19 lat, w roku 2002 zadebiutował na mikstapie Slum Village „Dirty District”, a chwilę później, jeszcze w tym samym roku zostawił dwie produkcje na LP Slum Village „Trinity (Past, Present and Future)”. Po takim debiucie, kariera Curtis’a zaczęła nabierać tempa. Młody producent zmienił swoją ksywkę. 

Od tej pory na płytach nie podpisywano go Curtis „Nottyhead” Cross. Narodził się Black Milk. Mniej więcej w tym samym czasie, do życia powołano duet B.R Gunna, który Curtis stworzył razem z RJ Rice Jr’em, znanym bliżej jako Young RJ. Ta kolaboracja doprowadziła do powstania wydawnictwa „Dirty District Vol. 2”. Owa płyta, to oczywisty follow up do kompilacji Slum Village, o której wspominałem wyżej. B.R Gunna, nie musieli długo czekać na kolejne propozycje, jeszcze w tym samym roku (2004) Slum Village zaproponowali chłopakom wyprodukowanie ich całego albumu (ostatecznie 11 z 13 kawałków), ponieważ Karriem Riggins i Waajeed, z którymi SV współpracowali najczęściej w tamtym czasie, byli zajęci innymi projektami.

W 2005 roku Black Milk poczuł że jest gotowy na swoje pierwsze solowe wydawnictwo, w ten sposób wydał własnym nakładem (Music House Records) płytę „Sound Of The City”, która mimo wszystko była bardziej mikstapem, niż typowym albumem. Jednak jak się później okazało, był to bardzo pracowity rok dla Black Milk’a i jego projektu B.R Gunna, ponieważ Slum Village zaprosili go do współpracy nad kolejnym albumem, który nosił po prostu nazwę „Slum Village”. Jesienią tego samego roku zdążył jeszcze wydać EP-kę „Broken Wax”, pracując tym samym na tytuł najbardziej zapracowanego beatmakera w tym biznesie. Był to przełomowy czas dla Curtis’a Cross’a. Skończył ledwo 23 lata, a od czterech pracował  z jedną z najważniejszych grup hip-hopowych na świecie (zdążył także pracować z takimi ludźmi jak Jay Dee, Elzhi, Phat Kat, Frank n’ Dank, Lloyd Banks, Canibus czy Pharoahe Monch). Zrobił wrażenie na wytwórni Fat Beats, która zaproponowała mu wydanie oficjalnego solowego debiutu. Mało tego, niektórzy krytycy już wtedy zaczęli porównywać jego produkcje do tego, co w późnym okresie swojej twórczości robił J Dilla
czy Madlib. W 2007 roku światło dzienne ujrzała płyta „Popular Demand”, która na dobre rozpoczęła erę Black Milk’a. Zimą na przełomie roku 07/08 połączył siły z Bishop’em Lamont’em, co doprowadziło do wydania mikstape’u pt. „Caltroit”, zresztą bardzo gorąco przyjętego i nominowanego do nagrody „Justo’s Mixtape Awards”. 2008 rok, to również bardzo pracowity czas dla Curtis’a. Wspólnie z Fat Ray’em wydali album „The Set Up”, później przyszła pora na następny solowy album „Tronic”, którego polskim słuchaczom przedstawiać raczej nie trzeba. Krążek zdobywał wiele pozytywnych recenzji oraz nominacji do najlepszego hip-hop’owego krążka roku. „Tronic” był przyjęty tak dobrze, że krytycy doszukiwali się w Black Milku następcy Kanye West’a, ich zdaniem to on jest pretendentem do objęcia w najbliższym czasie hip-hopowego tronu. Black Milk znany z pracowitości nie spoczął na laurach, w tym samym roku w którym wydał drugą solową płytę, pomógł wypełnić muzyką krążek Elhzi’a 

Dziś obserwujemy Curtis’a Cross’a już 8 lat na scenie, przez całą swoją karierę udowadniał nam skutecznie że jest jednym z najważniejszych przedstawicieli swojej generacji. Sposób w jaki tnie sample i układa bębny stał się jego wizytówką, praktycznie każdy jest w stanie wyczuć jego unikalny styl produkcji muzyki. Po zeszłorocznej trasie koncertowej, którą Black Milk odbył wraz z fenomenalnym perkusistą Daru Jones’em i klawiszowcem/wokalistą AB, wrócił do Detroit by pracować nad kolejnym albumem. Niestety nie był to łatwy czas dla Curtis’a. Najpierw śmierć zabrała jego największego mentora Baatin’a (Slum Village), któremu Black Milk zawdzięczał start kariery. Kilka tygodni później, manager Curtis’a HexMurda zapadł w śpiączkę i został sparaliżowany po wylewie krwi do mózgu. Te wydarzenia wstrząsnęły nim bardzo mocno, przypominając rok 2006 w którym w krótkim czasie zmarli Jay Dee i Proof (D-12). Przez kilka następnych miesięcy Curtis musiał odwiedzać cmentarze jeszcze kilka razy, chowając kilku członków swojej rodziny. 2009 rok okazał się najtrudniejszym okresem w całym jego życiu. Pod koniec tego nieszczęśliwego roku, Black Milk wrócił do studia, podając do publicznej wiadomości, że jego następny album będzie „albumem roku”, oczywiście odnosząc się do wydarzeń sprzed 12 miesięcy, które wstrząsnęły jego życiem, nie mając przy tym na myśli pewnych siebie wypowiedzi świadczących o tym, że jego krążek będzie albumem roku, jeszcze rok zanim w ogóle się ukazał. 
Black Milk nadchodzącą wielkimi krokami produkcją (14 września) chce przełamać bariery formy hip-hopowej produkcji, jednocześnie uszlechetniając i redefiniując swoje brzmienie. Szkielet muzyki jak zwykle zbudował za pomocą zaufanego AKAI MPC-2000 XL, którego używa od lat, zatrudniając do tego muzyków studyjnych, którzy mają nadać jego muzyce dodatkowych warstw, zastrzegając przy tym, że wszystkie kompozycje wyszły spod jego ręki. Nad całością brzmienia albumu czuwali muzycy których Black Milk nazywa swoim Live Band’em, mowa oczywiście o wspomnianych wyżej AB (klawisze/wokal) oraz Daru (perkusja). To właśnie oni zagrają w tym roku na trasie koncertowej promującej nowy album. Oprócz nich nad krążkiem pracowali jeszcze inni muzycy z Detroit: wokalista Melanie Rutherford, basista Tim Shellaberger, trębacz Sam Beaubien (który pracował również nad jednym z najbardziej rozchwytywanych krążków ostatniego roku „Strange ArragementMayer’a Hawthorne’a). Black Milk zaprosił również takich raperów jak: Royce Da 5’9”, Ehlzi (już można zobaczyć ich wspólny klip „Deadly Madley”) oraz debiutanta Danny’ego Brown’a
Dziś w hip-hopie jest zaledwie kilku artystów, którzy robią rzeczy powyżej oczekiwań i nie pozwalają się kategoryzować. Black Milk jest właśnie jednym z nich, po pierwsze zaskakuje swoimi kompozycjami a po drugie zabiera słuchacza na następny poziom podczas elektryzującego live show. Warto zaczekać za „Album of The Year” i trasą koncertową w Europie na którą Curtis Cross przyjedzie z Daru Jones’em i AB. 23-ciego października Black Milk Live Band da jedyny koncert w Polsce na Warsoul Sessions w Powiększeniu w ramach "Album of The Year" European Tour 2010. Wydarzenie wspiera Red Bull Music Academy On The Floor. Afterparty: Rap History Warsaw 1992 feat. Steez, Dj Krime i Maceo. Bilety niebawem do nabycia w Side One w cenie 40 PLN, w dniu imprezy cena biletów wzrośnie do 50 PLN. Więcej szczegółów wkrótce.

poniedziałek, 20 września 2010

Jakie fenomeny (fil.) zaobserwowałem w ten weekend...

Kiedy już wracałem z Buszkersem (Brzuszpers, cytując Życie Warszawy), podrzucał nas Groh z dziewczyną w okolice pałacu kultury... Zapytał mnie wtedy, czy zamierzam napisać coś o tym weekendzie w Warszawie. Odpowiedziałem że nie, bo to raczej taka prywata była, potężny wir z przyjaciółmi, więc kto by chciał to czytać. Ale teraz, jak już wypaliłem lolka na spokojnie, to dociera do mnie że w końcu był to Warsaw Music Week i muzyka towarzyszyła mi cały czas. Groh się zdziwi, gdy będzie czytał ten wpis.

Jak zwykle, może zacznę od początku. W zeszłym tygodniu roboczym przepracowałem 54 godziny! Jak na człowieka, który terminy ma napięte jak kozłowe jaja, tydzień posiadający po bożemu 40 godzin to prawdziwa świętość. Overtime'y mnie wykańczają kompletnie. Nie zniechęciło mnie to do ruszenia w trasę zaraz po pracy do stolicy. Nawet w domu nie byłem, obiadu nie jadłem, z marszu jak należało zapierdalałem. Fajnie się stało że w piątek w Powiększeniu grał Maceo i Envee jako Niewinny Czarodzieje i zrobił się Warsoul.

Wbiłem do klubu prosto z pociągu, na szczęście podróży nie miałem najbardziej przejebanej w życiu, chociaż zaczynałem złowieszczo. Jak wbiłem się do kolejki, to widzę że czeka mnie 3,5 godziny w zapachu rzygów wydobywających się z klopa w korytarzu. Byłem dzielny i powalczyłem o miejscówkę od drugiej strony drzwi na korytarzu i miałem lepszy komfort jeśli chodzi o zapach, ale przejebane miejsce do stania z plecakiem jak ktoś co chwilę wchodzi i wychodzi. Kurwicy dostawałem. Nagle patrze, a jestem tuż obok przedziału dla młodych mam i kobiet w ciąży. Tak się złożyło że jedna taka tam była i okazało się że jechała do Wrześni i do tego z całą rodziną. Po 40 kilosach wbiłem się do pustego przedziału. Udało mi się tym razem, chociaż jak dziś pamiętam słowa Mentalcuta: "Nigdy nie jedź do Warszawy w piątek o 17:28". Kuba - będę pamiętał! Tym sposobem na bogato wbiłem na dworzec centralny, jadąc do przodu i przy oknie, po prostu pięknie! Jak już wspomniałem, nie miało sensu jechać do Maceo na Saską Kępę, więc spotkaliśmy się już w klubie. W powiększeniu dopiero co kończył się koncert, a już było sporo ludzi. Przeczuwałem gruby balet.

Oczywiście nie pomyliłem się. W klubie już o 23 był pełen densflor, szkoda że fotografowie dokumentujący Warsaw Music Week byli tak wcześnie i tego nie uchwycili. W każdym razie był gruby balet cały wieczór. Wóda, browar, jakieś ziele, się żyło. Wirowaliśmy do samego rana, jakoś o 7 byliśmy na chacie. Nawet nie muszę dodawać, że set Niewinnych rozjebał. Nie spaliśmy długo, jakoś przed dwunastą musieliśmy wstać, żeby ogarnąć przede wszystkim siebie, po tej najebce dzień wcześniej. Pozatym Maceo miał w ten weekend najazd większej ilości pyr na chatę, bo dobijał na Saską Robert Busha. Potem dotarliśmy do Roxy i znowu zaczęły się jaja. W tym miejscu aż tytuł ostatniej płyty Dibiase ciśnie się na usta "Machines Hate Me", a to jeden komp nie chciał odpalić ekranu, a to zablokowaliśmy klawiature, a to na mikserze zniknął nam deck... w każdym razie nas humor i tak nie opuszczał, nie daliśmy się sprowokować a afekt możecie sprawdzić w postaci zapisu #27 odsłony Kosmosu. Zapis możecie sprawdzić poniżej:
KOSMOS 2010 VOL.27


Potem wbił do studia jeszcze Marek (Eltron John) i zrobiliśmy jeszcze audycję Red Bull Music Academy Radio... było śmiesznie i czas leciał szybko. Z radia wychodziliśmy jakoś po osiemnastej. Maceo spadał na chatę, bo miał grać jeszcze tego wieczoru w Balsamie. Ja obrałem kierunek Pałac Kultury gdzie miałem spotkać się z Jonkperem (Koh-I-Noor). Tak się składało że w drugi dzień on hostował mnie na swojej chacie, więc w turbo tempie ogarnąłem dobry kebab i pojechaliśmy na Natolin... w tamtych okolicach nigdy nie byłem, zajebisty dojazd 20 min metrem. Tam prysznic, jakieś browary i w sumie też trzeba było spierdalać z powrotem. W tamtym czasie byli z nami jeszcze Weekid, Magda i Ala. Każdy z nich to niezły wirus więc melanż zaczynał się zajebiście. Uderzyliśmy do Pałacu Kultury, do szkoły tańca gdzie miał odbyć się "lounch party" wytwórni Koh-I-Noor.

Wcześniej odbywały się tam tańce towarzyskie, a wirowali tam w niezłym klimacie baleciarze 50+. Impreza udała się bardzo fajnie, jednak nie możecie porównywać tego, do nie wiadomo jak wielkiego ścisku i ultra raveów pod Djką, ale bardzo fajne spotkanie ludzi zainteresowanych klimatem i nowymi brzmieniami, którymi od niedawna zalewają nas chłopaki z Razzmatazz, You Know Me i Koh-I-Noor. Sety rozpoczynał Teielte i to właśnie on najbardziej zapadł mi w pamięci. Po pierwsze dla tego, że chciałem posłuchać jak gra i co gra, a po drugie zagrał na serio dużo dobrego stuffu, leciał od Miles'a Davis'a, przez Flying Lotus'a, po Electric Wire Hustle, Black Milk'a i swoje rzeczy z debiutanckiej płytki. Ale jak to bywa na tego typu imprezach, gdy przyjaznych twarzy jest tyle, że nie sposób je zliczyć, wszyscy najebali się w opór i było wesoło. Bardzo fajnie grali jeszcze Groh, Buszek, Jonkper i Simc! Zresztą, kto był ten wie. Żałuje że nie poleciałem na chwilę do 1500m2, bo gruby balet tam się odbył, przez klub przewinęło się z tego co słyszałem blisko 800 osób. Imprę organizowali Sorry, Ghettoblaster, a grali Supra 1 czy gwiazda wieczoru Girl Unit. No szkoda, nie można być jedną dupą na dziesięciu weselach. Więc w Pałacu Kultury siedzieliśmy do 6tej rano. Potem, kierunek metro i trochę spania. Byłem zmęczony w chuj, dzień wcześniej byłem 24h na nogach, spałem 4 godziny, a w drugi dzień powtórka z rozrywki. Mimo to udało mi się spać tylko ze 3 godziny, bo jakoś ładnie słońce świeciło, przebudziłem się, wystawiłem fotel na balkon zjadłem Red'sa malinowego i zasnąłem na słońcu jeszcze na godzinkę. Potem, postanowiłem nie spać dalej, przeczytałem wszystkie recenzje w starym K-Magu sprzed 5 miesięcy, albo i lepiej i zacząłem budzić współtowarzyszy melanżu, żeby pojechać na śniadanie do 5-10-15. Wyrobiliśmy się na 12. Block party było zajebiste, przybyła całkiem spora grupa ludzi, za 15 PLN można było zjeść ile się dało, można było nabyć browar, posłuchać muzy którą grali Fil i Groh. Było bardzo sympatycznie, posiedzieliśmy do 16-tej. Ogólnie niezła "zwała" była, bo potem chłopakom już trochę odechciało się grać i wbił jakiś ziomek ze swoim kejsem i grał wszystkie płyty których nigdy bym nie kupił. Dzięki temu było jeszcze śmieszniej, bo każdy był już podpity i wymyślało się głupoty, np. Pająk przerobił piosenkę "Puszek Okruszek", Natalii Kukulskiej, na "Puszek Wirusek". Fajne też było ogarnięcie alkoholu z własnej roboty za friko. Była nalewka i uwaga, uwaga - sosnówka. Nigdy kurwa wcześniej tego nie widziałem i nie piłem. Mocne to kurestwo jak jasna cholera, ze 60% jak nic... smakowało prawdopodobnie jak denaturat i nieźle klepało po bani. Zaobserwowałem fenomeny w ten weekend. Jakie? Gdy człowiek pije sosnówkę, to nieźle wykręca mu mordę i po kielonie już nikt tego więcej nie chce. A ponadto, jak chlejesz ostro i budzisz się aż opuchnięty na drugi dzień od tego pijaństwa, to szybciej zarost rośnie. Bawiłem się świetnie. Pozdrawiam wszystkich, których spotkałem w Warszawie.