Kliknij w grafikę, aby przejść do podsumowania na Diggin.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowanie roku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowanie roku. Pokaż wszystkie posty
środa, 14 grudnia 2011
środa, 2 marca 2011
DDC Radio #5⅓
Żyjemy w ciekawych czasach... Obserwujemy jak płonie północna część Afryki, widzimy jak idą wielkie zmiany. Mubarak w Egipcie już obalony, Zin el-Abidin Ben Ali po wybrykach w Tunezji też cieniutko przędzie będąc w śpiączce, Muammar al-Kaddafi pewnie nie odpuści Libijczykom aż społeczeństwo go nie powiesi. No i wszystko zanosi się że przejebane będzie też miał w Jemenie Ali Abdullah Saleh. W takim klimacie wchodzimy w nową dekadę. Będę o tym pamiętał, odnosząc się do muzyki której słucham czytając karty historii, jeśli dożyję starości.
wtorek, 28 grudnia 2010
2010 - JAZZ
Za niecałe 50 dni zostaną rozdane nagrody Grammy. Z ciekawości zawsze staram się śledzić przynajmniej kto jest nominowany. Potem, często zapominam sprawdzić kto daną nagrodę dostał, bo już jestem rozczarowany samymi nominacjami. Dziś przyszło mi zastanowić się nad swoim kolejnym podsumowaniem, tym razem jazzowym. Dlaczego? Bo w kontekście nagród Grammy, to ja się chyba na jazzie kompletnie nie znam. Pomyślałem sobie: OK - może Jazz Forum nie prenumeruję, większe nazwiska z list nominowanych kojarzę, ale czy tych krytyków pojebało? Po pierwsze (licząc już tylko znane nazwiska) nie koniecznie jaram się tym co grają, zwłaszcza mowa tutaj o takim typie jak John McLaughlin... Po drugie, odczepię się od Wynton'a Marsalis'a, ale czy on na serio jest dziś tak wielki w jazzie żeby dość regularnie nagradzać go Grammy od lat 80-tych? Albo mnie coś ominęło, albo ktoś tu dostaje nagrody za zasługi. Oczywiście oddam szacunek Keith'owi Jarret'owi bo ten ziomeczek swoje już zrobił grając u Davis'a... Ale reszta? W moim pojęciu muzyki jazzowej to ludzie kompletnie nie znani. Na to wychodzi że jeszcze nic nie wiem, albo szukam muzyki kompletnie oderwanej od salonów i konserwatywnych szkół muzycznych, bo chyba nie sądziliście że ucieszyła mnie nominacja Herbie'go Hancock'a za najlepszą solową improwizacje w "A Change Is Gonna Come" z zupełnie (moim zdaniem) nieciekawego projektu "The Imagine" - który ledwo zmęczyłem. Piszę to niestety z wielką przykrością, bo muzycy pokroju Hancock'a to wirtuozi, których muzykę będę miłował do końca moich dni, ale niestety w moim mniemaniu nie jest to już to czego szukam. Strasznie cenię sobie dziś Terrence'a Blanchard'a - ten nawet wygrał w 2009 tę nagrodę do której nominowany jest Herbie w tym roku, ale co z młodszym pokoleniem muzyków? Czy Robert Glasper ze swoim fenomenalnym trio, za album "Double Booked" nie mógł otrzymać nawet nominacji, nie tylko w zeszłym roku (bo krążek ukazał się późno), ale nawet w tym? Coś jest nie tak... albo ja wybiegam za mocno w przyszłość, albo inni zupełnie nie łapią o co chodzi w (moim) jazzie i co jest w nim teraz dla mnie najbardziej porywające. Co jest jazzem 2010 roku?
Niektórzy z Was, którzy widzą już okładkę a jeszcze nie dobrnęli do końca akapitu mogą sądzić że mnie to dopiero popierdoliło. Ale niestety nie. To co dla jednych jest muzyką elektroniczną, dla innych new-beats'ową dla mnie w tym przypadku jest muzyką jazzową. Mało tego, bo tak jak w przypadku reszty albumów znajdujących się na tej liście - kolejność nie ma znaczenia, to w przypadku Flying Lotus'owej "Cosmogrammy" mamy do czynienia z krążkiem na poziomie legendarnym i ponadczasowym, zostawiającym ślad w historii muzyki w ogóle. To co początku było tylko zarysem ideii w laptopie Steve'a, ostatecznie po sesjach zapisujących "Cosmogrammę" stało się wytworem jednych z najbardziej kreatywnych postaci na świecie (a przynajmniej tych, które w tej chwili jeszcze stąpają po planecie). Czym była by harfa zagrana w programie komputerowym? Czym byłaby gitara basowa bez ręki wirtuoza? Zdaje się też, że partie smyczkowe nie byłyby tak bogate, gdyby nie odpowiadał za nie jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) skrzypek i dyrygent młodego pokolenia? Co by się stało gdyby nigdy nie było okazji zaprosić do współpracy jednego z najciekawszych saksofonistów, w którego żyłach płynie krew samego John'a Coltrane'a? Nie oszukujmy się, wtedy "Cosmogramma" nie przeskoczyłaby prawdopodobnie poprzedniczki. Ale przecież chodzi o wejście na wyższy poziom twórczości. To właśnie dlatego powstało "The Infinity", "∞", w którego skład wchodzą: Rebekah Raff, Thundercat, Miguel Atwood-Ferguson, Ravi Coltrane oraz Richard Eigner i dzięki którym "Cosmogramma" tętni życiem i w przypadku udanego zawiązania składu na koncertach (bo zebrać tak zajęte postacie w jednym miejscu może graniczyć z cudem), improwizując cały czas ewoluuje. Koncepcja budowy "Cosmogrammy" również zdumiewa, wymusza na słuchaczu wysłuchania całej historii, bez przerzucania opowieści do ulubionych fragmentów. Płyta warta dość wysokiej ceny. 2LP z artwork'iem Leigh'a J. McCloskey'ego, robi duże wrażenie. Dzieło w każdym calu.
Christian Scott to koleś reprezentujący młodą falę muzyków jazzowych. To właśnie ludzie tacy jak on dziś w jazzie interesują mnie najbardziej. Dlaczego? W zasadzie z prostego powodu, nie doświadczę już na żywo wielu wielkich przedstawicieli tego gatunku. Pozostaje szperać za tymi, do których należy kontynuowanie drogi tej pięknej muzyki. Jednym z najciekawszych trębaczy w tej chwili (moim zdaniem) jest urodzony w 83 roku w Nowym Orleanie - Christian Scott. Trzy lata temu, gdy był w moim wieku, już był nominowany do Grammy (niestety nie wygrał)... a w tym roku wydał krążek "Yesterday you said Tomorrow". Świetna rzecz, raczej spokojna płyta, polecam tym, którzy raczej mają ochotę pokontemplować. Scott mimo młodego wieku, już zdążył poszukać swojej barwy na trąbce. Album zawiera głównie kompozycje Christian'a, ale waszą uwagę może przyciągnąć piękny cover utworu Thom'a Yorke'a "The Eraser". Co ciekawe, przy nagrywaniu płyty uczestniczył legendarny inżynier Rudy Van Gelder, który stał za choćby takim kamieniem milowym w dziejach jazzu jak "A Love Supreme" John'a Coltrane'a.
The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble, to chyba moja ulubiona nazwa ze wszystkich które powstały na "Yesterdays Universe", z pewnością też, jest to jeden z najprzyjaźniejszych składów w odbiorze jakie skonstruował w swojej głowie Madlib być może dlatego że to fusion (a nie free, jak w przypadku "Slave Riot", do którego tutaj jeszcze wrócimy). "Miles Away" to hołd w kierunku mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, kopalnia wiedzy i dodatkowa zabawa, bo po przesłuchaniu aranżacji Madliba, zawsze można wrócić do tych ku którym ten hołd jest składany. Przeważają kompozycje samego Otis'a Jackson'a, ale mamy też kompozycję Phil'a Ranelin'a i Roy'a Ayers'a. Ponadto pięknie wydana wersja winylowa z artworkiem naszego rodaka Radka Drutisa. Chyba umarłbym na zawał, na skutek szoku w dniu w którym dowiedziałbym się że Madlib skonstruował fizyczną wersję tego kosmicznego Ensemble i jest okazja posłuchania ich na żywo w Europie.
Mimo tego, że towarzyszy mi nieustanne poczucie że ludzie nie odnotowali istnienia "For All We Know", to ten album to prawdziwa jesienna muzyczna uczta. Jose James i Jef Neve już świetnie wypadli w szerszej konfiguracji podczas koncertu w Belgii, który był hołdem dla John'a Coltrane'a... zresztą jakże wystrzałowa, bo kto chciał, mógł obejrzeć go na żywo, siedząc w domu przed komputerem! Krótko po tym koncercie zapowiedziano wydanie krążka duetu, dla wytwórni Impulse. Pierwszy odsłuch mnie totalnie rozwalił, Jose James wrócił do stylistyki bliższej "The Dreamer", z tą różnicą, że tutaj jego głos komponował się tylko z pianinem Jef'a. Zaznaczam, że delikatny wajb Neve'a jest tego typu brzmieniem które lubię - zero wiochy. "Autumn In New York" to hymn tej jesieni, ciężko też przejść obojętnie obok znajdującej się na "For All We Know" aranżacji standardu jazzowego "Lush Life". Album mniej do palenia, ale jak najbardziej do kolacji z (nie każdą) ukochaną przy winie. Szkoda że album nie ukazał się na winylu.
Wielu z Was dobrze zna ten album, jeśli nie - to z pewnością kojarzycie przynajmniej jeden ich kawałek, który z pewnością nie raz rozgrzewał parkiety spod ręki Kixnare'a, Pięknych Chłopców czy Maceo Wyro. Mowa o Souljazz Orchestra i ich tegorocznym hicie "Rising Sun". Trochę to world-music, trochę arfrobeat, nieco jazz-funk. Skład tworzy sześć osób, zamieszkujących Kanadę. Natomiast czy to rodowici Kanadyjczycy, to pojęcia nie mam - bo jak na tamtą szerokość geograficzną to nazwiska dość egzotyczne. Dwa lata po wydaniu ostatniego krążka "Manifesto" debiutują w brytyjskim Strut, prawdziwą petardą. Genialna sekcja dęta! Marzy mi się posłuchać ich nie-na-festiwalu. 45 minut samej przyjemności... Polecam szczególnie tym, którzy uważają jazz za niestrawny. "Agbara", "Lotus Flower" czy "Consecration" to prawdziwe perełki.
Kiedy czytałem polskie recenzje albumu "Slave Riot" od Young Jazz Rebels, przypominają mi się badania do pracy magisterskiej, gdy czytałem o interpretacjach późnych albumów John'a Coltrane'a w których jedni przypisywali mu rangę geniuszu, a inni nazywali jego muzykę anty-jazzem. Znowu brakuje jakiegoś złotego środka. Pewnie gdyby ta płyta ukazała się w latach 70-tych, spece od awangardy piali by zachwytu, natomiast gdy pod przykrywką dość sporego zespołu widzą tylko najaranego koleszkę z samplerem, to im pióra opadają. Przyszłość jazzu pewnie powędruje w tę stronę, o czym stara się nie zapominać James Mtume, który zniszczył w dyskusji krytyka Stanley'a Crouch'a, co zresztą warto zobaczyć tutaj. Od pierwszych płyt Yesteday's New Quintet byłem zauroczony jazzowymi eksperymentami Madlib'a, które zwieńczył zespołem Sound Directions. Teraz kiedy po Yesterday's Universe wychodzą wcześniej zapowiedziane jeszcze mniejsze pierwiastki Quitetu jestem cały podekscytowany tym, jak wiele wajbów potrafi wydobyć Otis Jackson ze swojej wyobraźni, obojętnie czy pisze zupełnie nowe utwory, improwizuje czy bazuje na covera'ch wyjebanych jazzowych kompozycji. Young Jazz Rebels "są" kosmiczno-plemienni czyli ideowo podobni do Space Programu Ras'a G - ale stylistycznie zupełnie inni, nawet bardziej melodyjni mimo że cały czas bardzo free. Uwielbiam "Theme From Illusion Suite" i jaram się że jest coś "For Brother Sun Ra". Krążek zatwierdzony po paleniu.
Jeśli czytaliście podsumowanie roku na Diggin, pewnie zauważyliście wpis Maceo, którego pozwolę sobie zacytować, bo pięknie napisał: "Suite For Ma Dukes" bez grama patosu składa hołd mistrzowi Yoda hiphopowego undergroundu, JDilli i wynosi jego muzykę prosto do nieba, z pominięciem filharmonii i modnych kawiarni. Jeśli dziś możnaby pchnąć w kosmos przesyłkę z pozdrowieniami z Ziemi, która mogłaby być dowodem na to, że jej mieszkańcy są sympatycznymi, utalentowanymi i pracowitymi istotami, nie zawahałbym się wybrać właśnie Miguela Atwooda-Fergusona z jego orkiestrą złożoną z osobników różnych ras i płci, grubych i chudych, wspólnie skupionych na wydawaniu perfekcyjnie zestrojonych ze sobą dźwięków. Cóż dodać? Wystarczy się pod tym podpisać, zresztą moje "ochy" i "achy" już na łamach tej strony pojawiły się tutaj. Może i to album nie-najbardziej-jazzowy, ale chyba najlepiej pasuje właśnie do tego zestawienia.W moim przekonaniu, to wydarzenie było tak wielkie dla historii muzyki współczesnej, jak wspominana wyżej "Cosmogramma"... no ale co zrobić, jak to w zasadzie Ci sami ludzie?!
O! Jak fajnie że Build An Ark wiąże całe podsumowanie. Dlaczego? Bo w zasadzie w tym zespole znajduje się większość ludzi, którzy pracowali najmocniej w jazzie w 2010 roku. To za sprawą Build An Ark rozpoczęła się moja przygoda z muzyką Carlos'a Niño czy Miguel'a Atwood'a Ferguson'a. Holenderskie Kindred Spirits to prawdziwa perełka na mapie muzycznego starego kontynentu, mając w lineupie śmietankę sceny jazzowej w Los Angeles. Wyżej wspominałem o hołdzie Madlib'a dla mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, może teraz rozwinę tę myśl: Na "Miles Away" mamy utwory min. dla Derf'a Reklaw'a, Phil'a Ranelin'a czy Dwight'a Trible, cała trójka brała udział przy nagraniach płyt Build An Ark. Mało tego, harfiarka Rebekah Raff współpracująca od dłuższego czasu z Fly Lo, oczywiście też jest członkiem tego zespołu. Po prostu sami wymiatacze! Już w zeszłym roku Build An Ark zaznaczył swoją dobrą formę krążkiem "Love Part 1", w tym roku kontynuowali tę passę drugą częścią, która kontynuowała ideę utworu "More Love*", wprawiając brzmienie "Love Part 2" w bardziej blisko wschodni klimat. Obok tego zespołu nie można przejść obojętnie, chociaż żałuję że tak mało tutaj głosu Dwight'a Trible, to utworem "What The World Needs Now Is Love" załatwia całą sprawę. Dobrze żyć w świecie, w którym muzyka nadal o coś walczy. Dobrze żyć w świecie w którym jazz ma się dobrze, tylko trzeba wiedzieć gdzie go szukać. Bądźcie uważni w czasach renesansu Los Angeles.
Niektórzy z Was, którzy widzą już okładkę a jeszcze nie dobrnęli do końca akapitu mogą sądzić że mnie to dopiero popierdoliło. Ale niestety nie. To co dla jednych jest muzyką elektroniczną, dla innych new-beats'ową dla mnie w tym przypadku jest muzyką jazzową. Mało tego, bo tak jak w przypadku reszty albumów znajdujących się na tej liście - kolejność nie ma znaczenia, to w przypadku Flying Lotus'owej "Cosmogrammy" mamy do czynienia z krążkiem na poziomie legendarnym i ponadczasowym, zostawiającym ślad w historii muzyki w ogóle. To co początku było tylko zarysem ideii w laptopie Steve'a, ostatecznie po sesjach zapisujących "Cosmogrammę" stało się wytworem jednych z najbardziej kreatywnych postaci na świecie (a przynajmniej tych, które w tej chwili jeszcze stąpają po planecie). Czym była by harfa zagrana w programie komputerowym? Czym byłaby gitara basowa bez ręki wirtuoza? Zdaje się też, że partie smyczkowe nie byłyby tak bogate, gdyby nie odpowiadał za nie jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) skrzypek i dyrygent młodego pokolenia? Co by się stało gdyby nigdy nie było okazji zaprosić do współpracy jednego z najciekawszych saksofonistów, w którego żyłach płynie krew samego John'a Coltrane'a? Nie oszukujmy się, wtedy "Cosmogramma" nie przeskoczyłaby prawdopodobnie poprzedniczki. Ale przecież chodzi o wejście na wyższy poziom twórczości. To właśnie dlatego powstało "The Infinity", "∞", w którego skład wchodzą: Rebekah Raff, Thundercat, Miguel Atwood-Ferguson, Ravi Coltrane oraz Richard Eigner i dzięki którym "Cosmogramma" tętni życiem i w przypadku udanego zawiązania składu na koncertach (bo zebrać tak zajęte postacie w jednym miejscu może graniczyć z cudem), improwizując cały czas ewoluuje. Koncepcja budowy "Cosmogrammy" również zdumiewa, wymusza na słuchaczu wysłuchania całej historii, bez przerzucania opowieści do ulubionych fragmentów. Płyta warta dość wysokiej ceny. 2LP z artwork'iem Leigh'a J. McCloskey'ego, robi duże wrażenie. Dzieło w każdym calu.
Christian Scott to koleś reprezentujący młodą falę muzyków jazzowych. To właśnie ludzie tacy jak on dziś w jazzie interesują mnie najbardziej. Dlaczego? W zasadzie z prostego powodu, nie doświadczę już na żywo wielu wielkich przedstawicieli tego gatunku. Pozostaje szperać za tymi, do których należy kontynuowanie drogi tej pięknej muzyki. Jednym z najciekawszych trębaczy w tej chwili (moim zdaniem) jest urodzony w 83 roku w Nowym Orleanie - Christian Scott. Trzy lata temu, gdy był w moim wieku, już był nominowany do Grammy (niestety nie wygrał)... a w tym roku wydał krążek "Yesterday you said Tomorrow". Świetna rzecz, raczej spokojna płyta, polecam tym, którzy raczej mają ochotę pokontemplować. Scott mimo młodego wieku, już zdążył poszukać swojej barwy na trąbce. Album zawiera głównie kompozycje Christian'a, ale waszą uwagę może przyciągnąć piękny cover utworu Thom'a Yorke'a "The Eraser". Co ciekawe, przy nagrywaniu płyty uczestniczył legendarny inżynier Rudy Van Gelder, który stał za choćby takim kamieniem milowym w dziejach jazzu jak "A Love Supreme" John'a Coltrane'a.
The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble, to chyba moja ulubiona nazwa ze wszystkich które powstały na "Yesterdays Universe", z pewnością też, jest to jeden z najprzyjaźniejszych składów w odbiorze jakie skonstruował w swojej głowie Madlib być może dlatego że to fusion (a nie free, jak w przypadku "Slave Riot", do którego tutaj jeszcze wrócimy). "Miles Away" to hołd w kierunku mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, kopalnia wiedzy i dodatkowa zabawa, bo po przesłuchaniu aranżacji Madliba, zawsze można wrócić do tych ku którym ten hołd jest składany. Przeważają kompozycje samego Otis'a Jackson'a, ale mamy też kompozycję Phil'a Ranelin'a i Roy'a Ayers'a. Ponadto pięknie wydana wersja winylowa z artworkiem naszego rodaka Radka Drutisa. Chyba umarłbym na zawał, na skutek szoku w dniu w którym dowiedziałbym się że Madlib skonstruował fizyczną wersję tego kosmicznego Ensemble i jest okazja posłuchania ich na żywo w Europie.
Mimo tego, że towarzyszy mi nieustanne poczucie że ludzie nie odnotowali istnienia "For All We Know", to ten album to prawdziwa jesienna muzyczna uczta. Jose James i Jef Neve już świetnie wypadli w szerszej konfiguracji podczas koncertu w Belgii, który był hołdem dla John'a Coltrane'a... zresztą jakże wystrzałowa, bo kto chciał, mógł obejrzeć go na żywo, siedząc w domu przed komputerem! Krótko po tym koncercie zapowiedziano wydanie krążka duetu, dla wytwórni Impulse. Pierwszy odsłuch mnie totalnie rozwalił, Jose James wrócił do stylistyki bliższej "The Dreamer", z tą różnicą, że tutaj jego głos komponował się tylko z pianinem Jef'a. Zaznaczam, że delikatny wajb Neve'a jest tego typu brzmieniem które lubię - zero wiochy. "Autumn In New York" to hymn tej jesieni, ciężko też przejść obojętnie obok znajdującej się na "For All We Know" aranżacji standardu jazzowego "Lush Life". Album mniej do palenia, ale jak najbardziej do kolacji z (nie każdą) ukochaną przy winie. Szkoda że album nie ukazał się na winylu.
Wielu z Was dobrze zna ten album, jeśli nie - to z pewnością kojarzycie przynajmniej jeden ich kawałek, który z pewnością nie raz rozgrzewał parkiety spod ręki Kixnare'a, Pięknych Chłopców czy Maceo Wyro. Mowa o Souljazz Orchestra i ich tegorocznym hicie "Rising Sun". Trochę to world-music, trochę arfrobeat, nieco jazz-funk. Skład tworzy sześć osób, zamieszkujących Kanadę. Natomiast czy to rodowici Kanadyjczycy, to pojęcia nie mam - bo jak na tamtą szerokość geograficzną to nazwiska dość egzotyczne. Dwa lata po wydaniu ostatniego krążka "Manifesto" debiutują w brytyjskim Strut, prawdziwą petardą. Genialna sekcja dęta! Marzy mi się posłuchać ich nie-na-festiwalu. 45 minut samej przyjemności... Polecam szczególnie tym, którzy uważają jazz za niestrawny. "Agbara", "Lotus Flower" czy "Consecration" to prawdziwe perełki.
Kiedy czytałem polskie recenzje albumu "Slave Riot" od Young Jazz Rebels, przypominają mi się badania do pracy magisterskiej, gdy czytałem o interpretacjach późnych albumów John'a Coltrane'a w których jedni przypisywali mu rangę geniuszu, a inni nazywali jego muzykę anty-jazzem. Znowu brakuje jakiegoś złotego środka. Pewnie gdyby ta płyta ukazała się w latach 70-tych, spece od awangardy piali by zachwytu, natomiast gdy pod przykrywką dość sporego zespołu widzą tylko najaranego koleszkę z samplerem, to im pióra opadają. Przyszłość jazzu pewnie powędruje w tę stronę, o czym stara się nie zapominać James Mtume, który zniszczył w dyskusji krytyka Stanley'a Crouch'a, co zresztą warto zobaczyć tutaj. Od pierwszych płyt Yesteday's New Quintet byłem zauroczony jazzowymi eksperymentami Madlib'a, które zwieńczył zespołem Sound Directions. Teraz kiedy po Yesterday's Universe wychodzą wcześniej zapowiedziane jeszcze mniejsze pierwiastki Quitetu jestem cały podekscytowany tym, jak wiele wajbów potrafi wydobyć Otis Jackson ze swojej wyobraźni, obojętnie czy pisze zupełnie nowe utwory, improwizuje czy bazuje na covera'ch wyjebanych jazzowych kompozycji. Young Jazz Rebels "są" kosmiczno-plemienni czyli ideowo podobni do Space Programu Ras'a G - ale stylistycznie zupełnie inni, nawet bardziej melodyjni mimo że cały czas bardzo free. Uwielbiam "Theme From Illusion Suite" i jaram się że jest coś "For Brother Sun Ra". Krążek zatwierdzony po paleniu.
Jeśli czytaliście podsumowanie roku na Diggin, pewnie zauważyliście wpis Maceo, którego pozwolę sobie zacytować, bo pięknie napisał: "Suite For Ma Dukes" bez grama patosu składa hołd mistrzowi Yoda hiphopowego undergroundu, JDilli i wynosi jego muzykę prosto do nieba, z pominięciem filharmonii i modnych kawiarni. Jeśli dziś możnaby pchnąć w kosmos przesyłkę z pozdrowieniami z Ziemi, która mogłaby być dowodem na to, że jej mieszkańcy są sympatycznymi, utalentowanymi i pracowitymi istotami, nie zawahałbym się wybrać właśnie Miguela Atwooda-Fergusona z jego orkiestrą złożoną z osobników różnych ras i płci, grubych i chudych, wspólnie skupionych na wydawaniu perfekcyjnie zestrojonych ze sobą dźwięków. Cóż dodać? Wystarczy się pod tym podpisać, zresztą moje "ochy" i "achy" już na łamach tej strony pojawiły się tutaj. Może i to album nie-najbardziej-jazzowy, ale chyba najlepiej pasuje właśnie do tego zestawienia.W moim przekonaniu, to wydarzenie było tak wielkie dla historii muzyki współczesnej, jak wspominana wyżej "Cosmogramma"... no ale co zrobić, jak to w zasadzie Ci sami ludzie?!
O! Jak fajnie że Build An Ark wiąże całe podsumowanie. Dlaczego? Bo w zasadzie w tym zespole znajduje się większość ludzi, którzy pracowali najmocniej w jazzie w 2010 roku. To za sprawą Build An Ark rozpoczęła się moja przygoda z muzyką Carlos'a Niño czy Miguel'a Atwood'a Ferguson'a. Holenderskie Kindred Spirits to prawdziwa perełka na mapie muzycznego starego kontynentu, mając w lineupie śmietankę sceny jazzowej w Los Angeles. Wyżej wspominałem o hołdzie Madlib'a dla mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, może teraz rozwinę tę myśl: Na "Miles Away" mamy utwory min. dla Derf'a Reklaw'a, Phil'a Ranelin'a czy Dwight'a Trible, cała trójka brała udział przy nagraniach płyt Build An Ark. Mało tego, harfiarka Rebekah Raff współpracująca od dłuższego czasu z Fly Lo, oczywiście też jest członkiem tego zespołu. Po prostu sami wymiatacze! Już w zeszłym roku Build An Ark zaznaczył swoją dobrą formę krążkiem "Love Part 1", w tym roku kontynuowali tę passę drugą częścią, która kontynuowała ideę utworu "More Love*", wprawiając brzmienie "Love Part 2" w bardziej blisko wschodni klimat. Obok tego zespołu nie można przejść obojętnie, chociaż żałuję że tak mało tutaj głosu Dwight'a Trible, to utworem "What The World Needs Now Is Love" załatwia całą sprawę. Dobrze żyć w świecie, w którym muzyka nadal o coś walczy. Dobrze żyć w świecie w którym jazz ma się dobrze, tylko trzeba wiedzieć gdzie go szukać. Bądźcie uważni w czasach renesansu Los Angeles.
wtorek, 21 grudnia 2010
2010 - RAP
W tym roku na mojej stronie będzie kilka postów podsumowujących ostatnie dwanaście miesięcy w muzyce. Uważam za wielce niepoważne wybierać pierwszą piątkę czy dziesiątkę "krążków roku" i zestawiać obok siebie np. Kanye Westa i Flying Lotusa, zdając sobie sprawę z tego że np. oba te krążki wywarły na mnie spory wpływ i dawały tyle samo przyjemności w słuchaniu. Metodologicznie to złe od podstaw, takie zestawianie. Zresztą, tak samo bez sensu jak bojkotowanie mainstreamu, tylko i wyłącznie dlatego że jest mainstreamem. Gdy byłem młodym gnojem to się spinałem, ja jebie... można powiedzieć że byłem przykładem tego, jak się nie powinno podchodzić do sztuki w ogóle! Były inne czasy, żyło się nadal golden age, przychodził czas panowania wczesnego Stones Throw, nie było jeszcze wszechobecnego facebook'a, Madlib nie miał fanpage'a i nie lubiło go ponad sto-dwadzieścia-dwa-tysiące osób. Dziś to wszystko chuj strzelił. To co kiedyś starannie wyszukane, nie koniecznie znane wszystkim dawało Ci poczucie że jesteś kozakiem że w ogóle masz szansę to słyszeć. Pamiętam zresztą dobrze, gdy w zeszłym roku Prof gadał w Warszawie z Andrew Mezą o Kankicku, i ten był w szoku że my o tym w ogóle słyszeliśmy. A dziś? W zasadzie wszystko może być znane! Wystarczy że jest na tyle dobre, że Tobie i twoim znajomym będzie się chciało udostępniać coś na jebanej ścianie. Pojęcie underground przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Liczy się to co jest dobre, a o tym co złe nawet nie ma sensu się wypowiadać, bo szkoda czasu. Dlaczego więc nienawidzimy Kanye West'a skoro Flying Lotus jest w kręgu przynajmniej mojego mikro-światka, tak samo znany i przeliczając na $$$ równie ciężki do zaproszenia na nie-festiwalową imprezę co West? Nie umiem na to odpowiedzieć, ale im jestem starszy tym bardziej widzę i rozumiem, jak mało nadal wiem i jak dużo pewnie przede mną żeby dostrzegać wszystko z szerszej perspektywy. Skąd ten wywód? Bo gdyby ktoś mi powiedział w 2004 roku, gdy nie widziałem świata poza Madvillain, że za 6 lat napiszę podsumowanie hip-hopowe w którym będą w większości kolesie jeżdżący Maybachami, to chyba umarłbym ze śmiechu. A tu taki szok, człowiek który miał underground na drugie imię wypisuje takie rzeczy i jeszcze sam siebie wyśmiewa. Chociaż? Być może robię to niesłusznie... może to przemysł się zmienił? Może muzyka której zawsze słuchałem przez ostatnią dekadę zaczęła zarabiać grube bańki - a ja zwyczajnie się od niej nie odwróciłem? Musiałbym się dłużej nad tym zastanowić. Tyle słowem wstępu, przejdźmy do moich ulubionych rap płyt w 2010 roku... Oczywiście kolejność nie ma większego znaczenia, po prostu obrazki się tak ustawiły. Jako cytat otwierający listę wpierdolę tutaj wiadomość od mojego człowieka Mentalcuta:
"słucham Big K.R.I.T. z Curren$y i tak sobie myślę, że miałeś rację z tym, że rap dawno nie był tak dobry jak w tym roku."
"Album of the Year" Black Milka towarzyszył mi w tym roku wielokrotnie. Zresztą spodziewałem się świetnego krążka już po zajebistym singlu "Deadly Medley", potem apetyt był tylko podsycany kolejnymi wyciekami uzupełniając wyobrażenie o nadchodzącym LP. Świetne "Oh Girl" dla dziewcząt, czy wybuchowe bangery jak "Warning (Keep Bouncing)". Potem jeszcze cała ta sprawa z Warsoul i koncert Live Bandu w Powiększeniu... nie potrafię do tego nie wracać. Ciekawe jak ten krążek będzie pracował w kontekście upływającego czasu... Czy odpalając ten przeźroczysty wosk za 5 lat poczuję to samo pierdolnięcie? Oby tak!
Big Boi też dojebał. Pamiętam jak pojawiały się pierwsze single... najpierw słyszałem chyba utwór "General Patton", zdaje się że pierwszy raz słyszałem go u Gilles'a. Pomyślałem sobie - ja pierdole, jaki to jest grubas! Już nawet jebać bit, ale cała ta nawijka! Muszę się Wam do czegoś przyznać... zanim pojawił się ten album, to dla mnie Outkast to zawsze był przede wszystkim Andre 3000, pewnie ze względu na to że jak wychodziły albumy podwójne, to zawsze część Dre bardziej do mnie przemawiała, chociaż utwory jak "Way You Move" to zawsze się broniły... nagle Big Boi wjeżdża z krążkiem którego tytułu nigdy nie będę w stanie nauczyć się na pamięć i rozpierdala system. Big Boi tym krążkiem zdobył moją sympatię tak dużą, jaką darzę Andre. Do kawałków takich jak "Shutterbug", "Fo Yo Sorrows" czy "You Ain't No DJ", będę wracał i mam nadzieję że będę często słyszał je na różnych baletach.
Pamiętam że ostatni raz jarałem się tak nową falą jak słuchałem pierwszego mixtape'u Kid Cudiego, czy wtedy, gdy dowiedziałem się o istnieniu Cool Kids. Ale jak pojawiła się owa nowa fala, wraz z nią trzeba było nieźle ogarniać żeby wyłapać generalnie najlepsze rzeczy. Po wyżej wymienionych moich rówieśnikach w zasadzie, w pełni rozjebałem się dopiero rapsami Curren$y'ego. Najpierw "Pilot Talk"... gdzie totalnie miażdżyła mnie najarana, wyluzowana i niepodrabiana nawijka. Wielokrotnie wracam do chaty z tyry i już sobie myślę w drodzę, że jak wpadnę to ukręcę dżoja i przyjebie "Roasted" na full, tak żeby sąsiedzi też wiedzieli o co w rapie się rozchodzi. Tak się jarałem przez kilka miesięcy, do czasu aż nie usłyszałem "Pilot Talk II" o którym szerzej pisałem tutaj. Musicie to sprawdzić!
Kanye West i jego piękne ciemne pokręcone fantazje. Tutaj nie będę się rozpisywał. Napiszę krótko: Album roku. Dlaczego? Odsyłam tutaj.
To największa niespodzianka w tym roku. Po pierwsze dlatego, że został mi przedstawiony zupełnie niedawno (wielkie podziękowania dla Dawida Rakowskiego), po drugie, że nie był forsowany w zasadzie nigdzie (a już na pewno nie tam gdzie ja śledzę muzykę), a po trzecie że to nie-dotknięty-przez-wpływ-muzyki-angielskiej hip-hop. Mowa o koleszce, kryjącym się pod pseudonimem Kashmere. Takiej muzy to można by się spodziewać gdzieś w Kaliforni, ale w UK - gdzie wszechobecny grime trzęsie całą wyspą? Kurwa nigdy w życiu bym nie pomyślał... A jednak! "Galaktus: Power Cosmic LP" to takie pomieszanie historii które lubił nawijać Kool Keith, wbitka w komiksy a la Doom, bity jak od Lootpack. Zwariowałem! Kupiłem LP bez zastanowienia. Nakład nie jest duży, warto się rozejrzeć.
Mój radar na produkcje Nottza był aktywny od czasu, kiedy pojawił się jego remiks do utworu "Cheeba" Shafiq'a i Bilal'a. Potem, jako regularny słuchacz audycji Benjiego zaczęły do mnie docierać pojedyncze tracki. Najpierw był "Shine So Brite", do którego powstał całkiem fajny klip, potem trafiłem na "Blast That" z gościnnym udziałem Black Milka... Następnie rozwalił mnie tekstem w utworze "A Dream Come True" w którym składa hołd swoim nieżyjącym muzycznym bohaterom. Ta płyta, chociaż ma okładkę jak pięćset tysięcy albumów których byście nigdy nie sprawdzili, zawiera też kilka fajnych gościnnych występów: jest Dwele, jest Mayer Hawthorne, jest i Bilal. Jest dobrze!
Rick Ross zawsze potrafił nagrywać dobre płyty do samochodu. Jeśli ktoś zapytałby mnie o najlepsze 49 minut do jego Forda Fiesty czy innego Lanos'a, bez wahania odpowiem, przypierdol sobie "Teflon Don" od Big Boss'a Rick'a Ross'a. Od razu poczujesz się jakbyś miał skórzaną tapicerkę i kilkanaście koni więcej pod maską. Latem, gdy chłodzisz łokieć dobrze mieć w aucie ten krążek. J.U.S.T.I.C.E League, Kanye West, No ID i Lex Luger, zagwarantowali bogate brzmienie, a kawałki takie jak "Super High" czy "Maybach Music III" umilą każdą jazdę. Mi nie przeszkadza nawet Ne-Yo w refrenie.
Nigdy nie byłem krytyczny dla The Roots, chociaż jak wielu wolę ich pierwsze płyty, to zawszę szanowałem ich chęć do eksperymentowania. Gorzej ta ekipa miała z innymi odbiorcami, którzy często gęsto mieszali ich z błotem po "Phrenology" w górę... W końcu wszyscy są zadowoleni, dużo bangerów, znowu kilka kawałków do pośpiewania dzięki wpadającym w ucho refrenom, jak zwykle fenomenalny Black Thought. Pewnie dużo krytyków w podsumowaniach wymieni też przyzwoity projekt z Johnem Legendem... ale ja jakoś wolę "How I Got Over".
No i na koniec zostawiam prawdziwy smaczek! Gdyby to nie był mixtape, tylko normalne wydawnictwo które mógłbym kupić na winylu, to chyba jemu oddałbym tytuł mistrza rapu w roku 2010. Tak, tak, Wiz Khalifa to koleszka Pittsburgh'a tylko rok młodszy ode mnie, a tak dopierdolił. Myślę że jeszcze sporo namiesza, jestem ciekawy jak będzie wyglądał jego trzeci album zapowiadany na przyszły rok. Myślę ze nie warto zdradzać szczegółów na temat tego co zawiera "Kush & OJ", w końcu jest do pobrania jest za friko. Zachęcam więc tym bardziej, to sprawdzenia krążka który w dzień premiery zawładnął statystykami google i twittera!
Całe życie słucham muzyki całymi albumami od A do Z. Nie jestem Dj'em, nie zbieram pojedynczych plików na komputerze, nie przepadam za krążkami gdzie mam jeden dobry singiel i resztę wypełniaczy. Powyżej wymieniłem 9 pozycji, które z przyjemnością słucha się w całości. Bez przycisku forwardowania. Dlatego pomijam w podsumowaniu płyty między innymi Reflection Eternal i Slum Village, które niestety nie są wybitne, ale mają kilka mocnych momentów. Nie wymienię też Clipse'ów którymi jarałem się przez większość tego roku, ale muszę być dokładny jak niemiecki finansista, bo "Til Casket Drops" pojawił się w grudniu 2009 roku. Poniżej zostawiam odsłuch audycji podsumowującej mniej więcej to, o czym napisałem wyżej. Trochę przegadaliśmy rap, ale były pytania... Niebawem kolejny wpis.
"słucham Big K.R.I.T. z Curren$y i tak sobie myślę, że miałeś rację z tym, że rap dawno nie był tak dobry jak w tym roku."
"Album of the Year" Black Milka towarzyszył mi w tym roku wielokrotnie. Zresztą spodziewałem się świetnego krążka już po zajebistym singlu "Deadly Medley", potem apetyt był tylko podsycany kolejnymi wyciekami uzupełniając wyobrażenie o nadchodzącym LP. Świetne "Oh Girl" dla dziewcząt, czy wybuchowe bangery jak "Warning (Keep Bouncing)". Potem jeszcze cała ta sprawa z Warsoul i koncert Live Bandu w Powiększeniu... nie potrafię do tego nie wracać. Ciekawe jak ten krążek będzie pracował w kontekście upływającego czasu... Czy odpalając ten przeźroczysty wosk za 5 lat poczuję to samo pierdolnięcie? Oby tak!
Big Boi też dojebał. Pamiętam jak pojawiały się pierwsze single... najpierw słyszałem chyba utwór "General Patton", zdaje się że pierwszy raz słyszałem go u Gilles'a. Pomyślałem sobie - ja pierdole, jaki to jest grubas! Już nawet jebać bit, ale cała ta nawijka! Muszę się Wam do czegoś przyznać... zanim pojawił się ten album, to dla mnie Outkast to zawsze był przede wszystkim Andre 3000, pewnie ze względu na to że jak wychodziły albumy podwójne, to zawsze część Dre bardziej do mnie przemawiała, chociaż utwory jak "Way You Move" to zawsze się broniły... nagle Big Boi wjeżdża z krążkiem którego tytułu nigdy nie będę w stanie nauczyć się na pamięć i rozpierdala system. Big Boi tym krążkiem zdobył moją sympatię tak dużą, jaką darzę Andre. Do kawałków takich jak "Shutterbug", "Fo Yo Sorrows" czy "You Ain't No DJ", będę wracał i mam nadzieję że będę często słyszał je na różnych baletach.
Pamiętam że ostatni raz jarałem się tak nową falą jak słuchałem pierwszego mixtape'u Kid Cudiego, czy wtedy, gdy dowiedziałem się o istnieniu Cool Kids. Ale jak pojawiła się owa nowa fala, wraz z nią trzeba było nieźle ogarniać żeby wyłapać generalnie najlepsze rzeczy. Po wyżej wymienionych moich rówieśnikach w zasadzie, w pełni rozjebałem się dopiero rapsami Curren$y'ego. Najpierw "Pilot Talk"... gdzie totalnie miażdżyła mnie najarana, wyluzowana i niepodrabiana nawijka. Wielokrotnie wracam do chaty z tyry i już sobie myślę w drodzę, że jak wpadnę to ukręcę dżoja i przyjebie "Roasted" na full, tak żeby sąsiedzi też wiedzieli o co w rapie się rozchodzi. Tak się jarałem przez kilka miesięcy, do czasu aż nie usłyszałem "Pilot Talk II" o którym szerzej pisałem tutaj. Musicie to sprawdzić!
Kanye West i jego piękne ciemne pokręcone fantazje. Tutaj nie będę się rozpisywał. Napiszę krótko: Album roku. Dlaczego? Odsyłam tutaj.
To największa niespodzianka w tym roku. Po pierwsze dlatego, że został mi przedstawiony zupełnie niedawno (wielkie podziękowania dla Dawida Rakowskiego), po drugie, że nie był forsowany w zasadzie nigdzie (a już na pewno nie tam gdzie ja śledzę muzykę), a po trzecie że to nie-dotknięty-przez-wpływ-muzyki-angielskiej hip-hop. Mowa o koleszce, kryjącym się pod pseudonimem Kashmere. Takiej muzy to można by się spodziewać gdzieś w Kaliforni, ale w UK - gdzie wszechobecny grime trzęsie całą wyspą? Kurwa nigdy w życiu bym nie pomyślał... A jednak! "Galaktus: Power Cosmic LP" to takie pomieszanie historii które lubił nawijać Kool Keith, wbitka w komiksy a la Doom, bity jak od Lootpack. Zwariowałem! Kupiłem LP bez zastanowienia. Nakład nie jest duży, warto się rozejrzeć.
Mój radar na produkcje Nottza był aktywny od czasu, kiedy pojawił się jego remiks do utworu "Cheeba" Shafiq'a i Bilal'a. Potem, jako regularny słuchacz audycji Benjiego zaczęły do mnie docierać pojedyncze tracki. Najpierw był "Shine So Brite", do którego powstał całkiem fajny klip, potem trafiłem na "Blast That" z gościnnym udziałem Black Milka... Następnie rozwalił mnie tekstem w utworze "A Dream Come True" w którym składa hołd swoim nieżyjącym muzycznym bohaterom. Ta płyta, chociaż ma okładkę jak pięćset tysięcy albumów których byście nigdy nie sprawdzili, zawiera też kilka fajnych gościnnych występów: jest Dwele, jest Mayer Hawthorne, jest i Bilal. Jest dobrze!
Rick Ross zawsze potrafił nagrywać dobre płyty do samochodu. Jeśli ktoś zapytałby mnie o najlepsze 49 minut do jego Forda Fiesty czy innego Lanos'a, bez wahania odpowiem, przypierdol sobie "Teflon Don" od Big Boss'a Rick'a Ross'a. Od razu poczujesz się jakbyś miał skórzaną tapicerkę i kilkanaście koni więcej pod maską. Latem, gdy chłodzisz łokieć dobrze mieć w aucie ten krążek. J.U.S.T.I.C.E League, Kanye West, No ID i Lex Luger, zagwarantowali bogate brzmienie, a kawałki takie jak "Super High" czy "Maybach Music III" umilą każdą jazdę. Mi nie przeszkadza nawet Ne-Yo w refrenie.
Nigdy nie byłem krytyczny dla The Roots, chociaż jak wielu wolę ich pierwsze płyty, to zawszę szanowałem ich chęć do eksperymentowania. Gorzej ta ekipa miała z innymi odbiorcami, którzy często gęsto mieszali ich z błotem po "Phrenology" w górę... W końcu wszyscy są zadowoleni, dużo bangerów, znowu kilka kawałków do pośpiewania dzięki wpadającym w ucho refrenom, jak zwykle fenomenalny Black Thought. Pewnie dużo krytyków w podsumowaniach wymieni też przyzwoity projekt z Johnem Legendem... ale ja jakoś wolę "How I Got Over".
No i na koniec zostawiam prawdziwy smaczek! Gdyby to nie był mixtape, tylko normalne wydawnictwo które mógłbym kupić na winylu, to chyba jemu oddałbym tytuł mistrza rapu w roku 2010. Tak, tak, Wiz Khalifa to koleszka Pittsburgh'a tylko rok młodszy ode mnie, a tak dopierdolił. Myślę że jeszcze sporo namiesza, jestem ciekawy jak będzie wyglądał jego trzeci album zapowiadany na przyszły rok. Myślę ze nie warto zdradzać szczegółów na temat tego co zawiera "Kush & OJ", w końcu jest do pobrania jest za friko. Zachęcam więc tym bardziej, to sprawdzenia krążka który w dzień premiery zawładnął statystykami google i twittera!
Całe życie słucham muzyki całymi albumami od A do Z. Nie jestem Dj'em, nie zbieram pojedynczych plików na komputerze, nie przepadam za krążkami gdzie mam jeden dobry singiel i resztę wypełniaczy. Powyżej wymieniłem 9 pozycji, które z przyjemnością słucha się w całości. Bez przycisku forwardowania. Dlatego pomijam w podsumowaniu płyty między innymi Reflection Eternal i Slum Village, które niestety nie są wybitne, ale mają kilka mocnych momentów. Nie wymienię też Clipse'ów którymi jarałem się przez większość tego roku, ale muszę być dokładny jak niemiecki finansista, bo "Til Casket Drops" pojawił się w grudniu 2009 roku. Poniżej zostawiam odsłuch audycji podsumowującej mniej więcej to, o czym napisałem wyżej. Trochę przegadaliśmy rap, ale były pytania... Niebawem kolejny wpis.
środa, 23 grudnia 2009
2009
Podsumowanie roku tuż przed wkroczeniem w nową dekadę, nie może skończyć się na wyborze tej jednej jedynej zajebistej płyty. Jeśli dobrze pamiętam, na ubiegły rok nie mieliśmy co narzekać. 2008 przyniósł na nasz rynek mnóstwo pociągających wydawnictw, ale za to rok 2009 przeszedł samego siebie. Po pierwsze za sprawą SA-RA Creative Partners i ich "Nuclear Evolution: The Age of Love" oraz Shafiq'a Husayn'a i jego "En'A-Free-Ka", dzięki kosmicznemu trio i dzięki jednemu z jego członków dostaliśmy dwie potężne i jakże różne od siebie płyty - seksualną i spirytualistyczną. Myślę, że na tej linii fani mieli najwięcej problemu z wyłonieniem faworyta. Czy lepsze były solowe dokonania Shafiq'a? Czy lepsza była wspólna płyta kreatywnych partnerów? A może takie porównanie nie ma żadnego sensu? Chyba ta ostatnia opcja jest tutaj najcelniejsza. Nie porównujmy rozpierwiastkowanego SA-RA z kompletnym kolektywem. To dwie zupełnie inne rzeczy które u mnie uzyskują najwyższe noty.

I chyba przez przypadek wpadłem już na początku podsumowania w pułapkę. Bo to pierwsze miejsce gdzie muszę wyróżnić ekipę Warsoul, piątka dla Maceo Wyro, Grześka Dworakowskiego i Andrzeja Cały... piątka dla Ciebie Sebol! Dla mnie...?! Ojej dzięki... Taaak, piątka dla nas za to że rok 2009 był najlepszym czasem na sprowadzenie Ommas'a Keith'a i Taz'a Arnolda do Polski. Może jest to nie skromne, ale w końcu dla mnie, było to jedno z najważniejszych wydarzeń w roku. A jeśli już jesteśmy przy kosmiczno-futurystycznych klimatach, pora na wyróżnienie tria z Wellington - Electric Wire Hustle i ich debiutanckiego krążka który ukazał się pod tym samym tytułem. Fajnie widzieć nowe twarze z nowozelandzkiej sceny, tym bardziej gdy materiał który prezentują rozwala od pierwszej do ostatniej sekundy. Zarówno oni, jak i wyżej wymienieni Kreatywni Partnerzy, zostali wyróżnieni w podsumowaniach Gilles'a Peterson'a i Benji'ego B w BBC, to jak Warsoul? Znowu piątka?!

Na kolejne wyróżnienie zasługuje Dam-Funk, bez wątpienia jest jednym z najbardziej obiecujących artystów od 2-3 lat. Dopiero teraz dostaliśmy od niego krążek pt. "Toeachizown", który obrazuje koncepcje nowoczesnego boogie-funku, a dodając jego szalone kolaboracje z Rozzi Daime, Nite Jewel czy Red'em widzimy że gość nie próżnuje i nie żartuje, robi non-stop naprawdę gorący materiał. Kolejnym kozakiem jest Mark Pritchard, w tym roku pozamiatał system dwoma utworami "Wind It Up" z Ommas'em Keith'em i "Heavy As Stone"... a tuż za rogiem czai się projekt Afrika Hi-Tech, który pewnie uderzy wraz z rokiem 2010. Po próbkach, po prostu nie mogę się doczekać.

Obojętnie nie przejdę też obok Joy Orbison'a, chłopak młody i niezwykle utalentowany, z tego co czytałem, nie zamierza na razie wydawać płyty długogrającej, ale wystarczył singiel "Hyph Mngo/Wet Look", żeby nikt więcej nie miał wątpliwości że ten koleś jeszcze sporo namiesza na scenie klubowej. A jeśli już jestem przy "wyspowym" klimacie to wyróżnienie leci dla Hyperdub. Wytwórnia obchodzi w tym roku 5-te urodziny, a co za tym idzie pięciolecie działalności. Wydali zajebistą kompilacje zawierającą największe bomby od Kode-9, Joker'a czy Zomby'ego, zresztą wyróżniona również powinna być panna zwana Cooly G, która popełniła zajebisty "Love Dub". Czyli co? Hyperdub labelem roku? Zdecydowanie tak.

Jeśli jeszcze mowa o wyspach, to zdecydowanie musimy wrócić do wydarzeń które miały miejsce w Polsce, a dokładniej mówiąc w Poznaniu, gdzie Eskulap nawiedziło duo związane z wytwórnią Tempa, chodzi oczywiście o występ Bengi i Skream'a. Piona dla Miza za organizacje tego eventu, było naprawdę świetnie. Skoro cały czas tak miło podsumowuje się eventy, to pozdrawiam osoby które maczały palce w sprowadzeniu Flying Lotusa, Hudson'a Mohawke (którego album pt. "Butter" również zajmuje wysoką pozycję w tym podsumowaniu) i Mamiko Motto do Katowic, na festiwal promujący nowe brzmienia. Co to było za wydarzenie?! Cały czas tym żyje.

Wróćmy jednak do klubowych klimatów. Nie mogę pominąć w podsumowaniu Dj'a Zinc'a, który redefiniuje house stwarzając EP-kę "Crack House EP", gdzie znajduje się min. fenomenalny "Blunt Edge".

No i pora na jakieś stricte hip-hopowe płyty... Z pewnością podpiszę się pod tym że najważniejszymi i najfajniejszymi albumami były "The Ecstatic" Mos Def'a i "Born Like This" Doom'a. Ale warto wyróżnić też Jay'a Z za "Empire State of Mind" czy "Death of Auto-tune". Z silnym materiałem pojawił się również Reakwon, czy komuś nie podobało się "New Wu" na "Only Built 4 Cuban Linx… Pt. II"? No i na końcu, ale przecież kolejność nie ma żadnego znaczenia - królowie kokainowego rapu Malice i Pusha T jako The Clipse i ich krążek pt. "Til the Casket Drops".

Za całokształt trzeba pochwalić rozwój sceny New-Beats Generation, powoli przebija się do świadomości coraz większej liczby słuchaczy. Nawet u nas w kraju, a co za tym idzie, może niedługo będziemy świadkami live-actów największych twórców tego gatunku, w polskich klubach. A wyróżnienie za całokształt dlatego, że tyle ilu jest twórców tyle różnorodnych podejść do tematu a to fenomen tego gatunku, jesteś w stanie powiedzieć gdzie zaczyna się muzyka Flying Lotusa, co charakteryzuje Rasa G, jak produkuje bity Mono/Poly, czym jest brzmienie Dorian Concept'a a jak to robi Clonious...

A teraz przypomniało mi się o Floating Points gość jest niezły, robi świeże rzeczy i jest bliskim współpracownikiem fenomenalnej w tym roku Fatimy, którą już na blogu tutaj wspominałem przy okazji albumu Shafiq'a. Zapamiętajcie imię tej dziewczyny, Fatima z pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Oj i plułbym sobie w brodę, gdybym zapomniał wspomnieć o soulowych, tytanowych wręcz wydawnictwach. Jeden krążek jest oldschoolowy, to powrót Lee Fields'a, który wraz z The Expressions wydał album "My World", polowałem na niego bezskutecznie całe wakacje, zawsze gdy miałem parę Euro na zbyciu, płyta była "out of stock". I jak tu się nie wkurwić? No, nie da się! Wosk trafił do mojej kolekcji dopiero po wizycie w Side One. Drugi album to "Black Summer Nights" od Maxwell'a - trochę poszkodowany ten artysta w tym roku, bo płytka zyskała tylu zwolenników co przeciwników, ale ja bezgranicznie się jaram!

A co działo się w Polsce? Oj, całkiem dużo w tym roku. Otóż najpierw pojawił się chyba krążek Mesa, "Zamach Na Przeciętność" - solidna produkcja, do tego wersja winylowa wypuszczona przez JuNouMi. Klasa! Potem krążek "Dwuznacznie" od Tetrisa. Następnie "Duże Rzeczy" od W.E.N.Y i Rasmentalism, a na dniach dostaniecie do swoich rąk "Kollage" od Kix'a i Szyszki. Nie potrafię wystawić faworyta w tym temacie, bo są to baaaardzo różne pozycje i każdej z nich z równą przyjemnością słuchałem. Czyli co? Mamy cztery fajne płytki w klimacie hip-hopowo-soulowym, a to strasznie dużo! Jeśli przejdziemy do sceny klubowej mamy wyśmienitą kompilacje na której nasi ludzie próbują się z brytyjskim stylem UK Funky, co dało nam PL Funky.

Oczywiście, można by takie podsumowanie jeszcze powiększyć np. o rozchwytywanego Mayer'a Hawthorne'a, chociaż ja osobiście wole remiksy wielu z was zapewne jara się "A Strange Arrangement". Dobry to był rok, dużo wrażeń i fajnych wspomnień.
Przyszły rok przyniesie nam nowy album od Bilal'a, solowe krążki Ommas'a (który miałem przyjemność już słyszeć i z pewnością Was zaskoczy, będziecie mieli przy czym pić drinki w nadchodzące wakacje) i Taz'a Arnold'a. Powrót Gil'a Scott'a Heron'a i oczywiście często przekładany album "Blackmagic" Jose James'a, który też już słyszałem i cały czas namiętnie słucham, chyba już dziś wiem kto będzie wyróżniany w podsumowaniach 2010... i to było na tyle. Nie pozostaje mi już nic innego, jak życzyć Wam Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

I chyba przez przypadek wpadłem już na początku podsumowania w pułapkę. Bo to pierwsze miejsce gdzie muszę wyróżnić ekipę Warsoul, piątka dla Maceo Wyro, Grześka Dworakowskiego i Andrzeja Cały... piątka dla Ciebie Sebol! Dla mnie...?! Ojej dzięki... Taaak, piątka dla nas za to że rok 2009 był najlepszym czasem na sprowadzenie Ommas'a Keith'a i Taz'a Arnolda do Polski. Może jest to nie skromne, ale w końcu dla mnie, było to jedno z najważniejszych wydarzeń w roku. A jeśli już jesteśmy przy kosmiczno-futurystycznych klimatach, pora na wyróżnienie tria z Wellington - Electric Wire Hustle i ich debiutanckiego krążka który ukazał się pod tym samym tytułem. Fajnie widzieć nowe twarze z nowozelandzkiej sceny, tym bardziej gdy materiał który prezentują rozwala od pierwszej do ostatniej sekundy. Zarówno oni, jak i wyżej wymienieni Kreatywni Partnerzy, zostali wyróżnieni w podsumowaniach Gilles'a Peterson'a i Benji'ego B w BBC, to jak Warsoul? Znowu piątka?!

Na kolejne wyróżnienie zasługuje Dam-Funk, bez wątpienia jest jednym z najbardziej obiecujących artystów od 2-3 lat. Dopiero teraz dostaliśmy od niego krążek pt. "Toeachizown", który obrazuje koncepcje nowoczesnego boogie-funku, a dodając jego szalone kolaboracje z Rozzi Daime, Nite Jewel czy Red'em widzimy że gość nie próżnuje i nie żartuje, robi non-stop naprawdę gorący materiał. Kolejnym kozakiem jest Mark Pritchard, w tym roku pozamiatał system dwoma utworami "Wind It Up" z Ommas'em Keith'em i "Heavy As Stone"... a tuż za rogiem czai się projekt Afrika Hi-Tech, który pewnie uderzy wraz z rokiem 2010. Po próbkach, po prostu nie mogę się doczekać.

Obojętnie nie przejdę też obok Joy Orbison'a, chłopak młody i niezwykle utalentowany, z tego co czytałem, nie zamierza na razie wydawać płyty długogrającej, ale wystarczył singiel "Hyph Mngo/Wet Look", żeby nikt więcej nie miał wątpliwości że ten koleś jeszcze sporo namiesza na scenie klubowej. A jeśli już jestem przy "wyspowym" klimacie to wyróżnienie leci dla Hyperdub. Wytwórnia obchodzi w tym roku 5-te urodziny, a co za tym idzie pięciolecie działalności. Wydali zajebistą kompilacje zawierającą największe bomby od Kode-9, Joker'a czy Zomby'ego, zresztą wyróżniona również powinna być panna zwana Cooly G, która popełniła zajebisty "Love Dub". Czyli co? Hyperdub labelem roku? Zdecydowanie tak.
Jeśli jeszcze mowa o wyspach, to zdecydowanie musimy wrócić do wydarzeń które miały miejsce w Polsce, a dokładniej mówiąc w Poznaniu, gdzie Eskulap nawiedziło duo związane z wytwórnią Tempa, chodzi oczywiście o występ Bengi i Skream'a. Piona dla Miza za organizacje tego eventu, było naprawdę świetnie. Skoro cały czas tak miło podsumowuje się eventy, to pozdrawiam osoby które maczały palce w sprowadzeniu Flying Lotusa, Hudson'a Mohawke (którego album pt. "Butter" również zajmuje wysoką pozycję w tym podsumowaniu) i Mamiko Motto do Katowic, na festiwal promujący nowe brzmienia. Co to było za wydarzenie?! Cały czas tym żyje.

Wróćmy jednak do klubowych klimatów. Nie mogę pominąć w podsumowaniu Dj'a Zinc'a, który redefiniuje house stwarzając EP-kę "Crack House EP", gdzie znajduje się min. fenomenalny "Blunt Edge".

No i pora na jakieś stricte hip-hopowe płyty... Z pewnością podpiszę się pod tym że najważniejszymi i najfajniejszymi albumami były "The Ecstatic" Mos Def'a i "Born Like This" Doom'a. Ale warto wyróżnić też Jay'a Z za "Empire State of Mind" czy "Death of Auto-tune". Z silnym materiałem pojawił się również Reakwon, czy komuś nie podobało się "New Wu" na "Only Built 4 Cuban Linx… Pt. II"? No i na końcu, ale przecież kolejność nie ma żadnego znaczenia - królowie kokainowego rapu Malice i Pusha T jako The Clipse i ich krążek pt. "Til the Casket Drops".

Za całokształt trzeba pochwalić rozwój sceny New-Beats Generation, powoli przebija się do świadomości coraz większej liczby słuchaczy. Nawet u nas w kraju, a co za tym idzie, może niedługo będziemy świadkami live-actów największych twórców tego gatunku, w polskich klubach. A wyróżnienie za całokształt dlatego, że tyle ilu jest twórców tyle różnorodnych podejść do tematu a to fenomen tego gatunku, jesteś w stanie powiedzieć gdzie zaczyna się muzyka Flying Lotusa, co charakteryzuje Rasa G, jak produkuje bity Mono/Poly, czym jest brzmienie Dorian Concept'a a jak to robi Clonious...

A teraz przypomniało mi się o Floating Points gość jest niezły, robi świeże rzeczy i jest bliskim współpracownikiem fenomenalnej w tym roku Fatimy, którą już na blogu tutaj wspominałem przy okazji albumu Shafiq'a. Zapamiętajcie imię tej dziewczyny, Fatima z pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Oj i plułbym sobie w brodę, gdybym zapomniał wspomnieć o soulowych, tytanowych wręcz wydawnictwach. Jeden krążek jest oldschoolowy, to powrót Lee Fields'a, który wraz z The Expressions wydał album "My World", polowałem na niego bezskutecznie całe wakacje, zawsze gdy miałem parę Euro na zbyciu, płyta była "out of stock". I jak tu się nie wkurwić? No, nie da się! Wosk trafił do mojej kolekcji dopiero po wizycie w Side One. Drugi album to "Black Summer Nights" od Maxwell'a - trochę poszkodowany ten artysta w tym roku, bo płytka zyskała tylu zwolenników co przeciwników, ale ja bezgranicznie się jaram!

A co działo się w Polsce? Oj, całkiem dużo w tym roku. Otóż najpierw pojawił się chyba krążek Mesa, "Zamach Na Przeciętność" - solidna produkcja, do tego wersja winylowa wypuszczona przez JuNouMi. Klasa! Potem krążek "Dwuznacznie" od Tetrisa. Następnie "Duże Rzeczy" od W.E.N.Y i Rasmentalism, a na dniach dostaniecie do swoich rąk "Kollage" od Kix'a i Szyszki. Nie potrafię wystawić faworyta w tym temacie, bo są to baaaardzo różne pozycje i każdej z nich z równą przyjemnością słuchałem. Czyli co? Mamy cztery fajne płytki w klimacie hip-hopowo-soulowym, a to strasznie dużo! Jeśli przejdziemy do sceny klubowej mamy wyśmienitą kompilacje na której nasi ludzie próbują się z brytyjskim stylem UK Funky, co dało nam PL Funky.

Oczywiście, można by takie podsumowanie jeszcze powiększyć np. o rozchwytywanego Mayer'a Hawthorne'a, chociaż ja osobiście wole remiksy wielu z was zapewne jara się "A Strange Arrangement". Dobry to był rok, dużo wrażeń i fajnych wspomnień.
Przyszły rok przyniesie nam nowy album od Bilal'a, solowe krążki Ommas'a (który miałem przyjemność już słyszeć i z pewnością Was zaskoczy, będziecie mieli przy czym pić drinki w nadchodzące wakacje) i Taz'a Arnold'a. Powrót Gil'a Scott'a Heron'a i oczywiście często przekładany album "Blackmagic" Jose James'a, który też już słyszałem i cały czas namiętnie słucham, chyba już dziś wiem kto będzie wyróżniany w podsumowaniach 2010... i to było na tyle. Nie pozostaje mi już nic innego, jak życzyć Wam Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















