Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Om'Mas Keith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Om'Mas Keith. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 listopada 2009

Warsoul weekend



Naprawdę ciężko mi zebrać wszystkie te pozytywne wspomnienia do kupy. Nie da opisać się tylko tego, co działo się w dzień koncertu. Dlatego postaram się zrelacjonować cały mój czterodniowy pobyt w stolicy. A wiec na dworcu centralnym, pojawiłem się w okolicach godziny czternastej gdzie mieliśmy spotkać się z Kixnarem i Buszkersem, który przelotem pojawił się w Warszawie z której to właściwie już spadał, żeby zagrać w Krakowie. A więc poszliśmy na kawę, ale zamówiliśmy alkohol. Wkrótce dołączył do nas Andrew Meza (Ubiquity, BTS Radio) i Grzesiek Dworakowski. I to był pierwszy moment w którym poczułem jak zajebiście będzie w Warszawie przez najbliższe dni. Andrew to bardzo pozytywna postać, koleś w moim wieku, szybko znaleźliśmy wspólne tematy. Żałuję, że wszystkie te konwersacje nie były nagrywane bo wyszedł by naprawdę zajebisty wywiad. Ale jak wiadomo, najlepsze rozmowy to zawsze te, które są spontaniczne. W każdym razie Andrew zajarał się wstępnymi szkicami muzyki Kix'a i powiedział że z pewnością możemy liczyć na jego pomoc jeśli chodzi o przyszłe imprezy w Polsce związane bardziej ze sceną New Beat Generation... więc kto wie, kto wie. Z pewnością mamy duże plany na przyszły rok. Rozmowy o muzyce, różnicach polsko-amerykańskich i kobietach zakończyliśmy kolacją, w którą wmiksowaliśmy jeszcze więcej wisky i piwa.



Potem postanowiliśmy jeszcze wlecieć do Wojtka, który do późna siedział w Sideone. Po inhalacjach człowiek zawsze chętnie wbija się w kupowanie płyt które mogłyby uzupełnić kolekcję. Ja uzbroiłem się w LP Lee Fields'a, szukałem na winylu od kilku miesięcy, a na Juno, gdy miałem akurat kasę zawsze był "out of stock", więc ostatecznie kupiłem u Wojtka, którego serdecznie w tym miejscu pozdrawiam, bo prowadzi najbardziej klimatyczny sklep z płytami w Polsce! Potem poszliśmy jeszcze pokazać Andrew Powiększenie, żeby zobaczył klub i aby usłyszał jakość brzmienia tego miejsca. Klub na Nowym Świecie bardzo przypadł mu do gustu. Późnym wieczorem dopiero dotarłem na Waszyngtona gdzie noclegu udostępnili mi Kamil (Ment XXL) i jego urocza dziewczyna Kasia. Pozdrawiam Was serdecznie i jeszcze raz dzięki za wszystko.



Następnego dnia od samego rana było dużo biegania, o 14-stej do Warszawy przyjechał 100na. Po załatwieniu konwerterów prądu, udaliśmy się drugi raz do Sideone, gdzie mieliśmy spotkać Grześka i udać się po Taz'a i Om'mas'a. Ale jak zwykle ze sklepu tak szybko nie wyszliśmy. W międzyczasie wpadła Jagoda ze swoim analogowym aparatem, później bilety odebrać wleciała Natalia (Misbhv), od razu zrobiliśmy biznesy, przy okazji pokazała mi snippety ze swojej nowej kolekcji. Zaznaczam w tym miejscu: Przygotujcie się na kolekcję Fall/Winter od Misbhv, będzie jeszcze lepiej i ciekawiej! Widziałem bluzy i naprawdę seksownie skrojone koszulki! Zresztą o "Matrioszkę" pytał mnie sam Ti$a, więc to już wielki dowód na to że Natalia i Kasia są utalentowane i robią świetne ciuchy! W końcu przyszedł Grzesiek i poszliśmy do hotelu po Kreatywnych Partnerów. Kurde, prywatnie to na serio świetni kolesie. Wyluzowani, bardzo ciekawscy, non stop o coś pytający. Koneserzy palenia. W czasie przygotowywania próby, Om'mas z Ti$ą pogryzmolili nam okładki płyt. Hehe, Om'mas lubi wrzucać outline'y a jak prosisz o autograf Taz'a to przygotuj się że odda Ci ją dopiero za 10 minut, bo gość nieźle się wkręca w rysowanie po okładkach. Na odsłuchu był świetny klimat, Om'mas lubi gdy otaczają go instrumenty, dorwał się do klawisza i plumkał sobie w stylu Brian'a Jackson'a. Byli też bardzo zadowoleni z opcji wykorzystania bezprzewodowych mikrofonów, bo dzięki temu mogli przygotować zaskakujące wejście.



Po próbie, poszliśmy z Andrew, Spoxem (którego w pierwszej chwili nie poznałem!) i 100ną na kolacje, gdzie dołączyli do nas Asia, Basia i Prof. Po dobrym posiłku mogliśmy wrócić wirować do Powiększenia. Troszkę po godzinie jedenastej, Maceo zaczął przywoływać Kratywnych Parnerów... Om'mas i Taz z zaplecza podkręcali publiczność, sam szukałem ich na scenie, ale zapomniałem że mają bezprzewodowe majki. Gdy było już wystarczająco gorąco i głośno, podążyli przez tłum w kierunku ludzi w rytmie "Love Czars" i przez godzinę grali największe numery z "Hollywood Recordings" i "Nuclear Evolution: The Age of Love"... przeplatając to niepublikowanym trackiem który miał ukazać się na "Black Fuzz". Zagrali między innymi: "He Say She Say", "Traffika", "The Bone Song", "Can I Get You Hi", "Glorious", "Hollywood", "Rosebuds". Bity które puszczał Om'mas uzupełniali na basie Bartozzi i na klawiszach Marek Piotrkowski. Koncert w moim odczuciu ogień. Publiczność świetnie reagowała na poczynania Kreatywnych Partnerów. Dzięki tej interakcji w Powiększeniu było naprawdę gorąco, do tego stopnia że kapało z klimatyzacji, a to zawsze oznaka potężnej imprezy. Om'mas i Ti$a byli bardzo zadowoleni, powiedzieli że był to najfajniejszy koncert na całej trasie. Kameralna atmosfera, świetna reakcja publiczności przebiła nawet imprezę w Gramophone w Londynie, na Deviation Sessions. Dobrze wspominam czas po koncercie, Andrew świetnie grał tego wieczoru, aż szkoda że dużo ludzi po koncercie poszło gdzie indziej. Meza grał golden age rap, przeplatając to erą J Dilla idąc później najbardziej progresywne rzeczy z L.A. set urozmaicał licznymi efektami w stylu powtarzania "BTS Radio" czy dźwiękami sygnału ostrzegającego przed bombardowaniem.



W tym samym czasie na zapleczu mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę z Ti$ą, Marcinem Radziminskim i Maceo. Pewnie dużo z tego udało nam się nagrać, może Maceo pokaże jakiś zapis w środowej audycji Kosmos, w każdym razie było o filozofii, znakach, logice języka, masturbacji duszy, seksie, Sun Ra, Jiddu Krishnamurti, Ludwiku Wittgensteinie i teorii "Medium is the Message" Marshall'a Mcluhan'a. Nie pamiętam jak długo o tym rozmawialiśmy, ale gdyby udało się to nagrać od początku do końca, byłby to najlepszy wywiad na świecie. Massi - bo tak też można mówić na Om'masa postanowił pozostać dłużej w Warszawie. Tak bardzo mu się spodobało, że jeszcze będąc w Powiększeniu przebookowaliśmy bilety. Ti$a niestety musiał wracać do Londynu. No w każdym razie, spontaniczność Om'masa nas zaskoczyła i ustawiła dalszą część weekendu, sam chciałem wracać jeszcze w sobotę ale w tej sytuacji nie opłacało się jechać. Około czternastej następnego dnia, wraz z Basią i Profem spotkaliśmy się z Grześkiem i Om'masem w Złotych Tarasach. Kupiliśmy nową baterię dla MacBooka Massiego, gdyż w tym samym momencie jak skończył się koncert, spaliła mu się bateria! (Czy było aż tak gorąco?!) W każdym razie, gdy to załatwiliśmy, Grzesiek w końcu mógł położyć się spać. Om'mas zaprosił nas do hotelu na haszowe popołudnie i zaproponował nam odsłuch jego najnowszej płyty która ukaże się w Plug Research pod nazwą "City Pulse". Czego możemy się spodziewać? Hmmm... Nadejścia ery nowego Ricka James'a, pomieszania z poplątaniem najnowszych dokonań Kanye z solową twórczością WillIAm'a, z oczywistym wpływem brzmienia SA-RA. Powoli klarują się pierwiastki, atomu jakim jest SA-RA. Najbliższe smakowi nowej płyty Om'masa jest chyba utwór "Death Of the Star". Urwało mi to głowę, już wiem czego będę słuchał w przyszłe wakacje. Płyta idealna zarówno do klubu jak i do łóżka. Om'mas nazwał tą płytę perfekcyjną do robienia dzieci, i bardzo by się cieszył gdyby usłyszał od kogoś, kiedyś: "Stary... przy twojej płycie spłodziłem syna". Taka jest filozofa SA-RA, to nuklearna ewolucja i era miłości. Om'mas również powiedział mi, (ale nie wiem na ile to jest prawdą, bo nie wiadomo kiedy żartuje a kiedy naprawdę mówi poważnie, bo to strasznie śmieszna postać), że jego ojciec grał z Sun Ra w czasie gdy się urodził. Więc pewnego dnia po jego narodzinach, rodzice przynieśli Om'masa do Sun Ra, i poprosili o błogosławieństwo dziecka. I to właśnie wtedy mały Massi otrzymał od samego Ra imię "Om". Szalona historia. W każdym razie już wiemy dlaczego jest jednym z najlepszych muzycznych kreatorów na ziemi w naszych czasach. Poza tym prywatnie to bardzo sympatyczny człowiek. Otwarty i zadający mnóstwo pytań. Cześć, jak masz na imię? Czym się zajmujesz? etc. Później powiedział mi że każda kreatywna jednostka powinna nieustanie uczyć innych, żeby jego kreatywność się nie zmarnowała. Więc dlatego w taki sposób rozmawia z ludźmi, ponieważ sam nieustannie się czegoś od nich uczy. Prof i Basia musieli już wracać do Poznania, więc poszliśmy jeszcze na "Ogórkową". I w ten sposób Mas zaczął poznawać polską kuchnie. Potem zabrałem Om'mas'a do Maceo i dołączył do nas Grzesiek. Om'mas podgrywał na basie do muzyki, zrobiliśmy kilka pamiątkowych fotek... a potem wspólnie z Maceo ustalili że sobotniej nocy w Szlafroku razem puszczą kilka płyt.



Tym sposobem około 22 przenieśliśmy się do do tego niewielkiego, kameralnego klubu zwanego Szlafrokiem. Dużo by opowiadać o tym co tam się działo. W każdym razie niezły wir. Dużo wisky z colą, piwa, teqilli i innych przysmaków. Niezapomniany wieczór, kto był ten wie. W tym miejscu pozdrawiam wszystkich którzy wpadli do Szlafroka: Rafała, Grześka Dworakowskiego, Andrzeja Całę i jego Magdę, Grześka z Justyną, Maceo i Kasię, Piotrka Dziewońskiego, Roberta oraz Tomka Bykowicza (większość fotek w tej relacji należy do niego) i wszystkich innych przybyłych. W sobotę również ustawiliśmy się na zwiedzanie starówki, Om'mas w końcu mógł zobaczyć replikę "Black Madonny" którą tak bardzo chcieli zobaczyć z Ti$ą niestety rozczarowaliśmy ich gdyż oryginał jest w Częstochowie. Po czym zabraliśmy go na najbardziej Polski posiłek jaki dało się wymyślić. Trzy rodzaje pierogów, kiełbasa z żurkiem, kiełbasa grillowana w smażonej cebuli, gołąbki i racuchy. Żurek to zupa SA-RA. Po jedzeniu gruby gibon miodny. Najlepszy taki przed i po jedzeniu... Om'mas żałował tylko że nie miał puszki z farbą żeby mógł otagować Warszawskie ulice znakiem SA-RA. A ostatnie minuty w Warszawie wyglądały tak:



Szkoda tylko, że przez to wszystko pomyliłem pociągi... ale co tam, było genialnie!

środa, 28 października 2009

Gotowi na Sa-Ra! (Part 2)

OK... Kosmiczny pył na dobre spłynął na S(t)aRy Kontynent. Mniej więcej tydzień temu wrzuciliśmy pierwszy raport na temat naszej gotowości na przybycie Sa-Ra do Polski. Teraz dodajemy część drugą – artykuł, który mocno podjarany napisałem również kilka lat temu dla www.wersalka.com (R.I.P.). Dlatego też pojawiające się w nim opis pierwszej płyty kosmicznego trio i odniesienie do opublikowanego wcześniej w Magazynie Hip Hop materiału nie są wynikiem zakrzywienia czasu, wywołanego nadciągającym do nas mighty Sa-Ra sound, tylko jego nieuchronnym upływem. Na końcu tego artykułu zamieściłem apel o sprawdzenie Sa-Ra zanim staną się powszechnie znani i modni. To, jak wygląda teraz szeroko pojęty showbusiness muzyczny potwierdza, że ulubieni producenci producentów faktycznie wywarli ogromny wpływ na jego brzmienie i... wygląd. Tym razem przekaz jest o wiele mniej pokrętny: jeśli nie macie jeszcze biletów na koncert Sa-Ra Creative Partners w Warszawie i jeśli są jeszcze takie bilety to je kupcie!



Cosmic-hop

"Naszą rolą jest tworzenie historii, a nie zabawianie". Jaki jest zatem nadrzędny cel? To proste: globalna dominacja. Powrót do czasów, gdy niekonwencjonalna, "inna" muzyka zdobywała szeroką popularność. John Coltrane, George Clinton, Prince, Jimi Hendrix to wzory do naśladowania. Wszyscy byli na początku niedoceniani. "Na naszym albumie są hity, ale nie brzmią jak te, które zalewają media". W normalnych warunkach tego typu deklaracje skłaniałyby do myślenia o kolejnych nieudacznikach, dorabiających teorię do swoich miernych wypocin. Tyle tylko, że to nie są normalne warunki. To są warunki dyktowane przez Sa-Ra.

Ich brzmienie to wyraz całej filozofii konstruowanej podobnie do kosmicznych opowieści P-funku. Sa-Ra w języku starożytnego Egiptu oznacza potomstwo najsilniejszej energii kosmicznej lub po prostu dzieci kosmosu. No i oczywiście natychmiast wywołuje skojarzenia z najbardziej kosmicznym jazzmanem w historii, Sun Ra, o którym muzycy mówią po prostu "brat Sun Ra". Om'Mas opisuje początki kolektywu w stylu przywodzącym na myśl innego potomka kosmicznej mocy, George'a Clinton'a: "Trzech Panów przybyło na Ziemię, aby zacząć współpracę, którą przepowiedziały gwiazdy. Gdy w 2000 połączyliśmy siły celem była produkcja muzyki i zdominowanie globalnej sceny. Szybko zdecydowaliśmy się również sami nagrywać, żeby zwiększyć szanse przeprowadzenia tego planu". Styl i dźwięki Sa-Ra to wyraz całej życiowej filozofii. Ich docenienie wymaga trochę wysiłku. Trzeba jednak pamiętać, że podobnie działo się w przypadku Sly Stone'a, Miles'a Davis'a, Stevie Wonder'a, Prince'a czy Parliament/Funkadelic. Co więcej, kiedy pod koniec lat 90-tych na scenę wkroczyli Neptunes również oni potrzebowali czasu żeby "masowa" publiczność oswoiła się z bitami, stylem i ideologią duetu mega-producentów. Tak czy inaczej, Sa-Ra są przekonani, że są częścią siły, która trwale zmieni świat na lepszy.



Misja zaczyna się oczywiście od naprawienia współczesnej muzyki. Brak kreatywnego podejścia do procesu tworzenia i stosowanie utartych formuł skłoniły ich do wyznaczenia kolejnego celu: załatać dziurę w świecie muzyki. Użycie starych brzmień, technik, patternów i nadanie im nowoczesnej formy. Oto ich recepta. Studio/dom/biuro Sa-Ra w L.A. otoczone jest zielenią i wodospadami, ściany pełne są portretów mistrzów jazzu, a podłogi zdobią perskie dywany. Jednak tym co dominuje są tony sprzętu wykorzystywanego do kreowania zupełnie nowych dźwięków. Juno, Roland SH-101, Rhodes, Wurlitzer, Moog, syntezatory Arp, zestawy perkusyjne, a z drugiej strony MPC, SP 1200, Pro Tools i wiele innych zabawek komputerowych, wykorzystywane są do tworzenia brzmienia muzyki przyszłości.

Członkowie Kreatywnego Partnerstwa faktycznie mają wszelkie potrzebne kwalifikacje żeby obrócić świat muzyczny do góry nogami. Taz i Shafiq spotkali się po raz pierwszy w meczecie w 1989, a żeby wszystko odbyło się w duchy Sa-Ra, Om'Mas i Shafiq spotkali się w ... Crack House (niedwuznaczna nazwa studia nagraniowe Ice-T).

Taz w największym stopniu jest odpowiedzialny za opinię "najmodniejszego tria w shobusinessie" jaką cieszy się Sa-Ra. Jak sam tłumaczy, chusty Fendi, paski Gucci, jeans'y od Helmut'a Lang'a, buty Dior'a i inne elementy wysublimowanego stylu to wynik wychowania w okolicach Crenshaw i Imperial w South Central L.A. lat 80-tych. Jak to się stało, że pochodzący z tych samych okolic N.W.A. kojarzeni są z mniej finezyjnymi mundurkami? "W ’84-’86 wszyscy byli jakoś związani z gangami, ale nie było jeszcze takiej przemocy, bo nie było tylu pieniędzy do zrobienia na ulicach jak w latach 90tych. Nie było jeszcze crack'u. Telewizja też nie miała wtedy tak silnego wpływu na to jak postrzegało się swoje sąsiedztwo. Styl ulic pochodził głównie od b-boy'ów". Taz był jednym z nich i podobnie jak inni uczestnicy wielkich imprez starał się naśladować styl Prince'a, The Time czy Cameo. Oczywiście gdy pozwoliły mu na to środki finansowe przeniósł swój styl na wyższy poziom. Miksowanie i dopasowywanie ekstremów doprowadziło do sytuacji gdy na zdjęciach można go zobaczyć ubranego w kurtkę Burberry za $2000, chustę za $1000 i spodnie z wojskowego second-handu za $5. No i najważniejsze: "Nie jestem modny" mówi w wywiadzie dla Okayplayer. "Moda to opakowany, sprzedawalny styl. Ja jestem stylowy. Chodzi o bycie oryginalnym i indywidualnym. Mój wygląd to mój styl".



Dokładnie tak wygląda sytuacja Sa-Ra. Nie są modni, nie otacza ich uwielbienie milionów (choć pojawia się wielu naśladowców ich brzmienia np. Owusu & Hannibal, Up Hygh), ale unikatowy styl zapewnia im szacunek. Tak było od pierwszej wspólnej produkcji dla Jurassic 5 i pierwszego wspólnego nagrania "Glorious". Wydany w 2004 utwór od razu został uznany za drugi track roku przez słuchaczy Worldwide Gilles'a Peterson'a na BBC1 oraz zdobył nagrodę "John Peel Play More Jazz" przyznawaną dla najbardziej nowatorskich twórców. Szybko stali się ulubionymi producentami producentów i progresywnych artystów. Remiksowali i produkowali najciekawszych. Teraz pracują nad nowymi albumami solowymi i nowymi płytami Eryki Badu i Angie Stone. Kto jest jeszcze na liście "prac do wykonania"? Uwaga: Madlib, Bjork i ...wujek Clinton. Z kim chcieliby jeszcze się zmierzyć? "Moglibyśmy pomóc Britney Spears i Whitney Houston". Apostołowie dźwięku nie produkują tylko pomagają. D'Angelo, Stevie Wonder, Gwen Stefanie, Chris Brown i Justin Timberlake również znajdują się na ich liście życzeń. Nie doszła do skutku współpraca z J. Lo, z którą mieli pracować nad czymś w stylu salsa. Jeżeli zmaterializuje choć część z tych kolaboracji to Sa-Ra odniesie sukces na polu łączenia awangardy i komercji. Szkoda tylko, że z realizacją planów tria nigdy nie jest łatwo.

Kiedy prawie rok temu pisałem po raz pierwszy o Sa-Ra wszyscy spragnieni muzycznej rewolucji wstrzymywali oddech. Pełnowymiarowa płyta kolektywu miała już wkrótce zakończyć lata zbierania dźwięków tria porozrzucanych na albumach śmietanki muzycznego świata. Śledzenie internetowych bootlegów oraz wydawnictw publikowanych w najróżniejszych wytwórniach (np. Ubiquity, Jazzy Sport, ABB) w końcu miało zostać wynagrodzone. Na tą chwilę trzeba było jednak poczekać jeszcze kolejny rok. Chociaż nie... oczywiście, z Sa Ra nic nie jest tak proste. Oficjalnie “The Hollywood Recordings”, wydany 26 kwietnia przez Babygrande, to tylko kolejny prequel do "właściwego" wydawnictwa w dużej wytwórni. Następny krok przygotowujący na spotkanie z "Black Fuzz", płytą, która miała ukazać się w G.O.O.D. Music Kanye West'a, i która "ugrzęzła" w machinie korporacyjnych operacji. Krótko mówiąc przedłużająca się gra wstępna stała się specjalnością Sa-Ra. Obecni na płycie Erykah Badu, Talib Kweli, J. Dilla, Bilal, Kurupt, Capone -N- Noreaga, Ty (z duetu Ty & Kory), Pharaohe Monch i inni, potwierdzają, że ta faza aktu jest często niesłusznie zaniedbywana. Szczególnie ten ostatni, dzięki metaforze niczym ze szkolnego podwórka, zapewnia o swoim upodobaniu do jej istotnego elementu. “Fish Fillet” to oda do cunnilingus, która potwierdza, że nazywanie produkcji Sa-Ra „sprośnymi” jest jak najbardziej na miejscu. "Sexizm, który nie obraża" takie mogłoby być podsumowanie tematyki tekstów oraz dźwięków na płycie. Dowód? Moja koleżanka, wojująca feministka koniecznie musiała mieć "Bitch" na swoim i-podzie. Jak sobie możecie wyobrazić w codziennym życiu nie przepada gdy do przedstawicielki płci pięknej zwraca się per "suko". "The Hollywood Recordings" to zbiór różnych drobnych wydawnictw, kurs Sa-Ra dla początkujących. Ktoś kto nie zetknął się z nimi wcześniej może liczyć na mocne wrażenia. Żywe instrumenty, "barokowe" wokale, niespotykane bity i tylko jeden sampel (Herbie Hancock w “Hey Love”). Efekt pięciu lat testowania swojej muzyki. "Black Fuzz" nie będzie miał już tak mozaikowego charakteru. Podobno już nagranych zostało 14 utworów i 4 skity. Nowe rzeczy pojawią się w 2008. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem...



Tak więc zainteresujcie się Sa-Ra póki nie jest za późno. To większa przyjemność nie bycie jednym z milionów fanów nowych Neptunes. OK, ten powód jest pewnie najmniej ważny, ale równanie jest proste: Pharrell przetarł szlak dla Kanye, który przetarł szlak dla Sa-Ra. Historia Sa-Ra wchodzi na wyższe obroty. Pytanie tylko, czy świat jest gotowy na Afro Magnetic Electronic Spiritualism? Inspiracje z kontynentu przodków, pozytywne i negatywne przyciąganie, nauka, która pozwala cieszyć się nagraną muzyką (crate digging!), wiara w wyższe siły, filozofia podkreślająca duchowy wymiar istnienia – to skondensowany przepis na muzykę Sa-Ra. Każdy kto odnajdzie w nim swoją formułę ma szansę na prawdziwie kosmiczne atrakcje.

Autor: 100na (materiał pojawił się na stronie wersalka.com, kilka lat temu, materiał znowu został tylko dopieszczony)

poniedziałek, 19 października 2009

Gotowi na Sa-Ra! (Part 1)

Ponieważ 6go listopada doświadczymy kosmicznej rewolucji, która zdmuchnie wszystko, co działo się muzycznie w naszym kraju do tej pory (nie, nie w tym roku – do tej pory!), odkopałem dwa artykuły, które kilka lata temu pierwszy raz w naszym języku informowały, że dźwięk już nigdy nie będzie taki sam! Od tego czasu Taz (original American Boy) wyewoluował z LAkalnej ikony mody w fashioniste światowego pełną gębą, projektując m.in. dla MCM i szokując podczas pokazów mody, np. w Mediolanie. Shafiq został dźwiękowym ulubieńcem Eryki Badu co nie jest łatwe - Common, Andre 3000 – you know who you are! Natomiast Om’mas zrobił tony kolaboracji (win-wind it up!!) i trochę hajsu obracając się z w kręgu P.Diddiego (show dla MTV - Making His Band i duży wkład w nadchodzącą płytę Last Train To Paris). No a do tego w końcu doczekaliśmy się płyt, których wydanie było nieustannie przekładane w czasie gdy pisałem o pierwszy ze wspomnianych artykułów. Prezentując na Sebolowym blogu w dwóch odsłonach oba dzieła o niewątpliwej wartości historycznej, chcemy nie tylko konstruktywnie umilić czekanie na kosmiczny bal, ale też pokazać, że od lat JESTEŚMY GOTOWI! Ain’t no party like a Sa-Ra party!



Scientist Of Sound

Gdybyś był nieogolony, zarośnięty i generalnie wyglądał jak bezdomny, a przy tym ubrałbyś garnitur od Gucci’ego – ten kontrast byłby na swój sposób piękny. Mniej więcej w taki sposób prezentują swoje podejście do muzyki członkowie Sa-Ra Creative Partners. Jeśli dodamy do tego, że Waajeed (Platinum Pied Pipers) stwierdził kiedyś, iż swingujące, luźne i naturalne brzmienie tria wynika z tego, iż tworzą oni podczas oglądania telewizji lub grania na Playstation, możnaby zacząć zastanawiać się, dlaczego od 2 lat, nie mając na swoim koncie debiutanckiego longplaya , Sa-Ra są grupą, o której mówi się tak dużo z wielkim szacunkiem i która dostarczyła muzykę ogromnej liczbie wykonawców, porównywalnej chyba tylko z dokonaniami Neptunes.

Faktycznie możnaby było tak powiedzieć gdyby nie to, że w tym przypadku sprawdza się zasada obowiązująca w świecie prawdziwie nowatorskich, pełnych funku beatów. To co mniej ułożone i porządne jest często dużo bardziej świeże i interesujące. Ktoś nazwał ich produkcje „sprośnymi”. W połączeniu z przeważnie erotyczną tematyką tekstów chyba dobrze oddaje to unikatowość brzmienia stworzonego przez Taz’a Arnold’a, Shafiq’a Husayn’a i Om'Mas’a Keith’a. W kontekście Sa-Ra nie ma sensu kontynuować wspomnianego tematu menelstwa. Już gdy 4 lata temu panowie zaczynali pracę pod wspólnym szyldem, ściany ich domów obwieszone były złotymi płytami, najlepszym świadectwem długoletniej obecności każdego z nich w biznesie muzycznym.

Taz Arnold
, pochodzący z South Central Los Angeles, zaczynał jako b-boy już w podstawówce. W czasach szkoły średniej wziął udział w powstaniu wielu teledysków oraz „bardzo ciężko” zapracowywał na miano „ikony mody” na ulicach LA. Jego pierwsze produkcje pojawiły się gdy miał 17 lat i była to dosyć naturalna konsekwencja crate diggerskiej pasji odziedziczonej po ojcu, który miał ponad 5 000 płyt jazzowych i soulowych zgromadzonych w pokoju gościnnym. Spotkanie Taz’a z “wielkim światem showbusiness’u muzycznego” nastąpiło gdy pełnił funkcję konsultanta i łowcy talentów przy produkcji „The Chronic 2001” Dr. Dre. Jego wkład w tę megapopularną płytę polegał na wynajdywaniu artystów na featuringi oraz... pomocy w wymyśleniu nazwy wydawnictwa. Dalsza współpraca z Dre pozwoliła mu na zdobycie indywidualnego kontraktu z Aftermath Records.


Shafiq Husayn którego największe pasje to beaty, kobiety i ...szachy, klasyfikowany jest nawet w rankingu zawodowych szachistów w USA. Nic dziwnego, że to on odpowiedzialny jest za strategię współpracy Sa-Ra z wytwórniami. Jego CV dostarcza jeszcze większych wrażeń. Wychowany na Bronxie oraz w Los Angeles, Zulu King i uznany kolekcjoner płyt, miał kontrakt z Sony, w ramach którego produkował m.in. takie tuzy jak: Ice-T, Body Count, Lord Finesse, D.X.T., Afrika Bambaataa, Prince, Duran Duran, ścieżki dźwiękowe filmów „New Jack City” i „Deep Cover”. Natomiast na początku swojej muzycznej drogi był DJ’em wraz z Grandmixer’em DXT. Co ciekawe, jego pierwsze w historii spotkanie z Taz’em nastąpiło w meczecie, do którego razem uczęszczali.


Ostatni ze składu Sa Ra, Om'Mas Keith, dorastał w Queens. Jako przedstawiciel czwartej generacji muzyków w swojej rodzinie (pradziadek był kopistą Georga Gershwina, matka znaną wokalistka jazzową) trafił na wydział perkusji jazzowej University of Massachusetts, a jego wykładowcami byli m.in. Max Roach czy Yusef Lateef. Zajął się też pracą w studiu i miksował większość płyt Ice’a T oraz piosenki dla np. Foxy Brown i Mobb Deep. Następnie związał się z Jam Master Jay’em oraz słynnym studiem Suave House, gdzie nagrywali m.in. Onyx, Run DMC, Lauryn Hill i młody 50 Cent. Dzięki współpracy z tym studiem nagrywał później także z 8-Ball & MJG, Coolio, Charlie Baltimore i Ice Cube’em.



Straight outta Egypt

Tak więc, mimo że Sa-Ra to świeża rzecz, żaden z członków tria nie może być uznawany za nowicjusza. Wszyscy przez lata działali w tej samej branży i wzajemnie podziwiali swoje dokonania. W roku 2000 gdy Om'Mas pracował dla agencji reklamowej zadzwonili do niego Shafiq i Taz i przekonali, że na poważnie zbliża się czas, by stworzyć super – kolektyw muzycznych przyjaciół. To co pokazali światu jakiś czas później nie brzmiało podobnie do rzeczy, które tworzyli do tej pory, a momentami do czegokolwiek co w ogóle zostało zagrane.

Jak zgodnie twierdzą, chodziło o coś więcej niż to, że „three is a magic number”. Z resztą już sama nazwa wskazuje jak daleko sięgają ambicje trójki muzyków. Sa-Ra w języku starożytnego Egiptu oznacza potomstwo najsilniejszej energii kosmicznej lub po prostu dzieci kosmosu. „Wszyscy pochodzimy ze skromnie żyjących rodzin, ale rodzice nauczyli nas, że najważniejsza w życiu jest świadomość, że można zdobyć to czego najbardziej się chce”. Poza tym co trzy głowy to nie jedna, a decyzje podejmowane zawsze wspólnie, trzy punkty widzenia łączące się w jedną wizję, to cechy, które przyciągają do nich liczne i najróżniejsze nazwiska ze świata muzyki. „Odrzuciliśmy totalnie indywidualistyczne podejście na rzecz stworzenia czegoś co mogłoby równać się z dokonaniami Motown i być podobnie szeroko rozpoznawane na całym świecie”.

Na razie imperium ma swoją główną kwaterę w posiadłości w LA. Studio/dom/biuro otoczone jest zielenią i wodospadami, ściany pełne są portretów mistrzów jazzu, a podłogi zdobią perskie dywany. Jednak tym co dominuje są tony sprzętu wykorzystywanego do kreowania zupełnie nowych dźwięków. W jednym z wywiadów Sa Ra chwalili się, że mają właściwie wszystko od klasycznych keybordów po najnowocześniejszą elektronikę. Juno, Roland SH-101, Rhodes, Wurlitzer, Moog, syntezatory Arp, zestawy perkusyjne, a z drugiej strony MPC, SP 1200, Pro Tools i wiele rzeczy z królestwa komputerowego, ta wyliczanka niemalże nie ma końca. Najważniejsze jest to, że udało im się stworzyć brzmienie, w którym klasyczne dźwięki brzmią jak muzyka z przyszłości.

Nowa jakość

Mniej więcej na początku 2004 roku Sa-Ra wypuścili w świat CD-R ze swoimi produkcjami. Nieoficjalne wydawnictwo spowodowało poruszenie w światku producenckim, a za pośrednictwem internetu trafiło do wielu ludzi, również w Europie. Stary kontynent, nie po raz pierwszy w historii muzyki szybciej niż Stany, docenił rewolucyjne dźwięki.

W związku z rosnącym zainteresowaniem i gorącym przyjęciem niesamowitego „Dark Matter And Pornography Mixtape Vol 30”, szybko ukazała się EP Glorious/Rosebuds w wytwórni Ubiquity Records, która długi czas zapowiadała również wydanie całego albumu w 2005 roku. Nic takiego nie doszło do skutku, a z obozu Sa-Ra docierały informacje o zainteresowaniu ze strony wielu wytwórni np. Star Trak Pharrell’a i Jay-Z i L.A. Reid’a z Def Jam. Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że płytę wyda G.O.O.D. Music (związana z SONY) należąca do Kanye West’a. Co z resztą nie dziwi w obliczu cytowanych od długiego czasu takich jego wypowiedzi jak: „SA-RA is my shit right now! That’s all I’m listening to.” Na razie dostępny jest sampler z kilkoma utworami “ Set Ups & Justifications”.

Próba opisania muzyki Sa Ra nieuchronnie musi prowadzić do generowania “bardzo zwięzłych” określeń w stylu: „hip-hop z wpływami funku spod znaku Parliament, surowej sexualności Prince’a z okresu Dirty Mind, przestrzennych dźwięków J Dilla i klubowej estetyki Neptunes, to wszystko w nowoczesnej, wykręconej, niespotykanej dotąd formie” (to określenie jednego z zachodnich dziennikarzy). Sami muzycy mówią, że ich celem jest stworzenie muzyki opartej na doświadczeniu i jak najbardziej innowacyjnej, w odpowiedzi na czasy „zalane” obrazami, gdy wszyscy chcą przyciągnąć uwagę, szczególnie hip-hopowi twardziele jednego hitu. Z drugiej strony są jak najdalsi od identyfikowania się z jakimkolwiek undergroundem. Bardziej niż z jakością dokonań ten termin kojarzy im się z brakiem kasy.

Wizja ich muzyki od początku była jasna – Sa Ra ma przykuwać uwagę wszystkich swoją innością i jakością. Mimo luzu, „brudu” i czasem na pierwszy rzut ucha nieprzystających do siebie dźwięków, muzyka tria jest perfekcyjnie przemyślana i dopracowana. W opinii muzyków, ich twórczość to perfekcyjna mieszanka tego co chce i czego potrzebuje ulica . ”Wyobraźcie sobie, że macie kąt z gangsta rapem, drugi wypełniają ci, którzy robią bardziej artystyczne rzeczy, w trzecim jest R&B i soul. My chcemy stać sami w czwartym kącie, nawet jeśli nigdy nie był on popularny i nie za często ktokolwiek do niego zaglądał. Wolimy być tam sami i zwrócić uwagę wielu ludzi”. Słuchając dokonań Sa-Ra (chociażby nagranego w 2005 razem J Dilla „Thrilla” czy innego utworu z kilkunastu błąkających się w sieci kompilacji ich niewydanych materiałów) nie da się oprzeć wrażeniu, że rzeczywiście zaszli w mocno pionierskie rejony. Trudno z resztą dziwić się, że w tak zaskakujący sposób brzmi muzyka inspirowana dokonaniami Giorgio Moroder’a, Steely Dan, Funkadelic, Ornette Coleman’a, R.E.M (to nie pomyłka), przepuszczona przez umysły „dzieci beat generation”, do której zaliczają Pete Rock’a, Jay Dee, Madlib’a i ich poprzedników jak Q-Tip czy Large Professor. A jak gdyby tego było mało, Sa-Ra to przecież również “żywi” muzycy, którzy generują nieziemskie wokalne harmonie i jedyny w swoim rodzaju posmak przestrzennego fusion. Bezpośrednich inspiracji szukają oczywiście w swoim otoczeniu, co często sprowadza się do tego, że któryś z nich zobaczy zajebistą laskę, opowie o jej tyłku pozostałej dwójce z czego zrodzi się pomysł , od którego zaczyna się budowanie struktury utworu.

Patrząc na listę nazwisk, które przyciągnęło brzmienie Sa-Ra, łatwo zauważyć, że rozpiętość gatunkowa ludzi z którym współpracowali, dorównuje szerokiemu spektrum artystów, którzy są dla nich inspiracją. Remiksowali lub komponowali (sami nieustannie podkreślają, że nie robią bitów – robią utwory) dla talich tusów jak m.in.: Heavy D, Pharoahe Monche, Bilal, Dr. DRE, Jill Scott, Jurassic 5, Erykah Badu PPP, Spacek, NERD, Dr. Dre, Common, Roots Manuva, Dwight Trible, Crumbsnatcha, Ladybug Mecca (z Digable Planet) Four Tet, Medeski Martin & Wood,, itp. itd...” Kiedy ludzie widzą jak bardzo promieniuje od nas nasza muzyka, jak bardzo jesteśmy „w niej”, wtedy po prostu chcą z nami współpracować”, tak tłumaczy ten imponujący dorobek Taz.

Na innym levelu

Suma esencji hip-hopu, jazzu i groove równa się Sa Ra. Najpierw solidna podstawa, a potem miejsce na szaleństwo. „Możemy pozwolić sobie na tłuste szaleństwo, bo dobrze odrobiliśmy zadanie domowe” powiedział kiedyś Shafiq. “Bez diggingu nasze brzmienie nigdy nie byłoby takie jak teraz. To najbardziej pouczająca rzecz w życiu muzyka. Wymaga wielkiej uwagi i skupienia. Opisy na okładkach to niewyczerpane źródło wiedzy o muzyce i dźwięku” dodaje.


Oczywiście ich kreatywność nie ogranicza się do pracy w studiu. Na żywo Sa Ra to coś jak P-Funk 30 lat później. Śpiewy, rymy, Dj-ing, żywe instrumenty, tańczące kobiety i sporo nagości. „Kosmiczny sound-clash”, „kreatywna orgia” to przykłady opisów ich show. Swoją drogą ilu ludzi ma w swoim dorobku produkcje dla 50 Centa i występ na festiwalu North Sea Jazz?

Wyzwolić ludzi, pokazać im, że mogą zrobić co tylko chcą, nie tylko pod względem muzycznym. Wprawić ich w zdziwienie i przyciągnąć masy. Pokazać, że znowu jest „fresh” być czarnym. Od twardzieli po elity wszyscy mają być po tej samej stronie. Po stronie Sa Ra. W takim tonie muzycy wypowiadają się o nadchodzącym albumie. „Chcemy fanów Coldplay i Daedelus’a, 50 Centa i Madvillain. Niech po prostu posłuchają, a zrozumieją”. Wyprany slogan o muzyce bez granic przybrał bardzo ciekawą postać Brzmienie Sa Ra jest pełne soul’u, ale dalekie od neo soulu. To hip-hop, ale używając sformułowania ATCQ, w formie bardzo “bugged-out”, zupełnie z innego świata. Bardzo chwytliwe, ale niekomercyjne, trudne, ale zważywszy na listę współpracowników, wciągające i szanowane. Afro Magnetic Electronic Spiritualism. Tak kiedyś o sobie powiedzieli. Muzyczne głowy są gotowe na Sa Ra, od lat nie było czegoś tak świeżego w muzyce. Czy jest na nich gotowy „rynek”, „szerkoa publiczność”... zobaczymy gdy w końcu ukaże się regularny materiał tria. This is Excellence, Black excellence! SA-RA

Autor: 100na (materiał pojawił się w #40 numerze Magazynu Hip Hop, dlatego pewne daty nie koniecznie grają z tym, że mamy 2009 rok. Art, został tylko dopieszczony)

sobota, 27 czerwca 2009

Erika Rose

Erika Rose - Rosegarden

Powiedziałem do siebie w to jakże leniwe popołudnie... "Oh my god", tak jak mówią te panny które naoglądały się za dużo MTV... parafrazując Mes'a, kiedy poszedłem śladami głosu Eriki Rose. Tak, tej samej Eryki Rose którą mogliście usłyszeć na płytach SA-RA (np. fenomenalny "My Star") albo na porażająco ciekawej płycie "Love To Make Music To" Daedelus'a w utworze "My Beau". Odszukałem jej myspace i się zaskoczyłem... Otóż, już mając siedemnaście lat pracowała z Alicią Keyes nad singlem "A Woman's Worth", od 2005 roku pracuje z Om'Masem Keithem z SA-RA:
In November 2005 Erika met producer, musician and executive Om’Mas Keith of the group SA-RA through a mutual friend and the two began collaborating on Rosegarden. With its pulsating drums, catchy hooks and strumming guitar riffs, this bohemian siren’s angelic voice and impeccable harmonic prowess takes the listener on a journey of introspection, sensuality, self-love and service.

Erika Rose - The Darkness

Heh, w powyższych klipach nawet Om'Mas się udziela! Nie mogę uwierzyć że nie szukałem tego wcześniej i nikt mnie nie uświadomił... ehh. A teraz odwiedź stronkę Eriki, a potem upewnij się że sprawidź:
Erika Rose - Rosegarden