Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2012

Jeśli nie słyszałeś/aś Night Marks Electric Trio na żywo, to nie słyszałeś/aś ich wcale!

Night Marks Electric Trio... Zdaje się, że są małe szanse że o nich jeszcze nie słyszeliście. Zwłaszcza po rewelacyjnym remiksie "Love Theories" dla Envee'go, który ukazał się jakieś dwa tygodnie temu i udostępnił go chyba każdy mój znajomy na fejsie. To było w istocie mocne... Chłopaki nie czekali długo i kilka dni później wrzucili zapis sesji z wrocławskich Puzzli, gdzie zagrali klasyk od Fat Joe "Shit Is Real" w wersji jazzowej, będącym w zasadzie hołdem w stronę żyjącego jeszcze geniusza Ahmada Jamala. Jest to idealny przykład koncepcji nad którą filozofuję i roboczo nazwałem ją "rekonstrukcją dekonstrukcji". Co to takiego, postaram się wyjaśnić niebawem, odnosząc się do pewnych francuskich koncepcji z połowy ubiegłego wieku. W każdym razie, w związku ze zbliżającymi się koncertami Nocnych Marków w Poznaniu i Warszawie, postanowiłem wyjaśnić Wam nieco czym właściwie są projekty NMET oraz Electro-Acoustic Beat Session. Zapraszam do sprawdzenia rozmowy z Piotrkiem Skorupskim, oraz wysłuchania ekskluzywnego nagrania, które zostało udostępnione na potrzeby tego wywiadu. Słychać w nim echa utworu Kelis, a być może to bardziej nawiązania do "CMYK" - Jamesa Blake'a? Oprócz tego, wpleciony jest też "Feel Like Making Love" - Boba Jamesa, albo bardziej "Serve With Love" Black Spade'a, który po wysłaniu tego numeru, napisał mi tylko, że to jest "Dope!".



wtorek, 20 grudnia 2011

Stalley - Słyszałem tyle zajebistych rzeczy o Warszawie, i wiecie co? Wszystkie okazały się prawdą!

Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy po koncercie Taylora McFerrina, już w głowach dzwonił pomysł dotyczący Stalleya, powiedziałem wtedy Maceo, że to będzie hit. Mówiłem, że żyjemy teraz w czasach renesansu hip-hopu i to najlepszy moment żeby wchodzić w takie akcje. Byłem wprost przekonany, że impreza odniesie sukces.



poniedziałek, 28 listopada 2011

Stalley pojawia się tam, gdzie bass brzmi grubiej!

Zastanawialiście się kiedyś jak brzmi i wygląda Bruce Springsteen rapu? Pewnie nie… bo skąd w ogóle miałaby urodzić się taka myśl?! W każdym razie tak mówi o sobie Kyle Myricks, znany bardziej jako Stalley – raper z Massilion w stanie Ohio. Dziś jest jednym z najbardziej obiecujących nawijaczy nowej fali, a jego ostatni mixtape „Lincoln Way Nights” został zremasterowany i wydany nakładem Maybach Music Group należący do najgrubszego gracza w rap biznesie – Ricka Rossa.



środa, 16 listopada 2011

Robert Glasper Experiment, odpowiedzią na pytanie: Dokąd zmierza jazz?

Jazz jest jedynym gatunkiem muzycznym, który utkwił w swojej historii. Ugrzązł w swojej przeszłości. Kiedy myślisz o jazzie, automatycznie zaczynasz wracać do przeszłości. Nie znam drugiego takiego gatunku. Kiedy myślisz o jazzie, myślisz o latach 40-tych, 50-tych czy 60-tych - dosłownie. Nie myślisz już o latach 90-tych czy 80-tych, a już na pewno nie pomyślisz o nowym millenium. To jest do bani. Myślę że ludzie powinni się obudzić i porzucić to bezsensowne myślenie. To zupełnie nie jest jazzowe podejście. Nie jesteś w stanie poznać prawdziwej istoty jazzu jeśli nie chcesz kolaborować z innymi gatunkami muzycznymi. Jazz jest miksturą wszystkiego, dlatego tak bardzo się zmienił. To żyjąca i oddychająca istota. Zmienia się co pięć czy dziesięć lat.” – powiedział Robert Glasper w wywiadzie dla Okayplayer. Trudno się z nim nie zgodzić. W zasadzie, czytając kolejne odpowiedzi na zadawane pytania w omawianym wywiadzie, czułem się jakby Robert wyjmował myśli z mojej głowy. Czy ktoś w Polsce zastanawia się jeszcze czym jest jazz i dokąd on zmierza?



czwartek, 27 października 2011

Rozmowa sprzed lat: Aloe Blacc, śpiewający poeta

Aż łezka w oku się kręci, kiedy pomyśli się ile czasu musiało minąć od mojego pierwszego kontaktu z twórczością Aloe Blacc'a aż do możliwości jej doświadczenia na żywo. Nie chcę tutaj się rozpisywać o 2002 roku i premierze EPki duetu Emanon pt. "Anon & On". Było to prawie dekadę temu i widzę ten okres jak przez mgłę. Dużo lepiej pamiętam rok 2005 i wspólny album długogrający Exile'a i Egberta Nathaniela Dawkinsa pt. "Waiting Room", który wyszedł w Shaman Work. Pracowaliśmy już wtedy nad portalem wersalka.com i promowaliśmy w Polsce hip-hopowy wajb wydobywający się z ciepłej Kalifornii. Wtedy nikt z nas nie wiedział nic o przyszłości web 2.0, ale wszyscy mieliśmy konta na myspace.com i nawiązywaliśmy kontakt z kim się dało. Aloe w 2005 roku był praktycznie nie znany na świecie, a ci co go kojarzyli znali go głównie z rapowania. W czasie, gdy Aloe dopiero zaczynał śpiewać, w Polsce znała go zaledwie garstka zapaleńców. Nie mieliśmy pojęcia, że jeszcze przed wydaniem drugiego solowego krążka, cały świat będzie podziwiał tego gościa za przebój "I Need A Dollar". Mieliśmy nosa, szczególnie Paweł Głogowski, który wtedy nawiązał kontakt z Nathanielem. Wymyśliliśmy pytania aktualne jak na przełom 2005 i 2006 roku i oto co nam wtedy Aloe powiedział.


wtorek, 27 września 2011

Jesień z Taylorem McFerrinem w ramach Warsoul Sessions

Nie pamiętam dokładnie przedziałów czasowych w których po raz pierwszy natknąłem się na twórczość Taylora McFerrina. Pamiętam natomiast, że zaczarował mnie utworem “Awake To You”,  który promował nieustannie Benji B w swoich audycjach, jeszcze gdy pracował w BBC 1Xtra. Ten numer jest krótki, ma niecałe trzy minuty, ale wkręcił się Benkowi tak mocno, że potrafił go puszczać dwa razy z rzędu podczas jednego show. Później, Taylor wrzucił na swojego soundclouda “Early Riser Preview”. Kto śledził młodego McFerrina już wtedy, zapewne ma jeszcze w czeluściach dysku twardego nie tylko wspomniany wyżej numer, ale też kapitalny “Done For” oraz wzruszający “Place In My Heart” z gościnnym udziałem Ryat. Od tego czasu sporo w karierze Taylora się zmieniło, ale zacznijmy od początku.



środa, 10 sierpnia 2011

SebLoverowy przewodnik po Hip Hop Kempie

Pisząc ten tekst, jeszcze nie wiem czy pojadę na festiwal. Do wyjazdu pozostał tydzień, a ja jeszcze nie dostałem żadnego maila potwierdzającego akredytację. Do jej zdobycia na pewno przyczyniłoby się wygranie jednego z konkursów. Dlatego w tym miejscu powinienem zachęcać Was do głosowania na moją stronę, która pretenduje do tytułu "najlepszego serwisu partnerskiego HHK 2011"... ale po dłuższym zastanowieniu nie zamierzam tego robić (nie podam nawet linka do sondy). Dlaczego? W podobnym zestawieniu brałem udział w 2009 roku i dzięki Wam go wygrałem. Strony (blogi), które brały wtedy udział w konkursie prezentowały wyższy lub niższy poziom, ale miały na celu coś ludziom przekazać i czegoś ich nauczyć. A teraz? Teraz wygrywają facebookowe funpage, które zajmują się produkcją kolejnych sznurków... Nie głosujcie na mnie. Bojkotuje ten konkurs.



poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Tworzywo, jak co? Jak dynamit!

Niedziela dzień cwela. Każdy to wie... Niedziela blokuje działania, nie pozwala hulać duszy jak piątek czy sobota. Niedziela rozkazuje siedzieć spokojnie i nie wariować przed tygodniem roboczym. W niedziele możesz co najwyżej spotkać się z kimś niezobowiązująco, pogadać przy joincie po czym łapa - łapa i do chaty. W niedziele poprawni katolicy chodzą do kościoła, a młodsi niepraktykujący wolą kino. Do kin chodzić nie przepadam, bo zapalić nie można... a o kościele w moim przypadku nie ma mowy. Lubię koncerty. Te sobotnie zawsze wiążą się z grubszym wyjściem i powrotem o świcie. Co innego koncerty niedzielne. Zaczynają się wcześnie, no i kończą się o normalnej godzinie. Od kilku lat, w okresie letnim rusza Maltańska Scena Muzyczna. Czasami można wyłapać prawdziwe sztosy albo pozytywnie się zdziwić.



poniedziałek, 18 lipca 2011

SebLoverowy przewodnik po Boogie Brain

Dawno, dawno temu... chyba przy okazji którejś z edycji Warsoul, dopadło mnie zdanie mające na zawsze zmienić moje podejście do pisania o różnych wydarzeniach. O imprezach klubowych najczęściej zaledwie wspominam w odpowiednim do tego miejscu na blogu, odsyłając do materiałów organizatora, które w dzisiejszych czasach znajdują się na facebooku. Pisać o tym szerzej nigdy nie było warto. Głównie dlatego, że jeśli ktoś się wybierał na wydarzenie, to z pewnością znał dokonania występującego artysty albo na imprezę zaciągnęli delikwenta jego znajomi. Znacznie trudniej jest dokonać wyboru podczas festiwalu. Często scen jest więcej niż jedna, przez co koncerty się nakładają. Uczestnicy festiwali jeszcze przed imprezami skrupulatnie notują w swoich "przewodnikach" na co zamierzają się wybrać. Jak wspomniałem wcześniej, problem pojawia się dopiero wtedy, gdy timetable ulubionych artystów zaczyna się pokrywać. W związku z tym, ułożyłem swój przewodnik festiwalowy, który być może rozwieje czyjeś wątpliwości... Chociaż regularni czytelnicy mojego bloga nie znajdą w nim szczególnych niespodzianek.




sobota, 9 lipca 2011

GETT OFF (horny pony) and I'm pumping'em from Pakistan 2 Poland, straight into yo town...

Możliwość posłuchania Prince'a na żywo w moim przypadku została bardzo szybko przekreślona, głównie ze względu na datę i cenę karnetu jednodniowego. Byłem załamany. Nie chciałem nawet o tym wydarzeniu wspominać i zdrowo zazdrościłem Tym, którzy na ten koncert się wybierali. Będąc na etapie w życiu, gdzie ciężko wytrzymać do pierwszego, przytłamszany kolejnymi ślubami i innymi nieplanowanymi wydatkami, które skutecznie zabierały mi resztki i tak skromnego wynagrodzenia - starałem się zapomnieć o tym, że taki show ma się w ogóle odbyć. W piątek, dzień przed występem Prince'a jechałem do pracy niestandardowo, zapierdalając 15 kilometrów w jedną stronę rowerem, mając nadzieję że zaraz nie spotka mnie deszcz. Po godzinie jazdy trasą Dębiec-Przeźmierowo, rozpocząłem regularny dzień w pracy... jak zwykle, czekając na sobotę. Odjebałem piątkową pańszczyznę i ruszyłem tą samą drogą do domu. Wjeżdżając na dzielnie zadzwonił telefon. Zatrzymałem więc moją maszynę produkcji krajowej, która z pewnością pamięta Gierka i odebrałem rozmowę przychodzącą. Zadzwoniła Aśka, pomyślałem że znowu pomyliła numery, chcąc zadzwonić do Stony. Okazało się, że tym razem było inaczej... Był to telefon roku. Padła propozycja wycieczki do Gdyni, gdzie za cenę zrzuty na zupę mogłem zobaczyć Księcia!



wtorek, 10 maja 2011

Toro Y Moi @ Minoga

Nie mam pojęcia czym jest chillwave i kto oprócz Toro Y Moi reprezentuje ten gatunek. Nawet nie będę tego sprawdzał. Powiem szczerze, że łatki i generalizacje totalnie mnie walą. Liczy się to, co płynie z głośników. Zdziwiłem się kiedy Buszek (JuNouMi), zapytał mnie od kiedy wbijam się w ten chill-coś-tam. Pomyślałem, o chuj mu chodzi? Wkręcam się w różne rzeczy, a potem nie pamiętam nawet jak na nie wpadam. Przykładem może być J*Davey, w generalizacji odpływają już tak daleko, że żeby określić jak ten duet brzmi trzeba po prostu odpowiedzieć - brzmią jak J*Davey. Koniec kropka. To samo można powiedzieć o zespole Twin Shadow, którym zajarałem się całkiem niedawno. W każdym razie, kilka miesięcy temu, nie chcę teraz skłamać, ale jakoś w lutym albo marcu, dotarła do mnie wiadomość o tym, że Toro Y Moi kolejny raz będą w Polsce. Ba! W Poznaniu nawet. Powiedziałem sobie że jak mam w mieście taki band, to niezależnie od ceny jestem tam.

Do tygodnia przed samym wydarzeniem myślałem że organizacja tego koncertu to jakiś fejk. Wieść o dystrybucji partii przedsprzedażowych biletów jakoś mnie ominęła a plakatów na mieście nie było. Istne szaleństwo. Okazało się że bilety rozeszły się krótko po tym jak je wydrukowano, totalny sold-out (a przecież były aż trzy koncerty w Polsce). Okazało się że ostatnią pulę 50-ciu ticketów zostawiono dla spóźnialskich i można je było kupić w południe w dniu koncertu w jednej z knajp blisko Minogi. Popytałem "na mieście" i okazało się że za koncert odpowiedzialna jest ekipa Blunt Arrow. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem, nigdy też wcześniej nie byłem na żadnym gigu który organizowali, ale umówmy się - muza którą oferują do dziś pozostaje dla mnie zagadką. W każdym razie napisałem do Bartka i dwie wejściówki się znalazły, za co mu z góry bardzo dziękuje.


poniedziałek, 21 lutego 2011

Fajnie że Teebs będzie w Gdańsku

Gdy pisałem podsumowania ubiegłego roku, zabrakło mi siły i ochoty na rozliczanie dalszych moich fascynacji muzycznych, prawdopodobnie przez ogrom innych podsumowań, które mogły spowodować u czytelników znużenie kolejnymi wyliczankami. Ominąłem wtedy między innymi tę klasyfikację, która miała ogarnąć scenę nowo-bitową. Przesuwając "Cosmogrammę" Flying Lotus'a w obszary jazzowe, zrobiłem sobie dużo miejsca na wypisanie krążków pozostających mimo wszystko bliżej nurtu w którym królował Steve jeszcze w 2008 wydając album "Los Angeles" i zanim postanowił pójść ze swoją wyobraźnią jeszcze dalej, do której wdrożenia w życie potrzebna była asysta geniuszu osób trzecich.


W ubiegłym roku na scenie new-beats pojawiło się przynajmniej pięć krążków, mających ogromne znaczenie na rozwój tego nurtu, a przy tym tak dookreśliło styl ich twórców, że bez problemu byłbym w stanie powiedzieć kto jest autorem danej kompozycji, niczym degustator wódki spod Biedronki odróżniający Żytnią od tej z Czerwoną Kartką. Oczywiście nie wymienię ich teraz wszystkich, raczej skupię się nad jednym wydawnictwem. A mianowicie na krążku "Ardour" Teebs'a.


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaką przyjemność mi sprawił ten ziomeczek dostarczając tak zwięzły i nieprzesadzony, lekko ponad 50-cio minutowy album. Szukałem nieco informacji za znaczeniem słowa "Ardour", starając się rozjaśnić nieco abstrakcyjne melodie i do niczego nie podobną okładkę (autorstwa Teebs'a)... okazało się że Ardour to nazwa programu do obrabiania muzyki, ale też brytyjsko-angielskie określenie bardzo silnego podniecenia, podekscytowania czy też podziwu i zachwytu. W literackim znaczeniu, słowo to oznacza bardzo silne uczucie miłości. Rzeczywiście słuchając płyty Teebs'a odnoszę wrażenie, że jest to przedstawiciel lżejszego, bardziej rozmarzonego i nie inwazyjnego brzmienia które zatrzymuje swoimi pięknymi melodiami na dłużej. Wszystkie tekstury i detale wyklikane i wykręcone na Fruity Loops i SP-404 rysują obraz zakochania, zauroczenia drugą istotą na innej planecie wśród egzotycznej natury (coś jak właściwy soundtrack do filmu Avatar). Mniej więcej tak wyobrażam sobie liryczną, instrumentalną opowieść na "Ardour". Dzwonki, piski ptaków, skrzypce oraz miękkie brzmienia klawiszy, uspakajają i wciągają. Mnie ten krążek zawiesza i hipnotyzuje, czasami skupiając się na ogarnianiu obowiązków w pracy, słuchając tej płyty znikały mi kolejne godziny... Wam też się tak to wkręciło?
Teebs zrobił na mnie ogromne wrażenie swoją twórczością, zresztą do tego stopnia że zacząłem dowiadywać się, co tu zrobić żeby zaprosić go na granie do Polski. Niestety na okres w którym Mtendere (prawdziwe imię Teebs'a) jest dostępny w Europie, mieliśmy już inne plany... Ale na ratunek moim marzeniom poszedł Tomek, możecie go kojarzyć z organizacji trójmiejskiego festiwalu Transvisualia. Hoax zaprojektował nowy cykl imprez w klubie Żak w Gdańsku, noszący nazwę "Coast2Coast". Na pierwszy rzut wpadają Teebs i Jaremiah Jae (05.03.2011), reprezentując Brainfeeder crew. Cena biletów jest śmieszna! Za dwa live-acty i balangę zapłacicie od 20 do 30 PLN, a jeśli macie zniżki studenckie, to koszt wstępu będzie niższy niż pół litra wódki. Oferta szczególnie atrakcyjna dla mieszkańców trójmiasta, ale co za problem zrobić sobie marcową wycieczkę. Sam mocno się nad tym zastanawiam, ale nie wiem czy wycieczka Poznań, Warszawa, Gdańsk, Poznań mnie nie przerośnie.


Jeśli nie przekonuje Was sam Teebs, to może jeszcze kilka słów o Jaremiah'u. Ten koleszka to młodzian, rocznik 89'. Pochodzi z południowego Chicago i jest artystą, muzykiem, producentem i raperem znanym głównie z grupy Young Black Preachers, o której pisałem już w maju 2009 roku. Później śledząc twittera Fly Lo natknąłem się na darmowy krążek pt. "Dxnce". Był to jeden z dziwniejszych darmowych albumów na jakie się natknąłem, oprócz tego że w porównaniu do rapowego YBP, ten projekt z hip-hopem miał już dużo mniej wspólnego, to nawet jak na new-beats był to stuff bardzo awangardowy (np. utwór "Photographs"). Mało tego, paczka w której spakowany był "Dxnce" zawierała wszystkie możliwe formaty plików muzycznych. Podejrzewam że Jeremy Irving może w Gdańsku nieźle popłynąć, zabierając przybyłych w rejony muzycznie nikomu nie znane i przez nikogo wcześniej nie eksplorowane. Oprócz tego, będzie szansa posłuchania nadchodzącej nakładem Brainfeeder nowej solowej płyty Jaremiah'a "Rappayamatantra", która będzie zarazem jego oficjalnym debiutem, nie licząc wypuszczonego za friko "Dxnce". Już bardziej Was nie zachęcę. Bądźcie tam!

Jeremiah Jae - Money Huggers

czwartek, 17 lutego 2011

COULTRAIN X BLACK SPADE @ WARSOUL

Ten weekend od początku zapowiadał się świetnie. W piątek miałem pojawić się w kilku miejscach w Poznaniu, między innymi na otwarciu nowego klubu zwanego Baker Street, o którym Mentalcut pisze tutaj. Miałem też zjawić się w Opcji na cyklu Hype przybić piątkę Kixowi i Phantomowi. Wszystko w tym kierunku szło nieźle mniej więcej do godziny 19-stej, bo potem wleciałem zupełnie na chwilę na DDC piętro do Icka, okazało się że odbywa się tam posiadówa przed nocnym, między klubowym rejsem. Na stole pojawiła się Żytnia w większych ilościach a wraz z nią rozmowy o tym co jest szowinistyczne, a co nie jest oraz inne tego typu wieczorne polaków rozmowy. Nie minęła północ, a ja już byłem nieźle zrobiony. Uciekłem do domu, nie pojawiając się ostatecznie w żadnym z miejsc w których miałem się zjawić.


To nie było tak że nie chciałem, albo byłem zbyt skończony żeby wirować dalej. W sobotę od rana przyświecał mi wyższy cel. Należało wstać wcześnie rano i złapać pociąg do Warszawy. Zwykle staram się być nieco wcześniej na Warsoul... najczęściej dzień przed samą imprezą, żeby ze spokojem pomóc Maceo zapiąć wszystko na ostatni guzik, ale tym razem rzecz była nieco bardziej skomplikowana. Otóż Maciek, przed samym sobotnim wydarzeniem grał w Bratysławie i pojawił się w stolicy dopiero w sobotę o 15:30. Aby wszystko dobrze zsynchronizować musiałem pojawić się na Dworcu Centralnym wcześniej, żeby zdążyć zrobić biznesy w Side One i Wax Boxie, a potem odebrać Maceo z jego pociągowych zagranicznych wojaży. Z Poznania nie jechałem sam, na koncert wybierał się młodszy ode mnie pasjonat muzyki Łukasz Kowalka, którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiam. Dzięki temu, że tłumaczyłem mu przez całą podróż dlaczego we własnym mieście zaczynam uchodzić za hejtera i co nie podoba mi się w Poznańskiej scenie kulturalnej - podróż (jak zwykle w korytarzu) minęła bardzo szybko. Jak się później okazało, na Warsoul przyjechał nie tylko Łukasz, ale też jego większe grono znajomych, co bardzo mnie cieszy bo dzięki temu wiem, że na wydarzenia wpadają nie tylko lokalni słuchacze. Mało tego, na tej edycji Warsoul były też dziewczyny z Opola, Torunia, Wrocławia a także gwardia z Gorzowa Wielkopolskiego. Bardzo serdecznie w imieniu Warsoul Crew Wam dziękuje, za to że przemierzacie pół Polski żeby posłuchać dobrej muzyki, bardzo doceniamy Wasze starania!


Coultrain, Black Spade i Johari wylądowali na Okęciu po pierwszej. Na szczęście Envee odebrał ich z lotniska, przetransportował do hotelu, a potem do Radia Roxy. Zanim Maceo dobił do ostatniej stacji, pod dworcem stała już taryfa i migiem udaliśmy się do budynku Agory, skąd nadawana jest audycja "Kosmos". Zazwyczaj nie idzie nam tak pomyślnie, zawsze coś... albo automat do transmisji się zjebie, są korki, samochód nie odpala albo nikt nie będzie miał karty wstępu do studia. Tym razem żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, byliśmy w radiu dokładnie na piętnaście minut przed zakończeniem audycji, dzięki czemu udało się przeprowadzić krótki wywiad na żywo z gośćmi ostatniego Warsoul Sessions. Po audycji udało nam się lepiej poznać z chłopakami, już kilka pierwszych zdań które zamieniliśmy poświadczyło o tym, że nie mamy do czynienia z "gwiazdorką", tylko ze spoko kolesiami z ogromnym poczuciem humoru. Maciek (Envee) odstawił Headhunters'ów do hotelu, a Maceo i ja pojechaliśmy na Saską Kępę odstawić zbędne rzeczy które przytargaliśmy z podróży i ogarnąć trochę wokół siebie. Nie mieliśmy za dużo czasu bo "Kosmos" kończył się o 16, a o 18 mieliśmy być na próbie w Powiększeniu. W takich chwilach czas płynie znacznie szybciej, a tej soboty zapierdalał jeszcze bardziej, bo chcieliśmy zacząć imprezę wcześniej szanując chęć tych słuchaczy, którzy tego wieczora chcieli jeszcze załapać się na set Jamiego XX. Muszę przyznać że uwielbiam soundcheck, wtedy za każdym razem dostajesz próbkę energii i trochę improwizacji, której możesz spodziewać się na koncercie. To co Coultrain i Black Spade pokazali przed koncertem, uświadczyło mnie w przekonaniu że czeka nas wieczór pełen wrażeń. Oczywiście w takich momentach przychodzi też moment, który ja nazywam patologią. Train i Johari mieli ochotę zajarać, no to nie mogłem odpuścić takiej okazji. Jak zwykle w takich chwilach bywa, kiedy gościsz muzyków z zza oceanu, a tym bardziej z rejonów Kaliforni, dowiadujesz się że oni nie palą po "europejsku". Zostałem więc zaproszony na wąsa, bez filtra i bez tyteksu. Ja pierdole, wtedy zwykły europejczyk - polaczek, taki jak ja, ma nieźle przejebane. Wiem jak reaguję na czyściocha, nie będąc przygotowany do tematu. Johari ściągnął trzy kolejki, twierdził że już jest haj, ja się duszę bo za biedny jestem na palenie na czysto, a Coultrain się pyta czy coś czujemy?! Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam do czynienia z byle zawodnikiem.


Prawdziwym zdziwieniem było dla mnie to, że w towarzystwie dwóch heavy smokerów, uchował się Black Spade, który przestał jarać jakoś wtedy, gdy wyszedł pierwszy "Chronic" od Dr'a Dre. W każdym razie ujarali mnie dość mocno, z czego toczyli niezłą bekę w taksówce. Wróciłem do Powiększenia, a tam był już gotowy Rafał aka J-Son i napierdalał niezły warm-up mix. Wiadomo, byłem high to ciepłe brzmienie które serwował nieźle mi się wkręciło, ale co będę dużo gadał, kto bywa na gigach Na Stare Milion ten wie, że Rafał nie jest w ciemię bity. Gra groźne rzeczy w zależności od profilu imprezy... między 21 a 23 parkiet się zapełniał w rytm soulowego brzmienia. Muszę przyznać że była to dla nas chwila grozy, bo hajp który zrobił się w kontekście imprezy w 1500m2, świadczył o tym że w każdym innym klubie będzie frekwencyjnie dużo gorzej. Tak się jednak nie stało, w Powiększeniu na Hawthorne Headhunters pojawiło się sporo ludzi, co przekroczyło nasze oczekiwania. Jeszcze raz, dziękujemy Wam bardzo serdecznie, kolejny raz udowodniliście nam że warto się dla Was starać.


Coultrain i Black Spade zagrali dużą część numerów z nadchodzącego wielkimi krokami długogrającego krążka Hawthorne Headhunters oraz kilka numerów z mikstejpów, które udostępnili za darmo w internecie. Powiem szczerze że byłem i nadal jestem pod wielkim wrażeniem tego co usłyszałem. Publiczność świetnie przyjęła rapowo-śpiewaną wersję utworu Onry, który chłopaki nazwali "Planet Rock".



Oprócz tego mieliśmy też kolaboracje z Dam Funk'iem i gościem o ksywie Devonwho?. Te trzy numery nadały koncertowi nieco kosmiczno-nowobitowego, modern-boogie-funkowego smaku, podbijanego brzmieniem MPC. Duża charyzma Black Spade'a i popisy wokalne Coultrain'a pozostaną na długo w pamięci. Mimo tego, że artyści zaskoczyli nas wszystkich brakiem bardziej znanych nam utworów potrafili sprowokować publiczność, szczególnie jej żeńską część do współpracy, dzięki czemu powstawał cudowny crowd-control, dzięki czemu w sobotę w Powiększeniu było bardzo głośno i gorąco. Stoney, zaprosił też na scenę trzech odważnych MC's, którzy mogli sprawdzić się na mikrofonie. Szczególnie dobre wrażenie pozostawił po sobie Iwo, raper i wokalista zespołu Sofa, który rapując po angielsku wywarł dość duże wrażenie nie tylko na publiczności ale też na Train'ie, który aż zrobił wielkie oczy jak to zobaczył. Publiczność domagała się hitów, powiem szczerze że byłem zdziwiony że ludzie koniecznie chcieli usłyszeć "Evil Love" czy "She Wanna". Chłopaki nie mieli ze sobą tego materiału. Na szczęście słuchacze uczęszczający na Warsoul, chodzą na koncerty przygotowani. Na bisie, na talerzu pojawił się test pressing epki, zawierający "She Wanna", chłopaki wykonali swoje części ucinając kawałek na zwrotce Jimi James, twierdząc że nie mogą wykonać tego utworu bez niej. Koncert skończył się przed godziną pierwszą. Maceo, zapowiedział dalsze sety w wykonaniu swoim, Envee'go i J-Son'a, podpuszczając nieco przybyłych tym, że jeśli mają gdzieś jeszcze tego wieczoru się zjawić, to mają jeszcze na to chwilę czasu, jeśli natomiast chcą zostać z nami, to też będzie fajnie. I tutaj szok wieczoru, pełny parkiet do godzin późnych w rytmach najróżniejszych. Bardzo mocna balanga! Niestety jak zwykle większość przegapiłem, opiekując się Johari'm, Spade'm i Train'em. Dowiedziałem się między innymi że Stoney na serio nazywa się Vito Money i że największy manager jakiego poznałem w życiu, który ważył chyba więcej niż Biggie, również jest raperem, a do tego lubi wrzucać tagi tu i ówdzie. Johari i Black Spade zasmakowali w wiśniówce a Coultrain okazał się jednym z najbardziej hardcorowych kompanów do picia wódki. Nie dość że Ci goście potrafili wypalić w dwóch wąsach staffu na dwa dni, to jeszcze mieli niezłe głowy do berbeli. Train pił na szklanki, że lecieliśmy jeszcze do baru, tam mieszał jeszcze z żubrówkę i inne Polskie wódki, po tym wszystkim nadal trzymał szpan. Silny gość. Około czwartej w nocy Agnieszka namówiła chłopaków na Wietnamskie jedzenie koło Palladium i dopiero zaczynało wychodzić jaki wir był tego wieczoru. Zamawialiśmy jedzenie z 15 minut, po czym okazało się przy wsiadaniu do taksówki, że to co znajduje się w reklamówkach, to nie to co chcieliśmy, więc powrót do knajpy zmiana zamówienia, znowu zanim to przygotowali trochę czasu minęło, w międzyczasie chłopaki zdążyli wkręcić Adze, że nie ma lepszego ziomka od Seblove'a i że powinna wyjść za mnie za mąż. Wychodząc zauważyliśmy że jest kurewsko zimno, jakiś przymrozek się zrobił, złapałem chłopakom taryfę pod Palladium, a tu nagle hałas a zaraz wybucha atak śmiechu. Największy manager w showbiznesie wyjebał się na krawężniku, tracąc trochę wywalczonego wcześniej zamówienia, po czym wstał bardzo szybko i bardzo poważnie, wyglądając jak Peter Griffin, rzekł: "I'm OK". Stoney tak bardzo toczył z niego zwałę, że cała taksówka się trzęsła. Żałuję, że nie potrafię opisać całej tej sytuacji, bo nie jest ona nawet w 1% tak śmieszna jak to co tam się wydarzyło. Cała historia była przytaczana jeszcze przez dwa kolejne dni. Odstawiając chłopaków, wróciliśmy na tańce do Powiększenia. Nie pamiętam o której wróciliśmy na Saską z Maceo. Było grubo!


Przez problem z niedostarczonymi biletami na pociąg z Niemiec za pomocą sławnej Poczty Polskiej, chłopaki mogli zostać w Warszawie do poniedziałku. Z góry przepraszam wszystkich z którymi wcześniej się umówiłem na niedzielę i nie dotarłem na spotkania, ale przez te szczególne okoliczności moja misja się przedłużyła. Gdy odcholowaliśmy auto z Powiększenia i odebraliśmy chłopaków z Merkurego, wbiliśmy na kawę i hamburgery do coraz bardziej głośnego "My'o'My".


Bez ściemy polecam tę knajpę. Wszystko najświeższej jakości, przytulnie i na serio zajebiście zaprojektowane. Chciałbym żeby takie miejsca pojawiały się w Poznaniu, takie do których chciałoby mi się wyjść z domu i pochillować, posłuchać dobrej muzyki i liczyć na to, że spotka się tam kogoś znajomego. Rotacja ludzi w tym miejscu jest ogromna, przynajmniej tak było w niedzielę, mało tego - wszyscy się tam znali! Jak będziecie w Warszawie, koniecznie wbijcie tam na ciasto i kawę, polecam nie tylko ja, ale też Hawthorne Headhunters! Wieczorem uderzyliśmy do studia na Woli, gdzie pracują Envee i Maceo. Nigdy wcześniej tam nie byłem i żałuje że nie mam zdjęć żeby Wam to pokazać, ale jest taka szansa że jeszcze je wrzucę jak tylko wydobędę je od Maćka. Kiedy tam zajechaliśmy, w studio byli jeszcze Iza Kowalewska i chłopaki z Muzykoterapii. Potem doszło do prezentacji nadchodzącej płyty Headhuntersów, która ukaże się niebawem nakładem (prawdopodobnie) Plug Research. Już mogę powiedzieć, że będzie to jedno z mocniejszych wydawnictw tego roku, zresztą wiecie to doskonale po koncercie. Potem, doszło do prezentacji utworów z laboratorium Niewinnych Czarodziei. To co Ci kolesie przetrzymują w czeluściach swoich dysków twardych, to prawdziwa poezja. Chłopaki zajarali się produkcjami Maćków i postanowili zrobić z miejsca kolaborację. Nie jestem w stanie opisać tego jak mocne to były dla mnie wrażenia i jak piękny to był wieczór skąpany w pysznej whisky, obserwowany zapuchniętym okiem przez pryzmat kolejnych gibonów wypalanych z Joharim i Train'em. Efekt kolaboracji roboczo nazywa się "Sweet Slang" i mam nadzieję że taki zostanie do czasu jego udostępnienia. Maceo napisał o tym "Niewykluczone, ze dziś jest najlepszy dzień mojego życia", dla mnie z pewnością był... czułem się jak w bym był w sławnym bomb-shelter Madliba i wdziałbym jak dzieje się magia. Aż żal było wracać do rzeczywistości.

czwartek, 10 lutego 2011

O tym jak Dworak zagadał się z Coultrainem

Tym razem zawartość całego wpisu oddaje mojemu przyjacielowi, który od dłuższego czasu siedzi w Chicago - Dworakowi. Niektórzy z Was dobrze go znają, lub przynajmniej kojarzą z tworzenia Warsoul Sessions. Także koniec mojego zbędnego rozpisywania się, odsyłam Was do bardzo ciekawego wywiadu z gościem nadchodzącego koncertu w powiększeniu. Zapraszam na Dworak's Takeover.



Album „Adventures Of Seymour Liberty" był niewątpliwie jednym z najbardziej zaskakujących wydawnictw soulowych 2007 roku. Rozpisywały się o nim znaczące gazety muzyczne a portale pokroju Okayplayer.com wysoko oceniały ten album w swoich recenzjach. Na autora tego wydawnictwa spadła masa pochlebnych słów i nie ma się czemu dziwić bo krążek jest naprawdę mocny a Coultrain dysponuje imponującymi zdolnościami wokalnymi. Nie musiał długo czekać, aby słynni producenci z Platinum Pied Pipers, zaprosili go do współpracy nad swoim albumem zatytułowanym „Abundance”.
Gdy usłyszałem, że Coultrain ma zagrać w Chicago, nie wahałem się ani chwili, aby zobaczyć jak radzi sobie na scenie. Bez dwóch zdań nie zawiodłem się po tym jak w małym klubie na północy, Coultrain dał pokaz swoich nieludzkich umiejętności. Gdy już ochłonął, przybił piątki z każdym w klubie, rozdał autografy i dopił swojego drinka znalazł chwile, aby porozmawiać trochę o swojej twórczości.
Mi jedynie pozostaje pozazdrościć Warszawiakom, którzy będą mogli uczestniczyć w wyjątkowym koncercie „Warsoul Session Hawthorne Headhunters feat. Black Spade & Coultrain” 12 lutego w Powiększeniu. Tymczasem zapraszam Was do przeczytania zapisu z rozmowy jaką udało mi się przeprowadzić z Coultrainem po koncercie:


Dworak: Aaron M. Frison znany jest także jako Coultrain i Seymour Liberty. Czy mógłbyś wytłumaczyć mi czym różnią się od siebie te trzy postacie i jak wzajemnie na siebie oddziałują?

Coultrain: Oczywiście. W zasadzie to nazewnictwo nie wiąże się z różnicami, ale raczej istotne jest to co mają wspólnego, ponieważ one po prostu odzwierciedlają nastroje mojej osobowości. Aaron M. Frison to ja jako pisarz, artysta. Coultrain to wykonawca muzyczny, performer. Seymour Liberty to natomiast postać fikcyjna, która ma moje wszystkie wady ale posiada również super moce, które czasami bywają nieaktywne. Ta postać jest silnie powiązania z moją wyobraźnią, uczuciami jak i momentami przełomowymi, które przyniosły różne potyczki życiowe. Seymour jest niemalże postacią biograficzną, ale funkcjonuje także jako pretekst do opowiadania zmyślonych historii. Reasumując te formy osobowości określają po prostu moje nastroje, które często ulęgają zmianom.

Dworak: Słyszałem, że planujesz wydać trylogię przygód Seymoura. Czym będzie różnic się nadchodząca druga część? Nawiązując do tytułu jaki ukazał się w internecie, chciałbym też zapytać ciebie, przed czym ucieka Seymour?

Coultrain: Moje nowe wydawnictwo wiąże się z totalnie nowym podejściem do wszystkiego. Kompozycje uległy kompletnej zmianie, paradygmat jest inny tak samo jak i muzycy. Nowe brzmienie ukazuje rozwój, drogę jaką przemierzyłem od miejsca skąd przybyłem i nagrałem pierwszą część. Na nowym albumie nie znajdziesz sampli jazzowych, wszystko jest twórczością muzyków sesyjnych. Czuje że to tworzy kompletnie nowy wymiar jeśli chodzi o brzmienie, daje mi wolność od ograniczeń jakie niesie ze sobą używanie sampli. Dodatkowo druga część jest wypadkową, tego co wyniosłem ze wszystkich miejsc w jakich dotychczas byłem i wszystkich ludzi których spotkałem. Jest zdecydowanie cięższy, o wiele więcej zawarłem w nim historii nacechowanych dużym pokładem emocjonalnym. Domyślam się, że pytasz o “ucieczkę” Seymoura w kontekście roboczej nazwy albumu, uległ on jednak zmianie. To był raczej tymczasowy tytuł, jednak myśl w nim zawarta, a może nawet temat przewodni, pozostaje ten sam. On ucieka przed starymi standardami, od tego co myślał że istnieje, co stwarzało mu ograniczenia, więc ta myśl z tytułu o którym wspomniałeś jest nadal obecna, jednak decyzja o jego zmianie zapadła juz jakiś czas temu.

Dworak: Jaka jest zatem cała koncepcja trylogii?

Coultrain: Wiesz tak naprawdę nie mogę zdefiniować jaka jest cała koncepcja, bo jest zbyt obszerna, aby opisać ją przed ukończeniem, wołałbym raczej aby to słuchacze zdecydowali o czym jest ten projekt. Mam taką nadzieję, że jest o wszystkim i o niczym. Myślę, że najbardziej zwięzłym terminem, którym mógłbym ją opisać jest po prostu “rozwój”.

Dworak: A co z mixtape’ami, publikowanymi w między czasie, które zawierają wcześniej niepublikowane utwory. Czy one odgrywają jakąś szczególną rolę w trylogii czy są wyłącznie projektami pobocznymi?

Coultrain: „GodMustBeABoogieMan” nie jest kompletnie związany z trylogią, to jest wyłącznie historia o tym co sie wydarzyło po tym jak Seymour opuścił St. Louis i zostawił tam swoją kobietę. Drugi mixtape “While She Was Sleeping” był mniej lub bardziej stworzony w celach promocyjnych, aby poinformować ludzi co dotychczas się wydarzyło, taki ruch aby zaznajomić nowych ludzi z naszą twórczością.


Dworak: Każdy postrzega rzeczywistość, dźwięk oraz muzykę inaczej. Nasze doświadczenie życiowe i emocje wpływają na organizacje i interpretacje wrażeń zmysłowych. Reasumując, na pewno istnieje krytyka twojej twórczości, co o tym myślisz? Czy tworzysz muzykę dla siebie, fanów a może dla krytyków?

Coultrain: Mądry człowiek kiedyś powiedział mi, że jeśli ludzie nie krytykują twojej twórczości to znaczy, że musisz robić coś źle i to w zasadzie, zupełnie wyraża moją opinię na ten temat. Krytyka to ważny aspekt mojej przeszłości. Tworze muzykę dla każdego, to znaczy dla fanów przede wszystkim, opierając to na fakcie, że ich lojalność daje mi siłę, aby utrzymać się na powierzchni, równocześnie nie ma ich w mojej głowie, podczas samego procesu tworzenia. Uwielbiam opowiadać historie, to jest moja wypadkowa motywacja dla kreatywności. Muzyka jest najbardziej boską formą artystycznej ekspresji, czuje się stworzony dla niej. Mam nadzieje, że każdy może odnaleźć coś w mojej twórczości, nie mogę tak naprawdę zlekceważyć nikogo. Sądzę że prawda jest taka, że ludzie słuchają swojego wnętrza, jednak równocześnie zwracają uwagę na krytykę innych.

Dworak: Utwór z twojego ostatniego singla wydanego nakładem RecordBreaking nazywa się “The Wanderer” (wędrowiec). Jak już wcześniej wspomniałeś pochodzisz z St. Louis, ale mam też w głowie fakt, że jakiś czas mieszkałeś w Los Angeles, Nowym Jorku jak i w Europie. Co jest tak wyjątkowego w podróżowaniu i zmienianiu tych wszystkich miejsc? Jak to wpłynęło na twoją twórczość oraz na to kim dzisiaj jesteś?

Coultrain: To co mnie najbardziej pociąga w podróżowaniu to rzeczy jakie możesz ujrzeć i sztuka, która cię otacza w tych wszystkich nowych miejscach. Lubię korzystać z możliwości zasmakowania nowych potraw czy czytania nowych książek. Podróżowanie dostarczyło mi wiele wnikliwych myśli na temat tego co zostawiłem, skąd przybyłem oraz dokąd zmierzam. Zdecydowanie pomogło to rozwinąć się mojej sztuce. Zachęcam każdego, aby w miarę możliwości podróżował jak najwięcej, aby mięć okazję doświadczyć tych wszystkich różnic, to jest naprawdę powalające przeżycie, są oczywiście negatywne aspekty takiego stylu życia, ale alternatywa jest dla mnie raczej ponura.

Dworak: Twoja muzyka jest bardzo emocjonalna, na pewno nie można powiedzieć o niej, że jest powierzchowna w przeciwieństwie do bombardującej nas twórczości z mediów masowych. Co sprawiło, że podchodzisz do swojej sztuki w tak spirytystyczny i głęboki sposób?

Coultrain: Powiedziałbym, że moje wychowanie wpłynęło na mnie najbardziej. Mój ojciec był pastorem i zaraził mnie fascynacją do opowiadania historii, to zawsze był istotny aspekt w mojej rodzinie, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Moja matka z kolei odcisnęła piętno swoim bardzo organicznym stylem śpiewania. Zostałem wychowany w bardzo uduchowionym środowisku i pewnie dlatego zadaje sobie te niekończące się pytania, które wciąż wysyłają mnie do poszukiwania, to powoduje że bardzo dużo studiuje, dużo myślę, po to aby moja muzyka brzmiała szczerze i uczciwie. Jeśli ktokolwiek jej słucha i czuje się wspaniale bądź prowokuje to jego myśli to znaczy, że gdzieś już zaszedłem jako pisarz i muzyk.

Dworak: Brałeś udział w wielu ciekawych projektach. Posługując się metaforą podróży chciałbym się ciebie zapytać czy czujesz, że jesteś już na końcu drogi do perfekcji, czy może dalej poszukujesz możliwości, aby rozwinąć sie jako artysta?

Coultrain: Myślę, że cos takiego jak perfekcyjność nie istnieje. Uważam, że mogę być mistrzem, ale nie jestem pewien czy ta podróż może się skończyć, podczas gdy nadal stąpam po tej ziemi. Szczerze to mam nadzieję ze nie może, bo zanudziłbym mój umysł na śmierć. Chciałbym pokonać powierzchowność w mojej twórczości, poszukiwanie natomiast trwa przez całe życie, to jest główna myśl mojego wywodu: aby uczyć się całe życie. To jest jeden z powodów dlaczego łodzik jest częścią mojego logo, progres to niekończący sie proces, ponieważ rozwijamy się przez całe życie.

Dworak: Następne pytanie jest związane z twoimi licznymi kolaboracjami. Współpracowałeś m.in. z Daru Jonesem, Platinum Pied Pipers, I Cedem niedługo ukażą sie twoje utwory z Jameszoo, 14KT. Domyślam się, że śledzisz trendy jakie obowiązują w dzisiejszej muzyce, ale zastanawia mnie w jakim kierunku chcesz podążać ze swoim brzmieniem? Jaki typ muzyki teraz preferujesz zważywszy na to jak bardzo zróżnicowanych producentów wybierałeś dotychczas.

Coultrain: Mam zróżnicowaną osobowość, tak samo jak ty, tak samo jak każdy inny, po prostu w inny sposób od reszty. Uwielbiam różnorodność gatunków muzycznych, więc kolaboruje z wieloma rożnymi artystami. Solowe projekty natomiast, miały za zadanie ustanowić fundamenty do tego gdzie następnie będę podążał muzycznie, to jest kombinacja tego co na mnie cały czas wpływa, więc naprawdę nie mogę stwierdzić dokąd podążam. Fascynuje się wyszukaniem i inteligencją jazzu, jestem zagłębiony w murach post rocka, pulsie funku, ciemnościach bluesa, to jest dla mnie wszystko to samo, po prostu inny nastrój muzyczny.

Dworak: Jakie są główne cele albo może misja jaką przypisujesz swojej sztuce?

Coultrain: Chciałbym dalej się rozwijać, opowiadać historie jak nikt inny, do których każdy może się odnieść i utożsamić. Myślę że ostatecznie, aby móc używać tych darów trzeba je przede wszystkim docenić i podziękować za nie Bogu, nawet podczas gdy mówimy o seksie i narkotykach, historie muszą być pełne humoru, smutku, pouczających lekcji to wszystko jest ludzkie i powinno wyrażać nasze słabości w podążaniu do prawdy, jak i mówić o postępach w przybliżaniu sie do siebie. Więc mam nadzieję, że ludzie czerpią z mojej muzyki cokolwiek chcą i przede wszystkim są sobie mniej obcy.

Dworak: Jaka jest twoja definicja Boga, miłości i wolności?

Coultrain: Te trzy rzeczy są również dla mnie jednością, po prostu w innych aspektach. Jeśli wiesz czym jest Bóg, wtedy wiesz czym jest miłość i wolność, więc definiowanie każdego z osobna jest możliwe tak samo jak wszystkich razem. Te trzy rzeczy wpływają na moją muzykę najbardziej. Jestem niezależnym artystą ponieważ wolność jest dla mnie bardzo ważna, Bóg który pociąga za sznurki wszechświata jest obecny w mojej twórczości a miłość jest powodem ich wszystkich.

Grzegorz „Dworak” Dworakowski (Warsoul)
(greg.dworakowski@gmail.com)

środa, 2 lutego 2011

WARSOUL SESSIONS : HAWTHORNE HEADHUNTERS - BLACK SPADE & COULTRAIN

O Coultran'ie pisałem jeszcze na łamach nie istniejącego już portalu wersalka.com, potem w wakacje 2008 roku przypominałem o jego twórczości tutaj. We wrześniu zeszłego roku, ukazała się darmowa EP'ka pt. "GodMustBeABoogieMan", do której sprawdzenia zachęcałem tu.



Za niecałe dwa tygodnie będziemy mogli po raz pierwszy w Polsce posłuchać tego wokalisty na żywo w Powiększeniu (WWA), wraz z Black Spade'm, z którym reprezentują skład Hawthorne Headhunters.

Hawthorne Headhunters powstało w 2007 roku, w studio nagraniowym znajdującym się pomiędzy Long Beach i Los Angeles. Na czele grupy stanął Black Spade znany też jako Stoney Rock. Zainspirowani kalifornijskim słońcem, spotykając się w Hollywood Park, tworzyli swoje kompozycje w duchu tradycji Funkadelic, Soulquarians czy Native Tongues. Hawthorne Headhunters to fuzja funku, soulu, elektroniki jazzu i hip-hopu. Debiutowali w lipcu ...2009 roku wypuszczając świetnie przyjętą EPkę, którą zniknęła ze sklepów niemal błyskawicznie. Utwory takie jak „She Wanna” , „Manifest Station” czy „Do 4 U”, zapewniły zespołowi wyróżnienia w audycjach Gilles’a Peterson’a i Benji’ego B w kategoriach soul. W czasach rozkwitu nowego ruchu zwanego L.A Funk Movement, który propagują m.in. Sa-Ra czy Master Blazter, należy wspomnieć o jeszcze jednym aryciekawym projekcie zwanym PCH, czyli połączenie sił Hawthorne Headhunters z Dam-Funkiem. Póki co świat ujrzał tylko jeden numer, ale już zdążył zebrać pozytywne recenzje od magazynu Fader.


Black Spade - Evil Love



Lider Hawthorne Headhunters, Black Spade to pochodzący z St. Louis producent, wokalista i multiinstrumentalista, który aktualnie mieszka i tworzy w Los Angeles. Wśród swoich inspiracji wymienia takich artystów jak Prince, J Dilla, The Clash i Radiohead; nic więc dziwnego, że jego muzyka wybiega daleko poza przyjęte normy gatunkowe. Jego brzmienie jest z jednej strony mocno zakorzenione w klasyce jazzu, soulu i psychodelii, z drugiej zaś strony wyraźnie wybiega w przyszłość elektroniki i hip hopu. Black Spade sam pisze i produkuje swoje utwory, w których z równym powodzeniem śpiewa i rapuje. Oprócz tego zarówno w studiu, jak i na koncertach gra na syntezatorach i generuje siarczyste bity na samplerze Akai MPC-2000. Jego styl jest niesłychanie oryginalny i bez wątpienia płynie prosto z serca. Black Spade jest aktualnie jednym z najciekawszych twórców czarnej muzyki na świecie.

Hawthorne Headhunters - She Wanna LIVE rehearsal HVW8



Na Europejskiej trasie w 2011 Black Spade'owi towarzyszyć będzie jeszcze jeden fenomenalny artysta, znany jako Coultrain. Wokalista dorastał niczym Miles Davis w St. Louis. Śpiewu uczył się w kościele, a także od swojej matki która była solistką w miejscowym chórze. Ojciec był pastorem, od niego nauczył się jak opowiadać historię i jak tworzyć piosenki. Pokazał mu też muzyków takich jak Ray Charles czy Stevie Wonder - bo takich płyt słuchano u Coultrain'a w domu. W 2007 roku Coultrain zadebiutował fenomenalną płytą „Adventures Of Seymour Liberty", która w wielu zestawieniach krytyków, uchodziła za neo-soulową płytę roku, a sam Coultrain był porównywany do undergroundowego John’a Legend’a. Od czasu wydania solowego krążka dużo się wydarzyło w karierze Coultrain'a. Po pierwsze włożył bardzo dużo pracy w ostatnią płytę „Abundance" coraz bardziej eksperymentujących Platinum Pied Pipers, następnie dołączył do grupy Hawthorne Headhunters, gdzie nakładem HVW8 wydali EPkę, która sprzedała się szybciej, niż była tłoczona. W ubiegłym roku wydał singiel "The Wanderer/Balancing Act" nakładem wytwórni Recordbreakin' oraz znakomity drugi album, zatytułowany "GodMustBeABoogieman", który udostępnił za darmo w sieci.

Warsoul tej zimy proponuje dużo ciepłego soulu, ogrzewanego gorącym Kalifornijskim słońcem, bo czy trzeba nam czegoś więcej?

Spacerując Spalding Avenue w Los Angeles, pewnie nie raz zajrzelibyście do legendarnej już w Kalifornii galerii HVW8 promującej szeroko pojętą sztukę. Sesje które tam się odbywają przyciągają w biały dzień tyle ludzi, że miejsce to nie jest w stanie pomieścić wszystkich, stąd spora grupa przybyłych musiała wielokrotnie słuchać jam-sessions stojąc na ulicy. Było tak, kiedy koncertował tam zespół Master Blazter z Dam-Funk’iem na czele, czy Ti$a z Sa-Ra Creative Partners. Zresztą Ci, którzy mieli okazję znaleźć się w Warszawskim Powiększeniu na doskonale przyjętych koncertach wyżej wymienionych składów, doskonale wiedzą że słoneczne Cali to obecnie jedno z najważniejszych muzycznie miejsc na całej planecie. Pora na wydarzenie z udziałem kolejnego zespołu związanego ściśle z Heavyweight Production House: Hawthorne Headhunters


WARSOUL SESSIONS - HAWTHORNE HEADHUNTERS feat. BLACK
SPADE a.k.a. STONEY ROCK & COULTRAIN a.k.a. SEYMOUR LIBERTY
(St.Louis/Los Angeles, USA) - 12.02.2011, klub Powiększenie, Warszawa.


support: Maceo Wyro, Envee, + special guest: J-Son (Na Stare Milion)

start: godz. 21:00
bilety: 20 zł (przedsprzedaż - Side One, ul.Chmielna 21 oraz Waxbox, ul. Chmielna 10A) / 30 zł (w dniu koncertu)

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Kohndo u Tas'a i Czarnego.


Nie pamiętam już dokładnie kto i przy jakiej okazji polecił mi album Kohndo pt. "Deux Pieds Sur Terre / Stick to Ground", natomiast wiem, że najwięcej słuchałem go w 2008 roku... Jakoś późną jesienią, a może już wczesną zimą, umilał mi dość dalekie wycieczki z Dębca do Szczepankowa. Jak się okazało, był to trzeci studyjny album tego francuskiego rapera. Nigdy nie sprawdziłem dwóch pozostałych. Być może przez tę postać, która wtedy powiedziała mi żebym koniecznie zainteresował się tym konkretnym krążkiem. Powstaje pytanie czy coś straciłem? Ciężko powiedzieć, w zasadzie dziś jestem szczęśliwy że poznałem tylko tę płytę. Dzięki temu przerobiłem ją dość mocno, chociaż nie kumałem ani słowa, poza zwrotkami Slum Village, Dwele czy Insight'a.


Po pięciu latach od wydania "Deux Pieds Sur Terre", Kohndo wyda nowy album. I pewnie właśnie to było dodatkowym impulsem by zaprezentować się za granicą Francji. Powiem szczerze, że nie śledzę wcale tego co dzieje się w innych krajach w Europie niż UK, w ogóle jakoś nie interesuje mnie rap którego nie rozumiem. Wiadomo, producenci wydający muzykę instrumentalną lub pracujący z anglojęzycznymi artystami to zupełnie inna kwestia... np. potrafię być bezkrytyczny dla twórczości mojego ulubionego Francuskiego crew - Jazz Liberatorz.  Przez to, że jestem takim ignorantem przez pryzmat językowy, zupełnie zapomniałem o mojej fascynacji krążkiem Kohndo. Stąd wieść o tym że wystąpi w Poznaniu, na zaproszenie Tas'a i Czarnego, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba... Pomyślałem, że jak mam to pod samym nosem, to nie może mnie tam nie być!


Ustawiłem się na to wydarzenie wcześniej z Raperem Profem. Oczywiście nam się nigdy nie spieszy, więc zdążyliśmy urządzić sobie mały before na DDC piętrze, docierając akurat lekko po 23 omijając to co nas średnio interesowało tego wieczoru - rap z Polski. Wbiliśmy w samą porę. Akurat Kohndo i Xavier zaczęli imprezę. Kurde, w Opcji pojawiły się odsłuchy, mocniejsze nagłośnienie, okna zostały "zamurowane", dzięki temu środkowe piętro klubu zyskało na brzmieniu. Beaty świetnie bujały tego wieczoru, Kohndo pokazał swoją inspirację stylistyką rapu lat 90-tych, muzyka pizgała jak należy, nie było podczas koncertu słabych beatów, a ich wajb przypominał mój ukochany zespół z Detroit. Fajnie się tego słuchało. Mimo tego, że samego Kohndo rozumiałem tylko między kawałkami, kiedy mówił po angielsku... Nie miało dla mnie większego znaczenia w jakim języku nawijał. Czułem jego flow i zdaje się że nie tylko ja, większość ludzi, którzy przyszli tego wieczoru na koncert, płynęła razem z tym co wydobywało się z głośników. Było dobrze. Bardzo dobrze.


Po koncercie poszliśmy z Profem, na górne piętro napić się browara i pogadać jak to zwykle przy najebce lubimy robić. Tym bardziej, że Polscy raperzy tego wieczoru nie chcieli dać ludziom potańczyć, do coraz lepszych setów Dj'a Czarnego, tylko nawijali jeszcze długo (szkoda). Do góry przyszli Kohndo i Xavier, a jak przystało na naszą gościnność nie mogliśmy nie zaproponować czegoś do jarania. Poszliśmy na backstage, pogratulowaliśmy dobrego koncertu, zrolowaliśmy gibony i gadaliśmy o rapie. Chłopaki okazali się bardzo spoko prywatnie, szczególnie Kohndo to bardzo miły typ. Powiedziałem mu, że znam go tylko przez pryzmat jednej płyty, ale słuchałem jej bardzo dużo i do dziś za chuj nie rozumiem o czym nawija. W każdym razie bardzo ucieszył się że powiedziałem mu, że czasami nie ważne jest to o czym, ale w jaki sposób rapujesz. Powiedział mi wtedy, że gdy nie znał jeszcze angielskiego, tak samo reagował na rap ze stanów, gdzie uświadomił mnie że przecież każdy nie bilingwistyczny człowiek, nie potrafiący mówić po angielsku od urodzenia, miał ten problem. Słowa również były wtedy muzyką. Potem go zapytałem, czy poznał Jay Dee... okazało się że tak! Album który ukazał się w 2006 roku był masterowany w Detroit, właśnie wtedy dogrywali mu się na płytę Dwele, Elzhi i T3. Podobno J Dilla odwiedził Kohndo w Paryżu, gdy był jeszcze zdrowy. Można powiedzieć, że miał szczęście... w każdym razie to kolejna postać, która twierdzi, że Jay prywatnie był bardzo pozytywnym kolesiem, który zdecydowanie odszedł z tej planety za wcześnie. Przy drugim wąsie gadaliśmy już o przyszłości hip-hopu, podniecając się dokonaniami Flying Lotusa... chłopaki nieźle się najarali i sprzedaliśmy im kilka dobrych motywów do sprawdzenia, ale nie wiadomo czy po takim melanżu coś będą pamiętali.

Khondo - Ce Qu'elle Veut (What She Wants) Ft. Slum Village


Gdy wróciliśmy z pogawędek impreza nadal była zawieszona, gdyż Polski rap nadal wiódł prym tego wieczoru. Mam wrażenie że wynudziło to zebranych i na imprezie została dosłownie garstka. Tego obawiałem się gdy oglądałem plakat. Niestety. W Poznaniu nadal upycha się lineup raperami, co nie do końca moim zdaniem jest dobrym rozwiązaniem. W każdym razie piątka dla Tas'a i Czarnego za fajny koncert, jeśli to czytacie, trzymajcie nadal scenę przy życiu, ale dajcie wytchnąć troszkę dupeczkom na tych imprezach. W końcu one przychodzą potańczyć, a przez godziny nawijania one się płoszą i nie chcą więcej wpadać na rap, a nie tędy droga, prawda? Nie żebym miał coś do rodzimego rapu, szanuje wiele składów. Po prostu wychodzę z założenia że jednego wieczoru, co za dużo to nie zdrowo. 

+Foto autorstwa Artura Nowickiego

wtorek, 26 października 2010

O tym jak Black Milk, Daru Jones, AB i Bill wpadli do Polski.

Zazwyczaj takie relacje jestem w stanie napisać jeszcze w pociągu, wracając z Warszawy do Poznania. Niestety nie tym razem. Spałem przez 3 dni najmniej od pół roku, a w dodatku nie mogłem się pozbierać po tym, co wydarzyło się w ostatni weekend. Było grubo, oj grubo! Plan rozszerzonego weekendu był strzałem w dziesiątkę, wziąłem wolne od pracy w piątek i poniedziałek. Bardzo się cieszyłem że dzięki temu, nie będę musiał jechać przepełnionym TLK wyruszającym z Poznania po godzinie 17. Już dawno wyryłem sobie w głowie słowa Mentalcut'a brzmiące: "Nigdy nie jedź w piątek po piątej połączeniem Poznań - WWA". Zresztą, pewnie wiecie to doskonale jeśli czytaliście wpisy z moich poprzednich wycieczek do stolicy. Zanim jednak wyruszyłem, wiedząc że następnego dnia nie wstaję do kołchozu, postanowiłem zobaczyć piękny hat-trick Adebayor'a w meczu Kolejorza z Manchesterem City. Niestety po meczu, musiałem jeszcze coś załatwić, co spowodowało grubszy melanż i zlądowałem na chawirę grubo po drugiej w nocy. Ale, co mi tam, wstałem o 9-tej i pakowałem się szczęśliwy, że pojadę wygodnie pustym pociągiem, bo studenci o 11 jeszcze do domów na weekend nie wracają...

No, ale że ja w życiu mam szczęście, jak ja pierdole, to oczywiście każdy pomyślał tak jak ja. Dodając do tego mój zwyczaj nie walczenia o pozycję w przedziale zapierdalałem na Warszawę Centralną, grzecznie, w korytarzu, na stojąco! No trudno... powoli się przekonuje, że już nie ma co liczyć na wygodne pociągi w piątek. Dojechałem z opóźnieniem po 15, poszedłem robić biznesy do Side One. Odebrać zaległe zamówienia i dokupić 7"-kę "Don Cornelius" Black Milk'a. U Wojtka zawsze dobry klimat, kto wpada ten wie o co chodzi, zamienialiśmy słowo z przychodzącymi do sklepu klientami, było miło, tak miło, że przesiedziałem tam dobre 3 godziny, słuchając Sun Ra i John'a Coltrane'a. Potem przeniosłem się na Saską Kępę, do Maceo, który miał tego wieczora zagrać jeszcze w Szlafroku, ale ogrom zadań spowodował, że popracowaliśmy przy whisky i suszu do późnych godzin nocnych przygotowując set do sobotniego Kosmosu i pytania do wywiadu z Black Milk'iem, ja wymiękłem blisko 5-tej rano, a Maceo jeszcze przygotowywał selekcję na Rap History Warsaw... niezmordowany człowiek. Zapis gotowej audycji możecie sprawdzić tutaj:
Kosmos # vol. 32 feat. Black Milk

Zanim to wszystko doszło do skutku, musieliśmy nieźle zapierdalać. Maceo spał dosłownie dwie godziny, ja może ze trzy i pół... Pojechał po chłopaków na Lotnisko i zabrał ich do Hotelu. Oni podobnie do nas, wyglądali jak cień człowieka, przylecieli do Polski z Niemiec zaraz po koncercie, nie spali ani minuty. W czasie gdy oni odsypiali, my biegaliśmy po mieście kolekcjonując sprzęt. Perkusja od Sidney'a Polaka, a klawisz nawet nie wiem skąd... O 13 ostatnia półgodzinna selekcja do Kosmosu, śniadanie i prędko do Roxy.

Wszystko na styk! Wtedy już było lżej, bo w zasadzie czekaliśmy aż Maciek Envee, przywiezie Curtis'a, Daru, AB i Bill'a do studia. Potem zrobiła się już 16 i ruszaliśmy na próbę. Soundcheck'i są zawsze spoko, tym bardziej że często dzieją się tam rzeczy, których później nie ma na koncercie. Ci którzy mieli okazję tam być, widzieli zajebiste improwizacje Daru i AB. Na serio, posłuchać ich wspólnego materiału na żywo to niezła rzecz! Wszystko się nieźle wydłużyło, próba zakończyła się troszkę po 20-stej. Niby chłopaki chcieli jechać jeszcze do hotelu przed samym koncertem, ale wygrało jedzenie, więc poszliśmy do "Jajo", blisko ul. Chmielnej... Maceo polecił tę knajpę więc musiało być dobrze.

I tak idziemy, sobie idziemy... przechodzimy obok sklepu Nike'a, prowadzonego przez Dr'a Sneaker'a. Grupka ludzi wybiegła ze sklepu, podbiegając do Curtis'a, zapraszając go na before party do sklepu. Jak się później okazało, był to before przed imprezą w Powiększeniu... a my nic o tym nie wiedzieliśmy?! Zajebista inicjatywa! Poszliśmy wpierw zjeść. "Jajo" okazało się idealnym miejscem, usiedliśmy zaraz przy kuchni, chłopaki mieli dość wydziwiany gust, ale kucharz był bardzo dobry, znał twórczość Black Milk'a i przygotował takie rzeczy, że głowa mała! Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś jadł pizzę bez sera... no cóż, Curtis nie lubi serów! Daru wymyślił sobie tuńczyka z makaronem w maśle, Bill średnio surowy stek w sosie pieprzowym, a AB jakieś rośliny. Nic dziwnego, że byli tak zachwyceni że potem czytaliśmy na twitterze Daru Jones'a:

Daru Jones: :) Warsaw, Poland's energy & vibes from show + city,food & ppl was prob. 1 of the best on this tour yet!

Stąd wielkie pozdrowienia dla obsługi restauracji "Jajo", polecają - Black Milk Live Band! Wracając z kolacji, nie mogliśmy nie skorzystać z zaproszenia Dr'a Sneaker'a. Wbijamy do sklepu, a tam na wejściu pada hasło - "dla Was panowie wszystko za 50%".

Gościnność gospodarza spowodowała że szczena opadła mi do samej ziemi! Black, podpisał się na ścianie w sklepie, chłopaki kupili koszulki i kilka par butów, tuż przed samym koncertem. Pamiętacie akcje z koszulką: "Gdzie jest krzyż???" To też spontaniczna akcja szalonego Dr'a Sneaker'a! Serio stary, jeśli to czytasz, to płyną do ciebie propsy i wyrazy szacunku! Następnym razem dajcie znać, że robicie takie before'y! Zresztą podobało się to niezmiernie Curtis'owi, który potem napisał na swoim twitterze tak:

Poland = crowds that r insane, Nike stores that give u half off everything and gorgeous women, didn't expect it to be this live


Żałuję że nie dotarłem drugi raz na live act Teielte... ale trzeci raz nie odpuszczę i cieszę się że został zarejestrowany! Niestety, nie zostawię tutaj ani zdania, bo nie zdążyłem odnotować ani minuty. Czas leciał coraz szybciej... i przyszedł czas na highlight wieczoru. Bill wleciał za Dj'kę najwcześniej, bardzo fajnie grając wprowadził ludzi w temat koncertu.

Wkrótce po tym, za perkusją zasiadł Daru a za klawiszem stanął AB. Efekt bezprzewodowego mikrofonu, spowodował że koszulka którą miał Curtis, nabrała podwójnego znaczenia, wszyscy rozglądali się zadając sobie pytanie - "Where is Cross???", a Black zaczął rapować już na backstage'u wchodząc przez tłum w rytm utworu "365". Myślę że nie ma sensu opowiadać po kolei jakie numery zagrał Black Milk, niebawem udostępnimy materiał, który dzień po koncercie był transmitowany na antenie radia Roxy w ramach Red Bull Music Academy Radio. Skupmy się natomiast na faktach, których nie będzie widać na zapisie audio, ale z pewnością zostały zarejestrowane dzięki Diil.TV, które też pewnie niebawem będą udostępnione. Otóż o czym mowa?! O genialnym klimacie Powiększenia tego wieczoru, grubej frekwencji i zajebistej energii jaką dała z siebie publiczność. Maceo, który stał bardzo blisko sceny, mówił mi, że gdy band dawał największe bangery, to za nim leciała potężna fala uderzeniowa powietrza, od krzyczących i bawiących się ludzi. Prawdziwa bomba!

Ja też nieźle się wkręciłem, darłem japę tak mocno, że gdy Black zagrał tribute dla Jay Dee w postaci "Fall In Love" to przeszły mnie ciarki, a po utworze tak gorliwie wrzeszczałem, że dziewczyna zwróciła mi uwagę, że zaraz jej ucho odpadnie, na szczęście żartowała i za chwilę krzyczała głośniej odemnie... a potem się zaprzyjaźniliśmy. Bardzo miło! Przed koncertem nie wiedziałem czego się spodziewać, w zasadzie po cichu liczyłem że będzie mocno. Chciałem, żeby ten koncert dorównał temu co stało się w wakacje w Powiększeniu na Dam-Funku... a to była wysoko postawiona poprzeczka. Powiem szczerze, że to co mnie spotkało totalnie mnie zaskoczyło, to był istny rozpierdol. Prawdziwa masakra.

Myślę że Black Milk Live Band dokonał tego, czego dokonał Damon, J-1 i Computer Jay, podpalili Powiększenie! Ale to jeszcze nic... Na ostatnich imprezach działo się tak, że po głównym wątku wieczoru, ludzie nie wiedząc czemu nie chcieli się bawić i zawijali się do domu, a parkiet bywał przerzedzony. Tym razem dzięki Rap History Warsaw, którym w tym miejscu gorąco dziękuje za współpracę, stał się prawdziwy cud! Na parkiecie było gęsto jak nigdy do samego rana! Byli b-boye, utwory takie jak "Scenario" były recytowane przez wszystkich w klubie, że Dj'e robili rewindy! Jak to teraz mówi młodzież - masakracja! Zresztą, co będę się produkował - rocznik 92 w wykonaniu Mr. Krime'a poniżej:
Mocne, nie? Kto nie był na Warsoul x Red Bull Music Academy on the Floor x Rap History Warsaw - ma czego żałować! Na Saskiej wylądowałem po 5-tej. I znowu miałem bagatela 3-4 godzinki snu, bo trzeba było eskortować zespół na dworzec i wsadzić naszych gości w pociąg do Berlina. Już mnie pytali kiedy będą mogli wpaść następny raz! Widzicie, dzięki Wam pokochali Polskę!!! W imieniu Warsoul dziękuję Wam bardzo serdecznie!

środa, 22 września 2010

RBMA On The Floor x Warsoul prezentują Black Milk Live Band!

W lutym 2006 roku, trzy dni po premierze instrumentalnego krążka „Donuts”, zmarł jej genialny autor Jay Dee. Cały hip-hopowy świat chwycił się wtedy za głowę. To był szok, każdy szukał odpowiedzi na pytanie: co dalej? J Dilla był tym, który niósł pochodnię. Nie było osoby w tym biznesie, która by się z nim nie liczyła. Wszyscy go kochali, a oczy świata były skierowane na Detroit. Ludzie głowili się, kto po nim będzie tym który będzie przełamywał szlaki. Od śmierci James’a minęły już cztery lata i powstały odpowiedzi na niektóre z tych pytań. W historii jazzu nowoczesnego, możemy doszukać się podziału na jazz przed i po innowacjach John’a Coltrane’a, jeśli chodzi o gatunek hip-hop’owy (i wszystkie jego wypadkowe), możemy mówić bez wątpienia o hip-hopie, który powstał  przed i po innowacjach Jay Dee.

Co James dał hip-hopowi, pewnie niebawem będzie tematem obszernych książek, natomiast skupmy się na kimś, kto ma wyznaczać trendy po nim. Oczywiście mowa o Curtis’ie Cross’ie, znanym bardziej pod pseudonimem Black Milk. Curtis urodził się i wychował w Detroit słuchając takich zespołów jak A Tribe Called Quest czy De La Soul. Już jako bardzo młody chłopak poczuł że ciągnie go do robienia hip-hopu, czuł szczególną smykałkę do robienia beat’ów. Godzinami siedział w swojej piwnicy nad pierwszą, dość tanią maszyną perkusyjną połączoną z domowym systemem karaoke. Z czasem Curtis dorobił się bardziej wyrafinowanego sprzętu, różnych samplerów  i MPC, pracował nad swoim brzmieniem, a efekt pracy nagrywał na kasetach. Jedna z takich taśm trafiła w ręce członków Slum Village. Chłopaki byli zdumieni tym co wyprodukował początkujący Black Milk. W ten sposób w wielku 19 lat, w roku 2002 zadebiutował na mikstapie Slum Village „Dirty District”, a chwilę później, jeszcze w tym samym roku zostawił dwie produkcje na LP Slum Village „Trinity (Past, Present and Future)”. Po takim debiucie, kariera Curtis’a zaczęła nabierać tempa. Młody producent zmienił swoją ksywkę. 

Od tej pory na płytach nie podpisywano go Curtis „Nottyhead” Cross. Narodził się Black Milk. Mniej więcej w tym samym czasie, do życia powołano duet B.R Gunna, który Curtis stworzył razem z RJ Rice Jr’em, znanym bliżej jako Young RJ. Ta kolaboracja doprowadziła do powstania wydawnictwa „Dirty District Vol. 2”. Owa płyta, to oczywisty follow up do kompilacji Slum Village, o której wspominałem wyżej. B.R Gunna, nie musieli długo czekać na kolejne propozycje, jeszcze w tym samym roku (2004) Slum Village zaproponowali chłopakom wyprodukowanie ich całego albumu (ostatecznie 11 z 13 kawałków), ponieważ Karriem Riggins i Waajeed, z którymi SV współpracowali najczęściej w tamtym czasie, byli zajęci innymi projektami.

W 2005 roku Black Milk poczuł że jest gotowy na swoje pierwsze solowe wydawnictwo, w ten sposób wydał własnym nakładem (Music House Records) płytę „Sound Of The City”, która mimo wszystko była bardziej mikstapem, niż typowym albumem. Jednak jak się później okazało, był to bardzo pracowity rok dla Black Milk’a i jego projektu B.R Gunna, ponieważ Slum Village zaprosili go do współpracy nad kolejnym albumem, który nosił po prostu nazwę „Slum Village”. Jesienią tego samego roku zdążył jeszcze wydać EP-kę „Broken Wax”, pracując tym samym na tytuł najbardziej zapracowanego beatmakera w tym biznesie. Był to przełomowy czas dla Curtis’a Cross’a. Skończył ledwo 23 lata, a od czterech pracował  z jedną z najważniejszych grup hip-hopowych na świecie (zdążył także pracować z takimi ludźmi jak Jay Dee, Elzhi, Phat Kat, Frank n’ Dank, Lloyd Banks, Canibus czy Pharoahe Monch). Zrobił wrażenie na wytwórni Fat Beats, która zaproponowała mu wydanie oficjalnego solowego debiutu. Mało tego, niektórzy krytycy już wtedy zaczęli porównywać jego produkcje do tego, co w późnym okresie swojej twórczości robił J Dilla
czy Madlib. W 2007 roku światło dzienne ujrzała płyta „Popular Demand”, która na dobre rozpoczęła erę Black Milk’a. Zimą na przełomie roku 07/08 połączył siły z Bishop’em Lamont’em, co doprowadziło do wydania mikstape’u pt. „Caltroit”, zresztą bardzo gorąco przyjętego i nominowanego do nagrody „Justo’s Mixtape Awards”. 2008 rok, to również bardzo pracowity czas dla Curtis’a. Wspólnie z Fat Ray’em wydali album „The Set Up”, później przyszła pora na następny solowy album „Tronic”, którego polskim słuchaczom przedstawiać raczej nie trzeba. Krążek zdobywał wiele pozytywnych recenzji oraz nominacji do najlepszego hip-hop’owego krążka roku. „Tronic” był przyjęty tak dobrze, że krytycy doszukiwali się w Black Milku następcy Kanye West’a, ich zdaniem to on jest pretendentem do objęcia w najbliższym czasie hip-hopowego tronu. Black Milk znany z pracowitości nie spoczął na laurach, w tym samym roku w którym wydał drugą solową płytę, pomógł wypełnić muzyką krążek Elhzi’a 

Dziś obserwujemy Curtis’a Cross’a już 8 lat na scenie, przez całą swoją karierę udowadniał nam skutecznie że jest jednym z najważniejszych przedstawicieli swojej generacji. Sposób w jaki tnie sample i układa bębny stał się jego wizytówką, praktycznie każdy jest w stanie wyczuć jego unikalny styl produkcji muzyki. Po zeszłorocznej trasie koncertowej, którą Black Milk odbył wraz z fenomenalnym perkusistą Daru Jones’em i klawiszowcem/wokalistą AB, wrócił do Detroit by pracować nad kolejnym albumem. Niestety nie był to łatwy czas dla Curtis’a. Najpierw śmierć zabrała jego największego mentora Baatin’a (Slum Village), któremu Black Milk zawdzięczał start kariery. Kilka tygodni później, manager Curtis’a HexMurda zapadł w śpiączkę i został sparaliżowany po wylewie krwi do mózgu. Te wydarzenia wstrząsnęły nim bardzo mocno, przypominając rok 2006 w którym w krótkim czasie zmarli Jay Dee i Proof (D-12). Przez kilka następnych miesięcy Curtis musiał odwiedzać cmentarze jeszcze kilka razy, chowając kilku członków swojej rodziny. 2009 rok okazał się najtrudniejszym okresem w całym jego życiu. Pod koniec tego nieszczęśliwego roku, Black Milk wrócił do studia, podając do publicznej wiadomości, że jego następny album będzie „albumem roku”, oczywiście odnosząc się do wydarzeń sprzed 12 miesięcy, które wstrząsnęły jego życiem, nie mając przy tym na myśli pewnych siebie wypowiedzi świadczących o tym, że jego krążek będzie albumem roku, jeszcze rok zanim w ogóle się ukazał. 
Black Milk nadchodzącą wielkimi krokami produkcją (14 września) chce przełamać bariery formy hip-hopowej produkcji, jednocześnie uszlechetniając i redefiniując swoje brzmienie. Szkielet muzyki jak zwykle zbudował za pomocą zaufanego AKAI MPC-2000 XL, którego używa od lat, zatrudniając do tego muzyków studyjnych, którzy mają nadać jego muzyce dodatkowych warstw, zastrzegając przy tym, że wszystkie kompozycje wyszły spod jego ręki. Nad całością brzmienia albumu czuwali muzycy których Black Milk nazywa swoim Live Band’em, mowa oczywiście o wspomnianych wyżej AB (klawisze/wokal) oraz Daru (perkusja). To właśnie oni zagrają w tym roku na trasie koncertowej promującej nowy album. Oprócz nich nad krążkiem pracowali jeszcze inni muzycy z Detroit: wokalista Melanie Rutherford, basista Tim Shellaberger, trębacz Sam Beaubien (który pracował również nad jednym z najbardziej rozchwytywanych krążków ostatniego roku „Strange ArragementMayer’a Hawthorne’a). Black Milk zaprosił również takich raperów jak: Royce Da 5’9”, Ehlzi (już można zobaczyć ich wspólny klip „Deadly Madley”) oraz debiutanta Danny’ego Brown’a
Dziś w hip-hopie jest zaledwie kilku artystów, którzy robią rzeczy powyżej oczekiwań i nie pozwalają się kategoryzować. Black Milk jest właśnie jednym z nich, po pierwsze zaskakuje swoimi kompozycjami a po drugie zabiera słuchacza na następny poziom podczas elektryzującego live show. Warto zaczekać za „Album of The Year” i trasą koncertową w Europie na którą Curtis Cross przyjedzie z Daru Jones’em i AB. 23-ciego października Black Milk Live Band da jedyny koncert w Polsce na Warsoul Sessions w Powiększeniu w ramach "Album of The Year" European Tour 2010. Wydarzenie wspiera Red Bull Music Academy On The Floor. Afterparty: Rap History Warsaw 1992 feat. Steez, Dj Krime i Maceo. Bilety niebawem do nabycia w Side One w cenie 40 PLN, w dniu imprezy cena biletów wzrośnie do 50 PLN. Więcej szczegółów wkrótce.

środa, 4 sierpnia 2010

DâM-FunK & Master Blazter @ Powiększenie


Zapisując te słowa jest już sobota. Siedzę sobie na parapecie w jednym z Warszawskich kwadratów, gdzieś w okolicach placu konstytucji i popijam eferalgan od Kaśki, która niespodziewanie nas gości...W tle leci Roy Ayers Ubiquity a ja w tym zaciszu konam. Dobre dusze załatwiają konopie, mam nadzieję że zabiorą ten wstrętny ból głowy. Czas na reminiscencje, zresztą pierdolenie... jakie wspomnienia?! Skoro Ci którzy byli nadal o tym mówią! Gdy wylogowaliśmy się z hostelu, jeszcze na ulicy obcy mi ludzie rozmawiali między sobą o tym co stało się w nocy w Powiększeniu, o tym że Dam Funk tak dojebał,  że stracił głos. Impreza z cyklu tych legendarnych, ale może zacznę od początku.

To nie był dobry dzień na pracę. I to nie ze względu na obowiązki, ale ze względu na to, że trzeba było w niej być. Nie lubię okresu urlopowego. Sam nie byłem na urlopie od trzech lat, a dni wykorzystywałem na eventy takie jakie jak ten. Teraz inni urlopują, bo w końcu są wakacje, ja zapierdalam a powinienem od południa chillować w WWA. No trudno. Życie. Dzień wariata. Godzina szesnasta, koniec kołchozu, w piętnaście minut do domu, prysznic, pakowanie, obiad w biegu, 16:37 autobus z osiedla na dworzec, 17:28 odjazd pociągu. Kurwa!!! Mentalcut miał rację, piątek w południe, w wakacje TLK się nie jeździ, nawet pierwsza klasa była zajebana! No to grzecznie siedzieliśmy w warsie, a kawa którą spożywaliśmy działała jak kreski fufu. W każdym razie, nawet jak na takie warunki potrafiliśmy sobie stworzyć sympatyczną podróż. Jadąc ze Stoną i Asią nigdy się nie nudzę, a tym bardziej sprawiało mi to radość bo dawno nigdzie razem nie byliśmy. Nie wspominam wcześniej nieprzypadkowo Mentalcuta, bo umawialiśmy się już na wspólną podróż, ale okazało się że dopiero dołączy do nas po wpół do ósmej w Kutnie, bo dopiero bilet weekendowy nabierze ważności... W tej radosnej atmosferze, wśród gadek o karierach, krzyżu, relacjach damsko-męskich i innych pierdołach wylądowaliśmy na dworcu Warszawa Centralna. Szkoda że Mentalcut i Dżej mieli inne plany i nie trafili ostatecznie do Powiększenia, w każdym razie macie problem z pociągami? Pierdolcie informacje, Kuba na 100% rozwieje wszystkie Wasze wątpliwości, które wiążą się z podróżowaniem koleją. 

W Warszawie podejmowali nas Grzesiek Dworakowski, oraz soon-to-be-big-polish-new-beats-producer Teielte wraz z żoną Justyną. Od samego początku zaznaliśmy warszawskiej gościnności na Saskiej Kępie, w towarzystwie wódeczki i tego drugiego. Taryfa, kierunek Nowy Świat, Powiększenie. Ja jeszcze na chwilę na mój nocleg. Jak się potem okazało bardzo przyjemny crib. Mowa oczywiście o New World's Hostel, chyba najlepszy lokal tego typu w jakim w życiu byłem, schludny, czysty, zajebisty, otwieram drzwi od Rzymu, a tam kolejna ekipa, tym razem Gorzowsko-Szczecińska, od razu pozdrawiam Tomka, Ewelinę i Adama, pamiętajcie, musimy częściej tam wracać, mieliśmy widok na Pałac Kultury! Zrzuciłem torby, uderzyliśmy do klubu. Było jak podejrzewałem, można było się przewracać o znajomych, bo byli chyba wszyscy, których się spodziewałem i których mogłem się spodziewać. W skrócie, pozdrawiam wszystkich! 

Co do koncertu, wielu z Was przed wydarzeniem pytało mnie o sprawy formalne z nim związane, ale tym razem niestety Warsoul crew nie miało nic wspólnego z tym przedsięwzięciem, wszelkie gratulacje należą się Club Collab i Na Stare Milion. Świetna koncepcja i jeszcze lepsze wykonanie. Gdy wbijałem do klubu selekcją cieszyli ucho - na górze Ten Typ Mes, a na dole Eltron John. Start nieco się przedłużał, ale tego wieczoru to było nawet lepsze, niż gdyby Master Blazter zagrali o czasie. Każdy mógł ze spokojem nagadać się przy drinku... a potem czas przestał już kompletnie mieć znaczenie. W końcu pojawił się Dam Funk, J-1 i Computer Jay. Rozpoczęli koncert singlową wersją "Hood Pass Intact", oczywiście wykluczając wersy MC Eight'a, powiększenie oficjalnie zostało podpalone! Ludzie dostali z głową, mnie sparaliżował dźwięk wydobywający się ze sceny. Nie żałuję nawet jednej złotówki przeznaczonej na wyjazd do stolicy, popłynąłem z dźwiękiem, darłem ryja na każdym refrenie. Zwariowałem. Myślałem przez sekundę, że na chwilę wyciszą ludzi po takim hicie, ale zaraz potem dojebali jeszcze mocniej... polecieli z "Killdat" co skończyło się awarią gardła w moim przypadku, po wypalonym dołpie, alkoholu i krzyku kwestii "Kill this mothafucka today for U". 

Było też miejsce na improwizowane części Computer Jay'a  na klawiszach, gdzie słychać było jego ciągoty w stronę bitów nowej generacji. Tak wykręcał generowane amplitudy dźwięków, że myślałem, że zaraz coś się rozleci. Sun Ra byłby dumny. W tym samym czasie, popisał się również J-1, teraz już doświadczyłem empirycznie tego, że nie bez powodu jest nazywany jednym z największych drumerów na zachodnim wybrzeżu, tutaj kolejna myśl... jak na żywo prezentuje się Karriem Riggins czy Chris "Daddy' Dave? Ja pierdole, jeszcze trochę mnie czeka na tym świecie, zanim z niego zejdę. W koncu przyszła pora na najbardziej romantyczny utwór Damona, z mojej ulubionej części "Toeachizown" pt. "Life", chodzi oczywiście o "I Wanna Thank You (For Steppin Into My Life)". Podniecenie w Powiększeniu sięgało zenitu. Master Blazter roznieśli club. Osobiście, nie znam nikogo kto by kręcił nosem. Damon w połowie występu zaczął tracić głos. ale nie było mowy o tym, żeby się poddał, jak przystało na prawdziwego G'. Śpiewał dalej, a ludzie doczekali się nawet bisu, a kiedy J-1 i Computer Jay zeszli ze sceny, Dam Funk został jeszcze za Dj'ką. Niezmordowany typ. 

Co tu więcej pisać, Master Blazter rozkładają na łopatki. Wymiatają i rozpierdalają. Bez chwili zastanowienia wpadnę drugi, trzeci i czwarty raz. Polecam każdemu, jeśli będzie jeszcze okazja, bo jak wiadomo to trzy bardzo zajęte postacie, pracujące równolegle nad swoimi prywatnymi projektami. Zaraz po graniu złapałem Computer Jay'a i J-1 w celu podpisania płyty, ale zamieniłem z nimi dwa zdania i zaprosili mnie na drinka, tam dowiedziałem się kilka ciekawych rzeczy. Np. tego, że ta dwójka tworzy regularny skład w Shafiq Husayn Ensemble i że zespół ten niestety nieco poszkodowany trafił na North Sea Jazz Festival, gdyż Shafiq miał do dyspozycji tylko holenderskich muzyków, a nie ludzi z którymi grywa jam sessions w Los Angeles. Ponadto możemy się spodziewać w przyszłości studyjnych nagrań Master Blazter, ale najpierw pojawią się solowe projekty, takie jak EP-ka Computer Jay'a pt. "Switched On" (jeśli dobrze zapamiętałem). Krążek ukaże się nakładem RAMP. Jay jest też mocno związany z All City z Dublina, więc może niebawem też tam się coś pojawi. Jak wspomniałem wcześniej, jego zainteresowania muzyczne najbardziej kręcą się wokół nowych bitów.  J-1 raczej będzie brzmiał bardziej klasycznie, głównie jest związany z innymi muzykami jako perkusista, tak jak wtedy gdy grał na sesji z Aloe Blacc'iem, współpracował też z Coultrain'em, a jeśli regularnie czytacie mojego bloga, wiecie kim jest ten wokalista. J-1 produkuje bity, ale na razie nie myślał jeszcze o wydawnictwie solowym, stara się skupiać na sesjach.

Melanż trwał, J.B's wchodził wyśmienicie, zapaliliśmy i w tej jakże przyjemnej atmosferze dyskutowaliśmy o bardziej przyziemnych rzeczach. Szczególnie dobry kontakt i wspólny język złapałem z J-1, który okazał się entuzjastą jazzu i Sun Ra. W końcu wpadł Damon, okazało się że już wcześniej o mnie pytał i pamiętał mnie z wcześniejszych rozmów w necie. Dowiedziałem się że również on ma szersze plany, szczególnie jeśli chodzi o współpracę z MC Eight'em. Pytałem go o Warren'a G, ale Damon ciemno widzi z nim współpracę, grali razem w zeszłym roku, ale Warren raczej nie zamierza wracać. Warto natomiast czekać na projekt ze Steve'm Arrington'em ze Slave, gdyż nakładem Stones Throw, jak pewnie dobrze wiecie ukaże się krążek, "Adolescent Funk". Natomiast w przyszłym roku, następny solowy LP Dam-Funk'a pt. "Infinite Sunset". 

Damon to szczególnie otwarta postać, posiada mnóstwo energii i cały czas pragnie mieć kontakt ze słuchaczami, w pewnym momencie przypomniał sobie o tym że ma przy sobie płyty, więc poszedł je sprzedawać i podpisywać. Stona nazwał Damon'a "najmilszą postacią w showbiznesie" za co chętnie przybił nam wysokie piątki. Zabawa trwała dalej, końcówkę mało pamiętam, zabiłem się winem, łychą, browarami, wódą i dżojami. Po czwartej nad ranem poległem na Rzymie... Tyle jeśli chodzi o pierwszy dzień weekendu, przyszedł czas na "Cud Nad Wisłą", ale o tym w następnych wpisach. 

+ Z podziękowaniami dla Club Collab i Na Stare Milion crew za wspaniałą imprezę i za udostępnienie fotek autorstwa Karola Grygoruka i Macieja Jakobczyka