Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bibio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bibio. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 września 2010

Tauron Nowa Muzyka expirience pt. II


Jak wspomniałem w poprzedniej części relacji, klimat festiwalu sprzyjał chęci do dalszej zabawy. W tym roku tym co miało się wydarzyć w sobotę, tak bardzo się jarałem że idąc spać w okolicach 5-tej rano, wstałem już o 9:30. Podnieta sięgała tego stopnia, że nawet nie miałem czasu pomyśleć o tym że mogę mieć kaca. Cztery godzinki snu musiały wystarczyć i lecimy dalej... od rana biegałem trochę po Hostelu, od pokoju do pokoju i szukałem jakiegoś dżoja do piwa na śniadanie. Potem w ciągu dnia miałem trochę biegania, przez decyzje o zmianie lokalizacji noclegu, nie miałem za bardzo w co się ubrać na drugi dzień, więc przetransportowałem się do Siemianowic, po jakimś obiedzie odespałem ze dwie godziny i wyruszyliśmy na Bibio.

Tutaj dołączył już drugi Niewinny Maciek - Envee i doszczętnie rozpierdolił nas set tego kolesia. W zasadzie było to dla mnie porównywalnie duże zaskoczenie do tego, które towarzyszyło nam dzień wcześniej w przypadku Kidkanevila, z tą różnicą, że teraz dźwięk wydobywał się z najpotężniejszego z Tauronowych soundsystemów - Club Stage. Zresztą, jak teraz sobie pomyślę to nie wiem czy nie przesadzam z tym zaskoczeniem, w końcu artyści z Warpa, to klasa sama w sobie... ale tutaj wątpliwość zachodziła bardziej ze względu na to, że nie słyszałem wcześniej Bibio in the mix. Pan Stephen James Wilkinson zagrał bardzo nowo-bitowo. Wiele rzeczy trudno mi nazwać z tego co proponował, ale z pewnością w secie znalazły się takie rzeczy jak: Flying Lotus (z Cosmogrammy), Hudson Mohawke, czy dutet z Wolverhampton o którym pisałem na blogu kilka postów niżej - Letherette. Wychodzi na to, że Bibio chce ich mocno wesprzeć na początku kariery, bo z pewnością zagrał jeden ich numer "Furth & Myre" (z charakterystycznym samplem wokalu "seek and hide")  z nadchodzącej w Ho_Tep EPki. Oprócz tego Letherette zrobili też remiks utworu Bibio "Lover's Carvings", który również uzupełnił Katowicki set.

Stałem dość daleko, ale niektóre kawałki idealnie masowały wątrobę. Uzupełnienie Stephenem line-upu imprezy klubowej, albo może bardziej ustawienie go jako gwiazdy wieczoru to kolejny sureshot. W piątkową czy sobotnią noc w wypełnionym po brzegi lokalu, musi być gorąco. Aż żal że Kidkanevil też nie miał szansy na wykorzystanie potencjału tego nagłośnienia, Bibio roztańczył idealnie publiczność i rozwiał wcześniejszą upiorność Club Stage, o której mówiłem przy okazji występu King Midas Sound. W sobotę nie miałem schodzić ze sceny klubowej praktycznie wcale... w zasadzie to z góry wiedziałem że Live Stage nie ma dla mnie racji bytu w sobotę. Uciekłem po Bibio na kwadrans żeby skonsumować kolejną festiwalową kiełbasę. Ależ ona wjeżdżała na to pijaństwo! Jadłem szybko, bo następny był Nosaj Thing, reprezentujący lżejszą stronę brzmienia L.A. Ten człowiek jest genialny! A na dodatek niepozorny, nieśmiały, bardzo cichy koleś z wysokim ładunkiem kreatywnych pomysłów i jednym w swoim rodzaju brzmieniem, delikatnym, księżycowym, rozpuszczonym w rozmarzonym stanie psychicznym. Ale to moje prywatne odczucie po odsłuchu "Drift" w domu. To nie muzyka kosmosu przypominająca inspiracje Rasa G czy Fly Lo. Nosaj Thing przywołuje coś na styl Incepcji, pływanie na kolejnych poziomach snów.

Koleszka uciekał do namiotu za każdym razem gdy już po koncercie manewrował gdzieś wokół Club Stage, a ktoś próbował mu zrobić zdjęcie. A sam cały czas gapił się w niebo. W przeciwieństwie do Kidkanevila i Bibio nie zagrał dj setu czy pół live actu. Był to występ pełen pracy przy kontrolerze midi, I-padzie i innych zmyślnych zabawkach które trudno było dostrzec przez brak dodatkowego telebimu, jaki był np. przy Live Stage. Występ Nosaja uzupełniały też zapowiadane wcześniej wizualizacje, być może zaprojektowane przez znanego z Brainfeedera, Dr'a Strangeloop'a, ale teraz nie jestem w stanie odgadnąć czy to na pewno on za tym stoi. Kolejny legendarny występ zbierający pozytywne opinie. Nie ma sensu wymieniać tytułów, które słuchacz miał prawo wyłapać, by był to po prostu live-act prezentujący zawartość "Drift" z 2009 roku, a kto zna ten wie... chociaż przemycił w całość Wu Tang Clan i Busta Rhymes'a. Po tym showcasie, zszedłem ze sceny klubowej bo na Red Bull'u do występu przygotowywali się Miss Fatima i Floating Points. Tutaj połowicznie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem pewny, że gdy Fatima chwyci za mikrofon to będzie grubo, udowodniła to już przecież w Powiększeniu, gdy razem z Warsoul crew gościliśmy ją i Funkineven'a na pierwszych urodzinach. Totalną zagadką był dla mnie set Sam'a, lubię jego muzykę i mam wszystkie 12"... ale co innego być dobrym producentem, a co innego do tego dojebać do ognia grając live. Czegoś tak groźnego się nie spodziewałem. Zaczęli spokojnie od materiału Fatimy, grając utwory z jej EP'ki, przeplatając gościnnymi kolaboracjami, np. tą z Shafiq'iem Husayn'em. Potem Floating Points zaczął wyciągać bangery ze swojego case'a niczym asy z rękawa. Zaczął od disco i lekkiego funku, wkręcając też swoje kompozyjce po czym dopierdolił garage'owymi klasykami i deep houseowymi bombami. Wyszukana selekcja. 100% winyl, co dziś już raczej rzadkość + perfekcyjne skillsy DJskie. Zebrani pod Red Bullem ludzie zwariowali, krzyczeli i tańczyli. A Ci którzy w te wakacje zaliczyli imprezy z cyklu "Cud Nad Wisłą", przypominali sobie ten sam niepowtarzalny klimat. Mimo że było z mniej niż 20*C, ściągaliśmy bluzy i tańczyliśmy w krótkich rękawkach. Bomba, bomba i jeszcze raz bomba! Pając (Kooh-I-Noor), myślałem że zaraz zejdzie z przypływu euforii gdy Sam przygniatał go kolejnymi penerskimi dżointami. W międzyczasie Fatima freestyle'owała sobie do tego co przygrywał Floating Points, kończąc fenomenalną kolaboracją z Dam-Funkiem, odśpiewując "Warm Eyes". Ludzi wygonił dopiero rozpoczynający się koncert Moderata. Po tym secie od razu wchodzili Niewinni Czarodzieje, niestety musiałem odpuścić sobie Maćków, żeby zająć najlepsze miejsce na najbardziej wyczekiwany set podczas całego festiwalu (ale znając chłopaków i słuchając potem opinii innych ludzi wiem że wypadli bardzo dobrze, solidna firma, szkoda że nie zgrali setu).

Zdołałem być w samym środku w pierwszym rzędzie, przyjmując cały bass na klatę, a za sterami motherfuckin Gaslamp Killer z Gonja Sufi. Po lekkim showcasie Nosaj'a przyszła pora na ciemną stronę Los Angeles. Set rozpoczął występ Gonja Sufi. Nie wiem jak to wyglądało na Era Nowe Horyzonty, ale tutaj dojebali po całości. Tam nie było Gaslamp'a, a to duża strata. Teraz Gonja mógł czuć się pewnie mając za plecami takiego skurwysyna i szaleńca. Nie tylko był jego DJ'em, ale hajpmenem i chórkiem zarazem. Sufi oprócz tego że śpiewał materiał ze swojego LP, freestylował momentami do bitów Gaslampa. Wstawki rapowe zrobiły na mnie szczególne wrażenie, tym bardziej że prezentowało się to bardzo gangstersko.

Razem mieli pierdolnięcie, które mogłoby zabrać fanów Korn'a z sąsiedniego festiwalu Metalowego, odbywającego się w Spodku. Można przyznać, że momentami Gonja Sufi z uduchowionego pustelnika, jak go wszyscy krytycy odczytywali, zmienił się w najaranego Punkowego wariata. Utwory takie jak "Ancestors", "Sheep", czy "Cowboys and Indians" spowodowały że scena klubowa wybuchała ogniem. Gonja też robił spoko show, biegał bo scenie, skakał po głośnikach jak przystało na właściciela kurewsko wielkiego soundsystemu. Żałuję tylko że nie zagrał utworu "Testament", z drugiej płyty Flying Lotus'a "Los Angeles". Jednak ja tej nocy czekałem tylko na jedno. Interesował mnie set Gaslamp'a solo. Tym bardziej, że mój komputer wypełniają różne sety z Low End Theory czy podcasty z Brainfeeder'a i wiedziałem co mnie czeka.

Wiedziałem że dojebie... rozmawiałem już o nim wcześniej z Maceo, żeby go zrobić w Warszawie zanim zabierze nam go festiwal, ale jakoś były przed tym inne projekty, albo nie było go w tym czasie w Europie. Ale wszystko przed nami. Oj, jak ten skurwiel daje na żywo. Żaden, ale powiadam Wam ŻADEN filmik, który zobaczycie z tego setu nie odda Wam tego co tam się działo. Jakby wydobywające się z głośników decybele, raziły prądem dając mu energię. A ten widząc reakcję publiczności dopierdalał do pieca jeszcze bardziej, prezentując kawałki które wypełniają jego EPkę "My Troubled Mind" oraz numery kolegów po fachu, takie które gdzieś już krążą, bądź dopiero ujrzą światło dzienne. W ten sposób na największym pierdolnięciu usłyszeliśmy unreleased shit, John'a Wayne'a, Rustie'go, Hudson'a Mohawke czy Joker'a. Gaslamp tylko podkręcał ludzi jeszcze bardziej. zrypałem gardło kompletnie robiąc hałas dla sceny z L.A. między innymi dla stojącego pod sceną Nosaj Thing'a przysłuchującemu się całemu szaleństwu.

Swój showcase pojebany Willy ma tak ogarnięty, że w połączeniu z dużymi umiejętnościami grania na perkusji potrafił perfekcyjnie imitować uderzenia w drumkit. Jak zwykle w setach Gaslamp'a mieliśmy też numery rockowe. W sobotę, gdy to wszystko się działo, była równa, 47 rocznica przemówienia "I Have A Dream" dr'a Kinga. Z tej okazji w hołdzie Martinowi Lutherowi, Willy zadedykował Hendrix'a. Ludzie skakali, tańczyli pogo, był też stage diving, jakiś koleś przeleciał z tłumu nad moją głową i wyprowadzili go ochroniarze. Istne szaleństwo. Gaslamp prosił o współpracę akustyka, żeby pozwolił "dzieciom" muzyki posłuchać naprawdę głośno. Dla mnie całość sięgnęła zenitu gdy Kalifornijczyk zapierdolił "Sweet Shop" - Doctora P. 



Gdy kończył pierwszy raz, ludzie bardzo szybko doczekali się bisu... ale Willy na to:

"if you want another track, you have to be louder than fuck"     
Potem, gdy mówił że już na serio musi kończyć i wyłączył komputer, ludzie wymusili na nim następny powrót. Cała publika darła ryja na czas włączania się komputera. Nastąpiła apokalipsa. Willy zapierdolił niezmasterowany kawałek ze swojej nadciągającej wielkimi krokami kolaboracji z Daedelus'em. Na serio chore gówno! Kurde, o mało bym zapomniał wspomnieć o jego szaleństwie z I-padem, kilkukrotnie zabierał to ze stołu ze wszystkimi swoimi zabawkami, wskakiwał na głośniki i jakby chciał pokazać publiczności jak działa cała ta technologia w połączeniu z laptopem po Wi-Fi. Kurwa, zwariowałem jak zaczął grać jungle! Gaslamp zabił wszystkich. A po całym wydarzeniu FB i twitter oszalał. każdy mówił o tym co działo się w sobotę. Masakra. Zresztą, również artysta był wniebowzięty. Na twitterze napisał:

Katowice Poland You Just Blew My Mind...
Ostatnio coraz częściej obserwuje naprawdę szczere zadowolenie z kontaktów artystów z polską publicznością, Sa-Ra, Dam-Funk, Mary Anne Hobbs, teraz Gaslamp i Gonja Sufi. Polska ma potencjał na odbiór nowego brzmienia. Setu pierdolonego Gaslamp Killer'a nie zapomnę nigdy, tak samo jak zeszłorocznego show Flying Lotus'a. Na tym festiwalu nie mogło zdarzyć się już nic mocniejszego. Zawiedziony eksperymentem Prefuse'a, mimo że mogłem zostać na koncert finałowy, olałem to i teraz piszę te słowa w pociągu będąc jeszcze gdzieś przed Poznaniem trochę żałuję, bo dostawałem esemesy że się zrehabilitował. Damn it!

Zmęczenie jednak dawało się we znaki, tym bardziej że na Klimczoka najtwardsi na afterpraty trwali do 10:30... Było grubo. W Poznaniu będę przed bardzo późno i kibicuje Katowicom żeby zostały Europejską Stolicą Kultury w 2016 roku. Z festiwalem takim jak Taruron Nowa Muzyka, może im się to udać. To była genialnie spędzona końcówka wakacji. Jesteśmy w końcu w Europie, możemy być dumni. Ja jestem szczęśliwy. Zajebiście wydane pieniądze!

*Większość zdjęć od Grześka i Justyny. Dzięki!

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Tauron Nowa Muzyka expirience pt. I


Po tym co zdarzyło się w sobotę w nocy, jest mi cholernie trudno ogarnąć wszystkie przeżycia związane z tegorocznym Tauronem. Ale to akurat było pewne, jeszcze zanim wsiadłem do pociągu. Line-up był tak gruby, że w Katowicach wystarczyło już tylko dobrze się bawić. Artyści występujący na tym festiwalu byli topowi, mogliby spokojnie wypełnić parkiet w klubie gdzie pojedynczo na plakatach widnieliby jako gwiazdy wieczoru, a tu na terenie post-industrialnym wszystko skumulowane w dwóch dniach. Trzeba dodać, że będąc na takim wyjeździe możesz spodziewać się wiraży ze znajomymi do późnych godzin, a nawet do wschodu słońca, takie akcje skutecznie odbierały funkcje życiowe, ale razem z tym rosło życiowe muzyczne doświadczenie i dalsza chęć do zabawy... ale lepiej spróbuję zacząć od początku.
Na Śląsk postanowiłem pojechać już w czwartek, jak wiadomo podróż z Poznania do każdego miasta (z wyjątkiem Wrocławia) położonego na południu, to podróż niewdzięczna, przejebana i kurewsko długa. Ale ja byłem cwany. Chciałem dobrze naładować baterię przed cało-piątkowym melanżem. Hostowali mnie Jędrzej (JMS) i Paulina w Siemianowicach. Im dziękuje w pierwszej kolejności, bo oprócz tego że miałem gdzie spać, pokazali mi Katowice jakich nie znałem, będąc już w tym mieście na poprzedniej edycji festiwalu. Teraz już wiem, że to wcale nie jest ciemne miasto związane z przemysłem w którym kompletnie nic się nie dzieje. Wcześniej Katowice uchodziły w moim mniemaniu za brudne i nudne, a odbywający się tam festiwal Nowa Muzyka to zwyczajny wypadek przy pracy. Pierdolony ignorant ze mnie, kolejny raz w życiu nauczyłem się żeby nie ulegać stereotypom, nie wiem jak Wy ale ja Katowicami się zajarałem. Jędrek pokazał mi fajne zaułki, dobre knajpy w mieście i udowodnił ile znajduje się tam zieleni. Momentami czułem się tam jak u siebie na Dębcu, gdzie kraina z wyglądu jest podobna. Polubiłem czeski browar w knajpie "Kato" o 16. Swoją drogą muszę przyznać, że jest to obskurne w miejsce w pozytywnym tego słowa znaczeniu, lubię takie spoty, odrapane ściany, dużo miejsca. Siadając przy oknie widzisz podwórko w klimacie jak najbardziej getto, przychodząc z zeszytem można by przy tym piwie poczuć się filozoficznie czy całkiem artystycznie. Katowice mają też nieopodal dworca zajebisty komis z winylami, chociaż cenią się za docenione nazwiska, to towar tam pierwszej jakości... Japonskie wydania John'a Coltrane'a, OG pressy Miles'a czy Pharaoh'a Sanders'a, po prostu od chuja stuffu. Przygotowałem sobie nawet dwa Prince'y ale w komisie pojawiłem się w czwartek i nie obliczyłem zbyt dobrze budżetu melanżu, ale chodziła płyta po 25 zyla, więc się opylało, nie? Jeśli będziecie w pobliżu wpadajcie koniecznie na grzebanie. Reszta czwartku upływała spokojnie, w rytmie kolejnych browarów, w randomowych knajpach, tego dnia z dziesięć zrobiłem. Na spacerach na powietrzu alk zjeżdża więc trzymałem się nieźle. Jeżdżąc samochodem zauroczyło mnie to, że miasta w okolicach Katowic, to trochę jakby pojechać do kolejnej dzielnicy w Poznaniu. Jędrzej potem mnie uświadomił pewną anegdotą, że niektórzy chcieliby zmienić nazwę miasta na New Katowice, coś jak New Delhi... i kurwa, co jak co, ale to by zdało egzamin, ułatwiło by transport i bardziej zjednoczyło mieszkańców aglomeracji. Ale na taki zabieg chyba zdecydowanie za wcześnie, biorąc pod uwagę kosę np. na linii GKS - Ruch... przynależność do swojej okolicy, tożsamość z terenem na którym się ludzie wychowywali jest niezwykle silna. A szkoda, zmniejszenie biurokracji, ograniczenie ilości prezydentów miast mogłoby tylko wpłynąć na lepsze funkcjonowanie całości. Dobra, koniec z tym pierdoleniem o polityce miast. Człowiek po prostu czasem za mocno się wkręca. Na czym stanęliśmy? Aha! Na miejscach w którym piliśmy piwa. Szczególnie podobało mi się pod Jazz Clubem Hipnoza, w 50/50. Urzekł mnie psychodeliczny tęczowy kolor ścian i multum luster, na dobrym dragu nieźle może się wkręcać to miejsce. Dobrze też musi się siedzieć tam ludziom z wysokim poczuciem własnego ego, bo z każdej strony można oglądać siebie. Po 23 trafiliśmy na kwadrat i po całym dniu łażenia, padłem na ryło.

W piątek wstałem wyspany, nie musiałem się męczyć w szcześciogodzinnej torturze w PKP, po porannej emisji "Chorych Doktorów" na Comedy Central, przyszła pora na jakiś obiad. Nagle rozpoczęły się festiwalowe telefony i łapanie przyjaciół. Po trzeciej lądowali pierwsi ludzie z Poznania, Wrocławia i Warszawy. Tym sposobem obiad wleciał już w kontekście whisky w towarzystwie Jędrzeja, Pauliny, Jonkpera, Buszkersa, Magdy i Ali (word up!). Przy okazji polecam knajpę na ul. Gliwickiej, nie pamiętam już dobrze jej nazwy, ale oscylowała chyba wokół jakiegoś małego teatru. Dają duże porcje, aż ciężko wcisnąć wszystko. Potem uderzyliśmy na "legendarnego" już Klimczoka 7. Zajebista miejscówka, blisko klubu go-go i restauracji HIT, gdzie podają 45 rodzajów pizzy! Mimo że nocowałem w Siemianowicach, wykupiłem sobie dwie noce, żeby odciążyć hostów i trwać do końca imprez na festiwalu. Za 50 PLN (25 PLN za noc) dostałem pokój, który wyglądał jak cela (125). Jedno wyro na środku dość dużego pomieszczenia, rozjebana szafa i trochę poszarpana podłoga, najgorszy ze wszystkich w których byłem, ale klimat miał nieziemski, dobrze że za każdym razem wbijałem tam już nieźle nawirowany, wtedy miałem wrażenie że to lokal pięciogwiazdkowy. HOsTEL na Klimczoka 7, to idealne miejsce na after party, dający piękny obraz porządnej stoczni i patologii! Lubię, lubię i jeszcze raz lubię to! Zresztą klimat tego miejsca udzielał się wszystkim którzy tam się zameldowali. Flaszki głównie pękały w pokoju 109, po imprezach jakie miały tam miejsce, wietrzyć będą tam jeszcze przez tydzień albo dwa. Nastawało późne popołudnie, J-son rozlewał J.B's, wąsy płonęły kolektywnie, Olgierd częstował wiśnią, a Pająk szeroko, lekką rąsią częstował cytryną. W tej miłej atmosferze zjawiali się kolejni zawkaterowani na Klimczoka, Jagoda, Raq, Jasiek, Templer, Tośka, Natalia, Good Paul i wszyscy których już wymieniłem wcześniej i jeszcze więcej osób które mi umknęły w pamięci, ale jak zwykle w moich historiach Ci co mają wiedzieć to wiedzą że ich pozdrawiam! Flaszki zrobiliśmy w turbo-tempie i dzwoniliśmy do korporacji "trzy miliony", która na naszym crew dobrze zarobiła w ten weekend. Chcieliśmy koniecznie zdążyć na King Midas Sound. Oj, to trio potrafiło skutecznie wprowadzić mnie w pierwszą ekscytacje podczas festiwalu. "Club Stage" gdzie występowali, był inaczej zaprojektowany niż w zeszłym roku, pewnie dlatego że tegoroczna edycja cieszyła się ogromnym zainteresowaniem przez co było jeszcze więcej ludzi, więc nie dało się tego zrobić inaczej. Moim zdaniem to już trochę za duże, ale mówię to jako fan dobrego kontaktu z artystą, nie lubiący molochów imprezowych. Szkoda też że nie było namiotów, tym bardziej że pogoda chujowa i ogólnie chłodno. W każdym razie do rzeczy... Club Stage był na uboczu, pomiędzy prywatnymi domami, fabrykami ze strzelistymi kominami w towarzystwie wielgachnych topoli. Po ciemku można było odnieść wrażenie że to jakieś miejsce morderstwa, bardzo upiorne.

King Midas Sound przynieśli w tę scenerię bass, dużo bassu, opętani kłębem dymu robili swoje. Słyszałem opinie że ludziom bardziej widział się album "Waiting For You", ale być może jestem zbyt mało wymagający. Artyści pokazali mi na co stać klubowy soundsystem zwiastując apokalipsę która miała dopiero nadejść... psychodeliczny występ, którego najlepszym momentem było wykonanie "Earth A Kill Ya". Po tym koncercie, jakoś przez następne dwie godziny nic szczególnie mnie nie interesowało więc piłem wiśniówkę z piwem w tle słuchając Jaga Jazzist. Od dawna nie śledziłem ich muzyki, nie znałem materiału, ale zagrali fajnie, szczególnie podobały mi się wariacje perkusisty Martin'a Horntveth'a i solówki trębacza Mathias'a Eick'a.

Fani minimali pognali potem na Pantha Du Prince, ja jakoś się nie wkręcałem i poszedłem niezobowiązująco na Novike i Lexusa, oczywiście nie był to "niewyobrażalnie dobry występ" w kontekście tego co działo się podczas całego festiwalu, ale ja bawiłem się bardzo dobrze. Wytańczyłem promile w rytm UK funky, house'u, przeplatanymi elementami garage'u. Bardzo klubowa selekcja. Czas świetnie mijał w oczekiwaniu tego, co w piątek było najlepsze.

Oczywiście mowa o Bonobo i Andreya'nie Trianie. Występ ten można z pewnością zaliczyć do tych, które poprzedza słowo "legendarny". Myślę że każdy kto miał przyjemność zaliczyć ten koncert zgodzi się ze mną. Mało tego! Jestem przekonany że nie było osoby, która wychodziłaby niezadowolona, tym bardziej że Bonobo nie ograniczało się do wykorzystania potencjału A. Triany tylko do nagrań ze swojego krążka, ale też z płyty wokalistki. Uduchowiony kawałek muzyki na żywo, zaledwie tydzień... sorry! 5 dni po premierze solowej płyty artystki. "Lost Where I Belong" zabrzmiało tak, że mogę powiedzieć tylko: WOW! Andreya, stałem się twoim fanem na wieki! Po tym graniu, miałem dwie opcje: Albo wracam do Siemianowic albo loguje się w nocy na Klimczoka i bawię się dalej.

Oczywiście zdecydowałem się zostać. Spotkałem Maceo, Grześka oraz Justynę i poszliśmy na Kidkanevil'a. Tam zrobiło się już bardziej klubowo, rozpaliliśmy temat i wkręcaliśmy się w muzykę. Ten set to jedna z największych niespodzianek, tym bardziej, że strasznie chciałem posłuchać tego co do zaprezentowania ma Brytyjczyk. Szczerze? Spodziewałem się czegoś mniej wyjebanego, a tu taka siekiera. Grał wszystko, dubstep, house, nowe-bity, rap od M.O.P przez kokainowych Clipse'ów po Slum Village, przeplatając wszystko swoimi produkcjami takimi jak: "ZoOoOoOp" z Oddisee. Mówię Wam, banger za bangerem, dodatkowo o niebo lepiej rozplanowany Red Bull Stage sprzyjał baletom, można było pić browary tańcząc na piachu. Ludzie licznie bawili się pod sceną, mimo że była dużo mniejsza od Live czy Club Stage. Potężny wir. Kidkanevil rozjebał.

Warto zaprosić go na klubowy gig. 100% satysfakcji gwarantowane, świetny selektor i bardzo dobry DJ. Zagrał dłużej niż powinien, nawet Mary Anne Hobbs już zaczęła gdy my jeszcze tam się bawiliśmy. Zresztą jak już pisałem, tak bardzo nas zaskoczył że po secie woleliśmy z Maceo pogadać przy kiełbasie niż uderzyć na szepczącą Mary.  Potem Kidkanevil na Facebooku napisał tak:

big ups Nowa Muzyka festival!!! one of the best events i've ever played at, dope as hell.


Tym sposobem przegapiłem jej występ i żałuję trochę, bo sam chciałem ocenić jak grała, ale ludzie mówili że mocno wierciła, co zresztą można było usłyszeć w strefie gastronomicznej, bo jedząc doświadczyliśmy wobble bassów. Później Mary napisała na twitterze że był to jeden z najlepszych jej występów w 2010 roku, ale myślę że to Katowicka publika załatwiła sprawę, każdy wiedział o co chodzi i po co do tego miasta przyjechał. Także nic dziwnego że Mary się jarała. W ten sposób po secie Mary na który już nie zdążyliśmy piątek dobiegł końca. Około 4-tej rano, zgadaliśmy się że Maciek, Grzesiek i Justyna też jadą na Klimczoka! Także: memory, find, trzy miliony i jazda na hostel do pokoju 109. Gdzie odbywało się after-party, kończące się jakoś po piątej... na sen jak zwykle nie ma czasu, ale chociaż trochę trzeba było się zregenenerować... CDN.