Nigdy szczególnie nie interesowałem się koszykówką, mimo to znałem kilka nazwisk. Kiedyś spaliłem dżointa i rozmyślałem nad tym jak chciałbym się nazywać... wtedy przypominały mi się nazwiska basket playerów, które brzmiały zabawnie, ale zdaje się były prawdziwe. Myślałem sobie - kurde dobrze byłoby nazywać się Tracy McGrady albo Hakeem Olajuwon. Niestety, na drugi dzień czar pryskał, kiedy zdawałem sobie sprawę, że moje nazwisko niczym nie różni się od Kowalskiego, a moje imię w niczym nie przypomina słowa Thelonious. Innymi razy, kiedy spaliłem jeszcze tęższego kenta, wymyślałem sobie kim chciałbym być gdybym miał konkretny talent. Wtedy zazwyczaj padała opcja typu, wokalista soulowy. Niestety, kreator poskąpił mi nie tylko zajebistego nazwiska ale też nie obdarzył mnie głosem powodującym miękkie kolana u dziewcząt. Jak wypaliłem wąsa niedawno, natknąłem się na gościa który ma to, o czym zawsze marzyłem po paleniu. Tym kimś jest urodzony w 1988 roku wokalista, znany mniej lub bardziej jako Durand Bernarr.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Album. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Album. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 22 marca 2011
wtorek, 23 listopada 2010
Curren$y czyli waluta która staje się coraz $$$ilniejsza!
Nie będę się wychwalał, że docieram do wszystkiego pierwszy - bo tak nie jest. Nie znałem Curren$y'ego od początku jego kariery. Nie śledziłem jego poczynań kiedy bujał się z Master'em P, nie znałem go również później, gdy był związany z Lil Wayne'owym Cash Money Records czy Young Money Entertainment. Nie obserwowałem jego kariery gdy wydawał mikstape'y na własną rękę, a świat poszedł do przodu... pamiętam jak jarałem się pierwszym mix'em od Plain Pat'a i Kid Cudi'ego - a tu nie sprawdziłem o co się rozchodzi. I co? No, i pizda jestem. Tyle. Przyszedł rok 2010, styczeń, a Creative Control na Vimeo opublikowali kawałek o tym, jak to jest jak budzisz się w raju. Zresztą, gdyby nie Facebook, pewnie dowiedziałbym się o wszystkim jeszcze później, bo track przyczaiłem na ścianie Mentalcuta. Wtedy apetyt się zaostrzył. Przyszły wakacje i ukazał się wyczekiwany "Pilot Talk". Calak nawet napisał fajną recenzję na swoim blogu, z którą się oczywiście zgodzę, ale dodam, że nieco surowo Andrzej ocenił kwestię nawijki pisząc, że: "Curren$y nie jest wybitnym tekściarzem. Nie jest też nawijaczem obdarzonym jakimś wybitnym warsztatem wokalno-rapowym." Dlaczego? Bo akurat, ja sobie cenię w rapie luz w nawijce. Uwielbiam gdy rymy wypadają z głowy od niechcenia, z taką łatwością, że nawet jakby Shante Anthony Franklin (bo tak naprawdę się nazywa) wypalił całą "łapę" sam, przed wejściem do budki nagraniowej, nagrałby z palcem w dupie to samo! Ta najarana nawijka, jest tym, czym hipnotyczne wyrzucanie rymów przez Cudi'ego - jego znakiem firmowym. Coś co nie jest wyuczone, tylko coś co ma się we krwi! Nowy Orlean nowoczesnemu hip-hopowi dał już Jay'a Electronice, o którym być może za 10-15 lat będziemy myśleć jak o Biggie'm... Ale teraz nie miejsce na takie rozważania... on nie wydał nawet LP. Curren$y, natomiast podobnie jak Jay Electronica ma do czynienia z Roc-A-Fella, Jay'a Z... zresztą zaraz też nakładem tej wytwórni wyjdzie najnowszy album Kanye. Czy Shawn Carter i jego ziomki zdobędą wszystko w mainstreamie? No raczej! Tym bardziej, że oprócz pierwszego "Pilot Talk" (którym tak mocno się jarałem, że utwór "Roasted" wpierdzieliłem bez wahania na letni podcast DDC Radio), mamy już część drugą! Ale zanim do tego dojdziemy, warto wspomnieć... o gościnnym udziale w kolejnym jakże gorącym projekcie! Kto się jara big boss'em Rick'em Ross'em? Na ja się jaram w opór... a jak przyjebali wspólnie z remiksem "Super High", to zwariowałem! Zresztą sprawdźcie sami, jeśli jeszcze nie znacie:
Rick Ross - Super High Feat. Curren$y & Wiz Khalifa
O produkcji Ski-Beatz'a wszystko co było do napisania, napisał Calak: "Większość albumu wyprodukował sam Ski! Tak tak, ten od Camp Lo, pierwszych płyt Jaya-Z czy Original Flavor. Początek "Pilot Talk" nie zdradza magii, ale jak tylko zaczyna się numer trzy, "King Kong", to aż do końca mamy loty na niezwykle wysokim pułapie. "Skybourne", "Roasted" (to akurat dzieło Monsta Beatz), "The Hangover" czy "The Day" mogę słuchać bez przerwy, o dowolnej porze dnia i nocy. Nowocześnie, a ze smakiem starej szkoły zarazem." (Andrzej - wybacz, ale bez sensu powtarzać - powiedziałeś dokładnie to co mam w głowie!) - to oczywiście o części pierwszej. Co na temat drugiej? Ja jebie... jeśli mistrzostwo beat-makingu pokazał nam Ski-Beatz na części pierwszej, to co powiedzieć o drugim "Pilot Talk"? Słów mi brakuje. Jak odpalałem ten krążek po raz pierwszy i wjechał "Airborne Aquarium" to za głowę się chwyciłem. Już pomijam chwytliwe piszczały, zajebiste bębny, ale te bass-line'y? To jakieś wariactwo! Zaraz po nim "Michael Knight", który w zasadzie mogę pozostawić bez komentarza:
Curren$y - Michael Knight
I dalej to już chyba musiałbym wymieniać wszystko do samego końca... No może z wyjątkiem "Silence" - bo nie lubię jak pianinko plumka w ten sposób, burzy mi to uliczność i gangsterskość całości. Uwierzcie mi, pianina można łatwo zjebać i mówię to z pełną premedytacją jako fan Sun Ra i Thelonious'a Monka... nawet Brubeck tak nie grał. Pianino w jazzie, rapie i funku nie może brzmieć jak na jebanym konkursie Chopinowskim! Ale wracając do całości... czytałem wiele komentarzy i ludzie mają problem z tym co jest lepsze. Part I czy II, u mnie zdecydowanie dwójka! Być może ze względu na jeszcze lepsze bity i mniejszą liczbę gości. Kibicuje Curren$y'emu. Oby ta waluta rosła w $$$iłę!
piątek, 19 listopada 2010
My Beautiful Dark Twisted Fantasy
Wczoraj maksymalnie się zdziwiłem. Nie sądziłem że po wydaniu "808's And Heartbreak", ludzie odwrócą się od Kanye bojkotując jego nagrywki. Tak się stało przynajmniej w kręgu moich znajomych, którzy najpierw nawet nie sprawdzali serii "good fridays", gdzie West udostępniał raz w tygodniu, w kolejny piątek, kawałki z nadchodzącej płyty, zazwyczaj za friko na You Tube. Moi znajomi nie mieli też ochoty poświęcić czasu na ponad półgodzinny klip "Runaway", a w zasadzie mini-film muzyczny. Byli też tacy co widzieli, ale zupełnie ich nie zachwycił. A wy? Co o tym sądzicie?
Ja należę do grupy ludzi z innej planety. Chyba jako jeden z niewielu ludzi w tym kraju, poświęciłem na auto-tune'ową płytę Kanye ponad czternaście godzin i wcale nie uważam jej za jedno wielkie gówno. Wręcz przeciwnie... podpisuję się pod każdym słowem tekstu Jay'a Z w utworze "D.O.A (Death of Auto-Tune)", współcześni "artyści" przesadzili do wyrzygania z tą zabawką, ukrywając swój brak umiejętności śpiewania. Kanye miał skillsy od samego początku swojej kariery, zrobił płytę eksperymentalną i konceptualną, muzycznie wielowarstwową i bogatą mimo użycia tylko Rolanda TR-808. Dodatkowo cała warstwa liryczna, opowiadająca o nieudanym związku czy śmierci matki powodowała we mnie powstawanie jakichś emocji które sprawiały, że zapominałem o wszechobecnym auto-tunie. Gdy tylko dotarła o mnie wieść o "dobrych piątkach" od razu się ucieszyłem. Musiałem sprawdzić co teraz chodzi po głowie Kanye. Okazało się, że skurwysyn wszedł na jeszcze wyższy poziom. Rozjebał mnie totalnie tym, że jako jeden (co prawda bogaty) koleś, pokonał politykę internetowej korporacji. Każdy użytkownik serwisu You Tube, może wrzucać jednorazowo piętnastominutowy fragment wideo, ewentualnie pociąć film na części. Przyszedł Kanye West i dostał 34 minuty na jedno wideo - zrobił to pierwszy. Ponadto jako pierwszy przedstawiciel sceny hip-hopowej zrobił coś na miarę Moonwalker'a, tylko 2.0 bo za damkę w necie. Mało tego, łącząc różne elementy sztuki, mam wrażenie, dokonał przełomu na miarę tego, jakiego dokonała grupa Queen między 74 a 75 rokiem po wydaniu "Sheer Heart Attack" czy "A Night at the Opera" - wypierdalając w kosmos scenę rockową chociażby utworem "Bohemian Rapsody". Pewnie sobie teraz myślicie, że zwariowałem, że mnie nieźle pojebało i moje ostatnie porównania są tak samo chujowe, jak każde wypowiadanie zdanie na temat muzyki Roberta Leszczyńskiego... ale co za to mogę że trochę mi się to tak kojarzy? Nic na to nie poradzę, że nowatorski i bardzo mądry sposób promocji muzyki w świecie gdzie jest ona kradziona zanim jeszcze ujrzy światło dzienne, powala mnie tak bardzo, że mam ochotę nabyć ją, jak tylko winyl pojawi się w sklepie. Co z tego że wpompowano w to tyle kasy, że wygląda to pięknie, że przekaz jest pełen patosu i do tego bardzo prosty? Czy dziś w świecie potrzebujemy mówić o uczuciach tylko tak, żeby nikt nie zrozumiał - bo wtedy będzie to sztuka? Najtrudniej wpada się na rzeczy banalne... W przypadku "Runaway" mamy do czynienia z geniuszem banału. Teraz przypomina mi się gadka Taz'a Arnold'a - zresztą ziomka Kanye, który tłumaczył nam dlaczego Sa-Ra posiada taką a nie inną formułę... Ano dlatego, że ludzie to proste, nieskomplikowane postacie, którym trzeba wszystko tłumaczyć dużymi literami i prostymi jak drut symbolami, żeby odbierali sztukę jak należy, a przy tym wszystkim należy pamiętać że linia kiczu jest bardzo cieniutka i niebezpieczna. Muzycznie ten krążek nie ma chyba słabych miejsc... w zasadzie nie mam przed sobą gotowego produktu, ale jak zobaczyłem tracklist, zaczynam się bać że takie numery jak "The Joy" wyprodukowany przez Pete Rock'a... mogą się po prostu nie zmieścić. Celująco ocenił też album, mój człowiek Mentalcut, pozostawiając taki komentarz: "Ten album to hit i nie ma co się ograniczać, że jeleń go nagrał. Kazimierz Węgrzyn też mądry nie był, a jak strzelił to się doceniało." Amen! Jak się pod tym nie podpisać, gdy człowiek zajarany chodzi utworem w którym gościnnie wystąpiła Rihanna ("All Of The Lights") sądząc wcześniej, że ciężko będzie tej maszynce do robienia hitów mnie zaskoczyć... Co zrobić mam gdy słyszę genialny "Devil In A New Dress" w dodatku z rapem jednego z moich mainstreamowych ulubieńców - Rick'iem Ross'em? Ja pierdole... co powiedzieć, gdy na końcu albumu słyszysz słowa jednego ze swoich muzycznych bohaterów wszechczasów - Gil'a Scott'a Heron'a ("Who Will Survive In America")? Wiem! Jeśli ktoś jeszcze raz zapyta mnie: "Yo Sebol, I'm really happy for you and I'mma let you finish, but.. serio?" Odpowiem... Jasne, kurwa że serio!
*Zostawiłem pierwotny projekt okładki, bo uważam że artysta nie powinien poddawać się wpływowi opinii publicznej. Była ostra i mogła taka zostać... było by jeszcze więcej pieprzu!
czwartek, 18 listopada 2010
Kixnare i jego cyfrowy ogród
Jakoś rok temu, chyba nawet mniej więcej w tym samym czasie, spotkaliśmy się z Kixem w Warszawie. Tak! Dokładnie... Było to dzień przed koncertem Sa-Ra Creative Partners, siedzieliśmy w jakieś knajpie na Chmielnej, był też Dworak, Buszek i Andrew Meza. Piliśmy browary i testowaliśmy próbki bitów Kixnare'a. Pamiętam doskonale, jeden z remiksów zrobił na mnie szczególne wrażenie, jeden z najfajniejszych editów z Polskiego Jazzu, jakie dotąd słyszałem... to był remiks Extra Ball chyba, gruba rzecz skąpana w kosmicznym sosie, być może inspirowana właśnie dokonaniami Kreatywnych Partnerów. Ten cały "unreleased shit" wraz ze wczesnymi szkicami "Digital Garden" do dziś trzymam w czeluściach dysku twardego. Słyszę progres, widzę coraz wyraźniej kolejne kontury muzycznych inspiracji Kixnare'a. Zresztą, sami to wiecie, jestem przekonany że przynajmniej raz byliście na imprezie na której Łukasz stawał za deckami. Dobrze wiecie, że idąc na party z udziałem Kixnare'a musicie spodziewać się wszystkiego: zacznie ATCQ, przypomni Camp Lo, wplecie w to edity Eltron'a John'a, przypierdoli sztosem od Floating Points'a, zaskoczy słuchaczy cosmogrammowym "Do The Astral Plane" Flying Lotus'a, czy odświeży klubowiczom letnie kompozycje Dam-Funk'a. Od kilkunastu dni możecie empirycznie sprawdzić nad czym pracował przez ostatni rok (albo i dłużej) Kixnare. Najpierw otrzymaliście intro "Down", do którego obraz przygotowali Sixteen Pads. Muszę przyznać że całkiem duże zainteresowanie towarzyszy temu materiałowi, w dwa tygodnie od premiery tego wideo, nabiło się ponad 18 tyś. wyświetleń:
Zaraz za tym poszedł pierwszy singiel:
Kixnare - Rising Sun
Kilka dni później, a w zasadzie dziś ukazał się drugi:
Kixnare - Tomorrow
Z tego ucieszyłem się najbardziej, bo to mój faworyt z całej płyty... Nie wiem czy chodzi o bębny, zabawy klawiszem, czy o ten chwytliwy sampel wokalny, ale to jest materiał na hit! Zresztą, to nie jedyny numer w którym Kix zdecydował się na tego typu rozwiązania... równie fajnie wpasował wokale w numerze "Never Do U Wrong" czy "Keepthat". Ciekaw jestem odbioru tej płyty przez innych... wiem jedno, każdy znajdzie tam coś dla siebie, album trafi w gust wielbicieli muzyki house, sięgną po nią słuchacze najbardziej progresywnych rozwiązań nowo-bitowych, a i pewnie ludzie którzy nie wychylają nosa poza gatunek hip-hopowy znajdą tu coś dla siebie, chociażby ze względu na jakże krótki (0:44 s.), ale niezwykle klimatyczny przerywnik "Diamonds", przypominający mi bardzo utwór "Like You'll Never See Me Again" Alicii Keys. Sam jestem wielbicielem muzyki Dam-Funk'a czy gościa o ksywce Devonwho, nie obce mi są też modern funkowe próby Onry i gdzieś między nimi wszystkimi wstawiłbym Kixnare'a i jego "Digital Garden". Tylko tyle. Nie będę tutaj wydziwiał i pisał o "poziomie światowym", bo przy wszystkich recenzjach Teielte, takie etykiety były spotykane, a czym my niby się różnimy od reszty świata? Teraz, gdy muzyka wyzbyła się nieuniwersalnego języka, nieszczęsnego Polskiego, który nie zachwyci nigdy obcojęzycznego słuchacza, polscy artyści stają się wolni. Już kilka lat temu uwolnił się Skalpel. Generację temu, bronił się Polski Jazz. Teraz obronił się Teielte, tak jak obronili się Supra 1. Przyjdzie i pora na Kixnare'a i bardzo mocno mu kibicuje, bo pozwalamy światu wreszcie zrozumieć naszą kulturę, abstrakcyjnym komputerowym językiem muzycznym. Świat i tak dużo już stracił... my byliśmy w stanie zrozumieć Jasia Fasole, Monthy Python'a czy Benny Hilla i fajnie mamy, myślę natomiast że nawet przy genialnym tłumaczeniu świat nie pozna świetności Gombrowicza czy genialności Jana Himilsbacha... bo światu się nie chce, jeśli Gilles czy Benji nie dotrą do "Digital Garden" to tylko dlatego, że albo są ignorantami, albo dlatego że są leniwi. Ukłony też po raz kolejny w stronę Animisiewasz'a, który kolejny raz udowodnił że nie jest grafikiem, tylko pełną gębą artystą - warto wydać kasę na fizyczną kopię! Kixnare - dojebałeś po całości!
poniedziałek, 26 października 2009
Dam-Funk - Toeachizown 5LP
O Dam-Funku pisałem na moim blogu od samego początku, czyli od wydania 12" pt. "Burgundy City". Dzięki czemu, wyśledził mojego bloga, pewnie szukając feedbacku swojej muzyki w internecie. Dziś "podąża" za mną na twitterze i jesteśmy w kontakcie. Jaram się maksymalnie tym co robi, jego muzyka to ogromny zastrzyk świeżości w propozycjach Stones Throw. Teraz pora na podsumowanie, wydawanych po kolei woluminów, które razem tworzą pięcio-częściowy album pt. "Toeachizown".

Do napisania tego posta, natchnęła mnie jak zwykle najlepsza audycja Benjiego B, w 1Extra z wczoraj, czyli 25.10.2009. Niestety ten trzygodzinny takeover jest dostępny tylko przez tydzień, więc zainteresowanych odsyłam już teraz. Oprócz muzyki którą znajdziecie na "Toeachizown", zachęcam do sprawdzenia wywiadu z Damonem. 8-mego lipca, pewnie w jeden z fajniejszych dni letnich w tym roku napisałem o "LAtrik"coś takiego:
I wtedy jeszcze myślałem o czymś świeżym i zupełnie nowym, nazywanym przez samego Dam-Funka modern-boogie-funkiem. I wiem, że to przyklejanie łatek jest bezsensowne... Tylko czy jego progres, nie poszedł jeszcze dalej? Mam wrażenie że Dam-Funk wszedł luźno w krąg przedstawicieli Kalifornijskiego "new-beat-generation". A co za tym idzie, nie będzie to zwykła rewitalizacja funku, ale inspirowana funkiem lat 80'tych kolejna forma nowego brzmienia, które tak prężnie rozwija się na west-coast. Być może moje teorie są już zbyt wydumane... ale występy w Low End Theory, czy kolaboracje z Hudsonem Mohawke, mówią same za siebie.

Warto jednak zaznaczyć że LAtrik, Fly, Life, Hood i Sky mają odnośniki do życia samego twórcy. To zbiór jego podziękowań, hołdów, inspiracji i wspomnień, w większości jest to instrumentalna podróż w głąb pomysłów Damon'a. Przy "Fly" Dam-Funk dochodzi do tego, co muzycznie może być "odlotowe" (w sensie brzmienia) i bycia zarazem elegancką osobą (w sensie posiadania tego "czegoś" w sobie). Czy jak to się teraz mówi w mainstreamie muzycznym, mieć "swagger". Jednak nie odnosił bym tutaj tego do wyglądu zewnętrznego, a raczej do charakteru. Jak pewnie słyszeliście w wielu wywiadach, Damon to osoba bardzo miła i otwarta, więc z pewnością mianem "Fly" określa osoby o podobnym usposobieniu. Na drugiej części gościnnie pojawił się Mark De Clive-Lowe, który wzbogaca kompozycje swoimi solówkami na syntezatorze. Słowo Fly może tutaj również kojarzyć się wielu słuchaczom z kosmosem. Damon podkreśla, że przy utworze "Flying V Ride" inspirował się doniesieniami o UFO. Wolumin poświęcony klubom. Dam dodaje, że ukazał w tej części swój taneczny wajb, więc chciałby żeby jego utwory rozgrzewały parkiety. "I Wanna Know" to preludium do tego, co czeka nas na "Life"...

I to właśnie "Life" jest moim faworytem. Może ze względu na to, że jest to odsłona z największym zagęszczeniem jeśli chodzi o wokal. Lubię śpiew Dam-Funka, i mimo że często są to powtarzane sentencje w rytm pływających syntezatorów, to w fajny sposób ilustrują miłość która kipi w woluminie trzecim. Damon omawiając część opisującą życie, wybrał zarówno słodkie jak i gorzkie aspekty kochania. Mówi o wzlotach i upadkach, o poświęceniu i radości w miłości, a także o stratach i rozczarowaniach. Nie potrafię wybrać tutaj mojego ulubionego jointa. "One Less Day" przypomina mi wczesne dokonania LL Cool J'a, "Could I Be Losing Another Lover?" jest bardzo hipnotyczny, a przy tym szybsza perkusja wydostająca się spod dość "gwiezdnego" klawisza, generuje niesamowitą energie z tego kawałka. Nie mogę nie wyróżnić również "I Wanna Thank You (4'Steppin Into My Life)" za ciepło i szczere słowa Damon'a, który przyznał, że ten kawałek jest specjalnie dedykowany dla kogoś wyjątkowego w jego życiu. Soulful!

Część czwarta jest o ulicy i dla ulicy. Uważam że jest to hołd dla Kalifornii i jej specyficznego brzmienia i gangsterskiego charakteru. Najlepiej opisują to słowa Damon'a:
W tej części słychać wszystko co zawdzięczamy w muzyce tej szerokości geograficznej. Przynajmniej my możemy tak to odbierać, dla autora jest to coś więcej. To, na czym się wychował i co dzięki temu brzmieniu zbudował. To brzmienie przyniosło mu możliwość zwiedzenia całego świata. W tej części, wraca do czasów gdy nawet o tym nie marzył. Przypomina tutaj czasy w których biegał z kumplami po Brookside Parku, albo spacerował po Crenshaw. Wolumin "Hood" zawiera klubowy banger "Hood Pass Intact"... Kurde, wyobrażacie sobie gdyby w tym klimacie Dam zrobił płytę ze Snoopem albo Nate Doggiem? Ja pieprze. Nikt by tego nie ogarnął. Swoją drogą ciekawe czy istnieje szansa na taką kolaboracje, widziałem gdzieś flyer'y gdzie na jednym koncercie Dam występował / albo będzie występował z Warrenem G. Liczę na duże rzeczy z takich spotkań...

Jak brzmi "Sky" zamykające serię, jeszcze nie wiem... Pewnie dowiem się tego dopiero gdy nabędę w fizycznej formie cały pięciopak. Pewnie nie jestem jedynym, który w tym roku wyposaży się w brzmienie, nazywane nowym rozdziałem w historii południowo-kalifornijskiego space-funku. Styl Damona jest unikalny i za tym stylem będę podążał. Wysoka ocena dla Toeachizown i dla modern funku Dam-Funka.

Do napisania tego posta, natchnęła mnie jak zwykle najlepsza audycja Benjiego B, w 1Extra z wczoraj, czyli 25.10.2009. Niestety ten trzygodzinny takeover jest dostępny tylko przez tydzień, więc zainteresowanych odsyłam już teraz. Oprócz muzyki którą znajdziecie na "Toeachizown", zachęcam do sprawdzenia wywiadu z Damonem. 8-mego lipca, pewnie w jeden z fajniejszych dni letnich w tym roku napisałem o "LAtrik"coś takiego:
Część pierwsza to cudowny prezent dla wszystkich odprężających się w słońcu na hamaku! Drin w dłoń, w kiejde szypta tego i owego... leżysz i odbierasz sobie resztę funkcji życiowych, które łączą cię jeszcze z rzeczywistym światem, przypominającym o funkcjonowaniu w dzień powszedni. Oto przyszedł Dam Funk z nowoczesnym Boogie-Funkiem.
I wtedy jeszcze myślałem o czymś świeżym i zupełnie nowym, nazywanym przez samego Dam-Funka modern-boogie-funkiem. I wiem, że to przyklejanie łatek jest bezsensowne... Tylko czy jego progres, nie poszedł jeszcze dalej? Mam wrażenie że Dam-Funk wszedł luźno w krąg przedstawicieli Kalifornijskiego "new-beat-generation". A co za tym idzie, nie będzie to zwykła rewitalizacja funku, ale inspirowana funkiem lat 80'tych kolejna forma nowego brzmienia, które tak prężnie rozwija się na west-coast. Być może moje teorie są już zbyt wydumane... ale występy w Low End Theory, czy kolaboracje z Hudsonem Mohawke, mówią same za siebie.

Warto jednak zaznaczyć że LAtrik, Fly, Life, Hood i Sky mają odnośniki do życia samego twórcy. To zbiór jego podziękowań, hołdów, inspiracji i wspomnień, w większości jest to instrumentalna podróż w głąb pomysłów Damon'a. Przy "Fly" Dam-Funk dochodzi do tego, co muzycznie może być "odlotowe" (w sensie brzmienia) i bycia zarazem elegancką osobą (w sensie posiadania tego "czegoś" w sobie). Czy jak to się teraz mówi w mainstreamie muzycznym, mieć "swagger". Jednak nie odnosił bym tutaj tego do wyglądu zewnętrznego, a raczej do charakteru. Jak pewnie słyszeliście w wielu wywiadach, Damon to osoba bardzo miła i otwarta, więc z pewnością mianem "Fly" określa osoby o podobnym usposobieniu. Na drugiej części gościnnie pojawił się Mark De Clive-Lowe, który wzbogaca kompozycje swoimi solówkami na syntezatorze. Słowo Fly może tutaj również kojarzyć się wielu słuchaczom z kosmosem. Damon podkreśla, że przy utworze "Flying V Ride" inspirował się doniesieniami o UFO. Wolumin poświęcony klubom. Dam dodaje, że ukazał w tej części swój taneczny wajb, więc chciałby żeby jego utwory rozgrzewały parkiety. "I Wanna Know" to preludium do tego, co czeka nas na "Life"...

I to właśnie "Life" jest moim faworytem. Może ze względu na to, że jest to odsłona z największym zagęszczeniem jeśli chodzi o wokal. Lubię śpiew Dam-Funka, i mimo że często są to powtarzane sentencje w rytm pływających syntezatorów, to w fajny sposób ilustrują miłość która kipi w woluminie trzecim. Damon omawiając część opisującą życie, wybrał zarówno słodkie jak i gorzkie aspekty kochania. Mówi o wzlotach i upadkach, o poświęceniu i radości w miłości, a także o stratach i rozczarowaniach. Nie potrafię wybrać tutaj mojego ulubionego jointa. "One Less Day" przypomina mi wczesne dokonania LL Cool J'a, "Could I Be Losing Another Lover?" jest bardzo hipnotyczny, a przy tym szybsza perkusja wydostająca się spod dość "gwiezdnego" klawisza, generuje niesamowitą energie z tego kawałka. Nie mogę nie wyróżnić również "I Wanna Thank You (4'Steppin Into My Life)" za ciepło i szczere słowa Damon'a, który przyznał, że ten kawałek jest specjalnie dedykowany dla kogoś wyjątkowego w jego życiu. Soulful!

Część czwarta jest o ulicy i dla ulicy. Uważam że jest to hołd dla Kalifornii i jej specyficznego brzmienia i gangsterskiego charakteru. Najlepiej opisują to słowa Damon'a:
'Hood' is for my true Funksta's, G-Funksta's, Gangsta's
W tej części słychać wszystko co zawdzięczamy w muzyce tej szerokości geograficznej. Przynajmniej my możemy tak to odbierać, dla autora jest to coś więcej. To, na czym się wychował i co dzięki temu brzmieniu zbudował. To brzmienie przyniosło mu możliwość zwiedzenia całego świata. W tej części, wraca do czasów gdy nawet o tym nie marzył. Przypomina tutaj czasy w których biegał z kumplami po Brookside Parku, albo spacerował po Crenshaw. Wolumin "Hood" zawiera klubowy banger "Hood Pass Intact"... Kurde, wyobrażacie sobie gdyby w tym klimacie Dam zrobił płytę ze Snoopem albo Nate Doggiem? Ja pieprze. Nikt by tego nie ogarnął. Swoją drogą ciekawe czy istnieje szansa na taką kolaboracje, widziałem gdzieś flyer'y gdzie na jednym koncercie Dam występował / albo będzie występował z Warrenem G. Liczę na duże rzeczy z takich spotkań...

Jak brzmi "Sky" zamykające serię, jeszcze nie wiem... Pewnie dowiem się tego dopiero gdy nabędę w fizycznej formie cały pięciopak. Pewnie nie jestem jedynym, który w tym roku wyposaży się w brzmienie, nazywane nowym rozdziałem w historii południowo-kalifornijskiego space-funku. Styl Damona jest unikalny i za tym stylem będę podążał. Wysoka ocena dla Toeachizown i dla modern funku Dam-Funka.
piątek, 25 września 2009
Czym jest Kollage i co przygotowali W.E.N.A/Rasmentalism
Ostatnio napisałem, że nie za bardzo wiem czym jest "Kollage" czyli projekt Szyszki i Kixnare'a... No, ale skłamałem. Coś tam wiedziałem, coś tam też słyszałem. Niezbyt mogłem o tym powiedzieć, więc trochę jakby ręce związane miałem. Postanowiłem dowiedzieć się co mogę ujawnić, czymś z Wami się podzielić. Wymieniłem kilka mejli z Bartkiem i Łukaszem i mamy oficjalny stejtment który uchylił rąbka tajemnicy. Oto, co o projekcie napisał Koun:

Pomysł zrealizowania projektu narodził się pod koniec 2008 roku, podczas mojego pobytu na studiach zagranicą. Tam poznałem Glorię (thank God for J Dilla) – Szwajcarkę, która okazała się być wokalistką „na pół etatu”, udzielającą się w różnych projektach w swoim kraju. A teraz udzieliła głosu na "Kollage". Stroną muzyczną zajął się Kixnare, z którym dobrze się znamy i współpracowaliśmy wcześniej przy okazji Polistyrenu. Na płycie pojawi się też kilku gości. Będą to: Self Says, Russell Tate oraz Numer Raz. Self Says – to raper z Detroit, jakiś czas temu puścił w net dobre EP pt. "Something Out Of Nothing", które przypadło mi do gustu, a on sam okazał się być fajnym gościem otwartym na współpracę. Russell Tate to wokalista i znajomy Kixnare’a. Niesamowity wokal, niesamowita energia, którą musieliśmy w jakiś sposób wykorzystać. Dzięki temu Russell pojawi się na płycie w solowym kawałku. Ostatnim z gości jest Numer Raz – dobrze znany wszystkim fanom rapu w Polsce i jedyny, który spełniał nasze kryteria (śmiech). Luźny styl i mniejszy fejm od innych polskich graczy (chyba nawet mniejszy niż Ci undergroundowi) (śmiech). Po wakacjach nastąpił koniec pracy nad brzmieniem poszczególnych kawałków i… wyszło coś, czego chyba żadne z nas się nie spodziewało. Album, który z początku miał być rapowy, rapowy pozostał tylko w kwestii… raperów (śmiech). Muzycznie to coś, co trudno zaszufladkować. Inspiracje czerpaliśmy zarówno z klasycznych jak i nowoczesnych brzmień (Jay Dee, Kev Bron, Waajeed, DJ Spinna czy SA-RA). Muzyka balansuje więc pomiędzy rapem (oczywiście), soulem, nu-jazzem, elektroniką i sam jeszcze nie wiem czym, bo się nie znam na gatunkach (śmiech). Zobaczymy jak ten mix gatunkowy przyjmie się w naszych polskich warunkach. W podobnym stylu jest także okładka i cały design zaprojektowany przez Balsam studio, które mieści się w Krakowie, a które tworzą nasi dobrzy znajomi. Razem z albumem, dzięki współpracy z Junoumi, wyjdzie 7 cali z "My Love Is Your Love" oraz niespodzianką, która wielu zaskoczy (śmiech).
Ano i sami widzicie, z tymi kolesiami żartów nie ma... trochę odbiegają od Polskich standardów na rzecz poszukiwania trochę innego brzmienia. Słyszałem numer Russell'a i zmiata z powierzchni ziemi. Słyszałem wokal Glorii, w utworze o którym mowa powyżej. Parafrazując Gurala, wiem że będzie to na innym levelu. Ciekawi mnie tylko reakcja prawilnych słuchaczy polskiego rapu, dla których kierunek w którym zamierza iść Kix, może być nie do ogarnięcia... chyba że sami odrobią lekcje które prowadzą od jakiegoś czasu Ommas Keith czy Shafiq Husayn. Bo bez wątpienia idzie to w kosmos. Ja nie widzę przeszkód. Zresztą, co tu dużo będę się produkował... Kixnare nabył niedawno Korga i zremixował na spróbę The Beatles. Sprawdźcie to:
The Beatles - In My Life (Kixnare Remix)
O shit, zapomniałbym o (nieoficjalnej) trackliście:
1. My love is your love (vocal: Gloria Lama)
2. Curtain (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
3. Let it go (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
4. Dym (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
5. Cut off branches (vocal: Gloria Lama)
6. Time (vocal: Gloria Lama, rap: Koun, Self Says)
7. Language (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
8. Heartbeat (vocal: Russell Tate)
9. Powrót (rap: Koun)
10. Nie jestem romantyczny (vocal: Gloria Lama, rap: Koun, Numer Raz)

Na blogu Rasmentalism czytamy:
Żeby sprawdzić, musicie wejść na stronę dużerzeczy.com i pobrać singiel. Kurde muszę przyznać, że fajnie im to wyszło. To kolejna Polska produkcja, którą chętnie sprawdzę w tym roku. I możecie mi zarzucić kumoterstwo, bo z Mentosem znamy się już trochę, ale to jeden z najlepszych obecnie producentów w naszym kraju. Ma świetne inspiracje i z bitu na bit jest coraz lepszy. Charyzmy nie można odmówić Rasowi, który pokazał już na pierwszym Rasmentalism jak wygląda według niego dobra muzyka i ładne życie. W.E.N.A za to, to obok Smarkiego jeden z moich ulubionych raperów nowofalowego nurtu. Wierzę, naprawdę wierzę w obietnice tego trio! Zróbcie "Duże Rzeczy".

Pomysł zrealizowania projektu narodził się pod koniec 2008 roku, podczas mojego pobytu na studiach zagranicą. Tam poznałem Glorię (thank God for J Dilla) – Szwajcarkę, która okazała się być wokalistką „na pół etatu”, udzielającą się w różnych projektach w swoim kraju. A teraz udzieliła głosu na "Kollage". Stroną muzyczną zajął się Kixnare, z którym dobrze się znamy i współpracowaliśmy wcześniej przy okazji Polistyrenu. Na płycie pojawi się też kilku gości. Będą to: Self Says, Russell Tate oraz Numer Raz. Self Says – to raper z Detroit, jakiś czas temu puścił w net dobre EP pt. "Something Out Of Nothing", które przypadło mi do gustu, a on sam okazał się być fajnym gościem otwartym na współpracę. Russell Tate to wokalista i znajomy Kixnare’a. Niesamowity wokal, niesamowita energia, którą musieliśmy w jakiś sposób wykorzystać. Dzięki temu Russell pojawi się na płycie w solowym kawałku. Ostatnim z gości jest Numer Raz – dobrze znany wszystkim fanom rapu w Polsce i jedyny, który spełniał nasze kryteria (śmiech). Luźny styl i mniejszy fejm od innych polskich graczy (chyba nawet mniejszy niż Ci undergroundowi) (śmiech). Po wakacjach nastąpił koniec pracy nad brzmieniem poszczególnych kawałków i… wyszło coś, czego chyba żadne z nas się nie spodziewało. Album, który z początku miał być rapowy, rapowy pozostał tylko w kwestii… raperów (śmiech). Muzycznie to coś, co trudno zaszufladkować. Inspiracje czerpaliśmy zarówno z klasycznych jak i nowoczesnych brzmień (Jay Dee, Kev Bron, Waajeed, DJ Spinna czy SA-RA). Muzyka balansuje więc pomiędzy rapem (oczywiście), soulem, nu-jazzem, elektroniką i sam jeszcze nie wiem czym, bo się nie znam na gatunkach (śmiech). Zobaczymy jak ten mix gatunkowy przyjmie się w naszych polskich warunkach. W podobnym stylu jest także okładka i cały design zaprojektowany przez Balsam studio, które mieści się w Krakowie, a które tworzą nasi dobrzy znajomi. Razem z albumem, dzięki współpracy z Junoumi, wyjdzie 7 cali z "My Love Is Your Love" oraz niespodzianką, która wielu zaskoczy (śmiech).
Ano i sami widzicie, z tymi kolesiami żartów nie ma... trochę odbiegają od Polskich standardów na rzecz poszukiwania trochę innego brzmienia. Słyszałem numer Russell'a i zmiata z powierzchni ziemi. Słyszałem wokal Glorii, w utworze o którym mowa powyżej. Parafrazując Gurala, wiem że będzie to na innym levelu. Ciekawi mnie tylko reakcja prawilnych słuchaczy polskiego rapu, dla których kierunek w którym zamierza iść Kix, może być nie do ogarnięcia... chyba że sami odrobią lekcje które prowadzą od jakiegoś czasu Ommas Keith czy Shafiq Husayn. Bo bez wątpienia idzie to w kosmos. Ja nie widzę przeszkód. Zresztą, co tu dużo będę się produkował... Kixnare nabył niedawno Korga i zremixował na spróbę The Beatles. Sprawdźcie to:
The Beatles - In My Life (Kixnare Remix)
O shit, zapomniałbym o (nieoficjalnej) trackliście:
1. My love is your love (vocal: Gloria Lama)
2. Curtain (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
3. Let it go (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
4. Dym (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
5. Cut off branches (vocal: Gloria Lama)
6. Time (vocal: Gloria Lama, rap: Koun, Self Says)
7. Language (vocal: Gloria Lama, rap: Koun)
8. Heartbeat (vocal: Russell Tate)
9. Powrót (rap: Koun)
10. Nie jestem romantyczny (vocal: Gloria Lama, rap: Koun, Numer Raz)

Na blogu Rasmentalism czytamy:
Singiel “Lataj” to przedsmak albumu W.E.N.A. i Rasmentalism Grają Duże Rzeczy. Wysoko latające wersy, soczyste sample oraz skrecze DJ Torta grają nieźle. Mamy nadzieje, że ten pilot dostarczy Was do celu jakim są Duże Rzeczy, a po lądowaniu klaśniecie w dłonie. Lataj “to jedyna metoda”.
Żeby sprawdzić, musicie wejść na stronę dużerzeczy.com i pobrać singiel. Kurde muszę przyznać, że fajnie im to wyszło. To kolejna Polska produkcja, którą chętnie sprawdzę w tym roku. I możecie mi zarzucić kumoterstwo, bo z Mentosem znamy się już trochę, ale to jeden z najlepszych obecnie producentów w naszym kraju. Ma świetne inspiracje i z bitu na bit jest coraz lepszy. Charyzmy nie można odmówić Rasowi, który pokazał już na pierwszym Rasmentalism jak wygląda według niego dobra muzyka i ładne życie. W.E.N.A za to, to obok Smarkiego jeden z moich ulubionych raperów nowofalowego nurtu. Wierzę, naprawdę wierzę w obietnice tego trio! Zróbcie "Duże Rzeczy".
piątek, 18 września 2009
Electric Wire Hustle na Warsoul Sessions!

To, co było zapowiadane kilka postów niżej, czyli występ nowozelandzkiego trio Electric Wire Hustle rzeczywiście będzie miał miejsce. Bez sensu opowiadać background organizacyjny tego wydarzenia, ale należy za to podziękować przede wszystkim Maceo Wyro i Grześkowi Dworakowskiemu, których znacie z Warszawskich sesji imprezowych bliżej znanych jako "Warsoul Sessions"... Tak, tak! Już 3 października w jednym z Warszawskich klubów (bo to ostatecznie nie jest jeszcze ogłoszone) zagrają David "Taay" Wright, Mary TK oraz Myeale Mazanzy. Tutaj przydało by się wkleić notkę prasową przygotowaną przez Maceo... ale w sumie chciałem też sam coś napisać, a na materiał dla mediów będzie jeszcze pewnie miejsce gdzie indziej, dlatego na blogu Sebola, będzie o tym co Sebol sądzi. A sądzę że będzie to jedno z najważniejszych tegorocznych wydarzeń muzycznych. Dlaczego? To bardzo proste jest. Już przy okazji Flying Lotus'a pisałem o uczuciu które towarzyszy słuchaczowi w momencie, gdy wybiera się na koncert artysty który nie ma za sobą już całej swojej kariery. Widziałem Fly Lo, w momencie szczytu i nie mam dosyć! W przypadku Electric Wire Hustle jest podobnie. Nie mieliście okazji jeszcze słyszeć ich debiutu, a już możecie zobaczyć ich na żywo! Tak, tak... Organizatorzy w Polsce zmieniają tok myślenia, albo do słowa dochodzą ludzie który mają głowę na karku, dlatego "big up!" dla crew z WWA, bo trzymają rękę na pulsie i chcą dostarczyć słuchaczom świeżości! A nie jak bywało w przypadku innych agencji bookingowych, które sprowadzają kogoś, kto odcina utworu od swojej twórczości. Zasługujemy na świeżość, żyjemy w Polsce, w kraju Unii i chcemy mieć dostęp do pierwszorzędnego koncertowego lineupu. Dlatego w tym miejscu również pochwalę Krakowiaków z POW! Odpierdalacie dobrą robotę! Wracając do nowzelandczyków, 9.09.2009 premiera ich debiutanckiego albumu. To co sądzę o tym co do tej pory mogliśmy wszyscy słyszeć jest w poprzednim wpisie o zespole, a jeśli chodzi o pełnowymiarowy album to posłużę się krótką recenzją od Maceo:
ELECTRIC WIRE HUSTLE - ELECTRIC WIRE HUSTLE
(Every Waking Hour/Rhythmethod)
gatunek: future soul, ocena: 5
Jak już pisałem wcześniej na łamach Laifa, nowozelandzka scena future soul'owa atakuje z pełnym impetem! Po świetnych albumach Eru Dangerspiela i Juliena Dyne'a otrzymujemy kolejną perełkę w postaci debiutu tria z Wellington. Electric Wire Hustle to młodzi i utalentowani muzycy, a także absolwenci Red Bull Music Academy. Do współpracy przy swoim albumie zaprosili takie znakomitości jak Dudley Perkins, Georgia Ann Muldrow i Stacy Epps. Ten zestaw robi z pewnością wrażenie, ale i bez gości elektryczni panowie robią piorunujące wrażenie. Znakomite proporcje pomiędzy organicznym, a elektronicznym brzmieniem, ujmujące kompozycje, a przede wszystkim głęboki i ciepły wokal Mary TK, który przywodzi na myśl... zgadliście, oczywiście Joe Dukie'go z Fat Freddy's Drop. Na tym jednak kończą się porównania do FFD, bowiem muzyka EWH jest o wiele głębiej osadzona w hip hopie (rytmicznie) i elektronice (aranżacyjnie), niż reggae, którego raczej tu nie uświadczymy. Mimo to jest coś wspólnego w muzyce nowozelanczyków, co pozwala mówić o pewnym specyficznym zjawisku. Świeżość, melodyjność i swojego rodzaju leniwość, która sprawia, że przy takich dźwiękach doskonale można się relaksować, nie poadając przy tym w znużenie. Takie kawałki jak "Gimme That Kind", "Perception", "Again", "Chaser", czy "They Don't Want" to potencjalne hity, dzięki którym o Electric Wire Hustle już niebawem usłyszy cały świat. Trzymamy kciuki!
Czy są jeszcze jakieś wątpliwości? Odsyłam na ichsze myspace w linku powyżej, odsłuchajcie, włączcie BBC, odpalcie ostatnią audycję Benjiego B, odszukajcie track'a "Chaser" - potem się zajaracie w opór i wlatujcie do WWA na jedyny i eksluzywny koncert. Zapamiętajcie go dobrze i śledźcie dalszą karierę tej trójki bo będzie poważna! Wkrótce więcej informacji, flyer, ceny biletów! Widzimy się za dwa tygodnie w WWA na WAAAAAAAAAAAAARSOUL SESSIONS!
I'm New Here to powrót Gil'a Scott'a Heron'a

Nie do końca wierzyłem i nie jestem w stanie powiedzieć jak długo na to czekałem... ale w końcu jakieś wieści! Dwa dni temu odpaliłem gg, a tam info od Pawła G. (cratemag.pl), o tym że Gil wraca z albumem w styczniu 2010... Zwariowałem! Informacji jak dotąd mało. Wiadomo że album będzie nazywał się "I'm New Here" i że ukaże się w XL Recordings. Pod adresem imnewhere.net znajdziecie promomix, na który składają się cztery tracki: "A.M.", "I’m New Here", "Me And The Devil" oraz "I’ll Take Care Of You". I z tego co słychać, można wysnuć wnioski że będzie powrót do spoken word'u, a to bardzo ciekawe... bo po dwóch pierwszych numerach, czuć że nie tyle Gil chce powiedzieć o Ameryce, ale może bardziej o sobie. Później wchodzi "Me And The Devil" - masakryczny track, nowoczesny bit który przypomina mi trochę Flying Lotus'a w stylu, ale niestety nie jestem w stanie powiedzieć nic na temat listy osób współpracujących z Gil'em nad krążkiem. Na koniec apetyt rozbudza fenomenalny "I’ll Take Care Of You"... Album niby składa się z tracków nagranych w ciągu ostatnich 18 miesięcy, ale na ostateczny efekt trochę jeszcze poczekamy, no i ciekawe jaka będzie okładka. Scott Heron, nękany przez choroby i uzależnienia powróci 11 stycznia 2010, właśnie spełniają się moje muzyczne zachcianki i jestem podekscytowany próbkami! Nie mogę się doczekać!
środa, 16 września 2009
O tym co już jest, a co jeszcze się ukaże
Tym razem napiszę o Polskich tytułach, bo rzadko o nich nawijam... a ostatnio coraz więcej ciekawych rzeczy na rodzimym rynku, więc aż grzech nic nie napisać czy chociażby wspomnieć. Po pierwsze od jakiegoś czasu w obiegu jest dostępny krążek Tetris'a który ukazał się pod tytułem "Dwuznacznie". Nie mogę powiedzieć że jakoś szczególnie czekałem za tym wydawnictwem, bo bym skłamał... jakoś tak mam, że ze spokojem podchodzę nawet do topowych Polskich produkcji, czy też najbardziej w świecie oczekiwanych przez rodzimych słuchaczy płyt. Nie dla tego że jestem leniwy, ale po prostu ogrom muzyki jaki jest do sprawdzenia na świecie, gdzie jakby wyznacza się trendy jest tak duży i trzeba mu poświęcić tyle czasu, że czasami nie ma miejsca na nasze płyty... wiem, wiem... powiecie, że ignorant ze mnie bo tutaj dużo ciekawych rzeczy się dzieje. I tak! Macie racje... tylko w tym roku spodobała mi się płyta Gurala czy Mes'a. A potem pojechałem na Kemp, spotkałem tam Torta i Tet'a z ekipą (których serdecznie pozdrawiam!) I od słowa do słowa i dostałem singiel "Obudź się/Tetrock", przyjechałem na crib, odpaliłem CD i patrze a tutaj niezła petarda! W "Obudź się" ekstra bit, którego autorem jest Qciek, Torcik fajnie na klawiszu... fajne myślę sobie. Za riffami elektrycznej gitary w stylu rock nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem, ale tekst w "Tetrocku" jakoś tak do mnie trafił że polubiłem drugi track z singla.

Jakoś na dniach w uszy wpadło mi pełnowymiarowe "Dwuznacznie", i szczerze? Zdziwko mnie chapło. Może nie pod względem lirycznym, bo co do Tetrisowego rapowania to nigdy nie miałem wątpliwości, chyba od tego momentu w którym Tet rozpierdolił na wolnym jakiegoś meksykańskiego ziomala Gurala w Piwnicy 21 po angielsku. Teksty dojrzałe, takie jak ten w "MaMa", storytellersko-imprezowe jak w "Tam i Spowrotem" albo "Porfimao" czy takie które analizują wnętrze człowieka jak w "IDeał", po prostu klasa! Tym bardziej że ja szanuje raperów którzy w tekstach pokazują czego słuchają, a tutaj mamy chociażby follow-up do ATCQ (wspomniane wyżej "Porfimao") czy do NAS'a "World Is Yours" (w traku "Jeden Świat" z W.E.N.Ą - apropo czekam za Dużymi Rzeczami)... chociaż tutaj moje skojarzenie jest bardzo luźne, ale jak trafiłem to się cieszę.
Dalej to już można pisać tylko o bitach... Ja pierdole, ile w Polsce wychodzi płyt gdzie z przyjemnością słucha się siedemnaście tracków? Powiem szczerze że w dziejszych czasach znaleźć taki krążek to nie lada sztuka. A na "Dwuznacznie" dodatkowo mamy niezły miks producentów, po pierwsze props dla duo Qciek/Tort za wyprodukowanie "IDeału" w końcu w Polsce ktoś osiągnął brzmienie bliskie Detroit, nie wiem dlaczego ale kojarzy mi się to z Amp Fiddlerem, a bass z chorym Moodymanem. Ekstra! Ostrym jako producentem jaram się od wielu jego albumów bardziej niż jako raperem... Na "Dwuznacznie" świetna dawka podkładów, fenomenalny bit w "Nieodwracalnie"! No i Tet! Nie wiedziałem że produkuje?! Jaram się "Magnum 2". Fajna płyta. Czekam za woskiem!

Druga rzecz to album Kixnare'a... ukaże się pod nazwą "Kollage" i dużo więcej wam o nim nie jestem w stanie powiedzieć bo sam nie wiem... Nie mam praktycznie żadnych informacji. Więm o zagranicznych gościach, wiem o utalentowanych polskich wokalistkach, słyszałem już dwa kawałki i jestem przekonany że będzie to duża rzecz. Kto wie, może Kix zrobi tym krążkiem zamieszanie na zachodzie?! Oczywiście życzę mu tego bo w pełni na to zasługuje... żałuje że nie mogę pokazać Wam covera utworu Whitney Houston pt. "My Love Is Your Love", ale powiedzieć Wam mogę że w polsce zaczyna być słychać inspiracje najważniejszymi teraz brzmieniami w muzyce np... Sa-Ra. Obadajcie okładkę tego projektu, bo chyba ona tajemnicą już nie jest, skoro Kixnare udostępnił ją na twitterze. Followujcie go!

Jakoś na dniach w uszy wpadło mi pełnowymiarowe "Dwuznacznie", i szczerze? Zdziwko mnie chapło. Może nie pod względem lirycznym, bo co do Tetrisowego rapowania to nigdy nie miałem wątpliwości, chyba od tego momentu w którym Tet rozpierdolił na wolnym jakiegoś meksykańskiego ziomala Gurala w Piwnicy 21 po angielsku. Teksty dojrzałe, takie jak ten w "MaMa", storytellersko-imprezowe jak w "Tam i Spowrotem" albo "Porfimao" czy takie które analizują wnętrze człowieka jak w "IDeał", po prostu klasa! Tym bardziej że ja szanuje raperów którzy w tekstach pokazują czego słuchają, a tutaj mamy chociażby follow-up do ATCQ (wspomniane wyżej "Porfimao") czy do NAS'a "World Is Yours" (w traku "Jeden Świat" z W.E.N.Ą - apropo czekam za Dużymi Rzeczami)... chociaż tutaj moje skojarzenie jest bardzo luźne, ale jak trafiłem to się cieszę.
Dalej to już można pisać tylko o bitach... Ja pierdole, ile w Polsce wychodzi płyt gdzie z przyjemnością słucha się siedemnaście tracków? Powiem szczerze że w dziejszych czasach znaleźć taki krążek to nie lada sztuka. A na "Dwuznacznie" dodatkowo mamy niezły miks producentów, po pierwsze props dla duo Qciek/Tort za wyprodukowanie "IDeału" w końcu w Polsce ktoś osiągnął brzmienie bliskie Detroit, nie wiem dlaczego ale kojarzy mi się to z Amp Fiddlerem, a bass z chorym Moodymanem. Ekstra! Ostrym jako producentem jaram się od wielu jego albumów bardziej niż jako raperem... Na "Dwuznacznie" świetna dawka podkładów, fenomenalny bit w "Nieodwracalnie"! No i Tet! Nie wiedziałem że produkuje?! Jaram się "Magnum 2". Fajna płyta. Czekam za woskiem!

Druga rzecz to album Kixnare'a... ukaże się pod nazwą "Kollage" i dużo więcej wam o nim nie jestem w stanie powiedzieć bo sam nie wiem... Nie mam praktycznie żadnych informacji. Więm o zagranicznych gościach, wiem o utalentowanych polskich wokalistkach, słyszałem już dwa kawałki i jestem przekonany że będzie to duża rzecz. Kto wie, może Kix zrobi tym krążkiem zamieszanie na zachodzie?! Oczywiście życzę mu tego bo w pełni na to zasługuje... żałuje że nie mogę pokazać Wam covera utworu Whitney Houston pt. "My Love Is Your Love", ale powiedzieć Wam mogę że w polsce zaczyna być słychać inspiracje najważniejszymi teraz brzmieniami w muzyce np... Sa-Ra. Obadajcie okładkę tego projektu, bo chyba ona tajemnicą już nie jest, skoro Kixnare udostępnił ją na twitterze. Followujcie go!
środa, 2 września 2009
Shafiq - En´a-free-ka

Sa-Ra Creative Partners to zespół kompletny... za każdym razem zastanawiałem się słuchając "Hollywood Recordings" czy najnowszego dzieła "Nuclear Evolution, The Age of Love" gdzie kończą się pomysły Taz'a Arnolda, Ommas'a a gdzie zaczynają się Shafiq'a Husayn'a albo odwrotnie. Pomiędzy jednym a drugim albumem mieliśmy szansę słyszeć ich najróżniejsze kolaboracje, występy solo... i gdzieś tam było słychać co komu dokładnie po głowie chodzi.
Na solówkę Ti$y pt. "Love Hood" pewnie jeszcze chwilę poczekamy, w Plug Research zapowiedzieli już krążek Ommas'a... a Shafiq już zaatakował. Zaatakował w zasadzie drugi raz, bo o pierwszym już pisałem tutaj. Gdy tylko się dowiedziałem o Jank Random vs Earl Leonne - The Frequency Cla$h pomyślałem że trzeba się spieszyć, bo wyszło to w Poo-bah Records gdzie nakład zawsze jest ograniczony... Przyjechało, odpalam a tam totalna rozjebka! Shafiq popłynął w to, co teraz jest najmocniej rozwijane w Kalifornii, czyli beat-scene. Najcelniej opisał to chyba Maceo, mówiąc o tym że to takie kosmiczne "pączki" - nawiązując do J Dilla. Trudno się z tym nie zgodzić, krótkie rozwalone bity jakby walczył z harmonią i patrzył co jeszcze można zrobić w tworzeniu bitów. Totalny eksperyment. Mam wrażenie że Shafiq krystalizował na tej EP-ce swoje pomysły, by ostatecznie przygotować się do wydania krążka "En'a-free-ka". Andrzej Cała na swoim blogu również opisał po przed-premierowym odsłuchu krążek Shafiq'a, napisał że album kojarzy mu się z "najlepszymi produkcjami spod znaku Soulquarians - "Voodoo" oraz "Like Water For Chocolate". Ja sądzę, że nie ma sensu porównywać tego do czegoś co pojawiło się wcześniej... to jest bardzo nowatorskie brzmienie. Okrzesany, dopracowany i rozbudowany projekt którego zalążkiem było "Frequency Cla$h". Parafrazując dalej Andrzeja, zgodzę się że jest to płyta "...Z jednej strony ciut chaotyczna, jakby powstała wskutek jamowego grania, a zarazem powalająca dbałością o brzmienie i jego świeżością." Efekt kolaboracji z wieloma kreatywnymi artystami i świadomy kontakt z kulturą w której rozwija stale swoje poglądy, oddając hołd przodkom. To wszystko z pewnością zatopione jest w dymie marihuany, która powodowała że artysta zbliżał się do kontaktu z transcendencją. Mogliśmy się tego spodziewać czytając zapowiedź w Plug Research, czy też w Rapster (Bo nakładem tych wytwórni ukaże się ten album już 15 września). Oczywiście dzięki wielkie za możliwość odsłuchu przed-premierowego dla Calaka, jednak tutaj nie można poprzestać na wersji promocyjnej. Album jest pozycją konieczną w kolekcji każdego fana kosmicznego brzmienia. Bardzo cieszy mnie fakt, że im dłużej słucham tego albumu, mam coraz większe problemy z wyborem faworyta na krążku... "The U.M. Plan", "Cheeba", "Lil Girl", "Lost And Found" oraz "Dust And Kisses", następują po sobie i nie powodują chęci przyciskania forwarda... lecisz dalej i spotykasz się z "All Dead" który jest mam wrażenie mroczną wersją utworu "Traffika" z ostatniego albumu Sa-Ra. Urywa głowę po prostu, później Shafiq uspokoi cię dość radosnym "Major Heavy", mimo tego że to całkiem lajtowy utwór, na myśl nasuwają się psychodele Beach Boysów... Właśnie tak daleko popłynął Husayn! Goście którzy udzielają się wokalnie spisali się wyjątkowo dobrze, o nikim nie można powiedzieć złego słowa, brawa dla Count Bass D, Om’mas'a, Bilal'a, Fatim'y i Rozzi Daime... i szacunek dla Sonny'ego Coates'a, który namieszał jeśli chodzi obrzmienia gitar na krążku. Obadajcie na jakim wirze ta dwójka nagrywała ten album.
Jedna z mocniejszych pozycji w tym roku, już teraz jestem pewien że krążków do miana tego najlepszego w roku 2009 jest kilka i nie zanosi się na to abym wybrał jeden. Pięknie po prostu!
niedziela, 5 lipca 2009
Łyk, Łyk ginu, lodu i cin cinu, buch, buch dymu... skurwysynu!

Donguralesko & Matheo - Inwazja Porywaczy Ciał
Nie myślałem jeszcze miesiąc temu, że tak chętnie będę pisał o płycie Gurala. Nie zawsze pozytywnie reagowałem na wszystkie akcje w które uwikłany był Gural, ale zawsze uważałem go za gościa z zajebistym flow, które nie męczy słuchacza, buja jego głową, a przy tym składającego słowa w taki sposób, że polski język swoją "flexibilnością" w końcu brzmi tak jakbym słuchał Bun'a B, Rick'a Ross'a albo The Clipse. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem motyw, w którym Gural, nawijał powtarzające się w kółko wersy: "sy, sy, synku, jestem w budynku, na, na, na innym levelu..."*, a na filmiku promującym płytę jakiś koleś powiedział że "dzisiaj, to się sąsiadka wkurwi", postanowiłem sprawdzić całość. Zastanawiałem się, czy płyta będzie zawierała tylko ten jeden potencjalny hit który będzie przebojem wakacji w Polskim Hip-Hopie. Otóż, to myślenie było od samego początku błędne. Gural rzeczywiście jest na następnym poziomie. "Inwazja Porywaczy Ciał" to hit za hitem, wypełniony chwytliwymi i genialnymi w swojej prostocie tekstami z przechwałkami o chlaniu, jaraniu i zabawie. Obok tego wszystkiego, niezliczone odnośniki do ekip z bloków... które potrafią obracać grubą rolką. Kto przejebał trochę siana w ten sposób ten wie. I za to szacunek do Gurala, że "ma wyjebane" na to co ludzie o nim powiedzą. Nawet wtedy, kiedy zdaje sobie sprawę z tego że nie robi najlepiej. Pełny hedonizm, na bitach z piszczałami, kobzami i elementami "chopped and screwed". Matheo nie szukał tutaj jakichś zbyt wyszukanych rozwiązań, chodzi to jak powinno i buja. "Wielkie Pranie" czy "Idziemy Po Swoje" to instant classic'i. Ten album na pewno nie jest dla tych, którzy oczekują od rapu kulturalnych uniesień. Surowa rzecz, w rytm której powinniście mieszać Ballantine'sa z Colą i turlać gibona. Najlepiej Gural to określa tą linijką: "To jest proste, mam bity polskie, mam rymy swojskie...". Jaram się!
*swoją drogą czekam za jakimś dubstep'owym albo basslinowym editem. Może być ogień.
donGURALesko & Matheo - "Idziemy po swoje"
Subskrybuj:
Posty (Atom)



