Strony

niedziela, 21 października 2012

Uhm.Anyway. x Sun Ra @ Kalisz ‘86

Uhm.Anyway. to jeszcze bardzo młody „modowy” twór. Dopiero jesienią będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny, ale założę się, że ciężko byłoby wskazać kogoś, kto choć trochę interesuje się polskim streetwearem i nie słyszałby jeszcze o marce Ady Piekarskiej. Osobiście o ubraniach Ady dowiedziałem się dość późno. Było to chyba na początku stycznia tego roku. Prawdopodobnie pochłonęła mnie „śniegowa kula” fanów, która kształtowała w sobie coś w okolicach dziesięciu tysięcy użytkowników facebooka. Sam temat ciuchów nie był wtedy dla mnie tak bardzo istotny. Uderzyła mnie treść. Byłem w kompletnym szoku, że ktoś może w tak pozytywny sposób stymulować młodych ludzi skupionych na produkcie odzieżowym muzyką, którą kocham. Tym sposobem małolaci, którzy może niekoniecznie (bardzo) interesują się muzyką mogli „załapać się” na niesamowity obraz Kahlila Josepha ilustrujący utwór „Belhaven Meridian” – Shabazz Palaces, czy na kawałki Johna Coltrane’a (jak i wiele innych).


To właśnie przez dyskusje o muzyce Ada i ja „zakolegowaliśmy się” w internecie. Dopiero później zorientowałem się o co chodzi w fenomenie jej bluz. Żyjąc w erze ultra-szybkiej wymiany informacji, non stop udostępniamy treści z minimalnym wykorzystaniem języka. Mamy do tego wspomnianego wyżej Facebooka, a także Instagram czy Twitter. Tym sposobem popularna w necie kultura obrazka w połączeniu z tęsknotą „za miejscami i czasami” przywracającymi w pamięci fototapety z polskich mieszkań lat 90-tych, powołała do życia „nostalgiczny tumblr na bluzie” – jak to ładnie określił redaktor Jędrek Jendroska (Lineout.pl). W połowie stycznia, zupełnie przypadkiem zaczęliśmy rozmawiać z Adą pod utworem „Afro-Blue” – Coltrane’a. Znając już trochę ideologię marki i gust muzyczny jej autorki - zapytałem wtedy spontanicznie, czy nie chciałaby wydać jakiejś bluzy będącej hołdem dla legend muzyki. Ada zareagowała na moje pytanie bardzo entuzjastycznie, ale od razu powołała problem praw autorskich. Rzeczywiście – to była przeszkoda. Wtedy przypomniałem sobie o fotkach, na które wpadłem kilka lat temu… Umacniały one jeszcze bardziej ideę miejsca i czasu. Nie pokazywały już tylko ładnych widoków w które wlepiali wzrok nasi rodzice marząc o raju. Tym razem były to fotografie jednego z najważniejszych jazzmanów XX w., który stąpał po deskach Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu pod koniec ’86 roku, jakoś 10 miesięcy po moich narodzinach. Mowa oczywiście o przybyszu z Saturna - Sun-Ra.


W 104 numerze magazynu Jazz Forum z roku ‘87 znalazła się relacja z XIII Festiwalu Pianistów Jazzowych w Kaliszu autorstwa Adama Szulca. Redaktor w pierwszym akapicie o początku grudnia ‘86 napisał tak: „Tegoroczny, trzynasty Festiwal Pianistów Jazzowych w Kaliszu miał przyćmić wszystkie dotychczasowe imprezy. […] O randze imprezy zadecydowały bowiem dwa zespoły: Don Pullen-George Adams Quartet i Sun Ra Arkestra. Ich występy na scenie Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego zaliczam do najmocniejszych wrażeń w całej swojej karierze jazzfana.”. Sławomir Kulpowicz – dyrektor artystyczny XIII edycji festiwalu, ustawił Arkestrę na ostatni, trzeci dzień festiwalu. Z opowiadań Pana Adama wynika, iż Sun Ra i jego zespół wystąpił z dość dużym poślizgiem, bo utknął gdzieś w trasie między Poznaniem i Kaliszem. Lukę w tym czasie wypełnił kwintet Walk Away. Później, jeszcze kilkadziesiąt minut trwała instalacja instrumentów na zbyt małej jak na big-band scenie teatru. Sam koncert redaktor Szulc wspomina tak: „Podstawę repertuaru stanowi przede wszystkim… muzyka taneczna, ale jak zagrana! Chyba nikt nie spodziewał się, że orkiestra zaliczana do czołówki współczesnej awangardy z takim sercem będzie wykonywać boogie woogie, swing, a nawet jeszcze większe starocie utrzymane w rytmach dwójkowych. W jednym z utworów sześciu muzyków nie przerywając gry przemaszerowało dookoła widowni podczas gdy John Gilmore z coraz większą siłą dął w saksofon w sposób porównywalny jedynie ze słynnymi 27 chorusami Paula Gonsalvesa. Może to jest właśnie awangarda? Owszem, były odniesienia w stronę New Black Music czy Strawińskiego […], ale fragmenty te funkcjonowały raczej na zasadzie pastiszu. Cały zaś wątek zaś wątek kosmiczny ograniczył się do odśpiewania kilku informacji na temat budowy naszej Galaktyki i Układu Słonecznego.”.


Fotografia wykorzystana w projekcie Uhm.Anyway wyszła spod ręki Pana Romana Kozłowskiego, który wraz z przyjaciółmi był wtedy w Kaliszu. Na serię zdjęć z tej kliszy natknąłem się przypadkowo, szukając rzadkich zapisów koncertów Sun Ra. Tą drogą wpadłem na listę nagrań stworzoną przez Pana Jacka Śledziewskiego – miłośnika jazzu i kolekcjonera atlasów z grzybami, a także pracownika Instytutu Podstaw Inżynierii Środowiska (PAN). Pan Jacek odpisywał na moje zapytania bardzo rzadko. Przez dłuższy okres myślałem nawet, że podany na jego stronie e-mail jest już nieaktywny. Po kilku miesiącach dostałem odpowiedź, niestety nigdy nie udało mi się uzyskać dostępu do nagrania z Kalisza. Po rozmowach z Adą postanowiłem odezwać się ponownie. Tym razem z prośbą o pomoc w uzyskaniu kontaktu z Panem Romanem… i udało się! Niestety otrzymałem również ostrzeżenie, że ostatni raz Pan Śledziewski używał tego adresu 8 lat temu. Domena e-maila wskazywała na Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych – pomyślałem, że jeśli jest to adres do pracy, mogę mieć nikłe szansę na kontakt z autorem. Ku mojemu zdziwieniu – kilka godzin później otrzymałem odpowiedź: „Ma Pan wielkie szczęście. Mój adres e-mailowy jest cały czas aktywny, a ja jeszcze żyję. Trochę żartuję, ale nie bez powodów. Wczoraj byłem na pogrzebie kolegi, który był 7 grudnia 1986 roku na pamiętnym koncercie Sun Ra Arkestra w Kaliszu. Żegnało go jeszcze dwóch innych świadków tego koncertu. Wspominaliśmy Łysego, który jako jedyny spośród publiczności, po kończącym koncert, rytualnym przejściu Arkestry między rzędami foteli z publicznością, wszedł na scenę i po słowiańsku zbratał się z samym Sun Ra. Co za zbieg okoliczności, po powrocie do pracy zastałem maila od Pana z prośbą o udostępnienie moich zdjęć z Kalisza.”. Po kilkunastu wiadomościach wymienionych na temat projektu, naszych działalności i zainteresowań - pojawił się mały kłopot: „No, to mamy problem” – odpowiedział Pan Roman, „Negatywy kilka lat temu, mniej więcej z dziesięć, podarowałem swojemu koledze Maćkowi. To Maciek zaraził mnie Sun Ra w połowie lat siedemdziesiątych, miał dużą kolekcję jego płyt i dużą wiedzę na jego temat. Pamiętam, że wtedy też zostały wykonane skany z tych negatywów na profesjonalnym skanerze. Zupełnie nie mogę sobie natomiast przypomnieć jaka była ich rozdzielczość. Z całą pewnością dostałem ich kopię, która niestety już kilka lat temu gdzieś się zapodziała, pewnie przepadła wraz z którymś z komputerów.”. Pan Maciek, przeszukał bezskutecznie wszystkie możliwe miejsca. Niestety nie odszukał ani negatywów, ani skanów. Archiwalny materiał pochłonął remont. Wróciliśmy do punktu wyjścia, więc zapytałem o skany Pana Jacka. Niestety również ich nie posiadał. Kilka dni później, na moją skrzynkę spadł kolejny mail od Pana Romana: „Mam dobrą wiadomość. Odnalazły się negatywy. I tym razem pewną rolę odegrał tu przypadek. Maciek szukał jakiś materiałów dla studentów i musiał przegrzebać się przez kilka pudeł. W jednym z nich natrafił na teczkę, do której z ciekawości zajrzał, i ku swojemu zdumieniu odnalazł tam negatywy, których w tym miejscu nie powinno w ogóle być!”. Zdjęcia zostały wykonane na błonie fotograficznej polskiej produkcji (6x6), za pomocą aparatu średnioformatowego. Powodowało to kolejne schody związane ze znalezieniem laboratorium, które byłoby w stanie wywołać odpowiednio zdjęcia. Na szczęście znalazł się na tyle odważny specjalista, który spowodował, że „legendy nadal będą trzymane przy życiu”. Na początku kwietnia, fotografie i ich skany miałem u siebie. Po jedenastu miesiącach od wysłania pierwszego maila w tej sprawie crew-neck z Sun Ra jest gotowy. Polska marka, polska klisza, polskie miasto i artysta z kosmosu.


Cała muzyczno-sceniczna oprawa wydaje się jednak mało istotna wobec tajemniczej siły jaka bije od Sun Ra. Kiedy spogląda ze sceny na swoją Arkestrę czy zgromadzonych w teatrze ludzi jest uosobieniem Dobra i Miłości. Wielu artystów kocha publiczność – Sun Ra kocha ludzi.” – podsumowujące słowa redaktora Szulca chyba opisują esencję fotografii Pana Romana Kozłowskiego, która po 26 latach przeżyje lekki renesans. Bardzo za to dziękujemy!