Strony

sobota, 1 września 2012

TNM12 to nie piknik country w Mrągowie, kto był ten wie!

Na siedem edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka, byłem na czterech. Z tych, na których się pojawiłem, ciężko byłoby mi wybrać ten najlepszy czy najważniejszy. W końcu za każdym razem w line-upie pojawiał się ktoś, kto w danym roku rozdawał karty, albo od lat chciało się go zobaczyć. Katowice. Tutaj nie ma lipy. Autorzy akurat tego festiwalu znają się na rzeczy i można im zaufać, nawet kupując karnet w ciemno. Dzięki dobrej intuicji bookingowej „katowicki przegląd świeżych brzmień” z roku na rok, efektem kuli śniegowej przyciąga coraz większą liczbę zainteresowanych. Dlatego kompletnie abstrahując od kwestii muzycznych, gdzieś w głębi duszy przeczuwałem, że będzie to najgrubszy festiwal w dziejach. Bez wątpienia tak było. Zwłaszcza pod względem towarzyskim. To w zasadzie jedyny taki weekend w roku, gdzie mogę spotkać w jednym miejscu tylu entuzjastów dobrej muzyki, z którymi wpadało się w wir w różnych zakątkach Polski. Zapewne inni „regularsi” odczuwają ten fenomen podobnie. Fajnie było Was znowu widzieć w Katowicach!

Foto: Radosław Kaźmierczak

W głównym ośrodku górnośląskiego okręgu przemysłowego w sierpniu pojawiłem się po raz drugi. Na urlopie zaliczyłem OFF’a, więc Dolina Trzech Stawów nie była mi obca. Zresztą w relacji z tego festiwalu, nie mogłem przestać chwalić „rezerwowego” miejsca dla Taurona. Uwielbiam parki, stawy i trawy. Lubię gdy jest zielono – taki ze mnie agroturysta. Poprzednia postindustrialna miejscówka KWK Katowice też miała swój urok, ale z tego co wiem wizerunek miasta oddala się od tego, zorientowanego na wydobycie węgla. Jest tam dużo zieleni, była też walka o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Tym bardziej fajnie, że można było spędzić ten czas gdzieś indziej niż na placu budowy nowej siedziby Muzeum Śląskiego. Dlatego też, nie bardzo przemawia do mnie estetyka plakatów, prezentująca brudnego dzieciaka z chroniącymi od hałasu nausznikami. Może odczytuję tę symbolikę jednoznacznie, ale od razu przychodzą mi do głowy – duszne i gęste jak powietrze w kopalni dźwięki, które zarazem są jak te maszyny i korytarze pod ziemią: groźne i klaustrofobiczne. Ta stylistyka była dobra kilka lat temu, kiedy z UK do polski po raz pierwszy napływało basowe szaleństwo związane z dubstepem. Od tego czasu brzmienie poszło w innym kierunku. Niekoniecznie w nowym. Ważne, że jest znacznie weselej. Juke, trap, hip-hop w klasycznym sensie, nowy rap, house, techno, elementy rave’u, r&b – to wszystko znalazło się w jednym wielkim worku. Jak dyskoteka na której każdy znajdzie coś dla siebie i będzie się przy tym świetnie bawił niezależnie od tego z czego wcześniej się wywodził. Dziś wszyscy kolekcjonujemy te same płyty. Dlaczego w takim układzie strona wizualna jest tak przerażająco poważna? Odczarujmy w końcu te Katowice!

Foto: Radosław Kaźmierczak


Jako że jestem zarobiony podobnie do tego chłopaczka z plakatu, nie było najmniejszych szans na doświadczenie koncertów otwarcia i zamknięcia. Ostatecznie jest mi trochę żal. Zwłaszcza szeroko komentowanego Chilly Gonzaleza z orkiestrą Aukso. Wycieczka pociągiem na trasie Poznań-Katowice to jednak jest wyprawa. Gdzieś w okolicach Wrocławia człowiek najczęściej ma dosyć. Wjechaliśmy dosyć wcześnie, żeby po sześciu godzinach gniecenia się w PKP, jeszcze wziąć prysznic i zrobić flaszkę Żołądkowej Deluxe.



Zaraz po wejściu na teren Doliny Trzech Stawów, kolejny raz objawił się nam geniusz organizatorów Nowej Muzyki. Mowa oczywiście o możliwości spożywania płynów wszędzie, gdzie tego dusza zapragnie, z wyjątkiem sceny głównej. Wiadomo, wiąże się to z niezłym burdelem po wszystkim – ale z pewnością otrzymaliście za to notę 10/10 od każdego spragnionego w tańcu. Tauron vs OFF, 1:0.

Foto: Radosław Kaźmierczak

No właśnie. Taniec! Skakanie, szaleństwo i mam wrażenie wielokilometrowe krążenie pomiędzy festiwalowymi scenami to obraz piątkowego melanżu. Bez zbędnej rozkminy – kozacka dyskoteka. Na początku poleciałem po browar, by z pełną wygodą posłuchać Sepalcure. Uwielbiam Hotflush, a duet Praveen/Machine Drum chciałem zobaczyć od 2010, kiedy to wydali wypasioną EPkę „Love Pressure”. Trochę się rozczarowałem. Stojąc już pod sceną, było tam jakoś zbyt spokojnie, za cicho i w ogóle jakoś trochę nudno. Nie zostałem tam nawet na długość całego piwa, wziąłem dobytek i poszedłem pod Red Bullowy Tour Bus gdzie grali Full Crate i Mar. Ci to dopiero mnie zdziwili. Liczyłem na nieco soulowy występ, zdominowany przez Mara – ale ten ograniczył się tylko do roli hypemana Full Crate’a. To był strzał w dziesiątkę. Autobus był akustycznie moją ulubioną sceną i za każdym razem kręciła się tam zajebista balanga. Rąbali hit za hitem, stylistycznie bardzo randomowo – ale cały czas klubowo. Rozbawiła mnie końcówka, kiedy zagrali przeboje TNGHT, a ludzie biegiem lecieli pod scenę, bo myśleli że w line-upie nastąpiły zmiany. Nie nastąpiły. Podczas tego festiwalu było wiele tego typu hymnów lata, które przewijały się w różnych setach. Oprócz „Goooo” czy „Bugg’n”, królowało np. „Mercy” od Kanye i jego ziomków. Reszta mojego wieczoru to już tyko RBMA Club Stage, najpierw dość ciężka techno wiksunia z Eltronem, a później ten bardzo zdolny małolat XXYYXX w charakterystycznym dla siebie „slo-mo” stylu. On serio ma tylko 16 lat? Nie wyglądał… Zaraz po nim podłączył się L-Vis 1990. Daleko zaszedł od momentu, kiedy go poznałem. Pamiętam, że przyjechał kiedyś do Poznania razem z Tomkami z Supra1 i Tomb Crew. Nikt go wtedy nie znał. Tym razem miał możliwość zagrać dla dużo większej publiki. Wypracował sobie świetną stylówę i robiło wrażenie jak z wielką precyzją rzucał kolejne sztosy w pozycji „przyczajony tygrys, ukryty smok”. Działo się to w godzinach, w których każdy miał już trochę wypite. Wtedy rzeczy znane wchodzą bardzo gładko. Nie muszę nawet pisać, co się działo przy „Music Sounds Better With You”, prawda? Najbardziej nie mogłem się doczekać Lapalux’a. Od początku roku robił na mnie wrażenie, chociażby tym kozackim remiksem „Let Me Love You”. W dodatku odpuściłem sobie jego występ w Warszawie. Rozpoczął bardzo hip-hopowo. Czułem, że będzie to coś dla mnie. Tym bardziej, że cały wieczór bawiłem się przy elektronice. Od początku setu odnosiłem wrażenie, że coś niedobrego dzieje się z dźwiękiem. Stojąc dość spory kawałek od sceny cały czas słyszałem irytujące przestery. Z bólem serca odpuściłem resztę setu. Udałem się w kierunku Tour Busa posłuchać co do zaoferowania mieli Nguzunguzu. Na miejscu spory tłum świetnie się bawił, a ja już przejawiałem oznaki zmęczenia. Pomyślałem, że przed Scubą i Rustie’m nie namówię nikogo na zrzutę na taryfę, dlatego nawet nie szukałem chętnych. Pojechałem na metę, chcąc wstać na infosesję. W piątek wyróżniam duet Full Crate & Mar – bo bardzo mnie zaskoczyli i dali mi odczuć, że TNM12 będzie nastawiony od początku na zabawę, niż na koncerty życia. Oprócz nich, oklaski dla L-Visa, za charakterystyczność i nieprzeciętne umiejętności techniczne, do których ja akurat uwagi nie przywiązuję – jednak w tym przypadku zauważyłby to nawet laik.

Foto: Red Bull Music Academy

Dzięki mojemu wspaniałomyślnemu planowi wstałem po 11, miałem czas żeby się ogarnąć. Na Klimczoka było zapewne więcej chętnych na infosesję z Madlibem i Freddie Gibbsem, ale kilka pokoi obok trwała jeszcze impreza piątkowa. Dzięki temu odnowiłem stan umysłu i pojechałem z dwoma koleżankami na spotkanie z żywą legendą z Los Angeles i z freshmanem z Chicago. Dobrze było tam przyjechać godzinę wcześniej. Tylu uczestników sesji RBMA widziałem tylko w Cafe Kulturalna podczas Bass Campu, gdy zaproszono Tomasza Stańko. Hipnoza wyglądała na jeszcze bardziej zatłoczoną. Dość luźną rozmowę poprowadził Filip Kalinowski. Freddie i Madlib nie należą do najłatwiejszych rozmówców. Ten pierwszy, można powiedzieć zrobił mikrofonowy takeover, jak przystało na MC – jakby czując, że jest to bardzo dobry moment na promocję projektu MadGibbs. Świetnie, że Fredas był taki otwarty. Dzięki jego opowieściom można zrozumieć jego wkrętę na ciągłe powtarzanie „fuck the police”. Nie tylko chodzi o pozowanie na gangstera, jak niektórzy zapewne myślą. Chociaż Freddie nie ukrywa, że w dalszym ciągu jest „thug” – i zmienił tylko swoją sytuację z negatywnej w pozytywną, to jego nienawiść do organów ścigania jest związana z brutalnością policji. Przytoczył absurdalną historię, w której Policja zamordowała Chavisa Cartera, 19-stolatka zatrzymanego za posiadanie niewielkiej ilości marychy i zastrzelonego przez „stróżów prawa”. Jego śmierć uznano za samobójstwo, problem tylko w tym, że Chavis był skuty kajdankami za plecami, więc nie miał fizycznej możliwości strzelić sobie w głowę. Freddie nie musiał mocno namawiać zebranej publiczności do obrażania policji. Cóż, USA czy Polska – to samo gówno. Nie trzeba daleko szukać. W Poznaniu akurat dawno nikogo nie zamordowano, ale wysyłać na grupkę nieuzbrojonych anarchistów antyterrorkę z karabinami? Szkoda gadać. Pieprzyć ich. Jeśli chodzi o Madliba to potwierdził fakt, że nie jest mówcą. Często odpowiadał jednym słowem, albo kiwnięciem głowy. Było to całkiem zabawne, zwłaszcza wtedy, gdy długie pytanie było zarazem odpowiedzią. Później był czas na pytania od publiczności. Większość z nich była skierowana do Otisa. Stąd mamy potwierdzone info, że nowy Madvillain będzie gotowy gdzieś w 2027, ale niebawem możemy liczyć na nowe przygody Lorda Quasa. Jeszcze przed festiwalem umówiłem się z Adą, właścicielką Uhm.Anyway, żeby podarować Madlibowi bluzę, którą przygotowaliśmy jako hołd w stronę Sun Ra. Zdaje się, że nawet się z tego prezentu ucieszył. Dalej chłopaki byli bardziej nastawieni na żarty i poszukiwanie trawy. Było to bardzo miłe popołudnie.

Foto: Radosław Kaźmierczak

Po powrocie moi towarzysze w melanżu dopiero się budzili. Spokojnym trybem wleciał prysznic, obiad i tym razem litr Żołądkowej Gorzkiej. Odpuściliśmy sobie Eskmo, by w dobrych nastrojach i bez pośpiechu zdążyć na duet MadGibbs. Wcześniej nie byłem na Main Stage’u, więc starałem się na psychofana wbić pod samą scenę. Niestety było tam zbyt głośno. Do tego stopnia, że bardzo kiepsko to brzmiało. Przed samym występem marzyłem o tym, żeby Madlib nie ograniczał się tylko do puszczania beatów Freddie’mu. Stało się tak, jak chciałem. Otis zagrał blisko 30-sto minutowy set. Bardziej radiowy niż imprezowy. Typowa surówa, bez ukrywania braków technicznych. Wiadomo nie od dziś, że Madlib to nie J Rocc. Tutaj liczyła się selekcja. Stąd rap przeplatany był jazzem, psychodelicznym rockiem i różnymi dziwactwami. Trochę jeszcze gorących rzeczy jak nowości od Karriema Rigginsa, nie zapominając o elementach nostalgii w postaci utworów Jay Dee. Kozacki set. Ci, którzy wydziwiają, chyba nigdy nie sięgali po mixy z utworami wytwórni Motown, woluminy Mind Fusion, lub nie słyszeli setu z francuskiego Radio Nova. Jeszcze podczas selekcji Otisa na scenie pojawił się Gaslamp Killer zachęcając publikę do robienia hałasu i zapraszając na występy Rashada i Spinna, Four Teta z Caribou czy TNGHT. Chwilę później na scenie pojawił się Freddie Gibbs. Na serio nie wiem czym tak rozczarował Fredas uczestników Hip Hop Kempu, ale stwierdzenie że „rymuje jak z kartki bez emocji” moim zdaniem jest nietrafione. Pokazał się z dobrej strony jako mistrz ceremonii prezentując materiał zarówno z ostatnich EPek jak i z mikstejpów „Str8 Killa No Filla” czy „Cold Day In Hell”. Duże wrażenie wywarł na mnie rapując przez dłuższą chwilę acapella. Nie dostał zadyszki, mimo palonego sekundę wcześniej dość sporego kenta. Trafione natomiast były żarty, że z daleka wyglądał jak Ja Rule albo hologram Tupaca. Po tym koncercie na chwilę poszedłem na Hipno Stage posłuchać Brand Brauer Frick Ensemble. Nigdy wcześniej nie miałem kontaktu z ich twórczością. Fajne to i przygotowane z rozmachem. Nieco już mnie nosiło, więc z niecierpliwością czekałem za setem Rashada i Spinna. Ten pierwszy niestety nie doleciał, ale za to ten drugi zrobił robotę za dwóch. Podczas tego setu było już chłodno, ale juke’owy repertuar wprowadził ludzi w taki ruch, że wszyscy zaczęli zrzucać zbędne bluzy. Dj Spinn nie oszczędzał też mikrofonu, podkręcał tłum luzacką konferansjerką, a czasami nawet rapując zwrotki prezentowanych utworów. Aż żal było odchodzić spod Tour Busa, ten set ze spokojem mógł być dłuższy. Po tym getto workout’cie poszliśmy posiedzieć na set duetu Four Tet/Caribou. Posiedzieć, odpocząć, wyciszyć się. To chyba najlepsze określenia. Grali fajnie, ale czegoś brakowało po tej dawce energii, którą naładował nas Dj Spinn. Z niecierpliwością czekaliśmy na set Gaslampa. Kto był w Katowicach dwa lata temu wiedział czego się spodziewać. Chory Willie już na wejściu, grzecznie poprosił dzieci, żeby mu powiedziały kiedy będzie dla nich wystarczająco głośno. Potem się zaczęła wycieczka w krainę różnorakich gatunków… od rocka, przez bassy, rap stary i nowy, od „Witness” Roots Manuvy po A$APowo-Spaceghostpurrpowe „Pretty Flacko”, ze zwrotem w stronę 8-mio bitowych instrumentali oraz jak zwykle, exlusive shit w postaci nadchodzącego wielkimi krokami nowego materiału Flying Lotusa. Cały set oczywiście okraszony był pozytywnym ADHD Gaslampa, co zachęcało do wariowania razem z nim. Podejrzewam, że już po tym secie ludzie wyszliby z wystarczająco wysokim współczynnikiem zadowolenia… ale przecież kilka minut późnej na scenie pojawili się Lunice i Hudson Mohawke. Pierwszy z nich pojawił się na Tour Busie rok temu, a drugi wystąpił po Fly Lo w 2009. Teraz stanęli na scenie obok siebie jako jeden z najgorętszych tegorocznych projektów. Ogień. Bez sensu o tym pisać. Tam trzeba było być, skakać i drzeć mordę. Porządny soundsystem robi z EPki TNGHT prawdziwego imprezowego potwora. Remiksy „Mercy” czy „Rooster In My Rari” też niszczyły system. Epileptycy lepiej, żeby zostali w domu, bo ktoś dzięki światłom w połączeniu z muzyką mógł paść trupem. Nawet nie sprawdzajcie tego na You Tube. Módlcie się do najskuteczniejszego z Bogów, żeby ta dwójka pojawiła się jeszcze kiedyś u Was w mieście.

Foto: Radosław Kaźmierczak

Jeśli ktoś odczuwał niedosyt po piątku, sobota wyjaśniła całkowicie sytuację. TNM12, będzie pewnie szeroko komentowany i bardzo długo wspominany. Wiem, że mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie pewne rzeczy, których w tym roku nie udało się zrealizować. W każdym razie i bez tego poprzeczka postawiona jest bardzo wysoko. Dla entuzjastów nieograniczonej niczym balangi jest to po prostu raj. Jeśli jeszcze Was tam nie było, a jakimś cudem czytacie tę relację, to chyba wolicie deptać kapuchę w Mielnie. W zeszłym roku zarzekałem się, że chcę już wyluzować z tym festiwalami, że potrzebuję sanatorium - najlepiej w Ciechocinku. Po VII edycji wiem, że widzimy się za rok. Jeśli będzie jeszcze lepiej – błagam, dzwońcie po karetkę, bo tego nie wytrzymam.