Strony

piątek, 17 sierpnia 2012

OFF the hook

Gdy Snoop przestał być psem na rzecz bycia lwem, dokonując „chyba” duchowej przemiany na jamajce – przyszedł mi na myśl Roberto Baggio, który w pewnym momencie swojej kariery obciął boską kitkę. W czasie tych pojawiających się w mojej głowie wolnych skojarzeń byłem na urlopie. Wybrałem OFF w Katowicach, na którym nigdy wcześniej nie balowałem. Zainteresowałem się tym festiwalem dzięki plakatom w Poznaniu, które promowały poprzednią edycję. Zdziwiłem się, że wystąpić tam mieli Actress, Kode 9 czy duet Hype Williams. W tamtym czasie też byłem pod dużym wpływem zespołu Twin Shadow i rzeczy w stylu Toro Y Moi (którzy wystąpili tam chyba w 2010 roku). Mimo wszystko, było to dla mnie zbyt mało żeby pojechać na cały festiwal. W te wakacje nie chciałem jechać nigdzie. Głównie dlatego, że w poprzednim roku odwiedziłem Gdynie, Szczecin, Hradec Kralove, Katowice i być może gdzieś jeszcze byłem i nawet nie pamiętam. Potrzebowałem urlopu od festiwali… ale nie udało się. Oglądałem w spokoju kolejne smaczki w line-upach i coraz bardziej docierało do mnie, że mój plan nie wypali. Charles Bradley, Doom, Shabazz Palaces, Dam-Funk, Kuedo, Africa Hi Tech, Dominique Young Unique. Uzbierało się i pojechaliśmy.



Katowice od kilku lat odwiedzam ze względu na mój (chyba) ulubiony festiwal – Tauron Nowa Muzyka. Byłem więc stałym gościem dawnej kopalni Ferdynand… teraz przyszła pora na Muchowiec i Dolinę Trzech Stawów. Kto tam jeszcze nie był, nie ma nawet pojęcia jak bardzo się cieszę, że w tym roku TNM odbędzie się właśnie tam! Piękny teren. Trawa pod scenami, czysto, betonowe ścieżki i świetnie urządzona gastostrefa w okolicy trzcin. Dużo leżaków, ławek i innych siedzisk. Koniec z piachem i innym syfem, na którym nie można urządzać melanżu na siedząco – bo zaraz dupsko całe upieprzone. Pod tym względem OFF wygrał dla mnie na wejściu. Na koncertach czułem się świetnie!


Zwykle będąc na festiwalach „stargetowanych” na mnie, musiałem latać jak głupek między scenami, żeby posłuchać wszystkiego, co mnie interesuje; a często nawet rezygnować z czegoś kosztem czegoś innego. Teraz było inaczej. Jak wspomniałem wcześniej, OFF jest tak skrojony, że nie wszystko jest dla mnie, dlatego bez ciśnienia odpuściłem sobie Iggy’ego na rzecz picia browarów (chociaż tego akurat po fakcie trochę żałuję), czy oglądałem Metronomy z oddali. Opowiem zatem o tym, czego wysłuchałem z pasją i podjarką - o tym, co na festiwalu Artura Rojka wybrałem.

fot. Gaga Mucko

Charles Bradley and His Extraordinaries – Był to dla nas właściwie koncert otwarcia. Wyrobiliśmy się tak, żeby na 20 minut przed występem ustawić się pod sceną. Chcieliśmy posłuchać wokalisty z Daptone tak, jak należy. Każdy, dosłownie każdy, kto lubi chociaż trochę soul, musi lubić płyty twórców, którzy jeszcze dziś uprawiają go w starym, dobrym stylu. Darondo, Lee Fields czy właśnie Charles. Uwielbiam krążek „No Time For Dreaming” i bardzo chciałem zobaczyć Bradleya na żywo. Aż wierzyć się nie chce, że ten koleś ma 64 lata. Być w takiej formie w jego wieku, to chyba marzenie każdego seniora. Dał z siebie dosłownie wszystko. Robił szpagaty, triki z kablem mikrofonowym, tańczył naśladując ptaka. Przeżywał to, o czym śpiewał bardzo przejmująco. Cały czas wyglądał, jakby cierpiał – nawet jeśli jest przy tym zdolnym aktorem, to cóż z tego? Publika w Katowicach przyjęła go tak gorąco, że facet zaczął płakać na scenie. Było to bardzo autentyczne, bo ludzie na widowni obok mnie, płakali razem z nim. Hity takie jak „How Long” czy „The World (Is Going Up In Flames)” robiły robotę. Byłem w Warszawie na koncercie Aloe Blacca, którym też strasznie się podniecałem, ale jednak wracając z retro, to co innego niż żyć w latach ’60-’70. Charles był przesiąknięty funkiem tego wieczoru. Zabrakło mi w secie tyko „The Telephone Song”… No cóż, nie można mieć wszystkiego. Białasy z Extraordinaries też dawali radę. Przy brzmieniu tego zespołu, chyba lekko przehajpowani Metronomy, którzy występowali po nich - wypadli bardzo plastikowo.

fot. Witek Orski
Shabazz Palaces – Wyczekałem się na ten koncert, bo chłopaki występ mieli rozplanowany na 1:10 (Scena Eksperymentalna). Zanim rozpoczęli, w namiocie panowało spore podniecenie. Spotkałem tam nawet największą grupę znajomych. Miejsce wydarzenia wypełnione było po brzegi. Koncertowi towarzyszyło całkiem duże zainteresowanie. Zabawki na scenie też robiły wrażenie. Dużo samplerów, mały zestaw perkusyjny i kilka różnych dziwnych instrumentów po stronie Tendai 'Baba' Maraire. Zwiastowało to wyszukane brzmienie znane fanom enigmatycznych EPek: „Eagles Soar, Oil Flows and The Seven New” i „Of Light”, które w 2009 spowodowały burzę domysłów na temat tego, kto w ogóle stoi za tym projektem. Niestety… Wszystko legło w gruzach gdy Tendai i Ishmael Butler aka Palaceer Lazaro zaczęli koncert. Okazało się, że akustyk totalnie rozpierdolił brzmienie. Używam tak mocnego słowa, bo tylko tyle można o tym powiedzieć. Było zdecydowanie za głośno, przez co rap zanikał za ścianą dźwięku, który był na tyle mocny że wszystkie smaczki z beatów, które znamy np. z LP „Black Up” ginęły gdzieś w chmurze bassów. Widowisko ratowała wizualna część showcase’u. Takie bajery jak zsynchronizowane przybijanie piątek, czy wspólny taniec głównych bohaterów widowiska. Uważam ten koncert za niezaliczony. Shabazz Palaces trzeba zgarnąć do Polski na następny występ w zupełnie innych warunkach. Nie sądzę żeby mieli tak bogaty rider i tak zjebane brzmienie. To nie wina Shabazzów. Do następnego razu… może w Warszawie?


Doom – W sobotę spóźniliśmy się na Mikołaja Trzaskę, czego bardzo żałuję… a przez źle wydrukowany timetable nastąpiła też zmiana terminu koncertu Dominique Young Unique, przez co ją również straciliśmy. Jednak jeśli Filip Kalinowski twierdzi, że nie ma czego żałować - to nie ubolewam, bo jemu akurat wierzę. Przewirowaliśmy gdzieś koncert Iggy’ego i stawiliśmy się już na koncercie jednej z postaci, które stawiam w swoim prywatnym hall of fame legend rapu. Doom przyjechał sam. Po historiach, które krążyły w necie – dobrze, że w ogóle dojechał. Już na samym warm-upie pokazał, że ma dobrą formę i dużo chęci do zapewnienia wielu wrażeń zebranym na OFFie fanom hip-hopu. Nie można porównywać tego koncertu do występu bandu Charles’a Bradleya czy Dam-Funka, albo nawet innych gigów, które miały miejsce w Katowicach – bo zespół to zespół… ale nie można przejść obojętnie obok kunsztu Daniela Dumile’a jako MC. On i jego „niewidzialny dj” zagrali świetnie. Co z tego, że był dresie? Co z tego, że z laptopem? Ważne, że tak dobrze sobie poradził. Przyniósł nam tłuste brzmienie jak przystało na grubaśnego, złośliwego i dowcipnego rapera. Dokładnie taki obraz Dooma zbudował się w mojej głowie przez lata. Zajebiście, że nie zagrał tylko legendarnego „Madvillain”, ale przemycał też tracki z „Operation Doomsday”, czy z krążka King Geedorah. Doom nie tylko nosi maskę. Cały skubaniec jest ze stali. Udowodnił swoje umiejętności, zamknął temat wszystkich plotek na temat jego występów live i pokazał jak powinien zachowywać się mistrz ceremonii na scenie. Chciałbym go kiedyś posłuchać w szerszej konfiguracji. Chociaż w takiej z Madlibem, jak to miało, albo będzie miało być w Londynie. Nieźle się upaliłem na tym koncercie, pewnie nie tylko ja. Taki klimat. No i zajebiście! Teraz moja kopia krążka z Fondle ‘Em Records jest bezcenna.


Łona & Webber – Trzeciego dnia na terenie festiwalu pojawiliśmy się dosyć wcześnie. Na tyle rychło, że w promieniach miło prażącego słońca słuchaliśmy kwartetu rapowego ze Szczecina. Byłem już na kilku ich koncertach i zawsze bawiłem się przednio. Tym razem podobało mi się najbardziej. Chłopaki mają już na tyle szeroki repertuar, że nie muszą ograniczać się do promocji ostatniego krążka, prezentując raczej przekrój całej twórczości. Łona i Rymek świetnie rozumieją się na scenie i genialnie prezentuje się ich „grzeczna” konferansjerka, która stała się już znakiem rozpoznawczym. Najfajniejsze jest to, że chyba wymyślają to wszystko na poczekaniu, bo co koncert to mamy do czynienia z innymi bzdurami. Tym razem oprócz Webbera za deckami, zespół był poszerzony o perkusistę Jose Manuela Albana Juareza. Strzał w dziesiątkę. Myślałem, że już nigdy nie będę się dobrze bawił w rytm polskiego rapu. Dzięki zespołowi, grupie – Łona i Webber nadal z takiego koncertu można wyjść z uśmiechem na japie.


Group Doueh – Prawie zawsze na wydarzeniu takim jak OFF znajdzie się coś w rodzaju „odkrycia festiwalu”. Tym objawieniem był dla mnie wstęp zespołu z Sahary Zachodniej która znajduje się na terenie Maroka. Zostali odkryci całkiem niedawno przez Sublime Frequencies, mimo tego, że grają ze sobą od blisko 30 lat. Jako że jestem fanem World Music, głównie za sprawą takich wytwórni jak World Circuit, z tym większą ciekawością odbierałem ten koncert. Po Łonie i Webberze wpadliśmy w małe wirowisko, dzięki czemu muzyka grupy z afrykańskiej pustyni wchłaniała mi się jeszcze lepiej. Ciężko ich muzykę jednoznacznie sklasyfikować. Ja czułem się jak na koncercie psyche-funk-rockowym z wokalami, których w żaden sposób nie rozumiałem. Największe wrażenie robił lider grupy, gitarzysta - Bamaar Salmou. Co ten koleś wyprawiał to istne szaleństwo. Jego solówki na elektrycznej gitarze były oszałamiające, zwłaszcza, że wygrywał je bez najmniejszego grymasu na twarzy. Człowiek skała. Grał z gitarą na głowie i za głową. Oprócz tego, napierdzielał też na lutni zwanej też tidinitem. Nic dziwnego, że zrobiło to na mnie takie wrażenie. Poczytałem trochę o tym zespole po powrocie do domu i okazało się, że Salmou "Doueh" Baamar inspirował się głównie muzyką Hendrixa i Jamesa Browna. Nie znalazłem niestety utworu, który pokazuje jego kunszt. Ale warto zobaczyć, chociażby filmik poniżej:




Dam-Funk Live! – Parafrazując Borixona, mógłbym napisać bum/odlot – i na tym zakończyć. Damon grał w Polsce dwa razy i dwukrotnie na tych koncertach byłem. Te dwa koncerty miały również zasadnicze różnice. Pierwszy to era Master Blazter z J-1 (perkusja) i Computer Jay’em (najróżniejsze w świecie klawisze), a drugi to era zespołu, który nie przyjął żadnej formalnej nazwy, to po prostu Dam Funk Live Band z Keith 'E-Day' Eaddy’m (na basie i dodatkowych klawiszach) oraz z Jonem Theodore’m (na perkusji). Nic dziwnego, że zaszła taka zmiana. Po nagłej śmierci J-1, zespół nie mógł dalej funkcjonować. Dlatego podczas koncertu nie obeszło się bez oddania respektów nieobecnemu już perkusiście.



W zasadzie to zdziwiłem się, że koncert Dam-Funka był wzbogacony o dwie osoby. Myślałem, że będzie to raczej jedno-osobowy show, a tutaj taka petarda! Nowy zespół wcale nie był gorszy od poprzedniego. Damon kolejny raz udowodnił kto jest królem modern funku. Nie tylko zagrał materiał z świetnego pięciopłytowego wydawnictwa „Toeachizown”, ale zagrał też numer z „Adolescent Funk” i przypomniał darmową EPkę „InnaFocusedDaze”. Między tym wszystkim znalazło się też miejsce na cover grupy Cameo. Dam-Funk słynący z tego, że jest najmilszym człowiekiem w całym show biznesie, z charakterystyczną dla siebie gangsterską stylówą, uprawiał świetną konferansjerkę zapowiadając np. swój zbliżający się nowy materiał który ma ukazać się na początku 2013 roku. Zdaje się, że zagrał nawet utwór „New Knock”, całkiem niedawno prezentowany u Benjiego B. Z zapowiedzi wynika też, że nowy krążek będzie zawierał gościnne udziały takich legend jak Q-Tip czy Moodymann, także jest na co czekać. Koncert zakończyło długie, improwizowane outro, w którym Dam-Funk pełen pasji opowiadał o niezidentyfikowanej kobiecie – metaforycznie mając na myśli chyba wszystkie dziewczęta świata. Klęcząc i tarzając się po ziemi zagrał (w moim przekonaniu) najlepszy koncert obok Charles’a Bradleya na OFFie.

fot. Gaga Mucko