Strony

wtorek, 10 lipca 2012

Takie tam... z Madlibem

Pisząc te słowa, odprężam się w rytm fenomenalnych "Miłosnych Wiadomości" skompilowanych przez dobrego człowieka Funkoffa. Zdaje się, że obok szeroko komentowanej dziś przed-premiery debiutanckiej płyty Franka Oceana i otrzymania zaproszenia do Red Bull Music Academy przez En2aka, to najgorętszy jak ostatnie dni tego lata, trend na mojej ścianie na fejsie. Prawie jak ten, że wybrali Fornalika na stanowisko selekcjonera... ale do rzeczy: Ostatnio urlopowałem we Wrocławiu, więc nie mogłem o tym napisać wcześniej. W każdym razie od dłuższego czasu wiadomo, że na Hip-Hop Kempie i na Nowej Muzyce w Katowicach wystąpi Madlib. Jaram się z tego powodu, jak domy w Czeczeni. Cieszył się też zapewne Marcin Flint, który zaprosił mnie i kilku innych ludzi z branży - do skomponowania listy najważniejszych dla nas utworów spod ręki Otisa. Nie wiedziałem, że wyjdzie z tego plebiscyt numerów, które zdobyły najwięcej głosów. Obrałem drogę wybierania track nieoczywistych. Dlatego w klasyfikacji pojawiły się tylko dwie moje rekomendacje z 5-ciu, które dokomentował Flint (pozycja 17 i 13). Oprócz tego, nie byłbym sobą, gdybym nie popełnił błędu. Źle odczytałem "zadanie" Marcina i opisałem 5 najważniejszych dla mnie albumów. Zresztą nie tylko ja, bo podobno Druh Sławek też popełnił podobną pomyłkę. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wszystkie moje myśli odnośnie utworów i albumów umieściłem w niniejszym wpisie...

Photo by B+

  
NAJWAŻNIEJSZE PŁYTY MADLIBA:

1. Quasimoto – The Unseen (2000)


Na wstępie przyznam, że wybrać 5 płyt, z tak rozbudowanego stylistycznie wachlarza twórczości Madliba, to rzecz niemożliwa. Już czuję że ten wybór jest mocno skrojony. Podając jako pierwszy album „The Unseen”, już mnie serce boli, że w zestawieniu nie pojawi się Lootpack. Wybrałem album Quasa, bo lubię normalną barwę głosu Madliba, ale nie mogę przejść obojętnie obok hiper-realnego najaranego stwora. Jeśli dodamy do tego, że te dwa charaktery się przeplatają i konwersują ze sobą, miażdżąc wack MC’s, słuchając jazzu i jarając blanty – „nie mając czasu na jakieś głupoty”, to musiał wyjść z tego klasyk.

BONUS:

A. Lootpack – Crate Diggin (Soundpieces: Da Antidote) [1999]

Każdy kto „trochę bardziej” interesował się kiedykolwiek rapem zna „Soundpieces: Da Antidote”. Każdy! Bez wyjątku. Wszyscy także wiedzą, że nie ma tam słabego numeru. Gdybym jednak miał postawić na mojego faworyta, wybrałbym „Crate Diggin”, czyli Madlibowy hymn poświęcony „przekopywaniu skrzynek w poszukiwaniu wypasionego remiksu”. Surowy jak mięso mielone bit, kozackie cuty Romesa i to pięknie niedoskonałe flow Madliba to prawdziwy majstersztyk. Kocham ten numer!

B. Quasimoto – Microphone Mathematics (The Unseen) [2000]

Mógłbym tę rekomendację zacząć podobnie do poprzedniej… Jest tutaj w ogóle jakiś kiepski kawałek? Nie sądzę, w każdym razie wybrałem „Microphone Mathematics”. Ten numer ma analogiczne zadanie co „Crate Diggin” na Lootpack. Można powiedzieć, że brzmieniowo jest to ta sama era. Bębny, krótko cięte dęciaki, imponujące cuty oparte o frazę „understandin' microphone mathematics”. Na tym wszystkim przechwałki upalonego i przezabawnego Quasa. Uwielbiam zwłaszcza drugą zwrotkę, gdy Madlib mówi do Quasa, żeby pokazał jak bawi się rymami z numerkami. Wtedy zaczyna się prawdziwa mikrofonowa matematyka. Nie dla lamusów.


2. Madlib – Shades of Blue (2003)


Premiera „Shades of Blue” w Blue Note, to dzień w którym Otis Jackson Jr, stał się dla mnie legendą beat makingu pierwszej dekady XXI w. Ten krążek w każdej jego sekundzie jest piękny. Odcienie Niebieskiego, to „odkrywanie pochodzenia hip-hopu z Madlibem” – jak dowiadujemy się od jednej z legend wytwórni, w końcówce utworu „Montara”. Doskonale mu się to udało. Nie znam osobiście nikogo, kto jest osłuchany z jazzem a przy tym lubi hip-hop i powiedziałby złe słowo o tej płycie. Kiedy myślę o 2003, to pierwsze co mi się wyświetla w głowie to „Shades of Blue”. True story.

BONUS:

A. Madlib - Stepping Into Tomorrow (Shades Of Blue) [2003]

Oto kolejny kawałek, z kolejnego albumu Madliba, który znają prawdopodobnie wszyscy, którzy kiedykolwiek sięgali po płyty najlepszego west-coastowego beat-makera pierwszej dekady XXI wieku. Re-worki katalogu Blue Note Madliba to arcydzieło. Nawet jeśli jakiś jazzowy purysta, chciałby powiedzieć o nich, że i tak nie umywają się do oryginałów, to pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, ile dzieciaków dzięki tej płycie w ogóle zwróciło uwagę na jazz. Trąbka Donalda Byrda została zastąpiona świetnym dźwiękiem syntezatora, Madlib zwrócił też większą uwagę na pianino, bębny i skupił się na genialnym wokalu. Jeśli robić edity, to tylko w tak mistrzowski sposób.


3. Madvillain – Madvillain (2004)


Zastanawiam się, czy w ogóle tutaj coś pisać... Ten album to dla niektórych obszar kultu. Dla mnie zresztą też. Przypomina mi się historia którą pisałem do „Magazynu Hip-Hop”: Cofnijmy się do 2002 roku, gdyż to właśnie wtedy ogłoszono, że ma dojść do współpracy dwóch najbardziej rozchwytywanych artystów na undergroundowej scenie hip-hopowej – czyli Madliba i MF Dooma. W tamto lato, projekt nie miał jeszcze nazwy ani dokładnej daty premiery. Było to zwyczajne spotkanie w kwaterze Stones Throw w Los Angeles. Zamknęli się w „Bomb Shelter” (w studio Madliba) i tworzyli muzykę. Jesienią 2002-go Madlib pojawił się na Red Bull Music Academy w Brazyli i to właśnie wtedy premierowo pokazał jak mniej więcej będzie wyglądał Madvillain. Mieszkał w tym czasie w hotelu w Sao-Paulo i robił muzykę na przenośnym gramofonie, samplerze SP-303 oraz na pożyczonych odsłuchach. Podobno wtedy stworzył takie kompozycje jak „Strange Ways” i „Rhinestone Cowboy” oraz wiele innych. W połowie 2003 roku Panowie znowu spotkali się w Los Angeles, tym razem u Peanut Butter Wolfa. MF Doom nagrał wszystkie wokale. Około kwietnia 2004 roku ujrzała światło dzienne płyta która wstrząsnęła hip-hopem.

4. Sound Directions – The Funky Side of Life (2005)


Kolejny rok przyszło mi się podniecać muzyką Madliba. Cholera, akurat w 2005 roku facet zrobił tyle zamieszania że miałem niemały problem w wyborze faworyta… bo Otis Jackson Jr. wydał wtedy z tego co pamiętam aż trzy krążki. Jednak projekt Sound Directions miał w sobie tyle magnetyzującej świeżości, że nie sposób było ten album pominąć. Oprócz tego, cieszył fakt iż zaprosił do grania „żywych” muzyków – nie posługując się tylko i wyłącznie sowimi alter-ego. Bez wątpienia dodają smaku tym tłustym kompozycjom. „The Funky Side Of Life” to hołd złożony jazzowym i soulowym artystom takim jak: J.J. Johnson; Cliff Nobles; Oliver Sain; David Axelrod czy Billy Brooks (bo to od nich zapożyczył nuty). Poza tymi reinterpretacjami jest też kilka własnych kompozycji Madliba i trębacza Todda Simona. Dla mnie to był album roku.

5. VA - Yestedays Universe aka Yesterday's New Quintet Presents...Yesterdays Universe: Prepare For A New Yesterday (2007)


Yestedays New Quintet i projekty poboczne, zawsze robiły na mnie wrażenie rozmachem z jakim je tworzył Madlib. Nie wiem czy ktoś ma więcej muzycznych alter-ego od niego. Oprócz kreatywności, Otis tymi albumami pokazał też jak funkcjonowały składy jazzowe, gdzie z jednego gorącego bandu, mogło się wykrystalizować kilku liderów, którzy zakładali swoje zespoły, pracując na swoje nazwisko. Po “rozpadzie” YNQ na Yesterdays Universe, kiedy każdy z członków kwintetu miał już na koncie krążek (Ahmad Miller, Monk Hughes, Joe McDuphrey, Malik Flavors oraz Otis Jackson Jr), Madlib stworzył 9 (!) kolejnych bandów. Składanka, a raczej prezentacja kolejnych pomysłów Otisa jest trailerem twórczości która miała ukazywać się pełnowymiarowo przez kolejne lata, zatem jeśli ktoś potrzebuje skrótu, to jest to bardzo ważna płyta.

Także... widzimy się pod sceną w Katowicach.