Strony

wtorek, 5 czerwca 2012

Night Marks Electric Trio w Poznaniu i ich hołd dla Gila Scotta Herona

Ostatnio odebrałem zarzut że rzadko piszę. Prawda to. Siedzę na dworze, bo jest ciepło. Oprócz tego jestem w robocie i tworzę teksty o sprzęcie sieciowym za kasę, bo zarobić jakiś sos trzeba. Innym razem jeżdżę w różne miejsca, bo fajnie coś zobaczyć czasem. Wiecie… z ludźmi pobyć – dla mnie to największa frajda. Dlatego postanowiłem zajmować się tym fragmentem mojej działalności (blogiem) nieco mniej niż kiedyś, bo chyba nie starcza mi już czasu. W każdym razie to wszystko się łączy. Już tłumaczę jak to się dzieje. Otóż, znowu byłem na Eksperymencie Glaspera. Tym razem w Berlinie, z równie liczną ekipą co jesienią w Kaliszu. Pojechałem tam między innymi z Filipem Andrysem (wszechogarniający Czytelni), wspominałem o nim już kilka razy na łamach tej strony w kontekście ekipy Proporcja.com. W każdym razie, teraz kumamy się bardziej na płaszczyźnie wymiany inspiracji do zrobienia czegoś fajnego wspólnie, nie przyklejając do tego łatek konkretnych działalności. Jak tak jechaliśmy do Berlina, to przegadaliśmy tyle tematów, że prędzej by mi się klawiatura rozpadła niż bym skończył o tym pisać. Filip w zasadzie od początku tego roku zajmuje się wydarzeniami w Czytelni i zdaje się, że w krótkim czasie doprowadzi do tego, że po raz drugi w historii tego klubu stanie się to miejsce kultowym na mapie fajnych miejscówek Poznania. Zresztą można się tego domyślać po tym, co napisałem wcześniej w kontekście gigu Raashana Ahamada. Poznaliśmy się w korytarzu górnego piętra klubu Pod Minogą, tuż przed Beat Battle, gdzie miałem sędziować zawody z Noonem i Danielem Drumzem. Kilka pierwszych zdań jakie zamieniliśmy, już dotyczyło przyszłych biznesów, które miały na celu promocję młodych i zdolnych. Wtedy chyba po raz pierwszy w Poznaniu padła nazwa Night Marks Electric Trio.




Z Piotrkiem Skorupskim osobiście poznałem się również na koncercie Glaspera (w Kaliszu). W śmiesznych okolicznościach zresztą, bo wśród tych wszystkich grzecznie ubranych starszych ludzi i entuzjastów jazzu, którzy poruszają się w tym światku jak na rozdaniu Paszportów Polityki, my obracaliśmy gorzką żołądkową z gwinta delektując się koncertem. Więcej dopiero pogadaliśmy na afterze, przy browarze. To wtedy dowiedziałem się o Nocnych Markach. Pod koniec grudnia, albo wraz z początkiem stycznia zacząłem kombinować chłopakom granie – to tu, to tam. Proporcja.com zabookowała chłopaków na tribute dla Jay Dee. Idealna data dla takiego trio jak Night Marks. Podobno wydarzenie wyszło zajebiście – mnie niestety zabrakło, bo pojechałem na edycję warszawską, którą chórem zrobiliśmy jako Warsoul x Na Stare Milion x Rap History Warsaw. Mimo że opuściłem to granie, starałem się pomóc przy promocji eventu. Właśnie dlatego przeprowadziłem wtedy wywiad z Piotrkiem, który opowiedział nieco o tym co robią wspólnie z Markiem Pędziwiatrem i Adamem Kabacińskim. Fajnie to wyszło. Feedback też był niezły i mam wrażenie że więcej osób zainteresowało się twórczością wrocławiaków. Na żywo pierwszy raz usłyszałem NMET dopiero na Bass Campie organizowanym przez Red Bull Music Academy. Zrobili na mnie duże wrażenie. Wtedy Bartozzi (jeden z moich bassowych faworytów w Polsce) poznał mnie z Adamem, z którym nie miałem wcześniej okazji pogadać. Kurde! Właśnie sobie uświadomiłem, że do dziś z tej relacji są zaledwie jakieś szkice. Ale do brzegu Sebol, do brzegu…

Następny koncert Night Marks Electric Trio również miałem przegapić. Okazało się, że jednak zostanę w mieście – więc zaangażowałem się lekko w promocję tego koncertu i podsunąłem kilka pomysłów. Jadąc do tego Berlina opowiadałem Filipowi o tym, jak bardzo chciałbym pomóc Jacolowi - lokalnemu trębaczowi, jazzmanowi z hiphopowym flejworem. Chciałem żeby pograł z jakimś bandem z prawdziwego zdarzenia. Nie gdzieś w szkole czy coś, tylko z ziomkami co czują rap, a jednocześnie mającymi podejście jazzowe. Padło na NMET. Trzy dni przed koncertem, jak już było wiadomo że Jacol przyjdzie zatrąbić, napisałem do Piotrka Skorupskiego. Opowiedziałem mu krótko o tym, że kiedyś gadałem z Filipem o tym, że chciałbym zrobić w Czytce tribute dla Gila Scotta Herona – tym bardziej dlatego, że nikt w Polsce raczej nie planuje tego zrobić – a dla mnie to bardzo ważne. Pierwsza rocznica śmierci wypadała w niedzielę 27.05.2012. Czyli dokładnie o północy w dzień koncertu chłopaków. Spisek Jednego powiedział, że akurat mają dwie próby i że zdążą coś przygotować.


W dzień w którym Polska w próbie generalnej przed Euro pokonała Łotwę 1:0, a Borixon opublikował w necie tworzenie historii rapu z Paluchem, w której tłumaczyli że rzeczy nie są tanie – znowu poczułem że w Poznaniu czeka nas świetny wieczór. Mecz okazał się świetnym materiałem na before party i na zwołanie przyjaciół na wyjście do centrum. W Czytce byliśmy po 22. Na miejscu przybyłym do klubu przygrywał już Blazo. Bardzo lajtowo i nieinwazyjnie wpasował się w klimat tego co przez lata rodziło się pomiędzy jazzem a hip-hopem. Jeśli lubicie Jazz Liberatorz, bawilibyście się rewelacyjnie. Przed jedenastą na scenie pojawili się Systu. Nie znałem wcześniej tego zespołu i stylistycznie rozstroił nieco klimat zbudowany przez Blazo. Mimo tego, warto im się przyglądać w przyszłości, ponieważ wokalistka tego bandu na serio dawała radę, co przyznawałem nie tylko ja, ale również mój człowiek Icek. Jacol dogadywał się z chłopakami na temat tego, jak wkręcić trąbkę do ich showcase’u, a ja poszedłem pogadać przed klubem z Markiem Pędziwiatrem. W zasadzie to był dzień w którym się poznaliśmy. Pogadaliśmy o Gilu i hołdzie dla niego, a także o fascynacji Marka Ahmadem Jamalem. Wyszedł do nas Piotek Skorupski i zapytał Marka – „Pogramy coś?” – ten odparł: „Pogramy”.


Chłopaki koncert rozpoczęli od wyrzuconej w kosmos wersji „Inner City Blues (Make Me Wanna Holler)”, która była swego rodzaju tributem dla Detroit, bo między wersami Marvina wyrecytowanymi przez Marka, Piotrek wtrącał sample z wypowiedziami innej legendy z Motor City – Moodymanna. Dwóch następnych kompozycji nie rozpoznałem. Podejrzewam że te lekko zbassowane i połamane numery, to efekt pracy nad nadchodzącym wydawnictwem Night Marks Electric Trio – a być może zapowiadana wcześniej improwizacja? Nie wiem. Następnie chłopaki zagrali „Secret Zone”, utwór który już od dłuższego czasu krąży po necie. Ewidentnie słychać, że starsze numery z repertuaru dają Nocnym Markom więcej pewności siebie, dzięki czemu luźno odjeżdżają od schematów grając je nieco inaczej, niż w tych wersjach zarejestrowanych na soundcloudzie. Ich muzyka żyje na koncertach i to jest piękne! Podobnie było z utworem „Trust Bust” z płyty En2aka. Szczególnie podoba mi się tam robota Adama Kabacińskiego, który na gitarze basowej brzmiał bardzo blisko tego, czym charakteryzuje się niedościgniony Thundercat. Później był tribute, w formie tak zwanego „madley'a” czyli zlepek kilku utworów, który zamieszczam, jako muzyczną ilustrację wydarzenia.



Electric Relaxation” Tribe’ów, zmieszał się ze „Stakes Is High” od De La Soul, który chłopaki zmiksowali z tematem „Mass Appeal” od Gangstarr, a w centralnej części tego wszystkiego „The BottleGila Scotta Herona. Piękna rzecz. W całym tym zamieszaniu odnalazł się też Jacol, improwizując na trąbce. W nagraniu słychać go nieco ciszej, bo stał zbyt daleko od mikrofonu Marka. Genialna sprawa. Entuzjazm wypełnił Czytelnię. Przyszedł też czas na „Dźwięki Stereo” z nadchodzącego projektu Niewidzialna Nerka, a także na rework utworu 600V i Tede „Świat Zwariował W 23 Lata”, który chyba też znajdzie się na tej kompilacji. Żeby było jeszcze bardziej unikalnie, chłopaki zagrali „remix remixu Love Theories” Natu, a na koniec totalnie rozwalili wszystkich zebranych w klubie swoją wersją klasycznego kawałka „Hip-Hop” od Dead Prez. Sztos!

Wyszła ponad godzina niesamowitej energii i darcia mordy między trackami. Jak zobaczycie że Marki będą w Waszym mieście - nie żałujcie hajsu. Tych chłopaków trzeba wspierać, bo aż strach się bać, co z nich będzie za parę lat. Teraz czas zaprosić Roux Spana Beat Trio jak będą w pobliżu. Morał z całej historii płynie tylko jeden: warto czasem wyłączyć komputer i wyjść z chaty. Bez odbioru.