Strony

czwartek, 21 czerwca 2012

Niedzielne grillowanie na rapie przy wrocławskim Szalecie

Rap Szalet wygrał wczorajszy Trzeci Ogólnopolski Dzień Kaca z Okazji Niewygranej i był balsamem dla umęczonych ciał i umysłów.” – ten komentarz odnaleziony na stronie wydarzenia otwiera, komentuje i zamyka chyba wszystkie przemyślenia odnośnie grillowego spotkania na górce przy Odrze nieopodal ASP, w obrębie zabytkowej „ubikacji” miejskiej. Tak… Było pięknie. Pogoda tym razem dopisała, chociaż nad niedzielą wisiały symptomy opadów, gdy oglądało się sobotnią porażkę biało-czerwonych. W każdym razie, tym razem warunki meteorologiczne nie pokrzyżowały planów Gutka i Teskko, którzy są głowami całego przedsięwzięcia.


Umówiliśmy się późniejszym południem. W okolicach 15. Miałem lekką tremę, bo dogadaliśmy się z chłopakami, że zaprezentuję jakieś numery – mimo tego, że ja i publiczne granie muzyki, nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. W zasadzie, to ja po prostu nie ruszam tego tematu. Piotrek, znany wszem i wobec jako Spisek 1 (NMET) grał już dla pierwszych spragnionych rapu i hamburgerów. Chwilę później przyszedł też Wojtek (Teskko), a po niedługim czasie dobił Filip, Mike i Kotune. Niektórzy pili „któreś” z kolei piwo, grali w badmintona, toczyli gadki czy zwyczajnie wylegiwali się na leżakach, a jeszcze inni główkowali nad grami planszowymi. Pośród entuzjastów rapu, można było spotkać przypadkowych starszych ludzi, którym nasza muzyka chyba przestała przeszkadzać. Wszyscy dorośliśmy, przestaliśmy kojarzyć się z penerstwem. Sami mamy już dzieci i twardsze zarosty – 80’s babies, my wychowani na hip-hopie. Te szkraby biegające za piłkami między grillami, dziś same chłoną nieświadomie to, co tak bardzo kochamy. Bawią się, a ich uszy chłoną trajbów i Dillę. Dokładnie tak samo , jak ja w rytm Led Zeppelin czy Queen – 20 lat temu. Nasi rodzice raczej nie mieli naszych możliwości. Kto by pomyślał o urządzaniu weekendowych, plenerowych spotkań krótko po ’89 roku? Nie ten kraj, nie ta mentalność. Tym bardziej fajnie się patrzyło, na tę niedzielną, sielankową atmosferę w rytm „I Used to Love H.E.R” Commona. Raczej nie jestem w stanie lepiej ująć tego od Filipa Kalinowskiego, który krótko opisał pierwszy w tym roku Rap Szalet, na łamach swojego „Pogłosu Aktivista”.


Z minuty na minutę, na Wzgórzu Polskim robiło się gęściej. Ustawiały się coraz dłuższe kolejki po genialne wypieki Oli – żony Filipa, po przepyszne burgery Gutka i po gaszące pragnienie lub (jak kto potrzebował) klinujące kaca browary. O mięsie nie ma co za dużo opowiadać. Liczby mówią same za siebie. Podobno było przygotowane dwieście kotletów, a po dwóch godzinach ich zwyczajnie zabrakło. Jakby to powiedział Zdzisław Kręcina: Przypadek? Na wielkie słowa uznania zasługują wypieki. Na tartę już nie zdążyłem, ale poczęstowałem się babeczkami. Każdy kto zna mnie bliżej wie, że nie przepadam za słodkim. Ale te czekoladowe muffinki z serem pleśniowym? Poezja! Zwariowałem.
 

Co jeśli chodzi o muzę? Ciekawa sprawa. Wiadomo, że miał być rap. Jednak co do tego, kto jaki zestaw przygotuje, zapomnieliśmy się ugadać. Zabawne było to , że nikt nie przyszedł z takim samym pomysłem. Spisek 1 potrafił zaskoczyć nie tylko klasycznymi polskimi trackami, ale też zagrał kilka lokalnych, wrocławskich hymnów np. tych autorstwa Sinego. Filip wpadł i zawstydził wszystkich. Przyszedł z torbą winyli wypełnioną rapem z Francji, dzięki czemu nie zabrakło również hitów w stylu „Art De Rue” od Fonky Family. Kotune był przygotowany pod każdym względem, jeśli chodzi o lata 90-te. Nie było chyba utworu z tego okresu, którego by nie mógł wyciągnąć z rękawa. Później to już leciało wszystko bez reguły. Graliśmy na zmianę. Mike, Spisek, Teskko, Kotune i moje wtrącenia. Sam przygotowałem numery począwszy od Lee Fieldsa, przez Dam-Funka, Sa-Ra, Blahzay Blahzay, Clipse oraz Wiz Khalifę, po Bilala i Lil Wayne’a. Hip-hop tego dnia nie miał granic.


Piknik, bo tak chyba można o tym powiedzieć, mimo niedzieli nie miał zamiaru się kończyć. Uciekałem około 23, a tam siedziało jeszcze sporo ludzi. Kilku z nich udało się nawet przedpremierowo kupić coraz głośniejszą Niewidzialną Nerkę, o której postaram się jeszcze w osobnym wpisie wspomnieć. Rap Szalet to piękne wydarzenie. Można powiedzieć - Polskie Do-Over. Fajnie było poczytać te wszystkie pozytywne komentarze ludzi, którzy się zjawili. Następnym razem zabierzcie jeszcze więcej znajomych. To jest klasyk. Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania! Następne podobno 22 lipca.


* Fotki autorstwa Marka Morasiewicza, Filipa Basary i autora bez nazwy ukradłem z fanpage'a. Tam znajdziecie wszystkie