Strony

wtorek, 17 kwietnia 2012

Wolne myśli o tym jak powinny wyglądać imprezy hip-hopowe

Od 2009 roku obserwuję działalność poznańskiej ekipy produkującej wydarzenia muzyczne oscylujące wokół hip-hopu (dziś mniej lub bardziej). Mowa oczywiście o projekcie Proporcja. Muszę przyznać że jestem tym chłopakom coś winien. Nie od zawsze się znaliśmy i mam wrażenie że jeszcze trzy lata temu zupełnie inaczej podchodziliśmy do kwestii organizacji imprez i koncertów. Stąd pojawiały się takie sytuacje, że albo o tym nie mówiłem albo nawet trochę krytykowałem. Dziś już bym się nie odważył.


Jakoś w okolicach 2006 przestałem chodzić w Poznaniu na koncerty hip-hopowe, na rzecz różnych spelun – małych, ciasnych miejscówek z podejrzanym browarem, gdzie pojawiali się dobrzy selektorzy i grali fajną muzykę. Już tłumaczę dlaczego… Otóż w naszym mieście zrobił się wtedy ciekawy trend, z którym absolutnie nie potrafiłem się zidentyfikować a tym bardziej zajarać. Co mam na myśli? Gdy promotorzy zapraszali jakiś bardziej uznany skład z Polski, to obstawiali go bogatą w nazwy listę supportów lokalnych artystów. Najczęściej odbywało się to w chujowych miejscówkach z jeszcze gorszym soundsystemem niż samo miejsce. Chyba możecie sobie wyobrazić co się wtedy działo? Marne beaty tych składów brzmiały fatalnie, a wokali tych męczących się MC’s nie szło za żadne skarby zrozumieć. Headliner wyłaniał się po kilku godzinach tej męki mikrofonowej, ale co z tego, jeśli po połowie wieczoru oczekiwania nie było już natchnienia by dalej tego słuchać. Umówmy się, nie jestem jeszcze bardzo stary, wywodzę się z (powiedzmy) drugiej fali hip-hopowców w tym kraju i wychowałem się na zupełnie innym stylu robienia baletów. Dawniej wyglądało to mniej więcej tak: impreza, support, headliner, impreza. To były czasy w których nie było tyle składów… a już na pewno nie było więcej „raperów” i producentów niż odbiorców muzyki. Stare dzieje.


Te czasy odżyły dla mnie jakoś w 2009 roku, kiedy to „podczepiłem się” pod projekt Warsoul. Był tego jeden zasadniczy minus. Od 2005 roku, kiedy skończył się cykl „Get Down” w nieistniejącym już Subwayu nie miałem tego w Poznaniu i nic nie zapowiadało że będę miał. Moi ludzie odbili wtedy od rapu. Przynajmniej w klubach szukali czegoś nowego. Nie było złotego środka. Były imprezy „randomowe”, gdzie gatunki się mieszały. Można było iść i uczestniczyć w rodzącej się scenie bassowej. Trzecią opcją było wyjście na pseudo-lansiarskie imprezy do „droższych klubów” na dupeczki, albo też na dupeczki do klubów grających w większości wątpliwej jakości hip-hop, bo dla muzyki tam się na pewno nie chodziło. Zwłaszcza to ostatnie stało się bardzo popularne wśród studentów chętnych na studentki i odwrotnie. Oczywiście takie walne zgromadzenia naszpikowanych hajsem starych równieśników mnie nie interesowały. Nie miałem z tymi ludźmi zbyt wiele wspólnego.

Z perspektywy czasu się cieszę. Otworzyłem głowę, posłuchałem więcej muzyki, zobaczyłem wszystko z większym dystansem i świetnie się bawiłem. Obserwowałem co dzieje się w Poznaniu jeśli chodzi o rap. Musiałbym to dokładnie sprawdzić, ale skoro nie pamiętam, to znaczy że nic znaczącego się nie odbyło, a jak było – to się męczyłem i przez to nie zapamiętałem. Idąc tą drogą – mogę chyba śmiało powiedzieć, że ostatni fajny koncert jaki widziałem w Poznaniu, to ten z Afu Rą, Dizkretem i Pezetem, który wleciał zamiast Flexxipa w 2003 roku. Od 2009 roku praktycznie nie uczestniczyłem w życiu kulturalnym Poznania zajmując się własnymi problemami i działalnością z Maceo. Chodziłem na koncerty jazzowe (pamiętam Wadada Leo Smitha, Tomasza Stańko, Eddiego Hendersona, Raviego Coltrane’a etc.) i na jakieś małe wydarzenia o których wspominałem wcześniej. A rap? Rap miał się kiepsko w moim przekonaniu. Nie wspierałem tych imprez, bo jak już mówiłem – nie potrafiłem się na nich bawić. W Poznaniu do dziś takie wydarzenia mają miejsce i ich formuła jest na tyle sprawdzona, że nie wydaje mi się żeby stało się inaczej. Przykładem na to może być cykl imprez RPS Enterteyment. Z pewnością przychodzi na nie mnóstwo ludzi, ale o której powinienem przyjść żeby posłuchać Keitha Murraya? O 1-wszej? Mijając w wejściu do klubu, wszystkich małolatów, którzy wychodzą po koncercie Ryśka? Panie… daj Pan spokój! Z drugiej strony staram się zrozumieć organizatorów, chcą promować raperów z labelu – no i ktoś ewidentnie tego słucha. Co w tym fajnego? Może niech każdy odpowie sobie sam, bo jest to kwestią gustu.


Jedyną alternatywą stały się imprezy sygnowane firmą „proporcja.com”. Możecie sobie mówić – artykuł sponsorowany, ale nic z tych rzeczy. Chłopaki pracowali sobie na ten szacunek przez trzy ostatnie lata od inauguracyjnego Fat Beats. W pierwszym akapicie powiedziałem, że krytykowałem te imprezy. Zgadza się. Wielokrotnie rozmawialiśmy o moich zastrzeżeniach, widziałem progres chłopaków i ich niesamowitą umiejętność wychowywania swojej publiczności, która chętnie z nimi podążała. Tym sposobem w końcu dostałem imprezę idealną. Taką była ta, rozpoczynająca trasę Raashana Ahmada. Po pierwsze, fajnie że to się odbyło w Czytelni – to tajemnicą nie jest. Chłopaki mają tam układy, ale to nie ma znaczenia - bo miejsce jest pod kilkoma względami fajne. Nie drogo na barze, w miarę intymnie i przytulnie, do tego świetny kontakt z artystą. Sto osób robi tłok – a to starcza, żeby był ogień. Bramka zaczęła wpuszczać o 21, Tas i Czarny rozgrzewając publiczność laidbackowymi numerami, mieszając rap z soulem i R&B zrobili świetną robotę. To było cudowne. Czekając aż wszyscy się zejdą grali D’Angelo, Bilala czy Sa-Ra wkręcając w to mocniejsze brzmienie. Zaprosili do grania Jacola – trębacza. Nie znałem gościa wcześniej i nie wiem skąd oni biorą takich typów ale to był strzał w dziesiątkę. Wojtek i Hubert zagrali swój live-act mając wszystko przygotowane na styk – przynajmniej tak wtedy mówili.. Ten materiał mimo że niby powoli kończony, (mam wrażenie) jest szlifowany w klubach. Zaczynając z tremą, słychać że chłopaki czują swoją nową muzę z koncertu na koncert coraz bardziej. Nie boją się odbiegać od hip-hopu. Słychać w nich inspiracje drum n bassem czy nowymi beatami. To świetne! Nie przeszkadzała im w tym nawet awaria sprzętu, bo jak było trzeba to przytargali komputer stacjonarny. Szacun. W końcu za mikrofon wchodzi gość, który ewidentnie wie co z nim zrobić. Raashan, który po krótkiej rozmowie ewidentnie był zadowolony z tego jak sprawy się potoczyły, że przyjechał na całą trasę, po całkiem sympatycznym odbiorze zeszłorocznego konceru. Rapując nikogo nie zanudzał, potrafił porwać publikę w Czytce i baaaardzo mocno przypierdolić. Oprócz tego, zdarzały się też spontaniczne sytuacje, jak freestyle Jacola na trąbie! Właśnie takie kolaboracje są piękne, a wieczory stają się magiczne. Żałuję że nie mogłem zostać, żeby zobaczyć czy impreza się utrzymała do końca, ale musiałem wstać o 6:30 do roboty. Oby tak dalej. Bo tak powinny wyglądać imprezy hip-hopowe – przynajmniej te, na których ja chcę bywać.

*Autorem zdjęć jest Adam Król - serdeczne dzięki za podesłanie materiału.