Strony

poniedziałek, 6 lutego 2012

Wolne myśli o Jay Dee

O życiu i śmierci Jamesa w kontekście mojego doświadczenia pisałem już kilka lat temu (6!? Ale ten czas leci). Było to krótko po odebraniu tragicznej informacji o tym, że Jaya już nie ma. Z perspektywy czasu pewnie napisał bym to inaczej, chociaż emocje byłby cały czas takie same. James ukształtował moje myślenie o hip-hopie i o muzyce w ogóle. Zresztą… nie tylko moje, ale też moich przyjaciół oraz bliższych i dalszych znajomych. Ktoś by pomyślał, że takie wspominanie zmarłych jest silne tylko i wyłącznie krótko po śmierci, ale jednak nie robi się globalnie imprez poświęconych Big L’owi, Guru, 2Pac’owi czy Grubemu. Nie robi się też tego dla Pimp C czy Dja Screw (no chyba że w Houston). Nie robi się tego w ogóle. Pamiętamy o nich, szanujemy, często do nich wracamy – ale nie kultywujemy na taką skalę. Na świecie i w Polsce, szósty rok po śmierci Jamesa, chęć robienia klubowych hołdów nie słabnie, a można odnieść wrażenie że nawet rośnie. 10-ty lutego, to dzień J Dilla i wie o tym każdy, kto jest mniej lub bardziej emocjonalnie związany z hip-hopem. W Polsce naturalnie wiedzą o tym Krakowiacy – w zasadzie od samego początku. Oprócz nich, postać Jay Dee kultywuje Wrocław, Poznań, Lublin oraz Warszawa. W imieniu wydarzenia warszawskiego w zasadzie się wypowiadam, ale równie gorąco zapraszam do pozostałych miast, jeśli macie zwyczajnie bliżej. Ten tekst natomiast, jest zainspirowany moją dyskusją z Funkoffem, w której zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego gramy cyklicznie jak orkiestra Owsiaka dla Jay Dee, a nie np. dla wspomnianego wcześniej amatora syropów z południa stanów, który np. wywarł bardzo duży wpływ na obecny wymiar współczesnego hip-hopu.

Trochę o tym wszystkim myślałem, a po latach (mam wrażenie) jestem w stanie jeszcze z większą precyzją na ten temat coś powiedzieć. Na odczepnego, można napisać krótko. Twórczość Jaya to tak szerokie spektrum stylistyczne, że jesteśmy w stanie bez problemu uciągnąć imprezę przez całą noc, nie męcząc przybyłych repertuarem, gdyż jego talent był tak wszechstronny, że rozciąga się daleko poza jeden gatunek. Nie mamy do czynienia tylko z hip-hopem, ale też ze wszystkim co wokół niego się działo. Niejednokrotnie motorem do zmian był właśnie Jay Dee.

Suite for Ma Dukes - Reminisce


Jeśli teraz mielibyśmy tym torem pójść dalej, sięgnąć do kart historii, poprzeć się myślami mądrzejszych, to jesteśmy w stanie spojrzeć szerzej i z większym dystansem. Pierwsze co mi się nasuwa na myśl, to rymy Q-Tipa, kiedy to w otwierającym Low End Theory „Excursions” – nawija o tym, że jego stary słyszy w hip-hopie echa be-bopu, a Kaamal przytakuje mu twierdząc, że rzeczy (lub bardziej historia) lubią zataczać koło. Taaak… Historia lubi się powtarzać, ale później jesteśmy w stanie odkryć tylko jej symptomy, bo życie nacechowane jest już zupełnie innymi kontekstami. Myśląc podobnie do ojca Q-Tipa, mógłbym próbować zobaczyć w J Dilli, odbicie Johna Coltrane’a... Ok, zanim powiecie że jestem popierdolony rzucając takimi porównaniami, pozwólcie że obronię swoją tezę kilkoma, mam nadzieję, rzeczowymi argumentami:

Madlib - The Main Inspiration (Coltrane of Beats)

Po pierwsze, odnosząc się do podziału styli w jazzie nowoczesnym (po 1940 roku), na podstawie rozważań Dionizego Piątkowskiego, we wstępie do jego „Encyklpedii Muzyki Popularnej” możemy przeczytać iż bardzo ważnym momentem w historii rozwoju modern jazzu były innowacje  wprowadzone przez saksofoniste - Johna Coltrane’a. Niezmiernie trudno jest sklasyfikować jego twórczość, ponieważ dokonywał on przełomowych kroków w tworzeniu nowoczesnej muzyki jazzowej (Czy z Jay Dee nie jest podobnie!?). Coltrane odszedł od tradycyjnej struktury improwizacji, doszukując się w niej wyłącznie nowych  możliwości ekspresji. Okres „coltrane’owski” dzieli zatem jazz nowoczesny na dwie ery: przed i po innowacjach Johna Coltrane’a. To samo można powiedzieć o hip-hopie, sześć lat po śmierci James’a. Dlaczego? Otóż podobnie jak innowacje Coltrane’a zmieniły jazz, nowe patenty Jaya zmieniły hip-hop i pokrewne gatunki. Po ich śmierci ludzie zaczęli kombinować jeszcze bardziej, bo nie było nikogo, kto mógłby nieść pochodnię za nich, dalej eksplorując obszary niezbadanych możliwości rozwoju muzyki. 

Flying Lotus - LTWXRMX


Bullion - I Just Wasn't Made For These Times


SA-RA -  A Song for Jay 



Po śmierci Jaya, doczekaliśmy się nurtu post-dillowskiego (głównie związanego z artystami, którzy próbowali kontynuować brzmienie późnego Dilli), mimo tego, niezależnie i odrobinę wcześniej gdzieś obok krążyły już po Los Angeles najróżniejsze beat-tape’y. Jeszcze przed wydaniem “pączków”, obserwowaliśmy jakieś poruszenie na tamtejszej scenie. Ukazywały się krążki od Madliba jako Beat Konducta (2005), Flying Lotus kombinował nad swoim “1983” w Plug Research (2006), a Dilla kompilował ostatnią płytę, która pojawiła się w Stones Throw kilka dni przed jego śmiercią. Oni wszyscy wtedy eksperymentowali, ścigali się, napędzali, przepychali bariery hip-hopowej formy. Dopiero po śmierci Jay Dee narodziły się na dobre nowe bity. Mogą się w tej chwili rodzić pytania: Co by było gdyby Dilla był zdrowy, czy, co by się stało gdyby nadal żył? Czy to, co dokonało się z muzyką kilka lat później w ogóle miało by miejsce? Nigdy nie poznamy na te pytania odpowiedzi. Tak samo, jak nie dowiemy się, jak daleko posunął by się jeszcze Coltrane...
  
Steve Spacek - Eve (J Dilla Remix)


Oprócz tego, dzięki Jamesowi na pewno mamy do czynienia z rozwojem hip-hopu, zwłaszcza tej instrumentalnej jazdy. Być może jego śmierć była bezpośrednią przyczyną boomu w nurcie new-beats, a przy tym nie możemy zapominać o czymś, co roboczo nazywam “nową standaryzacją muzyki”, co niebawem wtrącę do omawiania “rekonstrukcji dekonstrukcji w jazzie” – czyli przeobrażania legendarnych kompozycji Dilli (i nie tylko) z powrotem na język jazzowy, za sprawą takich graczy jak Robert Glasper, Miguel Atwood Ferguson czy Badbadnotgood… 
  
Chris Dave & Friends - Fall In Love 


Badbadnotgood - Fall In Love


Miguel Atwood Ferguson & Carlos Niño - Fall In Love

Nikt z przedwcześnie zmarłych nie miał takiego wpływu na współczesną muzykę, którą znam i o której umiem coś powiedzieć. Niektórzy umierali przez dragi, syrop, byli zabijani na ulicach, czasami sami przykładali do tego rękę, a czasami byli w złym miejscu w nieodpowiednim czasie. Jay Dee umierał w szczycie kariery, będąc być może u wierzchołka kreatywności - a życie odebrały mu nerki. Przegrał z chorobą. Jak bardzo jest to niesprawiedliwe w kontekście przedawkowania bodajże cracku przez ODB? Odpowiedzcie sobie sami i wybaczcie, jeśli wydaje Wam się że przesadzam z porównaniem do mistrza innowacji jazzowej. Wpadnijcie do jednego z miast złożyć hołd, bo jak kiedyś powiedział sam James do Dabrye: "Let's show these motherfuckers that it's true and not just a hobby" – a my się tylko pod tym podpiszemy… Zapraszam w imieniu Warsoul, Rap History Warsaw i Na StareMilion.