Strony

wtorek, 20 grudnia 2011

Stalley - Słyszałem tyle zajebistych rzeczy o Warszawie, i wiecie co? Wszystkie okazały się prawdą!

Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy po koncercie Taylora McFerrina, już w głowach dzwonił pomysł dotyczący Stalleya, powiedziałem wtedy Maceo, że to będzie hit. Mówiłem, że żyjemy teraz w czasach renesansu hip-hopu i to najlepszy moment żeby wchodzić w takie akcje. Byłem wprost przekonany, że impreza odniesie sukces.


Z wielką przyjemnością oglądałem wzrastające słupki statystyk, które tylko potwierdzały moją wiarę w ludzi i ich ciekawość w stosunku do nowego rapu. Owszem, impreza w ramach festiwalu re:wizje i wjazd za free robił swoje, ale przecież koncerty Black Milka, Hawthorne Headhunters czy Sa-Ra również generowały duże zainteresowanie. Oczywiście tamte imprezy odbyły się w innym klubie, w zasadzie zapewniającym intymniejszą atmosferę i bliższy kontakt z artystami, ale fakt był faktem - ludzie kupowali wejściówki i zjawiali się tłumnie. Z Kulturalną pod tym względem zawsze bywało różnie. Duży hol, potęga Pałacu Kultury, dość jasne pomieszczenia, przez które wdzierają się zawsze światła miasta i przestrzeń, która zamiast gromadzić ludzi, raczej ich rozpraszała. Marzyła mi się w tym klubie impreza, która przejdzie do historii, o której będzie się mówiło przez jakiś czas, której będzie się żałowało gdyby się ją ominęło. I wiecie co? Udało się.


Połączone siły, a być może zjednane publiki Club Collab i Warsoul (chociaż to drugie raczej można włożyć między bajki) wygenerowały taki tłum, że przy rozmowach po koncercie, ludzie sami proponowali zrobić płatny wstęp, bo było aż za dużo chętnych! Oczywiście to niezły paradoks, z perspektywy promotora widzieć minusy w liczebności przybyłych zainteresowanych, ale to w tym wypadku było to jak najbardziej zrozumiałe. Mimo tego, ten widok stawia perspektywy na przyszłość i pokazuje że jest dla kogo to wszystko robić.



Do Warszawy w ogóle to się spóźniłem. Chciałem odebrać Stalleya i Dana z lotniska razem z Maceo, ale afterparty po poznańskim Beat Battle, totalnie zatarło ideę wstania na poranny pociąg. Dzięki temu, udało mi się ustawić z Danielem i Mikołajem (Noonem), z którymi sędziowaliśmy zawody. Anegdoty, historie z tras i fakt że nie umiem opowiadać kawałów sprawiły, że podróż minęła szybko, lekko i przyjemnie. Po zalogowaniu w Maceo’s Crib, nie było już dużo czasu na opierdalanie się, więc ogarnęliśmy niezbędne tematy i pojechaliśmy na kolację z naszymi gośćmi. Już od początku okazało się, że Stalley i Dan to świetni kolesie. Bardzo otwarci, mili, skromni i szczerzy ludzie. Aż do tego stopnia, że nie mogli uwierzyć w to, że publika w Polsce tak pozytywnie reaguje na Ricka Rossa i Maybach Music. Trochę jakby nie mogli uwierzyć, że jest to człowiek instytucja o globalnej sławie. Dlatego chętnie nagrywali na kamerę opinie ludzi o Maybach Music Group i swoim wielkim szefie. Przy kolacji dostaliśmy dobry flow do rozmowy i zdziwili się, że słyszeliśmy o wielu, można powiedzieć bardziej undergroundowych twórcach, czy o ludziach których gościliśmy wcześniej. Przypomniałem Stalleyowi, że w jednym z wywiadów powiedział, że kilku ciekawych twórców dokonało remiksów, jego drugiego mikstejpu „MadStalley: The Autobiography” – okazało się, że zupełnie o tym projekcie zapomniał.


Dziś pisząc te słowa mogę już kilka słów o tym powiedzieć, ponieważ prawdopodobnie materiał zostanie niedługo udostępniony, a my dostaliśmy go do oceny trochę wcześniej. „The Autobiography Remixed” to zlepek nieco bardziej nowoczesnych, wręcz nowo-bitowych reinterpretacji. Trzeba przyznać, że tacy ludzie jak: Marc Mac (4Hero), K Murdock (Panacea), Joe Respite (Lucky Me), Von Pea (Tanya Morgan), Suzi Analogue (Klipmode), Mike Cash (Cloudkicker), Rashad (The 3rd), Hasaan Insane, 2Fresh, Joe Beats (Non-Prophets), Ava Luna, the Apple Juice Kid oraz Primus Luta, zrobili kawał dobrej roboty i diametralnie innej, od tej którą znamy z tego, co do tej pory ukazało się w katalogu twórczości Stalleya. Zresztą, to nie powinno nikogo dziwić, Stalley jest bardzo wkręcony w muzykę, zna i śledzi trendy, przy czym również trzyma kontakty z najciekawszymi muzykami gatunku. Podobno, na projekt z remiksami przygotował też coś Shafiq, ale jego praca nie została jeszcze dokończona, więc nie słyszeliśmy jeszcze efektu ostatecznego. Ukończona też jest wspólna płyta z Sa-Ra, jednak chłopaki czekają na lepszy czas z jej premierą, gdyż w tej chwili zarówno „Kreatywni Partnerzy” jak i Stalley skupieni są na swoich solowych projektach.


Przed wieczornymi koncertami W.E.N.Y i Rasmentalism, a później gwiazdą wieczoru Stalley’em, publikę skutecznie rozgrzewał Ment, zaczął blisko godziny dziesiątej, repertuarem głównie nowo-rapowym. Jak zwykle uważam, że to strzał w dziesiątkę. Melodyjne podejście do tematu młodych zawodników, z chwytliwymi refrenami pobudzą każdego entuzjastę tego gatunku, niezależnie od tego, który dystrykt stanów reprezentują. Ponadto liczby nie kłamią, wysoka popularność cyklicznych mixów Mentosa, świadczy o tym, że zainteresowanie nowym, przypominającym o renesansie hip-hopu brzmieniem interesuje coraz więcej ludzi. W czasie setu, publika coraz gęściej gromadziła się pod sceną. Nie da się ukryć, że też zapotrzebowanie na koncerty duetu Ras/W.E.N.A, w Warszawie zdaje być jeszcze nie wyczerpane – być może przegląd Form Muzycznych Kwadrat to było za mało? Ja zbyt wiele o ich występie nie jestem w stanie powiedzieć, jak zwykle w takich momentach imprezy jestem zajęty ogarnianiem i bardziej życiem towarzyskim niż uczuciowym. Udało mi się jedynie posłuchać zapisu ostatnich trzech numerów z koncertu. Jestem pod wrażeniem crowd controla, świetnej współpracy między MC’s i zabawnej konferansjerki Rasa, wyraźnie inspirowanej (mam wrażenie) starym polskim kinem/książką.  W zasadzie to pod scenę nie było szans się dostać już na supporcie. Zresztą, umówmy się, że nie ma sensu mówić o supporcie, skoro wiele osób przyszło specjalnie na Michałów, Kamila i Arka. Po ich koncercie wszystkie gardła zebrane w Kulturalnej skandowały: „Stalley, Stalley, Stalley”, przy czym Ras, żartował sobie zachęcając ludzi do jeszcze większego wysiłku w celu wywołania głównego bohatera. Po przepięciu sprzętu, na scenę wybiegł Kyle, wykrzykując „Whats happenin’ Warsaw, whats happenin’ Warsaw, put your hands up!”,  bez zastanowienia rapując zwrotkę z utworu pt. „The Tune Up”, po tym krótkim przywitaniu, Stalley zapytał jak wiele osób słyszało „Lincoln Way Nights”, po czym rozległ się ogromny hałas fanów tej fenomenalnej płyty i nastąpiło płynne przejście w otwierający mixtejp „See The Milq in My Chevy”. Kyle pod koniec utworu angażował publiczność do powtarzania za nim „La la la”. Po wytłumaczeniu znaczenia numeru „330”, Stalley od razu przeszedł do tematu, cały tłum w Kulturalnej wydzierał się za brodaczem, wykrzykując „three, three, ooooooooooł”. Po tym Stalley postanowił zabrać słuchaczy głębiej w brzmienie Ohio, grając numer w którym mówi o tym, że lubi gdy bass jest gruby. Zebrani w PKiN czuli bass utworu „Pound”, co udowodnili entuzjastycznym krzykiem. Stalley poprosił o hałas zgromadzone Panie, które robiły dla niskiego dźwięku zdecydowanie większy aplauz od facetów. Kyle aż nie mógł się powstrzymać, żeby po tym zabiegu nie zagrać „She Hates The Bass”. Ten fragment uchwycił Maceo, więc możecie zobaczyć jak to wyglądało:

Stalley - "She Hates the Bass" LIVE @ Cafe Kulturalna, WARSAW 03.12.11


Po tym numerze, Stalley zdawał się czuć coraz lepiej na koncercie w Warszawie, być może to właśnie ten moment zaważył na tym, że był to najlepszy występ na trasie koncertowej. Raper powiedział do publiczności: „Dobrze się bawicie? Zróbcie dla siebie hałas! Słyszałem tyle zajebistych rzeczy o Warszawie, i wiecie co? Wszystkie okazały się prawdą!”. Po czym wszedł z numerem „Hard”. W następnym utworze, Stalley poprosił o pomoc publiki w odśpiewaniu refrenu Rashada, bowiem zabrakło go na trasie w Europie przez jakieś problemy rodzinne, mimo tego, publiczność świetnie znająca materiał z „Lincoln Way Nights” genialnie poradziła sobie ze „Slapp”. Nie muszę chyba pisać jaki aplauz pojawił się po tym numerze? Kyle poprosił publikę o to, żeby podnieśli ręcę w górę i machali z boku na bok, kiedy pierdolnie beat. Chwiłe później rozbrzmiał „Address” znany z kolaboracji z Curren$ym, by po nim wrócić do swojego mikstejpu z utworem o Chevroletach w przestrzeni kosmicznej. Później usłyszeliśmy „Monkey Ish”, czyli numer powstały w hołdzie legendzie południa - Pimp C. W końcu przyszedł też czas na „Herculesa”. Po tym utworze, Stalley powiedział coś, co dobrze sparafrazował po koncercie Mateusz Natali: „Jestem z takiego zadupia, gdzie mieszka chyba mniej osób niż jest was tu teraz w klubie, a mimo tego gram dla was w Polsce ,w co parę lat temu nikt by nie uwierzył. Dlatego trzeba robić swoje, nie mówiąc z góry, że coś jest niemożliwe, olewając lekceważące uśmieszki pochodzące gdzieś z boku, a efekty w końcu przyjdą". Trzeba przyznać że ten statement, był całkiem refleksyjny i podkręcony utworem tytułowym „Lincoln Way Nights (Shop)”, zamykającym płytę – robił świetne wrażenie. Po tym zakończyła się główna część koncertu, za mikrofon znowu chwycił Ras by zachęcić publiczność do wywołania Stalleya na bis. Oczywiście raper z Ohio nie dał się długo namawiać i wrócił z numerem „S.T.A.L.L.E.Y.”. Końca nie było widać, zaraz po tym zabrzmiał kawałek „The Night”, po czym wrócił do utworów znanych z „MadStalley: The Autobiography” min. do „Babblin”. Ostatnim utworem było premierowe wykonaniu kawałka z nadchodzącego mixtepu, który ukaże się niebawem pt. „Savage Journey to the American Dream”. Po teaserze zapowiada się doprawdy obiecująco! Stalley na żywo pokazał energię której wielu może mu tylko pozazdrościć, przy konfiguracji dj + MC. Świetnie wyczute momenty z synchronizacją z wieloma elementami chopped n screwed, genialny crowd control, o którym wielu przybyszów zza granicy może tylko pomarzyć. Tym większe słowa uznania dla publiki, która tego wieczora przeszła samą siebie. Chcielibyśmy gościć tylko tak ogarniętych słuchaczy, dzięki którym nasi goście wyjeżdżają z uśmiechem na twarzy, z przeogromną chęcią powrotu. Być może z live-bandem? Wszystko możliwe, podobno Stalley już ćwiczy z żywym składem, a wśród muzyków jest znany niektórym z koncertu Black Milka – Daru Jones.

Stalley @ Cafe Kulturalna 3.12.2011


Po koncercie już tylko chill, zabawa i z przyjaciółmi wir nie lada. Za deckami stanął Maceo a wraz z nim na bassie improwizował Bartozzi. Mam nadzieję że te mutanty rapowe Maćka kiedyś spotkają się w secie z Mentosem, gdzie będziemy mieli totalnie kosmiczny-nowo-rapowy spektakl B2B. Myślę, że taki balet, to by było coś. Po secie Maćka za rozpalanie parkietu wzięli się Janek Porębski i Rafał Grobel – dużo niestety z tego już nie rejestrowałem, bo piłem „na zespół”, potem piłem z Danielem i z Krimem, a potem robiłem inne rzeczy, które wpisywałby by mnie doskonale w pojęcie Tyrmandowskiego bon-vivanta. Kto był, ten wie.


Fotografie autorstwa Macieja Jakobczyka, a ostatnie zrobił prezes Groh.