Strony

niedziela, 27 listopada 2011

Rob G eksperymentem miażdży w Kaliszu

Nie mogę wyjść z podziwu jak Kalisz dobrze sobie radzi. Niby małe, niepozorne miasteczko z całkiem sympatyczną starówką, a mają taki festiwal, że taki Poznań zostaje daleko w tyle. Nie żebym się czepiał bookingom w Blue Note, ale dawno nic nie przyciągnęło mnie do tego klubu. Nieważne. Wróćmy do Kalisza.


Centrum Kultury i Sztuki w tym mieście to idealna miejscówka na tego typu eventy. Ładnie, schludnie z nutką nowoczesnych elementów, przy tym cały czas minimalistycznie. Ściany były przyozdobione wystawą towarzyszącą festiwalowi autorstwa Lechosława Cornelliego. Bardzo przykuwająca uwagę rzecz, czarno-białe fotki – w zasadzie portrety muzyków, przedstawiające emocje przy ich pierwszym kontakcie z publicznością – jak zaznacza autor, zawsze powstawały w pierwszych trzech minutach koncertu. Oprócz tego, można było zjeść i wypić. Kulturalnie, ale z możliwością melanżu i lekkiej stoczni, a przecież to lubię najbardziej.


Na koncert kwartetu Filipa Wojciechowskiego niestety się spóźniliśmy. Użyłem słowa niestety, dlatego, że gdy rozmawiałem o festiwalu z dj’em Tortem, który też z ekipą nawiedził Kalisz, stwierdził iż był to jeden z trzech najlepszych koncertów do końca drugiego dnia. Ponadto, podobno warto zwrócić uwagę na perkusistę z tego zespołu – Cezarego Konrada. Podobno niezły z niego wymiatacz. Chwilę później zaczął się występ duetu z Włoch – Danilo Rea i Flavio Boltro. Nazwali swój projekt „Opera”. Jeśli nie chciałbym być hejterem, to nie powinny się ze mnie wylewać kolejne zdania na temat tego koncertu. Niestety trochę jestem, więc jedziemy: Na początku byłem ciekawy co ta dwójka ma do zaoferowania. Oczywiście bałem się Włochów, starających się przetłumaczyć na język jazzowy utwory operowe. Dla tych co jazzu słuchają do kolacji i myślą że są dzięki temu bardziej wysublimowani, musiała to być nie lada uczta. Jednak dla kogoś, kto szuka w jazzie jego pierwotnych, miejskich instynktów – to jest to muzyka nie do przyjęcia. Brak w niej wolności, a całość jest spętana szkolną formą wyniesioną z lekcji muzyki. Nie chciałem psuć sobie nastroju przed jednym z najważniejszych koncertów tego roku, więc wyszedłem pogadać ze znajomymi którzy zjawili się dość sporą grupą. Oprócz tego, zawsze miło obalić browara w jakimś ładnym miejscu. Nie wiem czy to był efekt Warsoulowego pospolitego ruszenia, które namawiało do pojawienia się w Kaliszu, czy to zwykły przypadek, ale cieszył fakt obecności wielu znajomych twarzy w tak egzotycznym dla mnie rejonie Polski. Byłem tam pierwszy raz.


Przed występem Eksperymentu Roba G, coraz więcej osób zbierało się na schodach przed salą główną. Gadaliśmy o muzie i o jakiś bzdurach i nagle - nie wiem kiedy, a wypaliłem jakąś myśl na temat tego, jak to bardzo nie potrafię poczuć muzyki Leszka Możdżera. Obok nas akurat przechodził starszy Pan, stały bywalec Kaliskiego Festiwalu Pianistów Jazzowych. Gdy usłyszał moje oskarżenia wobec brzmienia Możdżera zatrzymał się i zaczął wypytywać dlaczego tak myślę, po czym zadawał kolejne pytania, przez które odnosiłem wrażenie, że sprawdza moją wiedzę i drogę argumentacji myśli. Rozmowa przemieniła się w światopoglądową wymianę zdań na temat historii jazzu jak i jego przyszłości. On wspominał mi o roku 86’ gdy w Kaliszu wylądował Sun Ra i o tym jak bardzo zachwycił go koncert pewnego włoskiego muzyka którego nazwiska teraz nie przytoczę. Powiedziałem mu o Footprints i o tym jak dziś młodzi wkręcają się w jazz. Odnoszę wrażenie że był zachwycony, to było ciekawe doświadczenie, a w zasadzie konfrontacja różnych generacji. Okazało się, że rozmawiałem z Dariuszem Natkowskim, właścicielem najstarszej szkoły językowej w Kaliszu – wielkim fascynatem tego gatunku. Zwróciłem mu uwagę na co szczególnie powinien uważać na koncercie Glaspera i przestrzegłem go przed tym, że to prawdopodobnie najważniejsze wydarzenie całego festiwalu.



Robert Glasper Experiment spowodował duże zainteresowanie. Wszystkie miejsca siedzące były zapełnione (starsza publika), a małolaci tacy jak my, wypełnialiśmy schody. Już podczas zapowiedzi koncertu, której dokonał bodajże Pan Paweł Brodowski, ze strony młodszej części publiczności leciały spontaniczne okrzyki, kiedy wymieniał ksywki muzyków, czy nazwiska i zespoły z którymi Robert współpracował. Ciekawe co myślała sobie starsza część publiki, kiedy na nazwę A Tribe Called Quest rozległ się gorący aplauz. Sam konferansjer, tym bardziej entuzjastycznie podszedł do tego co miało za chwilę się wydarzyć. Przeczuwał ogień i interakcję, nawet z siedzącą publiką.
Band w składzie Rob G (piano i Korg), Casey Benjamin (saksofon altowy i spopranowy, vocoder i jakieś wykręcone synthy), Earl Travis (bass) i Mark Colenburg  (perkusja), rozpoczął od kosmicznej reinterpretacji „A Love Supreme” – Johna Coltrane’a. To jak oni mają już ograny ten numer, przechodzi ludzkie pojęcie. Zabrali kompozycje Johna w inną galaktykę. Żaden zapis nie oddaje siły tego utworu na żywo. Później zespół zafundował nam przelot przez eksperymentalną część „Double Bookied”, wykonując między innymi utwór „For You”. Oprócz tego, z pewnością pojawiło się dużo materiału, którego nie umiem nazwać, gdyż pojawi się on zapewne w lutym wraz z kolejną płytą Glaspera „Black Radio”.


W międzyczasie band czarował długimi solówkami i tutaj absolutnie każdy z muzyków zasługuje na wyróżnienie. Świetnie wyszedł cover NirvanySmells Like Teen Spirit”. Jeden z największych rozpierdoli tego wieczoru, był (chyba można tak powiedzieć?!) jazzowy mashup melodii z „You Know What Love Is” – Slum Village z tekstem z „The LightCommona.

Ci co wiedzieli o co chodzi, w takich momentach się wzruszali. Robert, po zagraniu tego numeru wyjaśnił starszej publiczności kim był Jay Dee i co dla niego znaczy. My byliśmy w siódmym niebie. Zespół schodził przy bardzo głośnym aplauzie. Oczywiście nie daliśmy za wygraną, skandując „Rob G, Rob G”. Dzięki czemu band wrócił na bis by zagrać „Fall In Love” i „All Matter”. W takich sytuacjach zawszę myślę, że pewnych motywów nie da się zrobić bez pewnych osób i tutaj vocoderowa wersja tekstu Bilala być może nie urywała dupska, tak jakby to zrobił wymieniony wyżej wokalista, ale tutaj mówimy o osobie nie do zastąpienia. Jedno jest za to ciekawe! To czego Casey Benjamin nie mógł zaśpiewać, wygrał na saksie sopranowym. Co to była za interpretacja, co tam były za solówki! Koniec świata! Dla nas fantastyczne, ale znaleźli się i tacy, co wychodzili. Czyżby momentami zbyt awangardowo? Czy część publiczności woli coś na styl nudnej do szpiku kości muzyki dużo bliższej operze, niż jazzowi? Trudno w tej chwili odgadnąć. Trzeba by popytać wśród przybyłych.



Podobno set trwał ponad półtorej – do dwóch godzin. Ja nie jestem w stanie potwierdzić tego info, bo byłem tak zaaferowany całym wydarzeniem, że straciłem poczucie czasu. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazje posłuchać tego składu live, nie wahajcie się ani razu. Ja będę nawet na 10-tym i 11-tym koncercie z rzędu, a za 20 lat będziemy wspominać pierwszy Polski występ w Kaliszu, przyzna to nawet Pan Natkowski, który po krótkiej rozmowie po koncercie powiedział mi „że to rzeczywiście było niesamowite”.
Robert dowiedział się wcześniej, że w pobliskim klubie Beka, będzie afterparty, dlatego zaprosił tam wszystkich zainteresowanych – dając do zrozumienia że ma ochotę na jam session. Poszliśmy we wskazane miejsce wpaść w mały wir. Był Dj Tort ze znajomymi, Paweł Skorupski (Spisek Jednego) z ekipą z Wrocławia, widziałem też Wojtka Mazolewskiego z Joanną Dudą, no i byliśmy też my, legendary DDC crew. Po chwili wpadł Casey Benjamin i Earl Travis z dwoma kumplami których skądś znałem, ale nie mogłem odgadnąć kto to. Usiedli spontanicznie między posiłkiem do pianina i perkusji i zagrali to:

ODB - Shimmy Shimmy Ya



Byłem przynajmniej po szóstym browarze i znałem pierwszą zwrotkę na pamięć, więc wywrzeszczałem to gdy oni grali. Wyszło mi chyba dosyć nieźle, bo dostałem propsy. Niestety to był jedyny highlight z jammu, gdyż niedługo później muzycy się zmyli bo nikt nie jammował i nie mogli włączyć się do zabawy.
Był to genialny wieczór. Jeden z najważniejszych w tym roku. Dostałem to czego chciałem i jestem zachwycony. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Kalisz znowu zaskoczy kimś ciekawym. Chętnie wybrałbym się tam jeszcze raz, a do impulsu potrzeba mi jest tylko jedna konkretna gwiazda formatu Roberta Glaspera,  jednak w tej chwili jestem daleki od zdradzania, na co czekam w 2012 roku.


Mam też mały tip dla podróżujących, chcących zobaczyć coś pięknego w niedzielne popołudnia. Wpadliśmy na to miejsce przez przypadek, słuchając płyty Al’ Tariq’a – „God Connections”.  Napiszę krótko, odwiedźcie Muzeum Leśnictwa w Gołuchowie. Jest tam przynajmniej trzydzieści pięć miejsc, w których spalicie kenta. Sprawdźcie to: