Strony

czwartek, 24 listopada 2011

Soul, nowy rap i Brainfeeder podbijają Polskę!

Kasia: “Jestem hardcorem i potem przegrywam z melanżem”. Klasyk. Musicie zatem pozwolić by mój klasyk uzupełniał co jakiś czas zapis tej relacji, gdyż z przyczyn po części tylko ode mnie zależnych, mój koncert Aloe Blacca rozpoczął się krótko po 21, niech będzie, że krótko, żeby nie było, że byłam raptem na 3 piosenkach. Bo nie byłam! Realnie koncert rozpoczął się punkt 20, supportem w postaci Exile’a. Realnie podobno występował pół godziny, wspaniałomyślnie oddając scenę naszemu bohaterowi, dla mnie, było to już nie tak po mojej myśli, bo ja rzeczywiście sądziłam, że jak to na koncertach obsuwa musi być. Życie płata figle. Obsuwy też. My Bad. Bije się w pierś. Obiecuję poprawę. 10 pompek Kasia!


Seb♥: Hmmm. Rzeczywiście, potrzebujesz jakiegoś szkolenia z kreatywnego melanżu w takim układzie. Póki co 10 pompek. Chociaż jeżeli chodzi o punktualność, to rzeczywiście należy pochwalić organizatorów, że dbali o Tych, którzy jednak w czwartek do pracy wstawali. Myśmy się kolektywnie ustawili pod Palladium punkt 20-sta, czekając jeszcze za Rafałem Groblem, który opiekował się TOKiMONSTA już od środy. Tym sposobem doprowadziliśmy do małego LA connection. Gdy oddawaliśmy kurtki do szatni, już było słychać rutyny Exile’a… i wiesz co? Dużo nie straciłaś, że Cię nie było. Mało tego Exile’a w Exile’u. Może dlatego, że to tylko support? Pamiętasz jego występ na Warsoul? Mimo iż nie był zbyt długi, to jednak dało się wyczuć, kto jest gwiazdą wieczoru. Alex starał się nie odkrywać wszystkich kart supportując Aloe, trochę poklikał w MPC, zrobił swój trademark z ciosami karate, ale to w większości był dj-set rozgrzewający piosenkami przed piosenkami na żywo, niż full live-act rozpierdalający system… Także, jeśli byłaś w WWA kiedy Exile grał z House Shoes’em, to znaczy, że wtedy słyszałaś go w pełnej okazałości. Jedno natomiast co się zmieniło, to to, że jest go o połowę mniej! Nie wiem. Moda jakaś – wszyscy się odchudzają.


Kasia: Jak wspomniałam, do Palladium trafiłam na 21. Aloe już zdążył rozgrzać publiczność, a publiczność zdążyła się już zorientować, że “Good Things” to nie tylko osławiony do granic wytrzymałości “I Need A Dollar”, ale także inne miłe piosenki, bo tupali nogami, kiwali z boku na bok, falowali, falowali? Tak robili dokładnie wszystko to, co robią zadowoleni fani muzyki podczas udanych koncertów. Aloe na scenie świecił, błyszczał, tańczył, ruszał się jak przykładny tancerz, swing, lewo, prawo, biodra, ręce, wymach, wdech, soul, piosenka za piosenką, pogaduszki z publiką, trzeba było się przytulać, uśmiechać, przytulaliśmy się, uśmiechaliśmy. Usłyszeliśmy głównie utwory z drugiego albumu artysty. Bis natomiast upłynął pod hasłem Michaela Jacksona. “Billie Jean”. Slow Motion. Solówka saksofonisty, przygaszone światła. KLIMAT. To było totalnie TO. Szczerze? Jeśli doszłoby do sytuacji, oczywiście tylko po części ode mnie zależnej, że moje spóźnienie przeciągnęłoby się do momentu bisu, ja ten bis przyjęłabym jak za cały koncert. Cudo.


Seb♥: Nie widziałaś wejścia? Ah! Żałuj. Ten koncert był zajebisty od początku do końca! Też odnoszę wrażenie, że tego wieczoru publika nie tylko przyszła posłuchać przeboju „I Need A Dollar”. Zdaje mi się, że publiczność wcześniej sprawdziła cały krążek „Good Things”. Klimat był fajny. Taki nie dla singli. Bardziej dla parek, czy świeżo zakochanych. Gdybym był Warszawiakiem i świeżo, bądź ze stażem – spotykałbym się z panną, wydałbym hajs na dwa bilety i z pewnością bym na tym nie stracił. Jest tak jak mówisz, kto mógł to się przytulał. Zwłaszcza na tych romantycznych utworach, niekoniecznie zabarwionych politycznie. Zresztą „Good Things” to w większości pozytywna płyta, nastrajająca do optymizmu, nasuwająca fajne momenty w życiu. Ciężko było się nie uśmiechać. „Make Me Smile”, „Green Lights” czy utwór tytułowy brzmiały cudnie na żywo. No i ta gadka z programem Soul Train, że publiczność ma zrobić tunel i kto ma ochotę do niego wskoczyć potańczyć – może czuć się do tego zaproszony! Kapitalny pomysł. Zresztą odniosłem wrażenie, że Aloe rośnie na pozytywnego showmana, którego nie da się nie lubić. Zespół towarzyszący na trasie Aloe – The Grand Scheme robił kapitalne wrażenie, zwłaszcza saksofonista Randal Fisher i gitarzysta Joel Van Dijk. Ich solówki były naprawdę imponujące. Maceo za bębnami wypatrzył jeszcze Te’Amira, którego w pierwszej chwili nie skleiłem, ale jak dał nam naklejki LA Soul, to wszystko zaczęło robić się jasne. Jeśli chodzi o bis, to nie mam komentarza. Ten cover zabijał na You Tube, a na żywo nie pozostawiał jeńców. Jeśli miałbym się przyczepić, czy szukać dziury w całym, to napisałbym, że szkoda, że Aloe nie gra na koncertach starych piosenek, zwłaszcza jeśli na widowni trafią się fani „Shine Through”, ale na tym koncercie nawet nie miałem czasu myśleć czy męczy mnie moda na retro. Fajnie gdyby Nathaniel kiedyś jeszcze wrócił na ścieżki poszukiwania nowoczesnego brzmienia, tak czy siak było git. Sprawdźcie ten filmik:



Kasia: Najbardziej jednak czekałam na czwartek. Od kilku ładnych tygodni czekałam na czwartek i Przegląd Form Muzycznych “Kwadrat“. Dobry wieczór TOKiMONSTA! Tak! Gdy był ten szalony czas ogłaszania gwiazd i organizatorzy powiedzieli: “A teraz przed Wami TOKiMONSTA“, pomyślałam: “serio?”. W takich momentach z wrażenia, spada się z krzeseł, wypluwa płyny z ust, jeśli akurat coś pijesz, a nie jesz, przypala ubrania żelazkiem, co kto lubi, wedle uznania. Ja byłam bliska płaczu, płacz szczęścia proszę bardzo! Takiej rangi była dla mnie ta wiadomość! Ten rok to taki muzyczny rok-niespodzianka, z tą różnicą, że w jajku nie zawsze trafisz na figurkę czy upragnioną koparkę, a tutaj masz jak w banku, że obiecana niespodzianka, naprawdę spełni Twoje oczekiwania i wbije się w 100 % w kryteria wymarzonej niespodzianki. Niespodzianka to ładne słowo. Dobrze, ale zostawmy na razie Toki i zacznijmy od początku.


Seb♥: To musisz kontynuować, bo ja straciłem początek. Wiesz. Melanże, a potem jeszcze oddelegowaliśmy się z Maceo na wywiad z Oddisee i TOKi. Myślałem, że załatwimy to w 15 minut, a tutaj uciekł cały koncert. Zresztą pewnie coś będzie w necie w bliższej lub dalszej przyszłości.

Kasia: Wieczór zaczął Rasmentalism. Nie ma co ukrywać, spora liczba osób przyszła głównie na nich. Było dużo dziewczyn i chłopaków. Oni znali teksty i podnosili ręce w górę, gdy właśnie był na to czas. Obie strony były zadowolone. Uśmiechy na twarzach, wspólne śpiewanie refrenów, brakowało zapalniczek. Zespół występował w powiększonym składzie ku nieokiełznanej radości fanów bo mikrofony wzięli także W.E.N.A. i Małpa, a i swoim głosem nie omieszkał czarować również Eugene Scott. Koncert zaliczony do tak zwanych udanych. Sympatyczna atmosfera, zaangażowanie chłopaków, zaangażowanie publiki, sielanka, polski hip hop w cenie, warunek “dobra muzyka, ładne życie” plus ładny koncert spełniony, zaliczony.


Gdy skończył Lublin, na scenę wszedł Washington D.C. baby! Obama? Nie. To to nie ten dom. Na marginesie warto zauważyć, że odstępy pomiędzy występami, były krótkie. Krótkie czyli starczyło czasu na załatwienie spraw przy barze, obejście klubu wzdłuż i wszerz, pozdrowienie znajomych, których jeszcze nie pozdrowiłeś i powrót pod scenę, bo artysta właśnie zaczynał. To było fajne, bo jak mówię, można było złapać oddech, koleżankę, kolegę i w międzyczasie inne rzeczy i nawet nie zauważyłeś, że już czas! Więc Washington D.C. - Oddisee! Gdy się pojawił, słyszę głosy: “Taki trochę hipsterek!”. No i? Nie ważne. Zaczyna się rap! Rewelacyjny rap. Oddisee pokazał, że jest jednym z tych artystów, którzy kochają to co robią, zbierają za to dolary, ale ciągle robią to z miłością i pasją, humorem i znowu z pasją, bo interakcja z publicznością była godna podziwu, a ekspresyjność samego Oddisee ponad przeciętna, wysoko ponad. Matko. To rzeczywiście było tak dobre! Publika, nawet jeśli wśród niej znaleźli się tacy, którzy może niekoniecznie byli zaznajomieni z jego osobą, przyszli na wcześniejszy Rasmentalism, ale jednak zostali bo nie dopili piwa, to zostali, poczuli energię od tego sympatycznego rapera, producenta i człowieka, który chyba nigdy nie śpi (jest miesiąc kiedy nic od niego nie dostajemy?) i wszyscy bawili się pierwszorzędnie. Oddisee zaprezentował materiał z ostatniego wydawnictwa “Rock Creek Park” i pozostałe produkcje stworzone podczas tych bezsennych nocy. Jedno jest pewne podczas występu na pewno nie był senny i jego pierwszy (daj Bóg więcej!) występ w naszym kraju wypadł wzorowo. Medal, kotylion, cokolwiek dla niego i dla publiczności. Zresztą. Na co odznaki? Na nowy rap czy jesteście gotowi? Jesteśmy gotowi! Mhhm są gotowi!




oddisee


Seb♥: Nic dodać, nic ująć.

Kasia: I nareszcie TOKIMONSTA. Dobry wieczór TOKIMONSTA! Nie ukrywam, że na nią czekałam najbardziej. Zdążyliście zorientować się już na wstępie. Bingo! Jest kobietą. Jest piękna. Robi muzykę, którą niejednemu facetowi “gra na nosie”. Proste, że ją uwielbiam. Rozpoczęła „Breath On My Contacts”, i tak! Szczerze przyznaję, wolę jej wersję niż oryginał. Później skutecznie przeplatała swoje utwory, z utworami kolegów po fachu czy to z Brainfeeder czy inne melodie. Jej prezencja, sposób grania, subtelność, a jednocześnie charyzma i taka jakaś drapieżność (grająca kobieta? Nie kręci Cię to?), w ogóle całokształt. Była uśmiechnięta, co chwilę zerkała na publiczność, znowu się uśmiechała, a ja? Byłam w niebie. Czarująca. Miałam ten komfort, że mogłam siedzieć bezpośrednio przed nią i przysięgam na kolanach, jej live act, mimo głosów, że nie wniósł nic nowego, czego nie moglibyśmy zobaczyć na youtube, dla mnie był po prostu rewelacyjny. Jej muzyka działa na mnie jak afrodyzjak i możliwość zobaczenia oraz usłyszenia jej na żywo, to była jedna z lepszych rzeczy jakie mnie ostatnio spotkały. Chwilami było spokojnie, za moment przyspieszała, a gdy poleciał “Simon Says” przyspieszyła i publiczność. Sebol do Kasi: “Nie wierzę, że kobieta gra coś takiego“. Sebol z Mentem: “Get the fuck up” i taniec. Kobieta gra rap ha?. Nie pamiętam dokładnie ile trwał jej set, standardowo - szczęśliwi czasu nie liczą, wtedy byłam najszczęśliwszą osobą w Europie Środkowej, jedno jest pewne, mój wilczy apetyt na piękną muzykę został zaspokojony do syta. 100% satysfakcji.




toki


Seb♥: Hehe. Nie koniecznie miałem na myśli to, że kobieta gra rap, tylko to, że gra kawałek, w którym Pharoahe nawija o tym, że laski mają się łapać za cycki! Fajnie to skomentowałaś. Więcej nie dodam, bo i po co, jeśli można posłuchać tego tutaj:



W każdym razie, należy zwrócić uwagę na fakt, że po wywiadzie jeszcze trochę pogadaliśmy z TOKi o rzeczach bardziej światopoglądowych, pijąc do tego wódę. Byłem w szoku jakim jest koneserem czystej, za co dostała moje wyrazy uszanowania, bo nie jestem w stanie pić na strzały. A do tego, tak dobrze ogarnęła granie! Szatan dziewucha!

Kasia: Ostatnim z wykonawców był Małpa. Jak Małpa to Toruń. Mój lokalny patriotyzm szeptał mi do ucha: “Kasia musisz zostać. Toruń Cię wzywa. Kasia impreza!”. Stawiłam się zaledwie na 2 utwory. Było już późno. Ja byłam w późnej fazie zmęczenia (to, że piszę razem z Sebolem, nie jest równoznaczne, z tym, że moje zmęczenie jest równoznaczne z jego zmęczeniem) plus inne przyczyny techniczne spowodowały, że na dwóch utworach się skończyło. Co nie zmienia faktu, że brawo Małpa!




malpa2


Seb♥: Moje zmęczenie nie miało miejsca. Jakoś mnie nie pociąga polski rap, więc poszedłem za życiem towarzyskim i… Hmmm uduchowionym?! Tak! Jah mnie wzywał i mój tribe z którym miałem odbyć obrzędy. Ale zdaje się, że chciałaś podsumować całość?

Kasia: Przegląd Form Muzycznych “Kwadrat” dobiegł końca. Impreza, która w „cyklicznych odsłonach kilka razy w roku, prezentuje wykonawców z kraju i ze świata wyznaczających kierunki rozwoju współczesnej muzyki miejskiej w duchu tradycji i nawiązań do klasyki gatunków” dostarczyła mi potężny ładunek muzycznych doznań, pozytywnych emocji i wrażeń. Organizatorzy bez zażenowania mogą przybić sobie piątkę. Udało się. Polska publiczność nie boi się nowości. Nowości lubią polską publiczność. Wywiązała się chemia. Rachunek jest prosty - opłaca się ryzykować i inwestować w mniej niż komercyjne pewniaki. Oddisee i TOKiMONSTA dziś może jeszcze nie błyszczą na światową skalę, ale idę o zakład, że prędzej czy później to nastąpi i wszyscy, którzy byli wtedy w Skwerze powiedzą z nostalgią, nutą rozmarzenia w głosie do swoich wnuków, no dobra dzieci: “Pamiętam jak w 2011...” Na naszych oczach rodzą się gwiazdy. Warto w tym uczestniczyć, jak nadarza się okazja, a przecież okazje są stworzone po to, by z nich korzystać. Bierzcie to! Polecam na przyszłość. Będę w przyszłości.

Seb♥: Pięknie napisane. Pozostaje mi się pod tym podpisać. Całe swoje uznanie kieruję do Rafała Grobla i Janka Porębskiego. Kawał dobrej roboty do kwadratu.