Strony

poniedziałek, 24 października 2011

Warsoul weekend z Na Stare Million w tle

Seb♥: Jestem hardcorem i potem przegrywam z melanżem. To zdanie w pełni opisuje moją chęć celebrowania urodzin. Tak… Pojechałem na pierwszą, jesienną odsłonę Warsoul już w piątek, bo tak się złożyło, że ekipa Na Stare Milion obchodziła drugi rok swojej działalności. Niestety jestem pazerny na siano. Zawsze oszczędzam urlop i nigdy nie jeżdżę Intercity. To oczywiście ma swoje minusy. Działając w ten sposób przy piątku, zawsze można się liczyć z wycieczką przy kiblu, ale w tym przypadku akurat mi się udało. Dostawili trzy wagony, kiedy pozostałe były już totalnie wypełnione. Gdyby tego nie zrobili, pewnie jechałbym na dachu, jak na tym legendarnym zdjęciu z Indii. Na szczęście mój brak zaangażowania w walkę o miejsca siedzące w tym przypadku się opłacił, bo dzięki zachowanemu spokojowi jechałem jak panisko - na siedząco. To zazwyczaj się nie zdarza. Drugim minusem jest jak zawsze zbyt szybko upływający czas. Wyruszając po robocie, dotarłem do Warszawy po dziewiątej wieczorem. Mogłem zapomnieć o prysznicu na Kabatach. Spotkałem Buszkersa pod stacją metra w Centrum i wbiliśmy się od razu do Powiększenia. Na miejscu było już całkiem sporo ludzi, a najfajniejsze było to, że ten wieczór to takie małe, nieoficjalne “diggin party”, co sprowadziło całkiem liczną grupę znajomych z różnych zakątków Polski. Nawet mimo głośnego i popularnego Unsound w Krakowie. Takie spotkania sprzyjają rozmowom, a konwersacje najlepiej prowadzi się z drinem. Zresztą, znacie to z autopsji to co tu będę ględził o rzeczach oczywistych. Najpierw wypiłem piwo, a potem miałem szklankę. Za chwilę szklanka wypełniła się J-Sonowym whisky i wchodziłem na coraz wyższy szczebel melanżu. Zanim jednak nastąpiła apokalipsa w mojej głowie, to pogadałem o tym co w życiu innych pasjonatów muzyki. Najdłużej natomiast pogadałem z Kasią, z którą ustaliliśmy, że warto napisać wspólnie relację, skoro widzimy się w obydwa wieczory. Prawda?
plakat2

Kasia: To było tak:
Sebol: Siema! Jak tam? Kasia: Bywało lepiej. Zdziwiona mina Sebola. To jedna z tych chwili gdy potrzebujesz aparatu. Kasia: Aaaaa Ci chodzi o imprezę? No chłopaki miło grają. Sebol: bla bla bla, napiszmy razem relacje. Kasia: Chyba żartujesz. No ok. W ten oto sposób Sebol przestaje być niezależnym korespondentem. Coś na kształt fuzji, ale nie do końca, bo każdy jednak ceni swoją niezależność. Aha. Witam wszystkich i pozdrawiam mamę.
Seb♥: Hehe. Tak... A pamiętasz, że podobne perypetie życiowe zdecydowały o tym, że musimy iść przynajmniej na 12 randek? Także generalnie nieźle. Kiedy to wszystko się działo, za deckami byli Buszek i Mentos, grając B2B, wymieniając się co 5 tracków. Fajnie grali. Pamiętam, że rozstrzał stylistyczny był szeroki. Mikołaj nie bał się nawet rozgrzewać imprezy Thundercatem, a takie zabiegi zawsze doceniam i w ogóle nie mam ochoty słuchać pieprzenia na temat tego, czy to się nadaje do klubu czy nie. No nie?
Kasia: Jestem tego samego zdania, zwłaszcza, że Thundercat i “Golden Age of Apocalypse” to płyta, która towarzyszyła mi przez ostatnie kilka tygodni dość intensywnie, co prawda nie było to “For Love I Come” - mój niekwestionowany faworyt (klimatem raczej nie pasujący do imprezy), ale miłe zaskoczenie i tak się pojawiło...
Seb♥: Ment natomiast śmiało ciągnie motyw grania nowego rapu, co było świetnie słychać i widać, bo chłopakom fajnie udało się rozkręcić parkiet.

nsm

Kasia: Ja tam jeszcze słyszałam soul (John Legend!), starszy hip hop (Common), trochę Francji (Hocus Pocus) i hity słodkich czasów podstawówki m.in - Nana “Lonely“. Tak! Taka trochę “30 ton lista lista przebojów”, brakowało tylko Heyo Captain Jack! Absencje tego numeru rekompensowały skutecznie odbiorniki telewizyjne ustawione przed sceną, a w których na przemian leciały reklamy proszku do prania, tirów(?) i oda do kondora w wykonaniu Lubelskiego Fulla. Wiecie o czym mówię. Ludzie dali się ponieść emocjom, były tańce godowe, tańce towarzyskie, wszystkie rodzaje tańca.

ludzie

Seb♥: Dokładnie. Propsy dla Bartka Szymkiewicza. Jego pomysły na oprawy wizualne imprez NSM są niesamowite! Gdy zaczynał J-Son, w mojej krwi płynęło już dużo whisky. Nie wytrzymałem do headlinera wieczoru Cuthead'a. Dlatego wybaczcie, ale nie zrelacjonuję tego, bo byłem zbyt nastukany żeby zostać dłużej.
Kasia: Ja też nie jestem w stanie, wsiadłam w taksówkę i z piskiem opon odjechałam spod Powiększenia, tzn. Pan taksówkarz tak poprowadził auto. W tym miejscu oddajemy głos Wam, ukochani czytelnicy, tzw. “Byłeś? Napisz relacje!”. Najlepsze 3 prace wygrywają. Żartuję, my też robimy wolontariat.
Seb♥: WTF?! Wolontariat? Sami jesteśmy swoimi szefami! Wczesny wake-up, praca, podróż pociągiem, z którego trafiłem prosto do klubu, a potem łycha – to dla mnie zbyt wiele. Przegrałem z melanżem, ale pragnę dodać, że walczyłem dzielnie. Pozdrawiam wszystkich których spotkałem i z którymi nie przybiłem piątki na dowidzenia.
Kasia: Również pozdrawiam wszystkie napotkane osoby, m.in. Miłosza, który próbował uczyć mnie, jak puszcza się oczko. Ćwiczyłam na tych telewizorach. Nie. Cały czas nie umiem.

telewizory

Seb♥: O transcendencjo! Chwała Tobie za te coraz chłodniejsze wieczory, dzięki którym człowiek wracając do domu trzeźwieje. Buszek, Tobie dzięki za te smażone pierogi o 2giej w nocy! Prysznic wyjaśnił całe zamieszanie, ale ostatniego kenta już nie dopaliłem.
Kasia: Ja ze swojej strony tylko dodam, że to nie ten etap bym uzewnętrzniała się, aż tak bardzo i pisała o tym co zjadłam na śniadanie, co wypiłam do kolacji i jak trafiłam tam, a nie tu, więc pozwólcie, że skupię się wyłącznie na muzyce. Sebol szybciej.
Seb♥: Już, już. Spoko. Poranek był ciężki. Mikołaj zrobił pobudkę Stalley’em, głowa napierdalała mnie niemiłosiernie i nie było tabletek na ten stan. Dopaliłem wąsa zapijając go herbatą. Prysznic, śniadanie i samotna wycieczka po stolicy doprowadziły mnie do ładu i składu. Zrobiłem biznesy w Side One i pojechałem na Saską Kępę do Maceo, który wcześniej odebrał Taylora z lotniska. Chłopak był masakrycznie wymęczony po koncercie w Dublinie, z którego pojechał bezpośrednio na lotnisko. Daliśmy mu wypocząć i sami ładowaliśmy baterie przed resztą dnia. Maciek grał dwie imprezy poprzedniego wieczora, więc sam niewiele spał. W międzyczasie wymyślaliśmy pytania dla naszego gościa, na które niebawem zobaczycie odpowiedzi w TVP2, w programie Poziom 2.0, który ogarnia Agata Całkowska. Warsoul goes to TV baby! Zabraliśmy Taylora jeszcze na kolację, żeby chłopak miał więcej siły na występ. Pogadaliśmy o tym co tam kombinuje. Okazało się, że plany płytowe nieco się zmieniły. Nie będzie to tak jak opisywałem w “zapowiedzi”. Otóż płyta “Early Riser” ukażę się w Brainfeeder, tak jak było mówione. Przewidziana data to luty 2012. Zero gości. 100% Tayora McFerrina. Producentowi zależy na tym, żeby jego debiut to była w pełni jego płyta ukazująca jego kunszt. Kawałki z Coco i Jose Jamesem prawdopodobnie pojawią się później na EPce, która będzie zawierała kolaboracje Taylora z innymi artystami. Zaraz po jedzeniu, odbył się soundcheck. Jego fragmenty zarejestrował Maceo i możecie go sprawdzić tutaj:



W międzyczasie ja i Łukasz Zabłocki rozmawialiśmy sobie z Taylorem, o tym co będzie się działo podczas występu. Okazało się, że młody McFerrin nigdy nie wie, ile jego showcase będzie trwał. Wszystko jest magią wieczoru, więc jeśli idzie nieźle, to i występ jest dłuższy. Zdziwił nas fakt, że Taylor nie ma przygotowanego live-actu, całe jego granie, to jedna wielka improwizacja. Posługuje się instrumentami, bankiem sampli które programuje na żywo, beatboxem, śpiewem, a jeśli czuje taką potrzebę to nawet rapuje. Powiedziałem mu wtedy, że mimo bardzo nowoczesnego zestawu, to idea nadal wpisuje się w jazz. Przyznał mi rację. Doszliśmy do tego, że Brainfeeder, mimo że przez wielu określany jako oficyna nowo-beatowa, czy też powiązana z elektroniką – kontynuuje tradycję jazzową w bardzo futurystycznej formie. Czy konserwatywni krytycy uznają to za jazz za 10-15 lat – dziś nie za bardzo mnie to obchodzi. Wierzcie mi – to jest jazz. Od 21:00 parkiet rozgrzewał Envee. Ależ on jest w formie. Selekcja, miks, poruszanie się za konsoletą. Masakra.
Kasia: Potwierdzam. Ekspresyjność to jego drugie imię. Wszystko bez zadyszki. Tylko my musieliśmy brać głęboki oddech, by nadążyć za tym co serwował i w jaki sposób to robił. Ile on ma lat?
Seb♥: Kasiu… co to za myśl?! Envee to młody duch. Każdy Ci to powie. W błyskawicznym tempie rozgrzał publikę grając sztos za sztosem. SBTRKT, reinterpretacje Odd Future wykonane przez Amp Live and The Jazz Mafia, a także remiksy swoich utworów czy kolegów z U Know Me. W międzyczasie wypiliśmy z Taylorem jeszcze kilka piw i pogadaliśmy o grach komputerowych, NBA na którym się kompletnie nie znam, o jego siostrze, która jest dobrze zapowiadającą się młodą dziennikarką muzyczną. Wymieniliśmy się linkami na You Tube. Totalnie rozwalił mnie filmik Spike’a Jonze’a, prezentujący piorunujące umiejętności młodego tancerza z LA: Lil Buck’a. Jako że Taylor jest wkęcony w rap, a ponadto jest z Nowego Jorku, to pokazałem mu ASAP Rocky’ego i Smoke DZA. Dowiedziałem się dzięki temu, że z Brooklynu można dojechać do Harlemu w godzinę. Oprócz tego, przetoczyliśmy wagon beki z nowego klipu Taylera pt. “Bitch Suck Dick”. Po tym ostatnim, Taylor był już gotowy do występu. Tutaj oddam głos Kasi, bo jako, że jest kobietą docenia nie tylko dobrze brzmienie, ale też zwraca uwagę na walory estetyczne.
Kasia: Nareszcie. It’s my turn! Jak Sebol trafnie zauważył cenię piękno. To wewnętrzne i zewnętrzne. Tak jestem wzrokowcem. Taki mój urok. Dlatego moja relacja przybiera taką właśnie formę:
Dzień drugi w Powiększeniu to Warsoul Sessions i sztuka uwodzenia według Taylora Mcferrin'a. Muszę to powiedzieć: Panowie?! Patrzcie i uczcie się, jak w niecałe 2 godziny zdobyć kobietę (w niecałe, bo większa część damskiej publiczności została zniewolona przez młodego Mcferrina już po kilku minutach, ba, niektóre były jego, zanim zdążył wejść na scenę. Nie pytajcie...pozdrawiam w tym miejscu wszystkie Kasie, które były wtedy ze mną). Prostota, skromność, urok osobisty, pasja i masz mnie.

taylor1

Live act rozpoczął się krótko po godzinie 23. Pierwsze dźwięki i już wiesz, że jest to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. To już tradycja, że na Warsoul Sessions swoje popisy muzyczne prezentują artyści z górnej półki, z tego działu "dla koneserów wyłącznie". Taylor zaczął spokojnie, wprowadzając słuchaczy w swoisty trans, który miał trwać już do końca. Pełna improwizacja, interpretacja dowolna. Jesteś Ty, Twoje zmysły i Taylor, który za pomocą swoich dłoni i ust, przenosi Cię do innego wymiaru przyjemności.
Tak jak było podkreślane przed jego występem, to zdecydowanie jednoosobowa orkiestra, zespół jednego muzyka, którego śmiało porównać można do bandu jazzowego.
Popatrzcie jak to działa. Klasyczna sceneria - zadymiony lokal, okrągłe stoliki z różą w wazonie, przy stolikach on i ona, czasami ktoś trzeci, innym razem ktoś czwarty, kelner rozlewa whiskey (Sebol, ale Ty już nie pij! Embargo na alkohol). Zespół wchodzi na scenę. Brawa. Zaczyna się przedstawienie. Jazz. W pewnej chwili trąbka wymyka się spod kontroli, chce grać pierwsze skrzypce, zdezorientowana reszta zespołu krzyczy "halo trąbka, a Ty gdzie?", Zaczyna się pościg. Biegnie fortepian, druga trąbka. Początkowy chaos spowodowany przez niepohamowane zapędy tej pierwszej, przeistacza się w jedną całość, improwizowaną, ale jednak już całość. Na tym polega ta zabawa. Taylor zna reguły tej gry i postanowił nam ją przybliżyć podczas swojego występu. Zmieniła się tylko scenografia. Nie było stolików, kwiatów tym bardziej, cygara zostały zastąpione papierosami, a żywe instrumenty nowoczesnymi zabawkami i umiejętnościami beatboxingowymi artysty. Takie czasy, to nie Mo' Better Blues. No i w swoim zespole był tylko on, ale to już ustaliliśmy, Taylor nie potrzebuje do tej rozgrywki nikogo innego. Sam wychodzi poza konwenanse, odbiega od schematu, by zaraz powrócić, dogonić samego siebie. Wszystko płynie, toczy się swoim tempem, są chwile, że nic nie pasuje, ale w ostatecznym rozrachunku wygląda/brzmi jak szyte na miarę. Improwizacja! Taylor pokazał nam nowy wymiar jazzu, który można było zinterpretować na tyle sposobów na ile zapragniesz. Jedyną granicą była Twoja wyobraźnia.
Seb♥: Bardzo się cieszę, że Kaśka odebrała koncert Taylora jako “nowy wymiar jazzu”, o którym zresztą już napisałem wcześniej! To bardzo ważne. Ale uwaga! Nowy wymiar muzyki jazzowej nie powinien być tutaj odbierany dosłownie, nie oznacza to, że Taylor “zagrał” cały koncert grając wolne, organiczne motywy przywodzące skojarzenia o muzyce którą znajdziecie w sklepie z półką z muzyką Gil’a Evansa, czy McCoy’a Taynera.
Kasia: Oczywiście, że nie. Moja wizja książkowego koncertu jazzowego, to wszystko dlatego, że bardzo lubię ten film “Mo’ Better Blues” i poniosła mnie wyobraźnia, ale jak podkreśliłam, sceneria się zmieniła, tylko zamysł improwizacji ciągle ten sam. Rozumiemy się!
Seb♥: Taaak… Były piękne wolniejsze momenty, które niektórzy, mniej cierpliwi mogli uznać za “zamulanie”, ale było też klubowe pierdolnięcie, typowo Brainfeederowe – mocniejsze, bardzo taneczne, ocierające się o bardzo różne style i gatunki.
Kasia: Było. W pewnym momencie, wyszłam na zewnątrz, wracam, a tu zupełnie inny klimat. Kasia? Weszłaś w nie te drzwi? O tym mówiłam. Widzicie? Improwizacja. Jest spokojnie, a zaraz spada na Ciebie kaskada dźwięków, które trudno już nazwać powolnymi, jak byś był na imprezie techno. Prawie. Bo Taylor to nie techno, przecież wiecie.
Seb♥: Nie mogłem uwierzyć, że to nie było wcześniej przygotowane. Zdolność do wymyślania chwytliwych melodyjek tego gościa jest porażająca. Jeśli to nie trick, to Taylor w Powiększeniu przygotował kilka niezłych bangerów na poczekaniu. Robert M, ze swoim filmikiem w którym robi hita w 10 minut, powinien zapaść się pod ziemię widząc tego gościa w akcji. W 15 minut, to Taylor zrobił ze 4ry hity. Do tego jeszcze freestyle, beatbox i śpiewana końcówka. Oj bracia i siostry jaka to była końcówka! Ten śpiew, oparty na bardzo prostym, w zasadzie jednym wersie rozjebał wszystko. Byłem w szoku. Spojrzałem na zegarek, a ten wskazuje, że Taylor gra już dwie godziny. Klimat Powiększenia znowu pozytywnie mnie zaskoczył, artysta też musiał czuć się świetnie przyjęty, bo mimo że zagrał prawdziwy maraton, to jeszcze wrócił na bis, co chyba zaskoczyło wszystkich…

taylor5

Kasia: …ale Taylor wchodził na scenę ze szczerym uśmiechem i ten bis… ten bis był tak dobry, że stałam jak rażona piorunem, nie dowierzając, że jeden człowiek może stworzyć coś tak pięknego. Magia, magia i jeszcze raz magia, nawet jak teraz to piszę, przypominając sobie ten koniec, mam ciarki na całym ciele. MAGIA! Kasia W. Ty wiesz o czym mówię! Odbieramy muzykę w ten sam sposób i na tej końcówce leciały już niecenzuralne określenia, których nie mogę tu przytoczyć, bo moja mama to przeczyta, a które miały wyrażać nasz zachwyt nad jego osobą, zarówno jako muzyka, jak i obrzydliwie uroczego, przystojnego młodzieńca plasującego się wysoko ponad średnią krajową - zagraniczną krajową? Tak. Wysoko jest! Uhm emocje puściły.
Seb♥: Do tego zero gwiazdorstwa, rozmowy ze słuchaczami, chęć zabawy przy secie Niewinnych. Po prostu bomba. Taylor udzielił jeszcze wywiadu Calakowi i Raqowi, więc pewnie jego ciekawe wypowiedzi znajdziecie jeszcze w necie. Naszego gościa odwiozłem do hotelu około 3ciej albo 4tej w nocy. Szaleństwo na parkiecie skończyło się w okolicach 6-tej. Maciek i Maciek pokazali klasę, bawiąc się nawet w konferansjerkę – do czego bardzo mocno namawiałem Envee’go. Spać poszedłem po 7-mej rano. Wstałem o 10-tej. Mimo że byłem roztrzęsiony, na nogi postawiło mnie śniadanie w My’o’My. Ich hamburgery i kawa z dripa to kanon klasyki.
Kasia: Biedak. Hamburgery na śniadanie? To może przemilczę co ja jadłam. WIĘC! Kasiu W! Ciągle myślę o tych wieloskładnikowych kanapkach, serach pleśniowych, kabanosach, OLIWKACH! I prawie soku z pomarańczy. Z jednej pomarańczy nie zaspokoi się pragnienia. No nie.
Seb♥: Haha. Biedak? To najwyraźniej jeszcze nie byłaś w tej knajpie! Randka? Ehh… Szkoda tylko, że spierdolił mi Interregio, a następny pociąg spóźnił się 45 minut.
Kasia: Wszystkie pociągi na Centralnej jechały jak by chciały, a nie mogły. Mój też nieplanowo. PKP for life!
Seb♥: Ehh… Myślałem, że będę w domu błyskawicznie, a wszystko się przeciągało i czułem, że się rozpadam. Jeszcze taxi drajwer w Poznaniu, mimo że był miłym dziadkiem, wykasował mnie 27 PLN, że nawet nie miałem za co zamówić obiadu. Mimo tego, ten weekend był przezajebisty! Najważniejsze jest to, że Warsoul nie zwalnia i do końca roku jeszcze dużo się wydarzy. Już nie mogę się doczekać!
Kasia: Zaskoczenia nie będzie, jeśli napiszę, że ja też. Warsoul to dobra marka, za każdym razem podkreślająca coraz bardziej swoją klasę. Więc, z wypiekami na twarzy czekam na kolejną odsłonę.
Co Sebol jakoś poszło. Ha?
Seb♥: Mówiłem, że się uda!