Strony

czwartek, 15 września 2011

What'cha wanna do? Do-over!

Kiedy latem w klubach nie bardzo się dzieję, imprezy przenoszą się na ogródki, skwery, plaże i coraz modniejsze kontenery. W Poznaniu jeszcze za dobrze w tym stylu się nie bawiłem. Wrocław wygrał imprezami na dachu Renomy, a przynajmniej tak słyszałem. W Warszawie jest całkiem zajebiście w CUDzie i wiele dobrego mówi się o Placu Zabaw, ale tam akurat nie byłem. Zazdrościłem też Krakowowi, bo dwa lata z rzędu zajebiste pikniki urządziły Natalia i Kasia z MISBHV. Imprezy na świeżym powietrzu, to w Polsce nowość. Przynajmniej te, które mogłyby interesować podobnych ludzi do mnie. Nie mówię przecież o pikniku country w Mrągowie, ani o dyskotece w Post Dali Plaża. Gdy rozmawiałem ze znajomymi promotorami czy dj'ami chcącymi zrobić coś na własną rękę, zawsze słyszałem zdanie w stylu: "chcemy zrobić coś na kształt Do-Over". Nie można się temu dziwić. Imprezy sygnowane nazwą Do-Over są legendarne - potwierdzi to każdy kto ma o nich w ogóle pojęcie. Zresztą potwierdza to choćby laurka od magazynu Fader, która zamyka istotę tego wydarzenia w jednym zdaniu: "Top 5 Summer Parties in the US". Moja świadomość ogródkowych balang z tego cyklu zrodziła się dzięki Stones Throw. Nie pamiętam kiedy, ale to nie jest ważne. Istotnym było kiedyś tam się zjawić.


Jak widać na powyższym flayerze, Do-Over obchodzi w tym roku 7 lat działalności w LA. Dzięki popularności jaką cieszą się te imprezy na całym świecie - organizatorzy poszli na rękę tym, którzy nie mogą tak po prostu wpaść do Los Angeles czy innych miast w Stanach, takich jak Miami, San Francisco czy Portland. Tym sposobem Do-Over odbyło się w Tokyo, Londynie czy ostatnio w Berlinie. Krótko przed weekendem w który miały odbyć się niedzielne pląsy, odwiedził mnie Paweł z Sylwią i rzucił że wybiera się do Berlina na to kultowe party. Akurat wychodziłem z psem, więc trochę mnie tym zaskoczył, bo Buba ciągnęła mnie żeby obsikać trawnik. Mówię: "Kurwa! Stop, wróć. Jak na Do-Over? Kiedy, gdzie i za ile?!" Na co on do mnie: "No do Berlina, teraz w niedzielę - jak będzie pogoda. Hostem będzie Aloe Blacc". Mówię Wam - zwariowałem! Myślę sobie... pociągnę temat: "Stary, jebać pogodę, jak to jest tak blisko to trzeba jechać bez względu na wszystko. Ile potrzeba siana?" Paweł na to: "W sumie to niewiele, ja jadę z żoną. Załatw jeszcze kogoś do auta, to podzielimy koszty. Fura jest na gaz z japońskimi wtryskami, to wyjdą śrubki, a wjazd na imprezę i tak jest za free, więc tylko musisz się zarejestrować na stronie". W tym momencie już wszystko było klepnięte. Pochwaliłem się swoim zamiarem wyjazdu na fejsie, ale jakoś nie było odzewu. Napisałem więc do Raka, to człowiek melanż, więc wiedziałem że zaraz obniżymy koszty podróży. Po 20-stu minutach, plan wycieczki był gotowy. Wyruszaliśmy o 10-tej, lecieliśmy przez Słubice z przystankiem na kawę u Dawida i postoju na dość imponującym kebabie na dworcu we Frankfurcie.


Pogoda była udana. Niebo w ogniu, atmosfera wyjebista. Po prostu miód malina zakończenie weekendu. I to jest piękne w idei Do-Over. Imprezy zawsze są w niedziele i zawsze od południa do wieczora. To doskonały pomysł - bo można się wyszumieć, wrócić do domu i jeszcze się wyspać przed poniedziałkowym powrotem do kołchozu. Oprócz tego, można korzystać z uroków pięknej, skąpanej w słońcu pogody, co jest świetną alternatywą do wydarzeń nocnych, do których już przywykliśmy.  Jadąc do Berlina nie mieliśmy pojęcia kim będą tym razem "secret guests". Wiedzieliśmy tyle, że nakręcać do melanżu będzie Aloe. Gdy dojechaliśmy do Picknick na Dorotheenstrasse to barbeque już pachniało w bramie kamienicy. Wchodząc głębiej, minęliśmy klub i przeszliśmy do kameralnego ogródka na którym przygotowano małą konsoletę z palet i parasola, gdzie grał już Dj San Gabriel a Aloe Blacc zapraszał wszystkich do wspólnej zabawy. Kupiliśmy browary, skręciliśmy kenta i rozłożyliśmy się na trawie w akompaniamencie słonecznego funku, soulu i hip-hopu. Aloe często freestyle'ował, podśpiewywał i wychwalał piękną aurę niedzielnego popołudnia. Byliśmy w niebie.


Gdy czerpaliśmy przyjemność z chwili, dołączyli do nas Jerry i Marta. Ja i Raku nie mogliśmy już wytrzymać, więc poszliśmy po więcej piw i uderzyliśmy na brukowy parkiet. Wtedy pojawił się pierwszy gość, był nim fenomenalny trębacz El Congo z grupy Machete Horns. Ależ on kapitalnie improwizował do numerów granych przez Gabriela. Akustyka Picknick'a dawała instrumentowi jeszcze większego pierdolnięcia dzięki otaczającym nas murom. 


Po secie Dja związanego z Niemieckim Hip Hop Don't Stop, Aloe zapowiedział swojego ziomka z Kalifornii - Dja Daya. Być może i jest kojarzony ze sceną hip-hopową, może nawet bardziej beatową i z rozpierdalaniem MPC w stylu Exile'a, ale tym razem grał wszystko co może umilić ogródkowe chlanie i tańczenie. Był rap, soul przez funk aż po house. Razem z nim pojammował jeszcze El Congo, którego widzicie na powyższym zdjęciu, rozmawiającego z Aloe. Dj Day konkretnie rozgrzał publikę i już mało kto zasiadał na trawie. W pewnym momencie dziewczęta zaczęły tańczyć synchronicznie, wciągając do swojego układu coraz więcej osób. A. Blacc zarządził kółko, w którym spontanicznie wygłupiali się ludzie w rytm setu Daya. Zresztą sprawdźcie sami:



Nieźle nie? W międzyczasie pogoda zaczęła się pierdolić. Zubilewicz, Omena a nawet Kret zapowiadali starcie dwóch frontów atmosferycznych i burze. Przyciągnęły nad Berlin wielkie chmury i deszcz wisiał w powietrzu. Dołączył do nas Mati, którego imię przewijało się w poprzednich wpisach wielokrotnie. Akurat był w Berlinie na urlopie. Zapytał mnie czy ludzie z którymi jestem są mu znani, odparłem że raczej nie ma szans. Okazało się znowu że świat jest mały. Ślósarek doskonale znał Jerrego i Martę.

     
W tłumie kręciła się Yarah Bravo, która też koniecznie chciała wpaść na Do-Over z tego co przeczytałem później na twitterze. Ona to chyba mnie śledzi w tym roku, najpierw widziałem ją w Szczecinie na Boogie Brain, potem w Hradec na Hip Hop Kempie a teraz w Berlinie na ogródku przy Dorotheenstrasse. Jak zwykle wyglądała odjazdowo. 


Ja dojrzałem jeszcze jednego znajomego. Był to Jonathan Kim, manager Exile'a i House Shoesa, który przyjechał z nimi do Warszawy na Warsoul Sessions. Okazało się, że tym razem jest w Europie razem z Djem Day. Zaczęło grzmieć, więc organizatorzy przytargali trochę większy namiot żeby w ekstremalnych wypadkach pogodowych sprzęt nie ucierpiał. Zapytałem Jonathana kto jeszcze został zaproszony jako "tajny gość"? Powiedział z luzem, że Benji B i Waajeed. Dałbym 100PLN żeby zobaczyć wtedy swoją minę. Powiedziałem mu, żeby sobie takich jaj nie robił, bo nie uwierzę dopóki nie zobaczę. Nie kłamał. Waajeeda widzicie już na powyższym zdjęciu.


Ludzie się nie oszczędzali. Po Dju Day, za decki wskoczył Benji. Nie grał z Serato jak poprzednicy, tylko podpiął CDki. W końcu, po tylu latach słuchania i nie odpuszczania żadnej audycji udało mi się załapać na jego set na żywo. Myślałem że pogra bliżej tego co prezentuje w BBC, ale tego wieczora nie miał zamiaru tego robić. Grał rap, soul, R&B i dosłownie kilka utworów klubowych. Randomowo, ale raczej bez odjazdów i eksperymentów. Gdy grzmiało, ludzie darli japy w niebo głosy, krzycząc kolektywnie "Łoooooooo!". Nie robiąc sobie nic z tego, że zaraz jebnie naprawdę rzęsisty deszcz. W końcu lunęło. Trochę ludzi schowało się pod kondygnację kamienicy, ale wielu dostało parasole i tańczyli dalej. Ja też nie odpuszczałem. Kilka browarów zrobiło swoje i wariowałem w pełnej ulewie. Benji grał mimo tego że woda chapała na sprzęt. 


Benkowi musiało się podobać, bo nadmienił kilka zdań o tym wydarzeniu w ostatniej audycji. Najgorętszy moment dla niego to puszczenie Lucy Pearl - "Don’t Mess With My Man" i dokładnie tak było. Panny nieźle leciały z refrenem. Zresztą, to tak chwytliwy numer, że sam sobie nieśmiało śpiewałem. No homo. W czasie gdy na dworze rozpętał się prawdziwy armagedon, w klubie już podłączał się Waajeed. Na jego set cieszyłem się najbardziej. Jestem od samego początku fanem PPP oraz Bling47. Wiadomo, to tylko dj set, ale wir już był włączony, a Jeedo jest z Detroit. Zagrał przekozacki set! Było wszystko od techno, przez house, rap by zakończyć na R&B. Lubicie Quasimioto? Był. Zasłuchiwaliście się kiedyś przy Detroit Experiment? Też było. Przez zamieszanie z deszczem, Benji chyba się nie wyszumiał za deckami. Dlatego przez ostatnią godzinę wieczoru, grali back2back z Waajeedem. Głównie R&B. Chyba wiedzieli, że przeważająca ilość dziewcząt dobrze się nakręca na słodkie piosenki. W międzyczasie skumałem się z Jonathanem i Dayem. Wspominaliśmy Warszawskie ekscesy i Dj Day potwierdził że plotkuje się o tym nawet w Los Angeles. Później Kim zdradził że nowy Emanon jest już gotowy i powinien ukazać się jeszcze w tym roku! Zajebiście. Spotkanie w Picknick kończyło się o 22. Aż żal było wychodzić, bo krótko przed końcem, nikt nie miał zamiaru opuszczać klubu. Pełny parkiet i klasyczna impreza. Na koniec, Aloe zaśpiewał swój największy hit, co bardziej słychać niż widać na poniższym filmiku. 



Kurde. Naprawdę nie wiem jak ja to wszystko pamiętam. Wydawałoby się po tych wszystkich relacjach że prowadzę rockendrolowe życie, a nadal pamiętam szczegóły. Chyba po prostu mocno to kocham! 


Na koniec powiem jedną prawdę którą uznamy za aksjomat, jeden niezbity fakt i obalę jeden mit. Do-Over jest legendarne i na zawsze tak pozostanie. Niemcy nadal są drogie w kontekście życia w Polsce a Niemki nie są wcale brzydkie, przynajmniej nie te z niedzielnych baletów - albo to nie były Niemki. Zakochałem się z 7 razy.