Strony

czwartek, 1 września 2011

Katowickie święto Nowej Muzyki w moim życiu po raz trzeci...

Łooooo... ostatnie dwa tygodnie mnie nie oszczędzały. Ledwo wróciłem z Czech, o czym czytaliście niżej, a już w piątek znowu wypisywałem wniosek urlopowy, by po raz drugi ruszyć na południe. Tym razem miało być krócej i intensywniej. Głównie dlatego, że nie opłacało się tracić wolnego od pracy dnia by potem spędzić pół doby w pociągu i finalnie posłuchać tylko Lamb na koncercie inauguracyjnym. Nie wiem czy to kwestia sztywnych dat bookingów, czy chęć wydłużenia festiwalu do czterech dni... ale wydaje mi się, że otwarcie festiwalu trzema zajebistymi koncertami, z genialnym sobotnim zakończeniem odbiło by się szerszym echem i pozytywniejszymi recenzjami. Gdy dziś przypomniałem sobie poniższy plakat na facebookowym fanpage'u festiwalu, to trochę się do siebie uśmiechnąłem tworząc wstęp do tej relacji. Dlaczego?



Amon Tobin? Oglądałem przez dwadzieścia minut. Jamie Woon? Nie słuchałem, musiałem wracać do pracy. Lamb? Jak wspomniałem wyżej, ominąłem ze względów organizacyjnych. Battles? Chyba wylecieli z lineup'u, bo nie widziałem ich nawet w harmonogramie koncertów. Little Dragon? W moim przypadku nie mogli wygrać z Rasem G, nawet z genialną Yukimi, która była już z ekipą na Warsoul. No i Ras jest w Europie zbyt rzadko. Mary Anne Hobbs? Wirowałem z Maceo, Kasią, Bartozzim i Aszim w Novotelu, ale słyszałem że urządziła niezły remont. Modeselektor? Apparat Band Live? Ci, którzy na nich liczyli, pewnie dobrze się bawili... Mnie oczywiście zabrakło. Gold Panda? Podobnie jak Battles wypadł i jego akurat mi szkoda. Chociażby ze względu na ten sztos:

Gold Panda - Marriage


Bonaparte? Sorry - człowiek nie może znać wszystkiego. Superpitcher? Nie znam. Wiem tylko tyle, że przenieśli ich do jakiegoś klubu, bo była kiepska pogoda... Rodzi się pytanie: Coś Ty Sebol tam w ogóle robił? Ano jak co? Genialnie się bawiłem! Wróćmy do początku, żeby wprowadzić jakiś ład chronologiczny w całym tym szaleństwie.

PIĄTEK:
Z przemiłymi postaciami z powyższego zdjęcia mojego autorstwa umówiłem się wcześniej. Afree i Monika zaproponowali dość wczesny pociąg, ale to dawało nam dużo czasu operacyjnego na "łakocie i witaminy" w Katowicach. Wiadomo, prysznic i porządny biforek musiał wejść w grę, bo bez tego to kiepsko. Cały przedział był dla nas. W Lesznie dosiadały się do nas jeszcze Ala i Madzia i już było super. Towarzyszyła nam jeszcze starsza Pani, która cichaczem podśmiechiwała się z naszych "obrzydliwych żartów, które ranią". Nie skrzywiła się nawet kiedy zrobiliśmy wspólnie symboliczną wiśniówkę. Strasznie bawiło ją parodiowanie "Trudnych Spraw" i gdy na na przystanku w Katowicach opuszczaliśmy pociąg oraz żegnaliśmy podróżniczkę, powiedziała nam, że nie musimy się przejmować ostrym językiem i obleśnymi kawałami o ślinie i więzieniu, bo spotykały ją gorsze rzeczy. Odkryłem nową zabawę w swoim życiu. Okazało się że uwielbiam rozśmieszać nieznanych mi bliżej starszych ludzi. Na miejscu poczekaliśmy jeszcze na Raka, który przemierzał trasę z Częstochowy. Tak, tak... Tauron Nowa Muzyka to od trzech lat muzyczna Mekka dla najbliższych znajomych. Nasza szóstka, to tylko początek natłoku spotkań towarzyskich. Reszta ekipy dopiero spływała z innych części Polski by ostatecznie spotkać się w legendarnym hostelu na ul. Klimczoka. To miejsce dostarczyło nam tony zabawy przed i pofestiwalowej - na ubiegłorocznej edycji Nowej Muzyki. Nie ominąłem Biedronki zaopatrując się w rum, po czym uderzyłem z Dawidem do świetnej jadłodajni "Hit", która znajdowała się pod klubem "Relax". Według miejscowych, nie jest to podobno najbezpieczniejsza część Katowic, ale właściciel imprezowni potrafił wyrazić się jasno, ustawiając tabliczkę taką obok sracza:


"Co to za relaks?" - ktoś później ripostował... Nieważne. W każdym razie porządny schabowy z ziemniakami i kapustą smażoną zrobił genialny podkład pod dalszą walkę z wydarzeniami wieczoru. Przed szóstą dojechali Groh i Buszek. Podkręciliśmy tempo, zamówiliśmy taksówkę i błyskawicznie pojawiliśmy się na terenie festiwalu, tak żeby zdążyć na Kwintet Wojtka Mazolewskiego i Niewinnych Czarodziei. Wpadamy dosłownie na styk, a tam ogromna kolejka do stoiska VIP/GUEST/PRESS. Stoję i słyszę co odpierdala się na "Main Stage" i już mnie szlag trafia że mnie nie ma pod sceną. Czekałem na ten projekt od dłuższego czasu, tym bardziej że zespół Wojtka przegapiłem na Maltańskiej Scenie Muzycznej, bo wtedy akurat byłem w Szczecinie na Boogie Brain. Kwitnę dalej, słyszę saksofon Mareka Pospieszalskiego i krew mnie zalewa. Załatwiając co trzeba słuchałem z oddali echa numerów "Night" Bengi i Cokiego i "Chase The Devil" Maxa Romeo. Piekielnie dobre covery. Namiastkę można zobaczyć na You Tube, bo kręcił wszystko Bartek:

Mazolewski Quintet vs Niewinni Czarodzieje Live @ Tauron Nowa Muzyka 2011


Musiała być miazga na żywo. Mam nadzieję że chłopaki to jeszcze kiedyś powtórzą. Brak mojej osoby na tym koncercie to połowicznie moja wina, ale też nic by się nie stało gdyby akurat to granie było trochę później. Nie tylko ja to przegapiłem. Zdążyłem załapać się na Teielte, a raczej na potężne problemy techniczne, które przysłoniły pierwszą część setu Pawła. Byłem poirytowany tym spóźnieniem i dalej nic w line-upie mnie szczególnie nie interesowało. Coś takiego nie miało miejsca na ubiegłorocznej edycji wcale. Kręciłem się po terenie festiwalu z ekipą głównie w okolicach plażowych leżaków, bo tam można było bez skrępowania pić browary i gadać. Sobotnia noc była bardzo ciepła, więc sprzyjało to siedzeniu w szerokim gronie na piachu przy chmurce. Twórcy festiwalu w tym czasie trafili w gusta nieco innych słuchaczy, bo lineup mijał się to z moimi upodobaniami dość mocno. Byłem przerażony, bo to co tego dnia szczególnie mnie interesowało, zamykało piątkową odsłonę festiwalu. Świetnie bawiłem się na secie Eltrona Johna, chociaż nie potrafię nazwać niczego, co tego wieczora zagrał. W jednym zdaniu to była potężna dawka solidnej hałsery. Nie chcę wprowadzić nikogo w błąd, bo specjalistą tematu nie jestem... a Markowi w tym gatunku nie dorastam do pięt, ale zdaje się że wiksa leciała w tym stylu:

Jackname Trouble - Orangeade (Eltron John Dub)


Pamiętam ten moment doskonale, gdyż Jonkpa nie mógł się doczekać i mówił: "stary, jak to jebnie to wszyscy polecimy". Rzeczywiście tak było. Moje układy taneczne były tak złożone, że dotarły w moim kierunku pozdrowienia zza konsolety. Jedynym minusem dość dobrze brzmiącej "Red Bull Music Academy Stage" była fosa oddzielająca artystów od publiczności. Marek później dopierdalał do pieca na autobusie, za co zbierał jeszcze lepsze recenzje niż za podstawowy set rozpisany w festiwalowej tabelce. Żałuję że nie byłem. Pod koniec seta Eltrona, przeniosłem się z Rakiem i Grohem na "Mainstage" gdzie w zasadzie tego dnia debiutowałem jako widz i słuchacz (jak się później okazało pierwszy i ostatni raz). Wszyscy byliśmy ciekawi "głośnej" instalacji Amona Tobina. Gdy doszliśmy pod scenę, trwała jeszcze kalibracja systemu wizualnego, więc trzeba było spalić wąsa.


Muszę przyznać, że po paleniu to wszystko robiło niezłe wrażenie. Bardziej odbierałem ten występ jako przedstawienie, w którym część wizualna przysłaniała muzykę. Mam wrażenie że jestem fanem ciężkiej muzyki... ale czy krążek z najnowszą twórczością Amona miałby szansę u mnie w domu? Raczej nie. Muzyka jest tutaj raczej przygotowana stricte pod live-act i robi wrażenie tylko i wyłącznie na żywo. W połowie pić mi się zachciało. Wnieść nic nie było można (fail), więc poszedłem po jakąś wodę. Usiadłem dość zmarnowany i pomyślałem że jak mam walczyć z innymi słuchaczami koncertu o miejsce w drodze powrotnej, to wolę wrócić do hostelu. Byłem strasznie niezadowolony. Najbardziej tego dnia interesował mnie Machinedrum, Jeremiah Jae i Teebs. Przez całe to ułożenie timetable, wynudziłem się i dałem za wygraną odpuszczając przedstawicieli Brainfeeder Crew po raz drugi w Polsce. W pokoju byłem po drugiej i położyłem się spać. Tutaj zaczyna się piękno wspólnego, festiwalowego wirowania. O 5:30 dostałem już relacje z tego co się działo gdy mnie zabrakło. Pierwsze zdania które zamienił ze mną Jonkpa wyglądały mniej więcej tak:
- Siema Sebol, nie przeszkadzamy, nie? Pijesz?
Przetarłem oko... i lekko zdezorientowany mówię:
- No piję. Jasne że pije.
Z Pająkiem wbił jeszcze Olo i Kuba Majzel, a potem się jeszcze okazało, że pod oknem czekają dziewczyny z wiśniówką, ale muszą czekać do 6-tej rano, aż zaczną wpuszczać gości.



Długie polaków rozmowy trwały do dziewiątej, w oparach czyjeś trawy i Gorzkiej Żołądkowej z mineralką. Znacie nowoczesne przysłowie "piłeś, nie pisz"? Oto efekt niestosowania się do niego:



Po tym wszystkim już niewiele pamiętam. Chyba były dywagacje między wycieczką po następną flaszkę a spaniem. Oczywiście wygrało to drugie.

SOBOTA:
Nie pamiętam drugiej pobudki... ale chyba uruchomił wszystkich Groh żeby ruszyć dupska i nie zamulać, bo w klubie 50x50 odbywała się kolejna infosesja Red Bull Music Academy. Tam po raz pierwszy podczas festiwalu udało mi się złapać Maceo, omówiliśmy na szybko kilka kwestii i ustawiliśmy się na wieczór. Wtedy lato nie dawało o sobie jeszcze zapomnieć, więc większą część infosesji spędziłem przed wejściem na rozmowach o przyszłości muzyki z Bartozzim, gdzie większą część poświęciliśmy Thudercatowi. Po obiedzie i dość pokaźnym spacerze po Katowicach, wróciliśmy na Klimczoka podładować baterię krótką drzemką. Miała nam ona wystarczyć na tyle, żeby wytrzymać całą noc. Nie wiem czy tylko ja odniosłem takie wrażenie, ale stary dobry Tauron dał o sobie znać dopiero w sobotę.


Chwilę przed godziną 20:00, byłem już w pierwszym rzędzie na showcasie Rasa G. Na początku zrobiło się bardzo przykro, kiedy po Boxcutterze scena Mary Anne Hobbs praktycznie opustoszała, bo wszyscy polecieli na rozchwytywany Little Dragon. Pomyślałem wtedy że będzie strasznie chujowo, jeśli Ras na swoim pierwszym występie w Polsce, zagra dla garstki publiczności. Ci którzy byli tam od początku wiedzieli czym trudni się Ras. Wśród słuchaczy zaczęły pojawiać się komentarze, że kosmita z SP-404 najzgrabniej wykorzystuje ten sampler i w ogóle jest fenomenalny technicznie. Producentem nie jestem i ciężko mi było też dostrzec co on tam klika, ale jego godzinny set sprawił że zapomniałem o nie najlepszym piątku (Właśnie! następnym razem powinno być widać co dzieje się na stole, szczególnie podczas live-actów). W końcu rozbrzmiały syreny i trademark przybysza z South Cental "Ohhhhh Raaaaaaaas". Set Rasa to podróż przez brzmienie z Los Angeles. Grał nie tylko swoje kompozycje, te bardziej eksperymentalne okraszone grubym basem, ale też te nowsze znane z ostatniej płyty "Down 2 Earth". W to wszystko wmiksował utwory swoich ziomków z Kaliforni. Pamiętam doskonale "Kali" od Co.Fee'ego, beaty Flying Lotusa, czy utwory z Madvillain, takie jak "Rainbows" czy "Shadows of Tomorrow" (ten ostatni chyba też w reinterpretacji FlyLo znanej z epki "Shhh!"). Między tym wszystkim, błąkał się Gaslampowy jingiel "Los Angeles is in this fuckin' building". Publiczności z każdą minutą było więcej, Ras rozpalił grubego wąsa i wyraźnie był szczęśliwy z odbioru jego muzyki. Pod koniec rzucił zaklęcie na publiczność i zagrał tribute dla Sun Ra. Byłem pewny, że na "Cieniach Jutra" się nie zatrzyma. Kozacki set. Zajebisty booking. Ciekawe jak ludzie bawili się w Amsterdamie, Genewie czy w Hadze... w każdym razie Ras Katowice rozjebał i nie sądzę że łatwo będzie mi znaleźć kogoś kto się nie zgodzi.


Po secie złapałem Rasa na krótką pogawędkę. Zdaje się że szedł na strefę VIP, ale przedstawiłem się i okazało się że pamięta mnie z naszych internetowych korespondencji oraz wspólnego zainteresowania Sun Ra. Powiedziałem mu że nie ma co zamulać, tylko trzeba iść na Lunice'a na Red Bull Tour Bus. Przyznał mi rację, że chętnie sprawdzi tego małolata. Groh wyposażył mnie w kilka sztuk albumu En2ak'a i poprosił mnie żebym porozdawał ludziom. Dałem kilka sztuk Rasowi i zaproponowałem wspólne jaranie, po czym zapytał mnie:
- Jasne, a czy masz już skręconego?
Odparłem:
- Wiadomo, wieje w chuj, wszystko już zrolowane...
- Ale wy palicie z tytoniem, prawda?
Odparłem: Oczywiście.
- Stary, nie obraź się ale my w LA palimy blunty a nie jakieś papieroski. 
Po czym przybił mi żółwika, wyciągnął połówkę dżointa która została mu po live-acie i poprosił mnie o ognia. Kurwa, z ziomeczkami z Kalifornii zawsze ten sam problem. Mają słabszy i tańszy kush, to się przyzwyczaili... Zawsze gadka wygląda tak samo. Niezłe jaja. Później przypomniało mi się, że Ras przyleciał zajebistym krążownikiem, o czym napisałem mu po festiwalu:


Podczas showcase'u Lunice'a zaczęła poważnie pierdolić się pogoda. Rozbuchało się wietrzysko, ale to nikomu nie przeszkadzało. Ledwo pozbierałem się po poprzednim secie, by znowu zbierać szczenę z piasku pod autobusem. Kanadyjczyk zagrał najlepszy rapowy set jaki słyszałem od czasu wizyty Andrew Mezy. Jeśli ktoś jara się Lil Wayne'm, Drake'm, Rickiem Rossem, Odd Future, Wiz Khalifą, Gucci Mane, Waka Flocką, Trey Songz'em, nowymi kawałkami Busty Rhymes'a czy Kanye i Jaya ... to musiał tam lecieć jak pojebany. Tutaj namiastka:

Lunice @ Tauron Nowa Muzyka 2011


Wrzeszczałem, skakałem i dziwnie tańczyłem przez cały set. Lunice podkręcał atmosferę wchodząc w interakcje z publicznością i tańcząc przed sprzętem. Była to świetna odskocznia od wypełnionego elektroniką line-upu. Liczna publiczność zebrana na piachu pokazała, że jest duże zapotrzebowanie na nowy rap. Lunice zrobił sobie świetną reklamę i jestem przekonany że prędzej czy później wróci do Polski. Zero gwiazdorki, po swoim występie wirował długo na terenie festiwalu... można go było spotkać do samego końca pod sceną podczas setów Roski, Lorna i Ramadanmana. Po tym secie, łaziłem z Aszim, zagadaliśmy się i zgubiliśmy się z Bartozzim, Maceo i Kasią. Odnaleźliśmy się na Darkstarze. Byliśmy bardzo luźno ubrani, pogoda spierdoliła się już na dobre, więc uciekliśmy na aftero-bifor na miejscówkę Maceo. Rozgrzaliśmy się Jackiem i wiśniówką, przyszły nam do głowy głupoty związane z Jamą Zła. W tym klimacie zabijaliśmy czas w oczekiwaniu na Roskę. Bartek, Maceo i Kasia już się z hotelu nie wydostali, a Aszi i ja, jako Warsoul journalists, uderzyliśmy eksplorować festiwal dalej. Lało niesamowicie, więc Bartozzi podrzucił nas taryfą pod samą bramę festiwalu. Zdążyliśmy akurat na początek setu. Ależ Roska urządził dyskotekę! Ciężko mi przypomnieć sobie poszczególne tracki, ale było wszystko czego każdy fan Rinse.fm może zapragnąć. Od Katy B, przez Ms. Dynamite i autorskie utwory, aż po remix ATB ("You're Not Alone" - WTF?!). To ostatnie trochę szydera, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Roska był często wspomagany przez swojego hypemana, który podkręcał tańczących jeszcze bardziej. Aż ciekawy jestem jak wyglądało to w Boiler Room, bo cały namiot, dosłownie cały namiot tańczył. Roska wdrapywał się na stół i rozkładał szeroko ręce - mając w głowie jedno zdanie... "ale dojebałem". Zresztą zobaczcie filmik Asziego:

Roska @ Tauron Nowa Muzyka 2011

Zaraz po nim Lorn. Kompletna zmiana klimatu. Live act w klimacie futurystycznej psychozy Hitchcocka. Takie odniosłem wrażenie. Zresztą słuchając "Nothing Else" czy "Self Confidence", można było się spodziewać mrocznego setu. Lorn był bardzo pogodny w przeciwieństwie do muzyki wydobywającej się z głośników. Był ubrany na czarno, upodabniając się do brzmienia, ale robił teatralne miny, wpadając w spazmy czy pokazując przerażenie na twarzy, przez które cały czas było widać uśmiech. Dało się odczuć, że robi to z wielką przyjemnością i że świetnie grało mu się przed Katowicką publiką. Live act Lorna osiągnął punkt wrzenia, kiedy zagrał przebój Jai Paula pt. "BTSTU". Osobiście liczyłem na wersję z Drake'm, ale nie można mieć wszystkiego. W pewnym momencie na scenę wbił Lunice i tanczył jak wariat podkręcając publikę do jeszcze większego szaleństwa. Widać to na poniższym video:

Lorn @ Tauron Nowa Muzyka 2011

Szkoda tylko, że nie pojawiły się jego remiksy Grubego. W każdym razie, był to już 4-ty wyjebisty set tego wieczora. Najwytrwalsi zostali do końca, żeby posłuchać Pearson Sound'a znanego mniej lub bardziej jako Ramadanman. Nie mogłem w siebie uwierzyć. Było już po piątej rano, a ja nie przestawałem tańczyć. Zresztą od trzech godzin nie odpuszczał też Good Paul. Wypaliliśmy masę kentów i wytańczyliśmy się za wszystkie czasy. Pearson Sound rozpoczął delikatnie, stopniowo budując atmosferę lecąc przez porządną hałsówę i zajebiste garaże. Za deckami skromny chłopak, a tak rozpierdolił że euforii nie było końca. Tańcząc i wariując trzy godziny, na koniec złapał mnie skurcz stopy! Mimo że ludzi było już dużo mniej niż wcześniej, to miałem wrażenie że zaraz rozpierdzieli się scena Mary Anne Hobbs. Fragmenty zobaczycie poniżej:

Pearson Sound aka Ramadanman @ Tauron Nowa Muzyka 2011

Genialny dzień. Jeśli mogę mieć jakieś zastrzeżenia, to tylko do Mary... bo jako kuratorka, powinna przejąć rolę przedstawiania artystów na swojej scenie. A gdy gadałem z Rasem, to powiedział mi że do 22 godziny nawet jej nie spotkał... Ale to i tak w szerszym kontekście jest nieważne. Strasznie bym żałował gdybym po nie wrócił na trzy ostatnie sety tej nocy. Miazga! Gdy dotarłem na Klimczoka zrobiło się już jasno. Nic dziwnego, było jakoś przed 7-mą rano. Dziękuje organizatorom z całego serca. Mimo słabszego pierwszego dnia, drugi oddał mi wrażeń z nawiązką. 100% satysfakcji. Gruba balanga. Jak ktoś nie był... to jest czego żałować. Tauron 4 life. PS: Ludzie którzy przybywają na ten festiwal, są najlepszymi odbiorcami jakich artyści mogą sobie wyobrazić. Daliście radę maksymalnie!

Epilog