Strony

środa, 24 sierpnia 2011

party&bullshit&party&bullshit

Wróciłem. Przetrwać było ciężko, ale jestem. Gdybyście spotkali mnie na ulicy, to nie byłem na Szeszelach ani w Marakeszu, nie jestem też obywatelem wschodniej Bułgarii. Opaliłem się nad jeziorem w Czechach i nie mam korzeni Ormiańskich. Pogoda spokoju nie dawała. W końcu poczułem lato w tym roku. Nie wiem jak ludzie sobie radzili pod namiotami na Heinekenie albo na Woodstoku (podejrzewam że sobie nie radzili), ale Hip Hop Kemp też nie jest skierowany dla osób o miękkich nerwach. Oj nie jest. Jest to festiwal na którym trzeba umieć sobie radzić w ciężkich warunkach jak Bear Brylls, albo znać kogoś kto był na kilku edycjach i powie Ci jak wygląda życie na polu namiotowym. Na szczęście ja jechałem już drugi raz i byłem w towarzystwie kogoś, kto był w Hradec Kralove po raz siódmy. Ponadto widziałem powtórki "Szkoły Przetrwania" na Discovery więc byłem gotowy na wszystko.



Co to znaczy być "gotowym na wszystko" wyjaśnię niżej, a teraz wrócę do samego początku. Pierwsza rzecz, to ten jebany strajk. Zazwyczaj nie interesuje mnie polityka. Rozumiem że ludziom jest ciężko i chcą czerpać większy hajs. Mam to samo. Jednak zaczynasz się wkurwiać jak jeździsz gdzieś rzadko, a strajk zgotują akurat wtedy, gdy kilka tysięcy Polaków chce dostać się do Kudowy Zdrój. Kiedyś zdarzyło mi się w relacjach z różnych wyjazdów narzekać na PKP, jak się trafiła podróż obok kibla w korytarzu, albo w towarzystwie spoconej starej baby która napierdala o bzdurach z sąsiadką. Uwierzcie mi - PKS jest gorszy. Gdy wróciłem z pracy, spakowałem się i poszedłem jeszcze na browar i dżoja, starając się w międzyczasie wbić na dzika do jakiegoś auta. Niestety spotkałem się z szarą rzeczywistością, jednak znam już coraz mniej osób bezpośrednio zainteresowanych stricte hip-hopowymi imprezami. Także, po ciężkich bojach przegrałem i byłem zmuszony jechać o 0:45 PKSem do Kłodzka. Jadąc autobusem na dworzec, pocieszałem się że na bank nie będzie tak źle... W końcu kto jeździ z wtorku na środę w nocy? Okazuje się że ktoś jeździ, a ja jako ostatni wypełniłem wolne siedzenia w tym "czymś". Warunki w jakich przyszło mi jechać stłamsiły moje pozytywne nastawienie. Nie byłem pijany, lubię wygodę, a autokar jechał ze Szczecina więc o luksusie nie było mowy. Bilet kosztował 50PLN. Na szczęście przy dopłacie za bagaż, kierowca zajebał się w akcji i wydał mi za dużo siana, dzięki czemu jechałem praktycznie za friko... ale nie byłem tego dnia na tyle miły żeby wyprowadzić z błędu drajwera. Przyszło mi siedzieć obok gościa wprost wyciągniętego z Manieczek. Blondyn, włosy na żel, srebrny łańcuch i Nasza-Klasa w komórce. Nudziło mi się w chuj. Z tego wszystkiego zerkałem (wiem, to chamskie), na to, co on tak klika w ten telefon. Okazało się, że nie pisał smsa do swojej dupeczki, tylko wybierał sobie secik na podróż. Dzięki niemu poznałem Dj'a Adamexa. Chłopaczyna nie tylko zajmuje się doskonałą selekcją eurodance'u, ale też zrobił fajny remix Ryśka. Sprawdźcie to. Na szczęście mój sąsiad wysiadł w Lesznie, dzięki czemu miałem dwa siedzenia dla siebie. Niby trochę pospałem, ale co to za spanie... Gorąco, duszno, brak klimatyzacji, jebie wyziewem alkoholowym, połączonym z rzygiem, klockiem i potem. Dojechaliśmy do Kłodzka po szóstej. Potem przesiedliśmy się na następny PKS, który miał dowieźć nas do Kudowy Zdrój. Tam już było lepiej, nawet przy rozłożonych siedzeniach było sporo miejsca i co najważniejsze nie waliło tak szlamicą jak w poprzednim autobusie. Godzinna podróż kosztowała tylko 9PLN. W Kudowie złapaliśmy grupowo taryfę, która za 25PLN od łebka zawiozła nas na teren festiwalu. Na miejscu byłem po ósmej rano. Przez cały ten strajk, wiele osób pojechało do Hradec dzień wcześniej, urządzając "bifor przed warm-upem". Luca, mój wierny kompan opisał to tak: "Planowany "Bifor Bifora" był dość dobrze przyjęty na fejsbuku i ze wsparciem PKP i ich strajkiem liczyłem na dużą grupę nad Kempowym jeziorem. Zaraz po dojeździe byłem w szoku, że tak sporo ludzi było już nad wodą. Myślę, że mogło być grubo ponad 200 osób. Jeziorko, alkohol, sen nie w swoim namiocie, starzy i nowi znajomi. Napierdalający ghettoblaster, który już drugi rok robił furorę, leżenie w burakach, policja nawet nas odwiedziła... Melanż klasyczny."


Oto co zastałem na miejscu. Prawdziwy krajobraz po bitwie. Siedzieliśmy tam chyba do 11, pijąc co było pod ręką. Nikt już nie miał zioła, albo nie chciał się podzielić i było smutno. Na pole namiotowe wpuszczali od 12:00. Oczywiście, tylko z wymienionym biletem na opaskę... byłem w niezłej dupie. Nie spałem już jakieś 30 godzin, chciałem rozbić namiot, wykąpać się i iść spać a akredytacje wydawali dopiero od 14:00. Straciliśmy kilka ładnych godzin bezproduktywnie tracąc czas na siedzeniu na walizkach w słońcu.


W końcu dostaliśmy co było potrzeba żeby wejść na pole. Całe to zamieszanie z wymienianiem najpierw biletów na opaski totalnie pogubiło mnie z resztą ludzi z Poznania. Luca, w tym roku też miał akredytacje prasową, dzięki czemu cały czas przy załatwianiu formalności byliśmy razem. W zasadzie to zabawne. Bo poznaliśmy się w 2009 roku, w pociągu w drodze na Kemp. Łukasz wtedy nie miał namiotu, więc zaproponowałem mu kimę w moim, bo w zasadzie też jechałem sam, bez żadnych znajomych. Rozbiliśmy obóz i utworzyła się ekipa. Luca przyjechał z kolegami z Koła i okolic, z Robertem (Zwierzak), Kubą (Mazi), Przemkiem (Lewy) oraz z dwoma przybyszami z UK z Filipem i z Rafałem (którego nazywaliśmy Dobry Ziomek, bo nikt wcześniej go nie poznał). Okazało się że była to festiwalowa ekipa nie do wyjebania.


Tego dnia było takie słońce, że ogień w szopie normalnie. Po rozbiciu namiotu, myślałem już tylko o tym, jak schronić się przed słońcem. Chłopaki przywieźli z miasta 13 rumów i kratę browarów. Poleciałem jeszcze do Czechów po jakieś jaranie i byłem gotowy do odpoczynku. Nie miałem w ogóle parcia na warm-up. To, że pojechałem na festiwal w środę, wyszło tylko dlatego, żeby nie być w podróży w najważniejszy dla mnie dzień Kempu - w czwartek. Chciałem pójść zobaczyć się z WENĄ, bo grali tego dnia z Tetrisem, ale od tego słońca tak rozbolała mnie głowa, że wypiłem kilka drinków, spaliłem kilka kentów, pobiegałem po polu namiotowym w poszukiwaniu czegoś przeciwbólowego i poszedłem spać.


W nocy obudziła mnie Ada, która jechała ze mną PKSem z Poznania. Chciała rozkładać namiot po nocy, bo nie zrobiła tego wcześniej. Powiedziałem jej, że nie ma sensu w ciemnościach tego robić i że może przekimać u mnie. Zdrzemnęła się dwie godziny i nie widziałem jej przez kolejne dwa dni, chociaż bagaż leżał u mnie. Już pierwszego dnia cieszyłem się jak dziecko, że przy tych tłumach mogę korzystać z przywilejów wejściówek prasowych. Małe kolejki albo ich brak do darmowych pryszniców to był luksus. Na polu namiotowym prysznice kosztowały 30 koron i doczekać się kąpieli to też był nie lada wyczyn. Bardziej wygodni kąpali się w pobliskim jeziorze, ale to jednak nadal nie to samo co normalne mycie, nawet w chłodnej wodzie. Najgorzej było z kupą. Tutaj pomysłowość nie znała granic. Klocki można było spotkać w chaszczach w drodze nad jezioro, albo w burakach nad samym jeziorem. Ten Czeski rolnik, chyba wyhoduje największego burola w tym roku, nawożonego ludzkim kałem i moczem. Na terenie festiwalu nie dało się znaleźć niczego lepszego do Toi Toi'a. Te na polu nie nadawały się do niczego. Tylko nasrać i uciec. Ludzie którzy rąbali "na Małysza" często obsrali wszystko dookoła nie trafiając w dziurę, a inni bardziej pomysłowi kucali na najwyższej kondygnacji kibla i srali siedząc na piętach. Takie przynajmniej chodziły rady, chociaż i ten ruch wydawał się ryzykowny. Tutaj przychodzą instynkty władcy przetrwania, o których mówiłem wcześniej. Trzeba było uważać co się je, żeby czasami sraczki nie dostać, bo wtedy to już kaplica kompletna, a najlepiej było jeść tyle, żeby robić jednego, porządnego klocka w mieście. Nasz system był doskonały. Słońce o 8-mej rano już nie dawało spać pod namiotem, dlatego zazwyczaj pierwszym rzutem jeździliśmy do miasta, wysiadając na ostatnim przystanku. A nie jak lamusy co się nie znają i wysiadają w Kauflandzie na początku trasy autobusu.


Jedliśmy wyjebiste spagetti, wypasione knedliki, albo smażony syr z frytkami, mieszcząc się w granicy 80-100 koron za posiłek z browarem. Po wszystkim dwójka w płatnym kiblu i żyć nie umierać. Knajpa z balkonem i fajnym widokiem na miasto powodowała że siedzieliśmy tam po dwie godziny, czekając aż się w brzuchu wszystko dobrze uleży. Pod nami było Tesco, gdzie kupić się dało flaszkę rumu od 90 Koron. Więc kupowaliśmy tego na skrzynki i taszczyliśmy na pole namiotowe. Wysiłek się odpłacał niskobudżetową najebką nad jeziorem w oczekiwaniu na koncerty. Sztuka jarania u Czechów wahała się w granicach 200-250 koron. Chujowe w smaku, a do tego jeszcze gorsze do kruszenia. Bez grindera nie było co zaczynać tematu. Natomiast dobrze kosiło i młóciło chłopa w połączeniu z browarami albo rumem. Dzięki wejściówkom prasowym, mogliśmy wchodzić bocznymi wejściami bez przeszukania.


Może nie powinienem tego pisać, ale dzięki temu wnosiliśmy swoje flaszki z popitą na teren koncertów i nie musieliśmy bezsensownie tracić kasy na drinki na terenie festiwalu. Dzięki temu systemowi, wytrwałem syto spruty i najedzony za 300PLN przez 4 dni.


Jeśli chodzi o publikę, to Hip Hop Kemp przyciąga specyficznych ludzi. Głównie to zajarani true schoolem kolesie ze swoimi dziewczynami, albo sami bez dziewcząt. Rzadziej spotykało się już laski które organizowały się same. Często były to też koleżanki tych hip-hopowców, które przy okazji też słuchają rapu, a na festiwal przyjechały czysto dla zabawy. Raczej nie spotykałem tam obeznanych w temacie lasek, które przyjechały specjalnie posłuchać Pharoahe Moncha. Przez lata przemieszczałem się w totalnie różnych klimatach i jeździłem po różnych festiwalach i strasznie spodobało mi się towarzystwo ludzi którzy słuchają wszystkiego i robią to z pasją. Muszę powiedzieć, że Kemp przyciąga w większości ludzi, którzy jarają się przede wszystkim polskim rapem, hejtują mainstream, znają się mniej lub bardziej na hip-hopie ze świata, ale już raczej nie wychylają się poza gatunek. Na Kempie rzadziej pogadasz ze statystycznym Janem o Flying Lotusie, o rozwoju nowych bitów, nie wspominając już o wycieczkach w techno czy house, nie zaczynając już rozmowy o historii muzyki w ogóle. Na Kemp przyjeżdża też dużo ignorantów, którzy mają tak naprawdę w dupie muzykę i liczą tylko na dobry melanż - bo bez niczego taki dostaną. Dziwnie też patrzyło mi się na najebane dzieciaki, które ledwo dowody poodbierały, a biegały napierdolne kwasem o 9-tej rano. Nawet dziewczyny. Na Heinekenie, Boogie Brain czy Tauronie jest zupełnie inaczej. Na koncerty przyjeżdżają dużo bardziej świadomi słuchacze, są też starsi i mam wrażenie że fajniej melanżują. Piszę to bo wkurwiałem się na marnych prowokatorów, którzy chcieli majstrować przy Ipodach i Stereo, żeby wyłączyć Mellow Hype - "bo to jakieś techno" i że mam z tym wypierdalać. Po czym mi ziomeczek wyjeżdża z jakimś polskim badziewiem. Zastanawiam się, czy mam się temu dziwić? W zasadzie to gdy miałem dużo mniej lat, robiłem podobnie. Wielu rzeczy jeszcze nie rozumiałem. Z innej mańki podoba mi się podejście organizatorów, bo starają się wciskać składy typu Odd Future, Cool Kids, Pacific Division czy z zupełnie odstrzelony od reszty Mayer Hawthorne. To że Cool Kids ostatecznie wyleciało z line-upu, a Mayer nie dojechał nie zmienia faktu że organizatorzy idą dobrą drogą. Przez dziesięć edycji festiwalu, można powiedzieć że promotorzy wychowali sobie fanów. Od groma ludzi przyjeżdża tam na zasadzie "bo to jest Kemp, hip-hopowe święto". Wiele osób które jara się undergroundem jest wtedy w raju. Jednak szkoda że nie zapraszają tam więcej artystów soulowych, żeby wyważyć trochę klimat. Nie sądzę też, że zobaczymy tam kiedyś kogoś takiego jak Lil Wayne, dla wielu ludzi z targetu Hip-Hop Kempu wstydem jest czegoś takiego słuchać. Trochę inne jest już podejście Niemców czy Angoli, ale Polskie środowisko jest strasznie specyficzne. Raz puszczając album SBTRKTa, jedna dziewczyna - Ewelina z Wrocławia, poruszyła się że coś takiego mogła posłuchać na plaży nad jeziorem... znała nawet teksty, więc było to dla mnie dość spore zaskoczenie. Wielokrotnie przechodziły mnie myśli że już jestem "za stary na Kemp", średnia wieku to na oko 18-21 lat. Nikt starszy (a przynajmniej moi znajomi) nie słucha już tyle rapu co kiedyś, szukają w muzyce czegoś jeszcze i przyciągają ich zupełnie inne festiwale. W pewnym momencie chciałem zostać tylko w czwartek, na Mayera i Odd Future po czym pojechać do domu. Ale po tym jak ogłoszono że Hawthorne'a nie będzie... a do tego chciałem koniecznie zobaczyć Pacific Division oraz Pharoahe Moncha, a na to wszystko Luca powiedział: "nie bądź pojebany, będzie gruby melanż". To się jeszcze raz zastanowiłem i przyznałem mu racje. Teraz się cieszę że nie kapitulowałem, bo to był najlepszy Kemp na jakim byłem i chyba najbardziej wyjebany ze wszystkich które odbyły się w historii tego festiwalu. W generalnym rozrachunku organizatorom wyszedł "festiwal z atmosferą", czyli tak jak chcieli. Czechy to fajny kraj, dodatkowo wszyscy najarani na terenie festiwalu, dzięki temu nie zaobserwowałem żadnych objawów agresji wśród festiwalowiczów. Wszyscy byli tam wyluzowani. Chciałeś tabletkę na głowę? dostałeś. Potrzebowałeś wody, albo zapity? Dostałeś albo odkupiłeś. Bez problemu. Ktoś nie miał dżointa? Częstowałeś, a jak sam nie miałeś, to ktoś inny miał żeby się z Tobą podzielić. Idealnie. Niestety po ostatniej nocy, z soboty na niedziele doszło do kilku incydentów kradzieży i ludziom poginęły jakieś cenne rzeczy albo kasa. Niestety, frajer zawsze się znajdzie w takiej dużej grupie. Przestroga dla tych co nigdy nie tam nie byli, zresztą nie tylko tam ale też na innych festiwalach na pod namiotem - Jeśli nie masz fury, to bierz najpotrzebniejsze i nie koniecznie najlepsze rzeczy. Tam i tak się zgnoisz na kisiel i nikt nie zauważy że masz koszulkę od Gucci. No i oczywista sprawa, aparaty, siano i telefony, zawsze nosić przy sobie. Tyle wolnych myśli... Przejdźmy do najważniejszego, czyli do muzyki.

CZWARTEK:
Na terenie festiwalowym pojawiliśmy się dosyć wcześnie. Wszystko było już zakupione, nad jeziorem długo nie byliśmy. Generalnie chcieliśmy sprawdzić jedzenie lokalne na terenie festiwalu i w ogóle jakoś wszystko wcześniej się zaczynało i kończyło. Mieliśmy alk przy sobie, chillowaliśmy w cieniu na górce i słuchaliśmy co było.


Zazwyczaj nie piszę źle o muzyce. Wolę przemilczeć, ale na otwarciu zagrała grupa Manzele, podobno pierwszy Czeski zespół, który nagrał "niby hip-hopowy" numer. Ja pierdole! Jakie to było złe, słabe, zjebane to nie macie pojęcia. Białasy, bez brzmienia w towarzystwie elektrycznych gitar, nawijające po Czesku. Na świecie nie ma gorszej muzyki. Od tego momentu, po przetoczeniu wagonu beki, wiedzieliśmy już, że nie postanie nasza noga na koncercie żadnej Czeskiej, Słowackiej ani Niemieckiej kapeli. Inne kraje pewnie patrzą podobnie na nasze składy. Także nikt nie może tutaj zaprzeczyć twierdzeniu, że język ma znaczenie.  Gural, który wszedł zaraz po nich, zmiażdżył ich nie tylko crowd controlem ale brzmieniem beatów z Djki. Don Guralesko, to bez wątpienia jeden z moich ulubionych raperów w kraju. Patent na koncerty ma opanowany perfekcyjnie. Do tego jest dużo komedii między kawałkami, dużo gadania o głupotach i świetny set składający się z najnowszych bangerów jak i klasyczne tracki, które nagrał przez lata. Mimo wczesnej godziny Polska publika dopisała a Gural z ekipą przyjebali świetny show w zamian.


Nie doczłapaliśmy się pod samą scenę, ale z boku na górce, przy chmurach i rumie świetnie to wjechało. Potem, przez dwie godziny nic nie robiliśmy, zabijaliśmy czas czekając na występ Wildchilda i Baby Boogaloo. Jack Brown jest nadal w formie. Showcase rozpoczął jego sześcioletni syn, który wyglądał jak debiutujący Michael Jackson. Stylówka garnitur i wyczesane afro. Tańczył do funku i soulu, zaczynał bardzo nieśmiało, pewnie wystraszyła go dość spora publika, ale jak na tak młodego dzieciaka wyszedł zajebiście. Bardzo pocieszna postać. Zresztą jak widzieliście klip Aloe Blacc'a to wiecie o czym mówię. Wildchild powiedział potem, że to w zasadzie drugi Hip Hop Kemp Baby Boogaloo, bo w 2004 roku, jak Jack występował tam po raz pierwszy, mały był już w brzuchu mamy. Wildchild zarapował oczekiwane przez wielu klasyki Lootpack min. "Whenimondamic" a oprócz tego, dużo freestyle'ował i grał sporo nowego materiału, który ma ukazać się niebawem. Większość beatów jest od Georgii Anne Muldrow, więc spodziewajcie się petardy. Te bity z Kempa były zajebiste. Najbardziej rozjebał mnie (chyba freestyle) w stylu "co by było gdyby nie Stones Throw", wymieniając po kolei wszystkich zamieszanych w legendarny label z Kalifornii. Po koncercie Wildchilda, nic nas nie interesowało do występu Mayera, ale przez fakt, że jego koncert odwołali, to mieliśmy aż trzy godziny do mojego prywatnego headlinera imprezy Odd Future. Przez ten czas, wiadomo co: "zabawa i bzdury i zabawa i bzdury". W międzyczasie jeszcze spotkałem się z WENĄ na stoisku z Alkopoligamii, gdzie grał Dj Tort i napiliśmy się ciepłego Krupnika z Eldoką. Idąc na koncert, wiedziałem czego mam się spodziewać i czego chcę być częścią. Wiedziałem że będzie szaleństwo, mogą iść łokcie i w ogóle będzie gnój pod sceną. Niemców już słyszałem na polu namiotowym jak szli na koncert skandując "Wolf Gang, Wolf Gang". Zresztą zobaczcie fragment numeru "French".

Tyler, The Creator - French @Hip Hop Kemp 2011


Sydney już na początku musiała nieźle podkurwić true schoolowców pod sceną samym interem. Podobno wiele osób wychodziło już po dwóch kawałach. Syd przyjebała na rozgrzewkę Waka Flocka Flame - "Karma" i zaczął się rozpierdol. Najpierw wybiegł Left Brain w swoim płaszczu ekshibicjonisty, a za nim Hodgy Beats i otwarli show numerem "64". Po tym na scenę wyjechał na rowerku Tyler a za nim wyszło więcej memberów gangu wilków, Mike G i Domo Genesis. Tyler pożartował w swoim stylu, np. witając się z publicznością w 95% białą na przywitanie jebnął: "Whuts up niggas?!". Opowiedział jak rozjebał sobie nogę i dlaczego jest w ortezie i że scena jest spoko, bo jest w kształcie chuja. Nie przedłużając wyjebali publikę w powietrze utworem "Transylvania". Zaczęło się pogo. Moi ludzie poprzecinali języki i wargi i obrywali łokciami. Pierwszy w stage diving poleciał Left Brain a zaraz zanim Hodgy. Tyler w końcu też nie wytrzymał, powiedział: "Jeśli mnie teraz skurwysyny nie złapiecie, to mam przejebane że ja pierdole!" Po czym zdjął but i poleciał. W międzyczasie ludziom udawało się wskoczyć na scenę. Jeden też chciał spróbować stage divingu, ale ludzie się rozsunęli i pierdolnął ze sceny prosto na glebę. Niezła zwała. Tyler przetoczył z niego bękę i przyznał że to co ten ziomek zrobił było "Swag!". Odd Future zagrali jeszcze takie numery jak "Sandwitches", "Tron Cat" czy "Yonkers". Zajebiste było też to, że Tyler nie grał głównych skrzypiec na tym koncercie. Zostawił miejsce dla Domo Genesisa, który zarapował "Rolling Papers", no i naturalnie dla Mike'a G też. Ten z kolei zapierdolił "Forest Green" i coś czego wcześniej nie znałem, na bicie od "The Panties" Mos Defa. Kawałek nosi tytuł "Everything That's Yours". Napierdałem jak szalony, uskuteczniając "nowoczesny taniec", który sobie wymyślili. Zresztą widzieliście już "Hyphy"?

Odd Future - "Hyphy"


Zajebisty jest ten numer "Booty Bounce Bopped By The Pack", szkoda że go nie zagrali. Ważne jest natomiast to, że tańczyli w ten sposób cały koncert i to jest w chuj śmieszne! Nie zagrali "Radicals", ale jak ktoś słusznie zauważył, być może organizatorzy poprosili ich o to żeby nie stracić kontroli nad publiką. Bywało już tak wielokrotnie. Jaram się że mogłem ich zobaczyć w 2011. Na żywo są zajebiści i żaden filmik z You Tube tego nie odda. Oczywiście zdania w Polskim internecie są podzielone. Przeważają opinie że OF byli chujowi. Pewnie myślą tak Ci, którzy nie jarają się twórczością Odd Future, albo po prostu jej nie znają, ograniczając się do popularnego "Yonkers". Oto przykładowe opinie które znalazłem na fejsbuniu: "
Odd Future nie znałem... ktoś tam mi polecał to sprawdzić... wiec poszedłem. Ledwo wystałem na 2-3 numerach i poszedłem. Straszne gówno jak dla mnie." albo "Z Odd Future mam to samo, rzygałem hajpem na nich przed Kempem (totalnie nie kumając podjarki strasznie słabymi klipami), więc ich, ehem, "show" jedynie mnie zażenował. Tym bardziej przeraziły mnie pojedyncze zasłyszane komentarze, że ruchanie krzesła na scenie i symulowanie masturbacji mikrofonem jest straszną miazgą - czy to ze mną jest coś nie tak, czy dzisiejszej publice odjebało już totalnie?" lub po prostu "przecież to są jakieś wacki co wpierdalają karaluchy". No chuj. W Polsce nie ma wielu fanów. Wszystko biorą na poważnie i nie słyszą pierdolnięcia i innowacyjności w muzie. Ja jedynie mogę ponarzekać na soundsystem, który w czwartek był strasznie chujowo ogarnięty przez akustyka. Było zbyt głośno i doły nie wytrzymywały bassów... ale chuj z tym i tak był ogień. Moi ludzie to potwierdzają. Po tym wszystkim wyszedłem totalnie rozjebany! Zapomniałem o Homeboy Sandmanie i poszedłem wirować na pole namiotowe. Zanim to nastąpiło, w drodze powrotnej natknąłem się na Baby Boogaloo i Wildchilda przy jakimś stoisku. Mały oglądał, Kempowe odznaczki, takie które przypina się na plecaki, czy ubrania. Tak się złożyło, że kiedyś dostałem kilka takich i jedna z nich była z Quasimoto. Podbiłem i mówię: 

-Masz, to dla Ciebie,
Na to Willdchild odpowiada: Patrz mały, kto to jest? 
Baby Boogaloo, patrzy i nieśmiało odpowiada: Woooow to Quasimoto, tato... 
Na to Jack, reaguje jak przykładny ojciec: Jak się mówi? 
-Dzięęękuje proszę Pana! 

Dalej brałem narkotyki i nie pamiętam. 


PIĄTEK:

Pobudka jak zwykle wcześnie, bo słońce nie dawało spać. Szybkie ogarnięcie i wycieczka do miasta, po znany zestaw: obiad, dwójka, alk w Tesco. Znowu przed wszystkimi, dzięki czemu wcześnie lądowaliśmy z rumem nad jeziorem. Ale zanim to wszystko, jedząc obiad nad Hradec przeleciał przelotny tajfun, po którym znowu szybko się wypogodziło. Nie byliśmy długo nad jeziorem w piątek, bo (nie wiadomo dlaczego) koncert Pac Div był bardzo wcześnie, o 16:40. Przed nimi grał Mes i zdążył przed deszczem, gorzej z jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie występów. Dosłownie przed ich gigiem przyjebał jeszcze większy monsun niż rano. Skutecznie wygoniło to sporo słuchaczy. Wszystko odwróciło się przeciwko nim. Godzina, pogoda... Chuj by to strzelił. My ustawiliśmy się dobrze pod samą sceną i przeżyliśmy jeden z fajniejszych występów na Kempie.


Jak trzech zajebistych MC's przejmuje mikrofony to jest ogień. Nowoczesne beaty, wyjebiste nawijki i dość fajne "aktorskie" show, z przewracaniem się, dzwonieniem telefonu etc. Grali materiał głównie z dwóch ostatnich mikstejpów: "Don't Mention It" i "Mania!". Można było posłuchać takich numerów jak: "Broccoli", "Anti-Freeze", "Chief Rocka",  "Take My High" czy boom bapowe "Fallin". Koniecznie chciałbym ich zobaczyć w klubie, na mniejszym evencie - jestem przekonany że miejsce wydarzenia poszło by z dymem. Pacific Division wraz z muzyką którą grali wywołali słońce, które nie opuściło nas już do końca festiwalu. Po nich słuchaliśmy na naszej górce Phi Life Cypher, ale nie porywali mnie już tak jak w 2000 roku, kiedy to sprawdzałem ich pytę "Millenium Metaphors". Poszliśmy uzupełnić zapasy i zrobić melanż na polu namiotowym, bo w zasadzie nic do Hocus Pocus nas nie interesowało.


Wtedy zbladłem. Okazało się że drugi tajfun zalał mi namiot, śpiwór i ciuchy. Chuj mnie strzelił. Ale byłem podpity więc poszedłem na koncerty i starałem się o tym nie myśleć. O suszeniu o tej porze nie było mowy. Spóźniliśmy się nieco na Hocus Pocus, a grali przyzwoicie. Duże wrażenie robi ich live band. Nigdy nie sprawdziłem bliżej ich studyjnej twórczości, bo nie przepadam za Francuskim rapem, więc nie potrafię powiedzieć co konkretnie zagrali. Po reakcjach na FB moich znajomych, widziałem nawet zdania, że był to najlepszy koncert festiwalu. Jednak ja się pod tym nie podpisuje. Równie fajnie co na Odd Future było dopiero na koncercie Pharoahe Moncha. Ależ on i Showtime razem robią petardę występ. Zresztą zaśpiewki tego wokalisty, świetnie pokazywały to o czym mówiłem wcześniej, jeśli chodzi o powinność rozszerzenia oferty Kempu o soul. Z Pharoahe'a nikt nie wyszedł. To idealny artysta na Hip Hop Kemp, tym bardziej, że był strasznie wyczekiwany, przez nieobecność w lineupie na jednej z wcześniejszych edycji festiwalu. Ten koncert to była mieszanka jego całej twórczości. Niezwykle charyzmatyczna i energiczna, okraszona wojskowym motywem znanym z płyty "W.A.R". Raper przypomniał hip-hopowe klasyki, z różnych stron stanów... zdarzył się nawet tribute dla Nate Dogga. Oprócz tego, Dj Boogie Blind z X-Ecutioners popisywał się swoimi turntablistycznymi rutynami, za co publika odpłacała się genialnym aplauzem. Największy szał był chyba podczas wykonania "Clap (One Day)" i oczywiście przy "Simon Says". Przy "Clap" genialnie wyszła współpraca z publiką, klapy dobrze wychodziły i zajebiście brzmiał moment acapella z akompaniamentem oklasków publiczności. Wyskakaliśmy się i wywrzeszczeliśmy. Wyjebisty koncert zakończyła mi myśl o tym że muszę iść spać w mokrym śpiworze. Olałem M.O.P i Looptroop. Spałem w tej kaszanie, a w nocy było tylko 10 stopni. Trauma towarzyszy mi do dziś. Przebudzałem się, starałem się znaleźć kawałek suchego miejsca, czekałem na poranek. Czekałem aż słońce którego wcześniej miałem już dosyć już wyszło i podgrzało trochę temperaturę.

SOBOTA:
Obudziłem się ziębiony w trzy dupy o 7:30 rano. Zapowiadało się niebo w ogniu. Całe moje crew, jeszcze spało po melanżach w hangarach. Nie zamierzałem nikogo budzić, więc poszedłem szukać patologii na polu namiotowym... a raczej niedobitków którzy nie spali wcale tej nocy. Na jednej ze ścieżek spotkałem ekipę dziewcząt i kolesi. Dosiadłem się na pół godziny na pogawędki o dupie maryny i wypaliliśmy ze trzy wąsy. Zapytali mnie co tu robię, to im powiedziałem. Zapytali czy mam zeszyt to wpiszą mi pozdrowienia które miałem zamieścić na blogu, wpisał mi ziomek coś takiego: "Siema, nie pijcie dużo, bo kurde jest bardzo gorąco. Pozdrawiam serdecznie z nie nad morza w Hradec". Jak to przeczytałem, postanowiłem iść poszukać szczęścia gdzie indziej. Spotkałem moich ludzi i zmotywowałem na kolejną podróż do miasta na zestaw codzienny. Wróciliśmy lekko po 10-tej, więc uderzyliśmy nad jezioro. Pogoda była piękna. Koncerty nas nie interesowały praktycznie do 21:40, więc siedzieliśmy cały dzień nad wodą. Było kapitalnie. Muza, blunty, rum. Pięknoza. 



Wszystko tego dnia wysuszyłem. Byłem szczęśliwy. Na koncerty trafiliśmy późno. W zasadzie to na końcówkę Parias, chociaż i tak bardziej przegadaliśmy to na górce, by ostatecznie wejść w tłum na Random Axe. To był kolejny fajny koncert. Oczywiście nie przebił tego co wydarzyło się w Warszawie, kiedy na Warsoul był Black Milk z AB i Daru... ale i tak było zajebiście. Set składał się głównie z kawałków z wspólnej płyty, chociaż później pojawiły się też numery z ostatniego krążka Curtisa Crossa. Publiczności ich uwielbiała. Sean Price i Guilty Simpson też wypadli świetnie, chociaż kiedyś słyszałem głosy zawodu, jeśli chodzi o tego drugiego live. Nic z tych rzeczy. Surowy materiał z prawdziwymi wypierdalaczami majków zawsze robi wrażenie. Przydaliby się jeszcze AB i Daru do wzbogacenia soundu. Kolejny dzień i kolejny koncertowy strzał w dziesiątkę. 


Później szukaliśmy rozrywki w hangarach w oczekiwaniu na Metha i Reda. Załapaliśmy się na set Druha Sławka, jak zwykle robił swoją robotę i grał od chuja rzeczy których nawet nie potrafiłbym nazwać, ale było zajebiście. Szkoda że Music Hangar był najbardziej oddalony i było tam bardzo mało ludzi. Natomiast w Jahmusic Station, odbywał się finał Dancehall Queen. Występowała tam Ula "Afro", którą możecie kojarzyć z "Mam Talent", ja dowiedziałem się o niej dopiero po powrocie, chociaż była obok nas często nad jeziorem. Jej skilly ruszania tym co jej mama dała są nie z tej ziemi. Podobno zdobyła nawet drugie miejsce na jakichś lokalnych zawodach na Jamajce, więc możecie sobie wyobrazić co potrafi. Do teraz jestem pod jej wielkim wrażeniem. Miała nawet propsy od Yarah Bravo i całego The Electric. Shit is real. Potem, trochę się pośpieszyliśmy i poszliśmy na Methodmana i Redmana. Niestety nasze zmysły wzroku i słuchu natrafiły na Heavy Metal Kings.  Jak miałem 17 lat, to lubiłem Jedi Mind Tricks. Ale teraz jak patrzyłem na Vinnie Paza i Ill Billa, to mi się śmiać chciało. Piosenki o wujku Howie'm który napierdalał herę i crack po czym umarł, nie pozwalały przestać się śmiać. Dzieciaki natomiast leciały niesamowicie. Ludzie jednak jarają się tym shitem, przepełnionym dziwną nienawiścią do rządu, CIA, DEA i FBI. Kurwa, w dupie mam muzę z wczutą na prześladowanie przez rząd czy inne władze. Wolę bardziej bajki o chorych miłosnych spotkaniach nad jeziorem bez happy endu. Tyler z ekipą zjadł tych krzykaczy bez stylu na śniadanie, chociaż nie był tak doceniony na Kempie jak  Heavy Metal Kings. Te skurwysyny tak mnie wynudziły, że po dociągnięciu po ciężkich trudach do Metha i Reda, musiałem wyjść po kilku kawałach. Stałem daleko, nie mogłem się wcisnąć w fajne miejsce żeby czerpać radochę z koncertu. Luca podobno zrobił stage diving ze sceny! Szacun. Żałuję że nie wytrzymałem, bo podobno w Warszawie pozamiatali, ale zmęczona publika nie dawała z siebie wszystkiego, co odbiło się podobno na wykonaniu, które mogło nie pozostawiać żadnych wątpliwości, po prostu wyjaśniając. Poszedłem odespać nieco poprzednią "wilgotną noc". Wstałem jako pierwszy i o 8:00 rano byłem gotowy do drogi. Szybko się spakowałem, dobiłem się do busika jadącego do Kudowy z kolesiami z Wrocławia, potem pociąg, drugi pociąg i byłem w domu. Dotrzeć z Czech z dwoma przesiadkami w niecałe w lekko ponad 6 godzin to jakiś rekord. Chyba PKP chciało się odwdzięczyć za ten pierdolony PKS! 


Kemp jest zajebisty. Zakładam że już nie pojadę - za stary jestem na namiot i nie wiem co by musiało być w lineupie, żeby mnie przyciągnęło. Ale jak ktoś nigdy nie był to lepiej niech naprawi to na przyszłorocznej edycji.