Strony

środa, 27 lipca 2011

Szaleństwo na Boogie Brain

Niby wróciłem do Poznania w niedzielę, ale myśl o tym jak powinienem podejść do opisania tego festiwalu prześladowała mnie już od zakończenia pierwszego dnia na Boogie Brain. Tyle się działo... i jakże wspaniale się działo! Nie wiem czy każdy uczestnik tego wydarzenia będzie mógł o tym powiedzieć to samo, ale ja już na wstępie powiem, że był to najlepszy festiwal na jakim byłem. Mogę to przyznać z czystym sumieniem, mimo tego, że w pierwszy dzień padało niemiłosiernie, a do tego nie widziałem/słyszałem wszystkiego co chciałem. Momencik, już wyjaśniam skąd ta euforia...




Pominę kwestie organizacyjne mojej wycieczki. Temat podróży do Szczecina po pracy, w przeładowanym pociągu osobowym, bez ani jednej znajomej japy to rzecz straszna i przerażająco nudna. Urlopowicze czy niepracujący olali mnie i pojechali wesołym gronem dużo wcześniej. Ja natomiast (jak już znalazłem wolne miejsce), to musiałem wysłuchiwać dialogów o pobożności nowej narzeczonej najstarszego kawalera we wsi, czy o formie fenomenalnej piosenkarki jaką jest Maryla Rodowicz, no i w ogóle że super że ma wystąpić w Świnoujściu, bo u koleżanek w mieścinie (siedzących obok mnie), to tak kiepsko ją zrobili że było widać wszystkie zmarszczki. Ja pierdole. Nie zamykały się przez równe dwie godziny. Myślałem że pierdolca dostanę. Może wszystko byłoby wporzo, gdyby kobity miały po 60 lat... ale nie - one były w moim wieku. Zresztą to i tak wszystko nie ważne. Gdy dobiłem na Główny w Szczecinie to lało. Wiadomo - Boogie Rain. Odebrał mnie Tomek i dwaj nowo poznani Michałowie. Udaliśmy się po odbiór wejściówek na Zamek Książąt Pomorskich. Było blisko do występu Envee'go z projektem "In Fusion We Trust", ale niestety musiałem odpuścić ten koncert z powodu ogarnięcia higieny i przygotowania się do części klubowej. Z tego samego powodu ominął mnie podobno zajebisty występ Buraka Som Sistema. Zresztą podejrzewałem że tak to będzie wyglądało jeśli nie dostanę urlopu, a ten niestety nie był możliwy. Słyszałem tylko że Maciek wraz z orkiestrami przygotował między innymi reinterpretację hitu Doctora P pt. "Sweet Shop", i że to generalnie robiło wrażenie.



Kiedy to wszystko się działo, ja przemieściłem się w okolicę Placu Grunwaldzkiego i ulicy Śląskiej gdzie miałem stacjonować przez resztę festiwalu (u Adama). Na miejscu już trwał melanż, okazało się że jestem jedynym filozofem wśród bandy prawników. Zacząłem łapać wiedzę na temat miasta, w którym nigdy wcześniej nie miałem okazji się zatrzymać. Dowiedziałem się (i przekonałem na własne oczy), że Szczecin to pięknie zabudowane miasto w centrum, coś na styl Paryski, dużo jest tam placów i bulwarów i wszystko wyglądało bardzo estetycznie. Nie liznąłem getta, bloków też nie widziałem...  bo nikt mnie tam nie prowadzał, ale kamienice i inne budynki użytku publicznego robiły na mnie duże wrażenie. Dowiedziałem się też, że Szczecin pije. Dużo. Zresztą przekonałem się o tym doskonale, bo do prysznica byłem już po kilku drinach. Zrobiło się wesoło i zbliżała się północ, więc zaczęliśmy się zbierać na koncert Electric Wire Hustle w Pierwszym miejscu. Wyszło na to, że jestem "hardcore fan", bo nie opuściłem żadnego ich koncertu który miał miejsce w Polsce. Zajebisty występ. Co zresztą było pewne. Chłopaki nie odpierdalają fuszery, tym bardziej że do Polski mają specjalny stosunek.


Występ przypomniał ten, który odbył się kilka tygodni wcześniej na Sonarze w Barcelonie. Przeważał materiał z debiutanckiej płyty, a na koniec znowu wypróbowali kawałek z krążka nad którym obecnie pracują w Niemczech. Na publiczności szczególne wrażenie robił Myele, co nie budzi szczególnych kontrowersji - to proste, jego solówki na perkusji to uczta dla oka i ucha. Po koncercie, głównie siedziałem z Marą TK jedząc kanapki i pijąc browary, rozprawiając o tym co w życiu słychać. W tym czasie Myele i David dawali wywiad. Tak mocno się zagadaliśmy, że przegapiłem występ Vadima i Julio Bashmore'a, który w tym samym czasie grał w City Hall. Poczekałem aż chłopaki skończą się pakować i pomogłem im zabrać się im do samochodu. Żegnając się obiecałem (chyba przede wszystkim sobie) że następnym razem widzimy się w Nowej Zelandii, prosiłem ich żeby poszukali mi żony na miejscu, bo nie będę chciał wracać do Polski. Benny Tones, Myele i Haley wrócili do hotelu. Oni zawsze się oszczędzają. Co innego Taay i Mara. Poszliśmy wspólnie wirować. Zabrałem ich do City Hall, gdzie do końca wieczora napierdalali (oprócz Julio) jeszcze Oneman i Scuba. Julio Bashmore'a - jak wspomniałem wcześniej, również nie jestem w stanie osobiście ocenić, nie zdążyłem. Natomiast wiem, że uczucia są mieszane. Jedni twierdzili że zagrał poprawnie, inni cieszyli się z tego setu ekstatycznie a jeszcze inni nie pozostawili na nim suchej nitki. Komu wierzyć? Zdaje się, że Jonkpa się zna i jemu powinienem wierzyć najbardziej, jeśli chodzi o ten gatunek. Niestety to właśnie "founder" Koh-I-Noor nie oszczędził go w swojej recenzji. Na Onemanie też gdzieś łaziłem, z ludźmi gadałem i chłopaków z Electric Wire Hustle wszystkim przedstawiałem. Byliśmy już mocno wstawieni, ogarnianie muzyki się wyłączyło - liczyły się tylko sprawy towarzyskie. Z zasłyszanych opinii mogę postawić hipotezę że Oneman rozjebał. Ludzie podobno świetnie lecieli na jego secie. Ja pojawiłem się dopiero na secie Scuby, jednak nie mogłem skupić się na tym co grał, pokrzyczeć czy poszaleć, bo co chwilę wpadałem z kimś w rozmowę i spotykałem kolejnych znajomych, na których jeszcze nie wpadłem wcześniej. Podobno było tak dobrze, że Jonkpa i Good Paul tańczyli lepiej od finalistów You Can Dance. W pewnym momencie zostałem porwany do taksówki wraz z Marą i Davidem i pojechaliśmy w bliżej mi nieznane miejsce. Nie pamiętam już nawet jak dałem się na to namówić, zgubiłem przyjaciół u których miałem się zatrzymać na noc i pojechałem na after-party. Wszystkio za sprawą Matiego, prawdziwego imprezowego szatana, który jak się okazało miał wiele dobrych miejscówek w Szczecinie i pokazał mi to i owo. Treść i wydarzenia z tej domówy są tak niewłaściwe, że nie mieszczą się nawet na tego bloga. Bawiłem się rewelacyjnie. Padła mi komóra, na całe szczęście wyjawiłem na głos adres pod którym muszę się zjawić po plecak, no i żeby złapać trochę snu, bo przecież jest jeszcze sobota. Przemiłe dziewczęta zamówiły mi taksówkę i trafiłem pod Whisky Bar na Śląskiej. Mara i Taay zostali walcząc dalej z Polską gościnnością. Najgorsze było to, że miejsce mojego noclegu było za trzema zamkniętymi bramami, nie miałem kluczy, zapomniałem adresu, było już w sumie rano. Nie wiedziałem od której strony jest balkon żeby krzyczeć, aby mi otworzyli. Gdy już dostałem się przed klatkę schodową, udało mi się nie budzić połowy sąsiadów na Śląskiej. Spotkałem Tomka i Michała na klatce. Miałem dużo szczęścia. Okazało się że moje przygody nie były wcale lepsze od ich przygód. Ale o tym też publicznie mówić nie można. Ostatecznie nie mieszkałem nad Whisky Barem, ale w strugach deszczu przemieściliśmy się blisko cmentarza, gdzie dojeżdża 8-ka i jest kwiaciarnia z zajebistym napisem "Kochaś". Tak szybko pakowałem, że z tego wszystkiego zgubiłem koszulkę. A swoją drogą, to ktoś musiał mieć niezłą jazdę w bani, że mając puchę wypierdolił napis "Kochaś". W Polsce, prędzej ktoś napisze na murze "chuj" - a tutaj taka niespodzianka.





















Na miejscu, po 8-mej rano miałem siłę tylko paść na mordę. Pospaliśmy grubo do 12-stej. Zacząłem składać wieczór do kupy. Odpaliłem mobilnego fejsa i tylko zobaczyłem wiadomość od Davida. Chyba wychodziłem z mieszkania w którym siedzieliśmy w takim stanie, że się o mnie martwili.

Zrozumiałem fenomen Boogie Brain 2011. Nie mogę niczego powiedzieć niczego o poprzednich edycjach, ale forma klubowa to jednak strzał w 10-tkę. Wiadomo, niby kasy mniej na festiwal, to i w plenerze trudniej było działać. Było dokładnie tak, jak pisałem w "przewodniku". Skrócony do klubów obszar imprez spowodował dość duże podniecenie wśród uczestników. Nie każdy mógł wejść, więc i "tym bardziej" warto było tam być! To wszystko dało zajebistą publikę, która dokładnie wiedziała po co przyszła na daną imprezę. Łatwość wpadania na znajomych była aż przesadzona, częste toasty "za spotkanie" dobrze wprawiały w nastrój wydarzeń, a łatwość do zawierania nowych znajomości przechodziła najśmielsze oczekiwania. Dosłownie wszyscy których spotkałem, którzy zabalowali mocno pierwszego wieczoru z pewnością będą przyznawali mi rację - że była to zabawa legendarna. Boogie Brain po prostu dał festiwalowiczom genialny podkład muzyczny do wieczornego życia w mieście, za którym większość pasjonatów dobrej muzyki tęskni oglądając lineupy w Londyńskich klubach. Tej nocy nikt nie przejmował się że kogoś przegapił, bo wchodząc na następną imprezę znowu uderzało coś zajebistego. Uważam że Boogie Brain połączył i dał okazję spotkać się ludziom, którzy na co dzień robią różne rzeczy w różnych miastach. W Szczecinie spotkała nas pasja i gruby melanż. To było piękne. Gdy się pozbieraliśmy, uderzyliśmy zobaczyć zgliszcza imprezy na Śląskiej a potem udaliśmy się do Public Cafe na ul. Rynek Nowy, który był strategicznym miejscem spotkań występujących na festiwalu artystów. Dołączyliśmy do Pająka, który siedział tam cały dzień, potem wpadł Envee z Justyną, Daniel Drumz, Teielte i Good Paul. Zrobiliśmy reminiscencję poprzedniego wieczora, potwierdzające to, że bez wyjątku każdy bawił się wyśmienicie. Później dołączył też Groh, który powinien za ten weekend otrzymać medal mistrza wiru. W tym miejscu polecam Public Cafe, gdyż dają tam smaczne i świetnie wyglądające jedzenie oraz genialne herbaty. Naleśniki ze szpinakiem uratowały trochę mnie na kacu, bo czułem się fizycznie fatalnie do późnego popołudnia. To chyba apropo picia i gościny w Szczecinie.


Popołudniem niebo zaczęło się przecierać, wyszło nawet słońce i klątwa deszczowego Boogie Brain została pokonana. Wróciliśmy odsapnąć po zwiedzaniu Wałów na kwadrat aż do wieczora.


Wstręt do wódy, wprowadził ideę picia nie tyle po Poznańsku, co dokładniej po Dębiecku. "OG Seblove" driny poszły w ruch. Rum, woda truskawkowa i trochę lodu. Dzięki temu niezalepiającemu, orzeźwiającemu jednak kopytnemu napojowi letniemu, wprowadziliśmy się w idealny stan na sobotnie koncerty w Pierwszym Miejscu. Gdy przyszliśmy akurat rozpoczął Teielte... może nie będę mówił jak to brzmiało, bo w sumie możecie sprawdzić sami:

Teielte @ Boogie Brain Festival 2011



Resztę znajdziecie tutaj. Potem zagrał Dimlite. Piekielnie dobry live-act. W dodatku świetnie przyjęty przez publiczność. Jeszcze nie widziałem żeby w Polsce tak tańczyli do new-beats, tym bardziej - że to co wyprawia za swoimi zabawkami Szwajcar, do łatwej w odbiorze muzyki nie należy. Brzmienie Dimlite'a aż kipiało sceną z Los Angeles.


Na secie pojawił się Ghostpoet i też zdawał się czuć to, co odpierdala Dimlite. Autor showcase'u z kolei, miałem wrażenie że dawno nie grał dla takiej publiczności. Zdawało się, że nie może uwierzyć to co się dzieje z ludźmi pod wpływem jego muzyki. Tak chyba też było, bo wyglądał raczej na skromnego muzyka, stroniącego od aktorstwa. Zaraz po tym występie, na scenie zaczął rozstawiać się Ghostpoet z gitarzystą i perkusistą. Wydawałoby się, że niby skromny band. Byłem bardzo ciekawy jak wypadnie akurat ten koncert. Debiutancka płyta mimo że zajebista, to bardzo melancholijna i stonowana. Ale jakże oni grali live... Jaką oni dostali energię od publiczności... Jak tam kurwa było gorąco... Jak ludzie skakali! Bomba. Gdy zagrali mój ulubiony numer "Survive It", szczena opadła mi do ziemi. Nieco szybszy, nieco inaczej zaaranżowany,  z dodatkiem żywej gitary i perkusji to była prawdziwa petarda. Nawet nie chcę psuć sobie wspomnień filmikami z tego koncertu. Zagrali: "Lifes Tough", "Garden Path", "Run Run Run", "Survive It", "Liiines", "Us Against Whatever", "Finished I Ain't", "Cash & Carry Me Home". A później na bisie jeszcze raz: "Survive It". Ghostpoet po koncercie napisał organizatorom: "Hey guys. Thanks so much for looking after us yesterday, and also let the rest of the guys there know how grateful we are. Hopefully see you soon. LOVE POLAND!!!" Jaram się. Chętnie posłuchałbym tego jeszcze raz na żywo. Kto nie widział, niech wie. Ghostpoet jest do zobaczenia obowiązkowo. 


Sampha już kręcił się po tłumie, słuchając występu kolegi z UK, by zaraz po nim dać taki show z SBTRKT'em że to się w głowie nie mieści. Ci kolesie mają w zasadzie same hity. Nawet nie mówiąc już o samym LP, to przecież ile jest jeszcze zajebistych singli które wyszły przez ostatnie dwa lata... Mogą wybierać w czym chcą. Sampha to genialny wokalista. Trochę mnie frustruje fakt, że wszędzie mówi się SBTRKT to, SBTRKT tamto. Na końcu jest na plakacie SBTRKT (live). WTF?! Bez Samphy to nie miało by takiego ognia. Jego piosenki są fenomenalne a większość kompozycji z debiutu były robione wspólnie. Na koncercie zagrali większość utworów z płyty, plus jeden z moich ulubionych numerów tego duetu "Living Like I Do". Wiadomo, album jak na tego typu muzykę i tak w naszym kraju jest bestsellerem. Ludzie znali teksty i krzyczeli podczas piosenek. Gdy zagrali "Wildfire" wszyscy poszli w pogo. Zresztą fajnie przedstawili ten numer, bo wpletli w niego zarówno zwrotkę Yukimi Nagano jak i bodajże Drake'a. Na bisie zagrali drugi raz "Right Thing To Do", który oryginalnie jest wykonywany przez Jasse Ware. Szkoda że jeszcze jej nie było - też zajebiście śpiewa i ma wyjebisty utwór z Samphą "Valentine". Myślałem że zakończą moim faworytem z krążka "Never Never" ale się nie doczekałem, trudno. I tak było to wszystko aż zbyt dobre. 



Po tym koncercie zrobiło się po czwartej. Po tylu godzinach wrażeń i po drugim dniu nie oszczędzania się byliśmy już mocno zmęczeni. Bez zbędnego przedłużania zawinęliśmy się na chawire. Jak zwykle taryfą za 6 złotych płacąc 10 (to jest zajebiste w Szczecinie). Niebawem powinna pojawić się też moja laurka dla Boogie Brain, którą zostawiłem pomorskiemu oddziałowi TVP. Z tego co pamiętam, wypowiedź jest po pijaku i kilku kentach, ale tragedii być nie powinno.




W niedziele rano myślałem z Tomkiem tylko o porządnym śniadaniu. Szczecin totalnie się wypogodził, poszedłem jeszcze odwiedzić Dom Marynarza, oglądając miasto z 11 piętra. Było wesoło, tym razem z oddziałem Wrocławskim, z którym wracałem do Poznania (pozdro Ala, Magda i Szymon). 


Wszystko by było pięknie, gdyby nie wykolejona towarówa pod Wronkami, ale ostatecznie na finał Copa America zdążyłem. Dziękuje Szczecin, dzięki Boogie Brain. Zrobiliście genialny festiwal, trzymajcie tak dalej. Bawiłem się chyba najlepiej w życiu jeśli chodzi o festiwale. Piszę to bez zbędnej przesady.

 *Fotografie z wydarzeń są autorstwa Joanny Kurkowskiej / WP