Strony

sobota, 9 lipca 2011

GETT OFF (horny pony) and I'm pumping'em from Pakistan 2 Poland, straight into yo town...

Możliwość posłuchania Prince'a na żywo w moim przypadku została bardzo szybko przekreślona, głównie ze względu na datę i cenę karnetu jednodniowego. Byłem załamany. Nie chciałem nawet o tym wydarzeniu wspominać i zdrowo zazdrościłem Tym, którzy na ten koncert się wybierali. Będąc na etapie w życiu, gdzie ciężko wytrzymać do pierwszego, przytłamszany kolejnymi ślubami i innymi nieplanowanymi wydatkami, które skutecznie zabierały mi resztki i tak skromnego wynagrodzenia - starałem się zapomnieć o tym, że taki show ma się w ogóle odbyć. W piątek, dzień przed występem Prince'a jechałem do pracy niestandardowo, zapierdalając 15 kilometrów w jedną stronę rowerem, mając nadzieję że zaraz nie spotka mnie deszcz. Po godzinie jazdy trasą Dębiec-Przeźmierowo, rozpocząłem regularny dzień w pracy... jak zwykle, czekając na sobotę. Odjebałem piątkową pańszczyznę i ruszyłem tą samą drogą do domu. Wjeżdżając na dzielnie zadzwonił telefon. Zatrzymałem więc moją maszynę produkcji krajowej, która z pewnością pamięta Gierka i odebrałem rozmowę przychodzącą. Zadzwoniła Aśka, pomyślałem że znowu pomyliła numery, chcąc zadzwonić do Stony. Okazało się, że tym razem było inaczej... Był to telefon roku. Padła propozycja wycieczki do Gdyni, gdzie za cenę zrzuty na zupę mogłem zobaczyć Księcia!


Myślałem że mi tchu zabraknie, a tym bardziej kondycji żeby dodreptać rowerem do domu. W tym dniu planety mi sprzyjały - niemożliwe stało się możliwe. Na fali euforii zaliczyłem jeszcze pożegnanie Buszka, który wyjechał do Warszawy aby dołączyć do reszty ekipy JuNouMi. Później odwiedziliśmy jeszcze chłopaków z Rasmentalism na premierowym koncercie z nowym materiałem w Poznaniu. Spotkania towarzyskie przeciągnęły się prawie do trzeciej w nocy, a ja musiałem wstać o ósmej rano żeby wyrobić się na wyjazd. Doskonale wiecie, że gdy człowiek jest szczęśliwy i spełnia marzenia życia, to nie potrzebuje dużo snu. Dojechałem do Asi i Stony, od nich podskoczyliśmy na Jagiełły po Kamila. Wesołym tempem, przetaczając w trasie wagony beki, słuchając przez sześć godzin dyskografii Prince'a, udaliśmy się na pomorze. Na miejscu byliśmy po 17, więc mieliśmy sporo czasu żeby powłóczyć się po Gdyni. Nigdy wcześniej tam nie byłem turystycznie, także klasycznie poszliśmy zobaczyć Bałtyk blisko portu, po drodze zaliczając pomidorówę i pierogi w polecanym przez mieszkańców barze mlecznym "Kwadrans". Czysty kush budował skutecznie apetyty,  nic dziwnego że był to kolejny raz najlepszy posiłek jaki w życiu jadłem. Przez całe to jaranie, strasznie kiepska ze mnie Magda Gessler. Pierwszy raz jadłem smażoną kapustę w kolorze czerwonym! Chociaż... może to był bigos bez dodatków, w każdym razie dość kwaśna i cierpka kapucha tworzyła idealny kontrast dla podawanych z nią pierogów.


Trzeba przyznać, że Gdynia tętni życiem podczas festiwalu. Jednak ponad 80 tysięcy słuchaczy w jednym miejscu to już piekielnie duże wydarzenie. Zdaje się że Hip Hop Kemp, Tauron Nowa Muzyka czy Boogie Brain to dość małe festiwale w porównaniu do Heinekenowskiego Open'era. Nasz problem polegał na tym, że i tak nie czuliśmy się jakbyśmy jechali na jeden z wakacyjnych festiwali, nie używaliśmy stwierdzenia że jedziemy na Open'er, utwierdzaliśmy innych w przekonaniu że jedziemy na koncert Prince'a. Nasze myślenie nie zmieniało faktu, że dziesięcioletnie doświadczenie w organizacji tego eventu nie poszło w las. Zostawiliśmy auto w centrum żeby łatwiej wydostać się z Gdyni po koncertach. Na teren lotniska Kosakowo postanowiliśmy pojechać autobusami dowożącymi festiwalowiczów. W tym miejscu powinny rozbrzmiewać fanfary dla ludzi odpowiedzialnych za logistykę. Zero ścisku, kolejka praktycznie wcale nie była statyczna, odnosiłem wrażenie że czasami dłużej czekam na MPK w Poznaniu. Wejście na sam teren festiwalu z załatwieniem opasek, też zajęło nam góra 15 minut. Do samego koncertu Prince'a w zasadzie się nudziliśmy. Sobotni lineup, kompletnie niczym nas nie zaskakiwał, krążyliśmy po terenie lotniska oglądając jak to wszystko wygląda popijając browary. Primus niby zachwycał wszystkich dookoła, ale to nie jest moja muzyka. Jedynie Kamil poszedł zobaczyć Kate Nash, a potem mówił żebym żałował że nie poszedłem, bo w miejscu w którym grała aż roiło się od sympatycznych dziewcząt, w moim typie. Niestety byłem zajęty szukaniem bletek i natykając się co chwilę na znajomych z całej Polski. Tak to jest, zarzekałem się że mam, a jak przyszło co do czego, to rozłożyłem ręce - wyparowały. Przyszło mi potem o te nieszczęsne papiery pytać nawet Maleńczuka, ale niestety nawet on ich nie miał, chociaż ochoczo szukał w torebce koleżanki. W każdym razie gdy ja bezskutecznie pytałem po ludziach, Asia poradziła sobie szybciej i lepiej. Skonstruowałem wąsa jak na filmikach Wiza Khalify. Bez tyteksu, takiego grubasa żebyśmy odpowiednio uduchowieni odbierali koncert Księcia. Poszliśmy nieco wcześniej pod scenę żeby wywalczyć odpowiednie miejsca.


 Dokonując wcześniej odsłuchu Primusa, wiedzieliśmy że nie ma mowy o oglądaniu i słuchaniu tego wydarzenia z boku sceny, albo jeszcze gorzej z daleka. Udało nam się stanąć 30-40 metrów od sceny, a do tego na samym środku. Odbiór był piękny. Nie za głośno, nie za cicho czy niewyraźnie. Prawdziwy muzyczny IMAX (dlatego nie odpalajcie nawet filmików na You Tube, to nie ma najmniejszego sensu). Prince nieco się ociągał z punktualnym wyjściem na scenę, co też miało swój klimat, bo wszyscy zaczynali wrzeszczeć jak tylko lekko odsłaniała się, muskana przez dość mocny wiatr, kotarka od backstage'a. Na scenie stał już przygotowany purpurowy fortepian, dwa stanowiska klawiszowe (Cassandra O'Neal oraz Morris Hayes) i perkusja w centrum (John Blackwell). Chwilę później na publiczność spłynął funk. Prince pojawił się w mieniącym się, złotym kostiumie w towarzystwie pięciu dziewcząt, perkusisty i klawiszowca. Wśród Pań, wystąpiła między innymi Shelby Johnson - kompletnie łysa, pewna siebie babka, która prywatnie chyba jest z Princem. Nie doszukałem się nazwiska rudej basistki i cudownej, czarującej wręcz, lokowatej wokalistki, która skradła wszystkie serca męskiej części widowni a już na pewno moje! Być może była to Misty Copeland - tancerka, której Prince pozwala też śpiewać i grać na gitarze... ale na wszystkich zdjęciach ma wyprostowane włosy, więc nie jestem w stanie tego potwierdzić. Zespół rozpoczął set od "Laydown". Publiczność zwariowała. Książę podtrzymywał ekstatyczną atmosferę numerem otwierającym "Purple Rain" czyli "Let's Go Crazy". Było do przewidzenia, że na koncercie w Polsce przeważać będą numery z tej właśnie płyty. Chyba każdy z nas przeglądając płytotekę rodziców, a później przejmując niektóre albumy do swojej kolekcji miał edycję wytłoczoną w 1988 roku (cztery lata po premierze) przez Polskie Nagrania.


Po "Let's Go Crazy", Prince wrócił do 1982 roku grając "Delirious" oraz "1999" z płyty, która ukazała się pod tym samym tytułem. W tej piosence jest zajebisty refren nawołujący do zabawy, idzie on tak: "Cuz they say two thousand zero zero party over / 
Oops out of time / 
So tonight I'm gonna party like it's 1999". Wiadomo, że na długo przed nadejściem nowego millenium, wielu artystów podejmowało temat wejścia w nowe tysiąclecie, które być może, mogłoby przynieść koniec świata, albo przynajmniej zwieńczenie jakiejś ważnej ery. Jednak ja tę piosenkę rozumiałem inaczej tego wieczora. Po tym jak nie pojechałem do Berlina na koncert Gila Scotta Herona, straciłem ostatnią szansę. Prince przyjechał do Polski w 2011 roku, czyli po raz pierwszy od wydania pierwszego krążka ponad trzydzieści lat temu. Być może to był ostatni raz, kiedy miałem okazję zobaczyć i posłuchać go na żywo. Dlatego bawiłem się, jakby to miał być ostatni raz.


Nie zabrakło również przeboju który rozsławił na początku lat 90-tych Sinead O'Connor czyli "Nothing Compares 2 U", autorem tego utworu jest oczywiście Prince. Wiadomo, ta piosenka nie jest może szczytem marzeń na trackliście fanów Prince'a, ale bardzo dobrze rozumiem chęć Księcia do umieszczenia tego utworu w secie. W końcu w roku 1990, ten numer praktycznie nie schodził z list przebojów. Między tym trackiem i kilka innymi coverami, między innymi Chic i Boba Marley'a, pojawił się numer, który chyba każdy człowiek znający wczesną twórczość Prince'a wstawiłby do swojej wymarzonej setlisty. Mowa o przeboju z 1981 roku czyli "Controversy". Kocham refren tej piosenki. Koncertowa wersja wyszła znakomicie, gdyż wielu ludzi śpiewało ostatnie wersy tego numeru razem z Księciem: "People call me rude, I wish we were all nude / I wish there was no black and white, I wish there were no rules".

Prince - Controversy


Po tym, Prince zagrał większość utworów z "Purple Rain", o czym wspominałem już na początku, wplatając w listę pojedyncze kawałki z "Lovesexy", "Sign "O" Times" i "Parade". Ciężko ocenić stopień podniecenia podczas grania tych wszystkich hitów, zajebistych gitarowych solówek Rogersa Nelsona i wciąż gorących ruchów scenicznych, które inspirowały pokolenia tancerzy w tym najlepszego Polskiego wymiatacza na densflorach świata Michała Malitowskiego. Między "I Would Die 4 You", "Kiss" i "Purple Rain" byłem w niebie... skacząc i wrzeszcząc ze wszystkimi dookoła. Dosłownie ze wszystkimi. Nie było ważne czy ktoś miał 18 czy 50 lat. Mimo niespotykanej przeze mnie wcześniej różnorodności wiekowej na festiwalach, wszyscy bawili się jednakowo i na całego.


Zapomniałem dodać, że między utworami Prince chętnie mówił do ludzi o tym jak bardzo dziękuje Polsce za tak świetne przyjęcie. Pytał czy ludzie kochają muzykę, czy kochają jego... wieńcząc zdaniem dość nieskromnym, twierdząc że to on jest muzyką. Czy ktoś był w stanie się temu sprzeciwić? Nie sądzę. To Prince jakiego sobie wyobrażałem, przesadzony do granic możliwości, trochę zadufany w sobie, kokietujący (taki, jak pokazywały go skecze Dave'a Chappelle'a) ale przy tym cały czas w chuj zajebisty! Zabierając się do "Purple Rain", który ostatecznie trwał z 10 minut, Prince powiedział coś takiego: "Wybaczcie że nie będę spieszył się z tą piosenką, po prostu bardzo ją lubię". Publiczność wręcz kochała ten numer. Największą niespodzianką której chyba nikt się nie spodziewał, było wystrzelenie purpurowo-złotego konfetti, spadające niczym utwórowy deszcz na rozgrzaną do czerwoności publiczność. Efekt był niesamowity, a radość bezcenna. Chyba mniej więcej w tym momencie Książę powiedział: "Jeśli macie przy sobie telefon, zadzwońcie do kogoś bliskiego i powiedzcie, że jesteście w najlepszym miejscu na ziemi".


To zdanie nie było przesadzone. Wiem że nie zapomnę tego do końca życia. Na tym zakończyła się oficjalna część koncertu. Publika zdołała wywołać Prince'a na cztery bisy, głównie zawierające covery. Ich selekcja była w porządku. Bardzo się cieszę że wśród nich znalazł się jeden z moich ulubionych kawałków Michaela Jacksona "Don't Stop Til You Get Enough", kilka utworów The Time oraz "Love Rollercoaster" od Ohio Players i "Play That Funky Music" od Wild Cherry. Cały koncert trwał blisko dwie godziny i wiecie co? Prince nadal jest "cipko-controller". Na samym końcu, zbliżenia na twarz Prince'a zdradzały wzruszenie... gdy kończył grać najpierw wyrzucił statyw, potem ostentacyjnie upuścił mikrofon i zszedł ze sceny dumnie, myśląc pewnie, że tej nocy naprawdę przyjebał jak rzadko. Tak było.

Prince - Pussy Control


Po takiej dawce Prince'owego brzmienia uciekały myśli o tym że nie zagrał moich ulubionych kawałków, takich jak "Crazy You", "Do Me Baby" czy "Diamonds and Pearls". Mając ponad 40 albumów na koncie i tak fajnie że skupił się na swojej wczesnej twórczości związanej głównie z latami 80-tymi. Jeśli ktoś narzekał, to chyba tylko przez to, że stał za daleko i nie ogarniała go siła tego wydarzenia. Chujowo mieli też Ci, którzy przyjechali sprawdzić jak Prince sobie poradzi z góry nastawiając się na chęć oceniania całego występu. Szczęśliwi byli Ci, co nie zastanawiali się nad pierdołami i jechali tak jak moja ekipa i ja - na konkretny armagedon sceniczny. Nie żałujemy niczego. 12 godzin w trasie, spóźnienie Big Boi'a, którego ostatecznie nie uświadczyliśmy... to nam nie psuło nastroju. To co przeżyliśmy nam wystarczyło. Jak ktoś nas kiedyś zapyta, to możemy powiedzieć: Tak byliśmy na koncercie Prince'a i było kurwa zajebiście!