Strony

poniedziałek, 2 maja 2011

Za co cenię sobie muzykę Mark'a de Clive Lowe'a i Bembe Segue...

Chyba nie czuję się na siłach żeby próbować opisywać to, z czego Mark de Clive Lowe jest najbardziej znany. A chyba najwięcej rozgłosu przyniósł mu okres pobytu w zachodnim Londynie, gdzie razem z innymi kozakami w nurcie broken beat zbierał multum pochlebnych recenzji w czasie, w którym UK kipiało połamanymi bitami, jak dziś tętni dubstepem. Z przykrością muszę stwierdzić że nie załapałem się na erę fascynacji tym typem brzmienia i nie wiele mogę o tym powiedzieć/napisać. Więcej mogę z pewnością napomknąć o jazzie Mark'a, albo o rzeczach które z łatwością w jazz wpadały, mimo że tworzył je z ludźmi z którymi w zasadzie z graniem jazzu (w klasycznym tego terminu rozumieniu), nigdy byśmy nie kojarzyli. Głównie przez wzgląd na to, że większość postaci które mam na myśli, wywodzi się z nurtu hip-hopowego.  Dlaczego o tym? Nie bez okazji, już niebawem, w 13-stego w piątek, drugie urodziny Warsoul a na nich między innymi Mark De Live Lowe w duecie z Bembe Segue.




Jedną z rzeczy, która nieco wyjaśniałaby co mam na myśli, zapowiadając wyżej twórczość Mark'a, jest niesamowity skład Love Supreme - Jam Crew. W zasadzie to nawet nie wiem czy dobrze tę nazwę zapisałem, ale już tłumaczę o co chodzi. Pamiętam doskonale wakacje 2009, było to chyba krótko przed wyjazdem do Katowic, żeby posłuchać Flying Lotus'a i Hudson'a Mohawke. Na podróż załadowałem sobie na iPoda "jakąś" jam session z udziałem Shafiq'a Husayn'a. W tamtym czasie nie było dla mnie postaci, która muzycznie inspirowała by mnie bardziej niż on. Ukazała się płyta "En-A-Free-Ka", katowałem ją bez przerwy i czułem się jakby właśnie pojawiła się płyta niezwykła i ponadczasowa. Tak wspaniała, że w historii muzyki za jakiś czas będzie miała swoje (zasłużone), bardzo ważne miejsce. W każdym razie, playlistę szykowałem jakoś w pośpiechu, a to ściągnąłem w zasadzie bezmyślnie przez pryzmat tego, że jak napisali że jest Shafiq, to przynajmniej sprawdzić trzeba. Jechałem w pociągu i totalnie się rozpierdoliłem, tym co poleciało na słuchawkach. Soundtrack do tematu:
Love Supreme Jam Crew

Masakra co? Mark nazwał to "surowym, czysto kosmicznym jazzowym szaleństwem", był to 25 minutowy hołd dla legendarnej płyty "A Love Supreme" John'a Coltrane'a. Podobno osoby które brały udział w sesji (w Los Angeles), nie miały pojęcia kto tam się zjawi. Ktoś rzucił hasło, skrzyknęli się i zagrali. Zdaje się że tym kimś był Andrew Lojero, promotor z LA związany z ArtDontSleep, który wcześniej odpowiadał za kompilacje "From LA With Love". Cały urok w tym, że muzycy którzy się tam pojawili, improwizowali wokół jednego z najbardziej znanych motywów utworu pt. "Acknowledgement". Nie grając tego repertuaru razem wcześniej, przyjebali coś tak genialnego. Pełny skład to: Miguel Atwood-Ferguson (Suite for Ma Dukes) - skrzypce, Todd Simon (Breakestra/Sound Directions) - trąbka, Andres Renteria - perkusja,  Pablo Ygal - elektryczna gitara, Shafiq Husayn (SA-RA) - Juno, bębny, Mark de Clive-Lowe (The Politik) - klawisze, MPC, Computer Jay (Master Blazter) - Rhodes, klawisze, Brian Martinez - bass,  KenBts. - efekty + wokalistki: Zap Mama, Nia Andrews oraz Neha Kent. W 2009 słuchałem tego jamu bez przerwy. Po dwóch latach nadal do tego często wracam i marzę żeby taki skład zawiązał trasę po Europie. Z drugiej strony jeżeli taka ekipa zagrała zaledwie raz (i to w Los Angeles), to szansa wspólnej podróży na stary kontynent jest znikoma i w tej kwestii pozostaje realistą. Przyjdzie nam pewnie prędzej poznać wszystkich, ale osobno i w solowych projektach... W końcu Computer Jay był już w Polsce z Dam Funk'iem i J-1'em, Shafiq też prawie był, tylko nie mógł wpaść do Europy z Tazem i Om'masem a Mark de Clive Lowe był i będzie niebawem znowu.  No, ale wracając do MdCL i jego jazzowych zapędów... sprawdźcie to:

Mark de Clive Lowe - Journey 2 the Light


"Journey 2 the Light" to krążek który ukazał się jakoś w 2008 roku, tylko na rynku w Japonii. Jako że cały nakład się wyczerpał, a wytwórnia nigdy nie wydała digitalnej wersji w iTunes store, czy gdziekolwiek indziej, Mark postanowił udostępnić odsłuch tej płyty za friko. MdCL nagrywając ten album, nie miał na myśli podchodzić do jazzu w tradycyjnym sensie, chciał żeby nad nagraniami unosił się duch muzyki jazzowej. Większość płyty powstało w Vancouver w Kanadzie, gdzie Mark jammował z Bembe Segue i wieloletnim współpracownikiem Miles'a Davis'a - Sammy'm Figueroa. Dwa numery powstały w Amsterdamie, gdzie na perkusji napierdalał Richard Spaven, który jest autorem chociażby tego niesamowitego utworu z Jose James'em pt. "Maz". W Londynie do sesji dołączyli bezbłędni na tych nagraniach Jason Yarde - saksofony, oraz Joni Love - flet. Efektem jest wyżej podwieszony album, który inspirowany jest dokonaniami takich wytwórni jak Strata East (Gil Scott Heron/Brian Jackson/Clifford Jordan) czy Black Jazz. Sprawdźcie jak wyglądało to na żywo w Japonii:

Mark de Clive-Lowe - Journey 2 the Light Live in Japan


To o czym wyżej napisałem to zaledwie garstka informacji o twórczości Mark'a... Pewnie Wam chodzi po głowie czego można się spodziewać na Warsoul Sessions?! Obawiam się że nie jestem w stanie przewidzieć co zdarzy się tego wieczora, z jednej strony potężne doświadczenie broken-beat'owe, a ostatnie dokonania jak najbardziej jazz'owe, a do Polski Mark de Clive Lowe wpada w duecie z Bembe Segue. Trasa zakłada siedem koncertów, każdy inny i z kimś innym. Ten występ będzie czymś zupełnie nowym w wykonaniu Mark'a, tym razem mamy do czynienia z MdCL REMIX:Live
"a one man, fully improvised, dancefloor remix experience rocking the live rig (MPC drum machine, various keyboards and toys) and remixing accapellas for a spontaneous one-off live performance remix album."
Jak już wspomniałem wcześniej, Warszawska odsłona trasy będzie poszerzona o gościnny występ Bembe Segue, którą znam głównie przez dokonania z Mark'iem czy z IG Culture. Maceo mówił, że ta dziewczyna jest mocno popłynięta w klimat Sun Ra i często wykonuje z MdCL "Space Is The Place" odlatując w kosmos razem z tym utworem. Zresztą, sami wyobraźcie sobie ten utwór jazzowy, skąpany w broken-beacie w towarzystwie wokalu, który jest połączeniem inspiracji muzyką brazylijską i afro-kubańską z elementami hip hopu i soul'u. Czekam na taką podróż w Cafe Kulturalna!

O kurde, ale się rozpisałem... a nie wspomniałem jeszcze o najnowszej EP'ce Mark'a, która zaczerpnęła tytuł od klasycznej pozycji z katalogu Charles'a Earland'a "Leaving This Planet"... także, może nie będę już nic więcej pisał, bo i tak potem nie czytacie. Po prostu sprawdźcie to tutaj. To pierwszy powód dla którego musicie tam być, niebawem opowiem o drugim.