Strony

wtorek, 10 maja 2011

Toro Y Moi @ Minoga

Nie mam pojęcia czym jest chillwave i kto oprócz Toro Y Moi reprezentuje ten gatunek. Nawet nie będę tego sprawdzał. Powiem szczerze, że łatki i generalizacje totalnie mnie walą. Liczy się to, co płynie z głośników. Zdziwiłem się kiedy Buszek (JuNouMi), zapytał mnie od kiedy wbijam się w ten chill-coś-tam. Pomyślałem, o chuj mu chodzi? Wkręcam się w różne rzeczy, a potem nie pamiętam nawet jak na nie wpadam. Przykładem może być J*Davey, w generalizacji odpływają już tak daleko, że żeby określić jak ten duet brzmi trzeba po prostu odpowiedzieć - brzmią jak J*Davey. Koniec kropka. To samo można powiedzieć o zespole Twin Shadow, którym zajarałem się całkiem niedawno. W każdym razie, kilka miesięcy temu, nie chcę teraz skłamać, ale jakoś w lutym albo marcu, dotarła do mnie wiadomość o tym, że Toro Y Moi kolejny raz będą w Polsce. Ba! W Poznaniu nawet. Powiedziałem sobie że jak mam w mieście taki band, to niezależnie od ceny jestem tam.

Do tygodnia przed samym wydarzeniem myślałem że organizacja tego koncertu to jakiś fejk. Wieść o dystrybucji partii przedsprzedażowych biletów jakoś mnie ominęła a plakatów na mieście nie było. Istne szaleństwo. Okazało się że bilety rozeszły się krótko po tym jak je wydrukowano, totalny sold-out (a przecież były aż trzy koncerty w Polsce). Okazało się że ostatnią pulę 50-ciu ticketów zostawiono dla spóźnialskich i można je było kupić w południe w dniu koncertu w jednej z knajp blisko Minogi. Popytałem "na mieście" i okazało się że za koncert odpowiedzialna jest ekipa Blunt Arrow. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem, nigdy też wcześniej nie byłem na żadnym gigu który organizowali, ale umówmy się - muza którą oferują do dziś pozostaje dla mnie zagadką. W każdym razie napisałem do Bartka i dwie wejściówki się znalazły, za co mu z góry bardzo dziękuje.




Dawno nie było wydarzenia w moim mieście którym tak bardzo się ekscytowałem. Ostatni raz chyba tak się cieszyłem jak organizowaliśmy pierwszy Warsoul w Poznaniu, ale własne inicjatywy się nie liczą, więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć że nie pamiętam takiego eventu. Na koncert wybrałem się z moim człowiekiem Wajdkiem, w ramach klubu konesera. Nie liczyłem na to że spotkam w Minodze w niedzielny wieczór jakąś znajomą twarz, a żadna panna nie wykazała chęci żeby się ze mną tam wybrać. W każdym razie, nie licząc Łukasza, publika która zaliczyła Toro Y Moi była dla mnie tak inna, jakbym pojawił się w totalnie innym mieście. Zacząłem się zastanawiać czy rzeczywiście nie jestem z kosmosu. Imprezy na które wbijam do 8-bitów, teraz już rzadziej do Opcji czy na których kiedyś bywałem w Mięsnej, gromadziły chmarę znajomych. Na Toro Y Moi pojawiła się chmura obcych mi entuzjastów muzyki, ujeżdżających na holenderskich rowerach i wpisujących się idealnie w ramkę pojęcia "hipster". Uświadomiłem sobie, że strasznie ciężko dotrzeć do wszystkich w jednym mieście. Rysuje się pytanie... Jak udało się wyprzedać koncert, bez plakatu, za pomocą wydarzenia na FB, które w dodatku nie było założone przez samą agencję? Czy Toro Y Moi ma tak dużą rzeszę w fanów w Polsce, mimo że nie lecą w radiu? Czy występ trio na Off Festiwalu w 2010 roku przyniosło im tyle hajpu, że ludzie już wtedy czekali na wiadomość o następnej wizycie Chaz'a z bandem? Nie mam zielonego pojęcia. W każdym razie wiem ile trzeba włożyć pracy w promocję wydarzenia, dlatego tym bardziej gratuluję im wyprzedania biletów w takim tempie, mimo tego że sam dowiedziałem się o tym metodą "szeptaną", a przecież zaliczam się do osób interesujących się... Eee, koniec tej socjologii. Jeśli prawdą jest, że byłem w Minodze z Wajdkiem i Topcutem (który grał tam afterparty) jedynym nie-hipsterem, który w życiu nie szuka totalnej awangardy czy alternatywy, to wychodziłoby na to, że nikt z przybyłych tam słuchaczy, nigdy nie zetknął się z tym, jakże wyjebistym remiksem jednego z najciekawszych (moim zdaniem) twórców muzyki Rap drugiej dekady XXI wieku:
Tyler, The Creator - French (Toro Y Moi Remix)

Nie będę też strzelał za co muzyka Chaz'a porywa innych, po prostu wypowiem się za siebie. Tajemnicą nie jest że głównie jaram się muzyką kreowaną przez czarnoskórych artystów. Chaz Bundick ma tyle lat co ja i wychowywał się na takiej samej muzyce co ja. I tutaj właśnie jest pewna skromna różnica między młodym Polakiem i młodym Amerykaninem. Jeśli czyta się wywiady z różnymi artystami, często wskazują oni na inspiracje jazzem, funkiem, soulem czyli generalnie kulturalnym dorobkiem czarnego społeczeństwa. Toro Y Moi wskazuje jednak na zupełnie inne rzeczy, lubił Beach Boys czy The Beatles, czyli rzeczy na których w 99% wychowywały się dzieciaki mieszkające w Europie, których starzy słuchali różnych gatunków rock'a. Zanim jednak dotarłem do tych wypowiedzi i dopiero oswajałem się muzyką Chaz'a, słyszałem w nim czarną wersję wyżej wymienionych zespołów, czułem że gdyby Lenon urodził się w 86 roku, nie w Liverpoolu, ale gdzieś w Bay Area i w dodatku byłby ciemnoskóry, brzmiałby właśnie tak, jak dziś brzmi Chaz Bundick. Ponadto, Toro Y Moi w ciągu dwóch lat wydał tylko dwa krążki, oba są bez pudła, nie zawierają nie wiadomo jak długiego i męczącego wypełniaczami materiału. W dodatku moje ulubione płyty nie przekraczają 40-stu minut. Chaz zdaje się, doskonale wiedzieć co znaczy "less is more".

Toro Y Moi - "Light Black" Live @ KCRW


Również koncert nie był zabójczo długi. Set trwał blisko 50 minut. Tutaj znowu złoty środek, po tak świetnym występie, można było poczuć ten zajebisty balans oscylujący blisko najedzenia, ale nie przeżarcia. Takie coś po koncercie, pozostawia w człowieku chęć przyjścia na następny gig. Nie czytajcie nierzetelnych relacji. Ludzie którzy oglądali ten sam koncert co ja, nie zauważyli, że od Off Festiwalu trio zmieniło się w kwartet i oprócz Andy'ego i Patrick'a skład powiększył się o jeszcze jednego gitarzystę, który wspierał wokalnie Chaz'a. Niestety nie doszukałem się informacji na temat tożsamości tego gościa, w każdym razie muszę przyznać, że muzycy towarzyszący w trasie głównemu kreatorowi brzmienia są nieco niesprawiedliwie pomijani, a też potrafią dobrze dopierdolić. Koncert był głównie showcasem promującym ostatni album "Underneath The Pine". Ludzie świetnie reagowali na największe hity takie jak "Still Sound" czy "New Beat", pierwsze rzędy sobie tańczyły jak i panienki w tłumie. Blisko nas dziewczęta też świetnie się bawiły ruszając z lewa na prawo biodrami cały gig. Ja doczekałem się też mojego personalnego przeboju "Light Black", który przypomina mi nieco odjazdy naszego rodzimego Laboratorium w czasach świetności. Między tracki z najnowszego albumu Chaz wplatał też dżointy z pierwszej płyty "Causers of This", takie jak genialny "Talamak" czy wakacyjny "Low Shoulder". Bohater wieczoru, to jedna z najskromniejszych jakie widziałem na scenie, po każdym kawału tylko nieśmiało dziękował. Widać, że podoba mu się granie w Polsce, zresztą wielokrotnie to zaznaczał. Ludzie za świetny odbiór występu doczekali się bisu. Niestety, jak wspomniałem wcześniej, nie znałem tam nikogo, przez co widzicie tylko goły tekst wolnych myśli Sebola. Nie mam też pamiątkowej fotki z Toro Y Moi, co również jest chujowe. W każdym razie nie żałuje żadnej wydanej złotówki tego dnia. Zobaczyć tak świetny skład, w tak kameralnym i intymnym miejscu było prawdziwą przyjemnością. Ci których znam i wiedzą że byłem, a sami nie powalczyli o to żeby tam się znaleźć mogę tylko uświadomić, że zjebali jak młodzi! Musicie czekać na kolejny koncert i możecie być pewni że tam będę znowu.