Strony

poniedziałek, 16 maja 2011

O grubaśnych urodzinach Warsoul

Jest to wpis z datą wsteczną, więc mimo tego, że czytacie go dziś, czujcie się jakby była sobota 14.05.2011. Jestem właśnie w pociągu po fantastycznej tortilli serowej w mojej ulubionej knajpie "my'o'my", gdzie zawsze jadamy śniadania po sesjach Warsoul. Koniecznie polecam sprawdzić tam kawę którą podają od niedawna... o ile się nie mylę jest przyrządzana za pomocą "dripa", czy czymkolwiek ten bliżej nieznany mi sprzęt jest. W każdym razie poinstruowano mnie, żebym poczekał chwilę z jej wypiciem gdyż wraz ze spadkiem temperatury zmienia się jej smak - i wiecie co? To była najlepsza czarna kawa jaką w życiu piłem! Teraz jest całkiem nieźle, siedzę, co prawda na nielegalu w przedziale dla matek z dziećmi, ale jedzie ze mną cudna panna, której pomogłem z bagażem, a teraz wstydzę się odezwać, więc czekam aż ibuprom zacznie działać i słucham albumu Jose James'a i Jef'a Neve'a z ubiegłego roku. Nadal jest piękny i zlewa się z aurą sobotniego, słonecznego, prawie że letniego popołudnia...




Wróćmy natomiast myślami do czwartku. To właśnie wtedy zwolniłem się pół godziny wcześniej z pracy, żeby wyrobić się na pociąg o 17:30. Masakrycznie długo jechałem. Zdążyłem doczytać zaległą książkę a potem z uwagą przesłuchałem krążek pt. "One Nation" duetu z Londynu ukrywającego się pod nazwą Hype Williams. Nie rozgryzłem jeszcze tego, o co właściwie chodzi w tym wydawnictwie. Dziwna kompresja, słuchając odnosi się wrażenie jakby tracki były nagrywane na jamniku... z drugiej strony, rozwiązania jakie się tam pojawiają wprowadzają muzykę klubową na następny poziom. Z pewnością warto się zainteresować. Wracając do głównego wątku... bo biegam po tematach jak szalony, odbiegając od rzeczywistości.  Do Warszawy zajechałem po dziewiątej wieczorem. Maceo odebrał mnie z Alei Jerozolimskich, bo jak na tyle wyjazdów do stolicy, nadal nie potrafiłem zrozumieć gdzie jest ulica Emilii Plater. Już na wstępie okazało się że nie ma opierdalania. Zdążyłem zjeść sympatyczne tureckie danie blisko pałacu kultury z Matim "Ślósarkiem" (którego znacie chociażby z projektu okładki do mix'u Footprints autorstwa Galusa) i jak się w rozmowie okazało z Marcinem Wasilewskim, fenomenalnym pianistą jazzowym związanym z legendarną wytwórnią ECM. Nigdy wcześniej nie miałem okazji poznać Marcina osobiście, znałem go tylko z krążków Tomasza Stańko, czy z projektów sygnowanych własnym nazwiskiem. Muszę przyznać, że prywatnie to bardzo pozytywna postać. Około jedenastej w nocy, ogarnialiśmy jeszcze MPC (za co jeszcze raz dziękujemy Michałowi Ratyńskiemu). Jeszcze później jeździliśmy w celu załatwienia Rhodes'a, który jest chyba najcięższym klawiszem jaki przyszło mi dźwigać. Targaliśmy go z Maćkiem dosłownie kilka metrów a zdążyłem spuchnąć. Zawieźliśmy to do Kulturalnej. Akurat kończył się koncert zespołu Niwea - tutaj dygresja. Nigdy nie sądziłem że w stolicy jest taki hajp na Wojtka Bąkowskiego aka Dzidasa z "Legendary Jazz Fuzz Crew". Na czwartkowym koncercie było podobno około 400-stu osób. Nieźle. Na miejscu dołączyli do nas Peter i Amalia, którzy mieli ochotę z nami powirować mimo późnej godziny. Pojechaliśmy na Saską Kempę do Warsoul HQ. Opolopo i jego dziewczyna okazali się prywatnie przesympatyczni, wcale nie sprawiali wrażenia artystów którzy tylko wpadli na granie do obcego kraju, mieli w sobie dużo luzu i swoją wizytę w Polsce traktowali jak wycieczkę turystyczną do której byli doskonale przygotowani. Chcieli zwiedzać, co chwilę pytali o jakieś ciekawe miejscówki w Warszawie, a co najważniejsze to wcale nie bali się radzić sobie sami. U Maceo przeprowadziliśmy chyba najdłuższą rozmowę o jazzie jaką miałem w życiu, wraz z demonstracją nagrań prosto z wosku. Szwedów totalnie rozwaliła płyta Cześka Niemena - "Katharsis". Założę się że jak wrócą do domu, to będą szukać tego albumu na aukcjach. Osobiście przyznam, że przypomnienie sobie tej płyty w moim oderwaniu od rzeczywistości było totalnie kosmicznym lotem. Zajebisty wieczór a w zasadzie noc, bo siedzieliśmy tak do piątej nad ranem. Jestem już przyzwyczajony że u Maceo nie chodzi się spać przed 6-tą, ale to było na serio wspaniałe uczucie stracić przytomność wiedząc że cala Polska właśnie wstaje do pracy, a mnie do snu w rytm wprowadza brzdęk wiosennego deszczu. Gorzej było z wstawaniem, w zasadzie cztery godziny później, gdyż dalej trzeba było biegać za sprzętem z dość trudnego ridera Marka. Także jeden klawisz od Smolika, drugi od Tomka Makowieckiego i mieliśmy już prawie wszystko... (szkoda że nic nie musieliśmy pożyczać do Moniki Brodki). Po pierwszej byliśmy już w Kulturalnej na próbie, która trwała prawie do 17:00. Mielibyśmy dużo problemów gdyby nie pomoc Bartozziego - to właśnie on zajął się Markiem i Bembe Segue, a co najważniejsze odebrał ich z lotniska, w czasie gdy my polowaliśmy na instrumenty po Warszawskich ulicach.


Po próbie spędziliśmy z Maćkiem w domu niecałą godzinę, więc nie zrobiliśmy nic kreatywnego. Maceo po 19 pojechał grać na rozdaniu jakichś nagród, w teatrze którego tożsamość próbowałem ustalić z kilkoma osobami, ale nikt z Warszawiaków nie potrafił go nazwać na podstawie mojej relacji z pokonanej drogi pomiędzy owym budynkiem a PKiN. Także mniej więcej od 19:00 nudziłem się w okolicach Cafe Kulturalna, bo co miałem zrobić to zrobiłem. Wojtek aka Piękny Chłopiec aka Sid Pong, pojawił się w klubie chwilę przed dziesiątą, a do tego czasu nie było w klubie jeszcze żadnych znajomych twarzy. Wojtek się podpiął i zaczął grać swój set, który udowodnił kolejny raz że jest jednym z najciekawszych selektorów w naszym kraju, jeśli chodzi o półkę z szyldem "nowe brzmienia". Grał rzeczy znane, znane mniej i w ogóle nieznane, ale oczywiście wszystkie numery były okraszone wysokim współczynnikiem taneczności. Teraz amnezja daje o sobie znać, ale wyobraźcie sobie zakres muzyki oscylującym między Toro Y Moi a "Do The Astral Plane" Flying Lotus'a.  Moje zaniki pamięci mogą być wytłumaczone żubrówką z własnej roboty, którą uraczyła mnie Karolina, zresztą ona słynie w pewnych kręgach z wykonania najwyższej jakości home-made alkoholi. Tego wieczoru zrolowałem też niezliczoną ilość wesołych papierosów marki "czekoladowa chwila zapomnienia", które wprowadziły mnie w odpowiedni wajb na koncercie.


Po 23 w klubie pojawili się Opolopo i Amalia. Wcześniej chyba zapomniałem dodać jaka jest z niej gaduła i jak bardzo rozpiera ją energia. Kto był ten wie, że zanim zaczęła śpiewać, to tańczyła jak szalona do kawałków z selekcji Sid Pong'a. Ich showcase był przekrojem twórczości z ostatnich krążków wydanych w Tokyo Dawn. Amalia zostawiła bardzo dużo życia na scenie, fenomenalnie słuchało się wydobywającego się tak silnego głosu, z tak drobnej dziewczyny. Mało tego, nieźle też wymyśliła sobie kostium sceniczny, było to dość odważne kosmiczne body i krzykliwy makijaż. Opolopo i Amalia wykonali między innymi "Reversed", "Bonafide", "Welcome To Me", "Freeze That!". W międzyczasie w jednej z przerw pomiędzy utworami kanadyjko-filipinko-szwedka oddała respekt dla twórczości Natu, która akurat na koncert wpadła ze swoją siostrą. Występ "opolopków" jeśli dobrze pamiętam, trwał do godziny pierwszej. Nie muszę chyba opisywać reakcji publiczności, może dodam tylko że w przeciwieństwie do wielu występów, tutaj ludzie nie tylko przyszli posłuchać dobrej muzyki, ale też porządnie się wytańczyć.


Zaraz po koncercie modern-funkowych wariatów, przyszedł czas na Mark'a. Już po próbie wiedziałem, czego mniej więcej będzie można się spodziewać po koncercie. Mark ze swoim setem "Remix: Live", uciekał od tego z czego słuchacze znają go najbardziej, romansując z powodzeniem z muzyką house, co szczególnie spotkało się dużym entuzjazmem prawej części widowni, gdzie znajdowałem się z Jonkpą i Grohem. Nieźle tam lecieliśmy, wydzierając japę i wykrzykując trademark'owy tekst Pająka: "are you ready!?". Mark coraz bardziej rozbudowywał utwory, a wraz z nimi improwizowała Bembe Segue.

MARK de CLIVE-LOWE and BEMBE SEGUE @ WARSOUL 2nd B-day, 13.05.2011


Świetne to było. W ogóle nie spodziewałem się, że zobaczę w zasadzie koncert housowy na żywo. Niby na koncert wbijają ludzie parający się broken-beatem i jazzem, a tu takie coś! Takie niespodzianki lubię chyba najbardziej. Należy też wspomnieć że Bembe nieźle się trzyma i dość odważnie się ubrała jak na tak dojrzałą kobietę. Pewnie dlatego mówią o niej diva. Prawdziwa Tina Turner połamańców. Zajebiście było też posłuchać szlagieru Sun Ra - "Space Is The Place" (club mix). Oj nieźle lecieli, naprawdę nieźle. Dobrze że Maceo wszystko zgrywał, nie mogę się doczekać żeby do tego wrócić. To oczywiście nie wszystko. Po występie Bembe i Marka udało się stworzyć jam session. Dwie wokalistki na scenie, Opolopo ze swoimi zabawkami i vocoderem, do tego Mark zabudowany zabawkami plus genialny bass-slapping Bartozziego. Prawdziwe szaleństwo, totalny freestyle i gościnny występ Natu. Wtedy niespodzianki wieczoru sięgnęły zenitu!


Teraz nie chcę przesadzać, ale wszystko trwało chyba do czwartej w nocy. Zdaje się że granie live było nawet dłuższe od dj setów. Było widać, słychać i czuć że artyści świetnie się razem bawią na scenie. Po koncercie było już bardzo późno więc Maceo puścił zaledwie kilka płyt. W tamtym czasie rozmawiałem o web dewelopingu z dwoma dżentelmenami, którym dziękuje za słowa uznania, nie tylko za Warsoul, ale też za to co tutaj wypisuje. Panowie, jak to czytacie to napiszcie maila i bądźmy w kontakcie w sprawie tego o czym rozmawialiśmy. Na Saską Kempę wracaliśmy w blasku pięknego słońca, na tle czystego, niebieskiego nieba po 6-tej rano. Palma na tle tego witającego dzień pozytywnego widoku wyglądała czarująco. Chyba kolejny raz doświadczyliśmy Kalifornii mimo że w niej nie byliśmy. Wchodząc do mieszkania nie miałem już siły na nic. Warsoul pochłonął całą moją energię. Spałem jak zabity. Trzy godziny później uratowało mnie śniadanie, od którego rozpocząłem wspomnienia. Warszawo - znowu świetnie się bawiłem, zostałbym dłużej ale jadę zrobić niespodziankę przyjaciołom pojawiając się niezapowiedzianie na potrójnych urodzinach w Bazie Wilda. Boje się tylko że jak tam dojadę, to mój organizm może już tego nie wytrzymać. Gdybym nie dożył niedzieli, użyjcie tych notatek jako wieść o tym że genialnie się bawiłem.  Jeeeezu, ale ta panna co obok mnie jedzie jest fajna <3