Strony

poniedziałek, 30 maja 2011

W.E.N.A i Rasmentalism, czyli nie ma lipy a nawet są exlusive'y

Kilkadziesiąt godzin temu widziałem zapowiedź, a w zasadzie "laurkę" od przyjaciół, na temat nowego krążka Mentosa, Rasa i DBT'a. Fajna rzecz. To właśnie ona zmotywowała mnie do tego, żeby w końcu usiąść i coś napisać. Przede wszystkim napisać szczerze. Nie będzie to wypowiedź wyreżyserowana. Nie będzie też nosiła znamion recenzji. Wielu z Was przez pryzmat tego tekstu nie zachęci się jeszcze bardziej do kupna nadchodzącej płyty. Przecież większość z Was już dobrze wie że ją chce. Być może złożyliście już nawet pre-ordery w Side One, albo na stronie Rasmentalism. Ja mogę jedynie się domyślać dlaczego to zrobiliście...



sobota, 28 maja 2011

Massive respects for Gil Scott-Heron. Peace go with you, brother...

Wczoraj... a w zasadzie już dziś, blisko 4-tej nad ranem wracałem z całkiem sympatycznej domówki, gdzie było dużo śmiechu i całkiem sporo mniej lub bardziej celnych ripost. Jechałem sam autobusem nocnym w stronę Dębca, czasami odruchowo odpalam internet żeby zobaczyć czy ktoś pijany pisze coś głupiego. Niestety po tym co przeczytałem nie było mi do śmiechu wcale. Johari Palacio napisał "Rest In Power to the ancestor Gil Scott-Heron. Man, Poet, M.C., Thought Catalyst. If you don't know, do the knowledge." Zdębiałem. Wytrzeźwiałem i od razu zadzwoniłem do Icka. Też nie mógł uwierzyć. Wysłałem też kilka sms'ów, chociaż nigdy wcześniej w podobnych sytuacjach tego nie robiłem. Gdy wróciłem do domu, wrzuciłem tylko na ścianę mój ulubiony numer z "Winter In America" i poszedłem spać zdając sobie sprawę z tego, że ten dzień jest datą zamknięcia jednego z najważniejszych muzycznych rozdziałów w całym moim życiu. Kto czyta moją stronę od początku, albo zna mnie już kilka lat, doskonale wie że w tym momencie nie przesadzam. Jest mi teraz ciężko. Ostatni raz tak źle czułem się kiedy odszedł Jay. Czas, który włożyłem w kontemplacje jego muzyki, ilość godzin które poświęciłem na pisanie o nim, czasami przewyższa niektóre relacje z ludźmi, których spotykałem w swoim życiu. Żałuję że nie pojechałem do Berlina, kiedy był na trasie promującej album wydany w XL Records. Chyba nawet wtedy się komuś żaliłem, że to źle że nie jadę, bo to może być ostatnia szansa żeby zobaczyć i usłyszeć Gil'a na żywo. Miałem rację. To koniec.



Ten tekst, w skrócie opisujący życie i twórczość Gil'a Scott'a Heron'a, ukazał się już kilka lat temu w 2006 roku, w #41 numerze Magazynu Hip Hop. Wydaje mi się, że dotarł do zbyt małej ilości osób, więc wrzuciłem go na Wersalke. Internet daje większe szanse na to, że ludzie na niego trafią. Potem zdjęliśmy stronę "wygodną dla uszu", więc tekst znowu poszedł do "szuflady". Jakiś czas temu, po krótkiej rozmowie z Jędrzejem (którego wcześniej też czytaliście na wersalce, a dziś ma własny kąt do pisania -Soul-Jazz i to jego podcast jest soundtrackiem do tematu), postanowiłem kolejny raz wrzucić go online. A nóż, komuś się przyda...


czwartek, 26 maja 2011

Słuchając Goblina

Pamiętacie jak kończył się pierwszy album Tyler'a? Jeśli nie, to odpalcie sobie jeszcze raz numer "Inglorious", w którym dochodzi do symbolicznego uśmiercenia bękarta (a najlepiej odsłuchajcie całość z uwagą od początku). Tyler dokonał samobójstwa sieroty w samym sobie. W ten sposób narodził się goblin. Czym w ogóle jest goblin? Z różnych baśni znamy go jako zieloną postać, brzydką i złą do szpiku kości. Z poprzedniego krążka pamiętamy, że Tyler pokazuje się najczęściej w zielonej czapce, widzi siebie jako człowieka nieatrakcyjnego i przeważnie jest złośliwy, każąc wszystkim wypierdalać.


Słuchając "Goblina" nie mogę uwierzyć w to, że moja interpretacja albumu "Bastard" zdołała się potwierdzić podczas odkrywania drugiej studyjnej płyty. Mało tego, drugi krążek Tyler'a, pomógł mi jeszcze bardziej zrozumieć znaczenie pierwszego. Kto czytał tamten post, ten wie co miałem na myśli, tymczasem autor już w introdukcji informuje słuchaczy jak bardzo się mylili...

poniedziałek, 16 maja 2011

O grubaśnych urodzinach Warsoul

Jest to wpis z datą wsteczną, więc mimo tego, że czytacie go dziś, czujcie się jakby była sobota 14.05.2011. Jestem właśnie w pociągu po fantastycznej tortilli serowej w mojej ulubionej knajpie "my'o'my", gdzie zawsze jadamy śniadania po sesjach Warsoul. Koniecznie polecam sprawdzić tam kawę którą podają od niedawna... o ile się nie mylę jest przyrządzana za pomocą "dripa", czy czymkolwiek ten bliżej nieznany mi sprzęt jest. W każdym razie poinstruowano mnie, żebym poczekał chwilę z jej wypiciem gdyż wraz ze spadkiem temperatury zmienia się jej smak - i wiecie co? To była najlepsza czarna kawa jaką w życiu piłem! Teraz jest całkiem nieźle, siedzę, co prawda na nielegalu w przedziale dla matek z dziećmi, ale jedzie ze mną cudna panna, której pomogłem z bagażem, a teraz wstydzę się odezwać, więc czekam aż ibuprom zacznie działać i słucham albumu Jose James'a i Jef'a Neve'a z ubiegłego roku. Nadal jest piękny i zlewa się z aurą sobotniego, słonecznego, prawie że letniego popołudnia...



wtorek, 10 maja 2011

Toro Y Moi @ Minoga

Nie mam pojęcia czym jest chillwave i kto oprócz Toro Y Moi reprezentuje ten gatunek. Nawet nie będę tego sprawdzał. Powiem szczerze, że łatki i generalizacje totalnie mnie walą. Liczy się to, co płynie z głośników. Zdziwiłem się kiedy Buszek (JuNouMi), zapytał mnie od kiedy wbijam się w ten chill-coś-tam. Pomyślałem, o chuj mu chodzi? Wkręcam się w różne rzeczy, a potem nie pamiętam nawet jak na nie wpadam. Przykładem może być J*Davey, w generalizacji odpływają już tak daleko, że żeby określić jak ten duet brzmi trzeba po prostu odpowiedzieć - brzmią jak J*Davey. Koniec kropka. To samo można powiedzieć o zespole Twin Shadow, którym zajarałem się całkiem niedawno. W każdym razie, kilka miesięcy temu, nie chcę teraz skłamać, ale jakoś w lutym albo marcu, dotarła do mnie wiadomość o tym, że Toro Y Moi kolejny raz będą w Polsce. Ba! W Poznaniu nawet. Powiedziałem sobie że jak mam w mieście taki band, to niezależnie od ceny jestem tam.

Do tygodnia przed samym wydarzeniem myślałem że organizacja tego koncertu to jakiś fejk. Wieść o dystrybucji partii przedsprzedażowych biletów jakoś mnie ominęła a plakatów na mieście nie było. Istne szaleństwo. Okazało się że bilety rozeszły się krótko po tym jak je wydrukowano, totalny sold-out (a przecież były aż trzy koncerty w Polsce). Okazało się że ostatnią pulę 50-ciu ticketów zostawiono dla spóźnialskich i można je było kupić w południe w dniu koncertu w jednej z knajp blisko Minogi. Popytałem "na mieście" i okazało się że za koncert odpowiedzialna jest ekipa Blunt Arrow. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem, nigdy też wcześniej nie byłem na żadnym gigu który organizowali, ale umówmy się - muza którą oferują do dziś pozostaje dla mnie zagadką. W każdym razie napisałem do Bartka i dwie wejściówki się znalazły, za co mu z góry bardzo dziękuje.


poniedziałek, 9 maja 2011

Urodzinowy, modern-funkowy potop w towarzystwie Opolopo i Amalii

Mam nadzieję że poprzednim wpisem pomogłem Wam, majówkowym podróżnikom i mieszkańcom stolicy, podjąć decyzję i rozwiać wszelkie wątpliwości na temat tego, gdzie spędzić najbliższy (wbrew pozorom szczęśliwy), piątek trzynastego. Jeśli się jeszcze wahacie, albo gorzej - jeśli jeszcze nie wiecie o co chodzi... to przypominam wideo flyerem autorstwa niezastąpionego Łukasza Zabłockiego:


Mark de Clive Lowe, Bembe Segue, Opolopo, Amalia @ WARSOUL 2nd b-day


Wiecie już trochę na temat Mark'a de Clive Lowe'a i Bembe Segue z poprzedniego wpisu, natomiast nie wypada nie wspomnieć o drugiej części line up'u, który sprawi że wszyscy z wrażenia wyskoczymy z papci. Tak, tak... niczym "potop Szwedzki", paradoksalnie w pozytywnym sensie przypieprzą nam swoim brzmieniem Opolopo i Amalia.


poniedziałek, 2 maja 2011

Za co cenię sobie muzykę Mark'a de Clive Lowe'a i Bembe Segue...

Chyba nie czuję się na siłach żeby próbować opisywać to, z czego Mark de Clive Lowe jest najbardziej znany. A chyba najwięcej rozgłosu przyniósł mu okres pobytu w zachodnim Londynie, gdzie razem z innymi kozakami w nurcie broken beat zbierał multum pochlebnych recenzji w czasie, w którym UK kipiało połamanymi bitami, jak dziś tętni dubstepem. Z przykrością muszę stwierdzić że nie załapałem się na erę fascynacji tym typem brzmienia i nie wiele mogę o tym powiedzieć/napisać. Więcej mogę z pewnością napomknąć o jazzie Mark'a, albo o rzeczach które z łatwością w jazz wpadały, mimo że tworzył je z ludźmi z którymi w zasadzie z graniem jazzu (w klasycznym tego terminu rozumieniu), nigdy byśmy nie kojarzyli. Głównie przez wzgląd na to, że większość postaci które mam na myśli, wywodzi się z nurtu hip-hopowego.  Dlaczego o tym? Nie bez okazji, już niebawem, w 13-stego w piątek, drugie urodziny Warsoul a na nich między innymi Mark De Live Lowe w duecie z Bembe Segue.