Strony

poniedziałek, 14 marca 2011

EXILE & HOUSE SHOES @ RBMA WARSOUL MPC LIVE SESSIONS

Warszawskie eventy odbywające się w piątkowe wieczory są dla mnie zwykle trudniejsze niż te, które odbywają się w soboty. Generalnie jest wtedy mniej czasu na wszystko. Z tym że na tej edycji, było paradoksalnie odwrotnie... z mijającym czasem dostawaliśmy go więcej i więcej, co powodowało jeszcze bardziej eksploatującą nas atmosferę oczekiwania.


Życie promotora nie jest usłane różami. Dawniej kiedy jeszcze nie wiedziałem jak wygląda proces organizacji grania jakichś ciekawych artystów, myślałem że jest to o niebo prostsze, a już na pewno mniej stresujące. Wiadomo, najlepiej jest wtedy gdy wszystko idzie w porządku, ale znając życie doskonale wiecie, że tak jest bardzo rzadko, a w zasadzie to nigdy. W przypadku tego Warsoulu spotkaliśmy się z niemalże "barejowskimi" sytuacjami. Gdy jeszcze jechałem (na szczęście siedząc), pociągiem do Warszawy, dostałem depeszę że w Niemczech tak źle dzieje się na kolei, że kurwa strajku im się zachciało. Nie sądziłem że w kraju, zdawałoby się pod pewnymi względami doskonałym, będą działy się takie rzeczy. Eurocity o 9:50 w relacji Berlin - Warszawa nie wyjechał wcale, chociaż początkowo miał mieć tylko dwie godziny spóźnienia. W zasadzie to nawet się cieszyliśmy, bo dwie godziny dawały nam szansę dowiezienia artystów na infosesję Red Bull Music Academy, odbywającą się w Nowym Wspaniałym Świecie. No, ale okazało się że chłopaki wyjechali z Berlina kilka minut przed piętnastą, co absolutnie kasowało jakąkolwiek szansę na lekcje z Exile'm i House Shoes'em.


Jednak nie wszystko tego dnia było stracone. W ten sam piątek w Warszawie miała wydarzyć się jeszcze inna ciekawa impreza. Otóż Eltron John, którego doskonale znacie, przyjechał do stolicy ze swoim cyklem "Ktoś Cię Kocha". Na tej edycji imprezy w Powiększeniu, gwiazdami byli enigmatyczni Tiger and Woods. Jako że Marek, oraz Larry i David (o ile to ich prawdziwe imiona) są blisko związani z RBMA, mogli godnie zastąpić nieobecnych Kalifornijczyków. Infosesję otworzył niezastąpiony Maceo, omawiając proces aplikacyjny do Akademii. Maciek w bardzo luźnym i zabawnym stylu omówił główne rzeczy związane z tym co może spotkać w przyszłości uczestników tego wydarzenia. Maceo wspominał też historie których wcześniej nigdy nie opowiadał mi nawet prywatnie, jak ta, kiedy będąc na Akademii w Nowym Jorku spotkał na ulicy Daz I Kue z Bugz In The Attic i zaprosił go nieoficjalnie do udziału w RBMA, jak się później okazało Daz został w ostatniej chwili włączony do lineupu wykładowców, dzięki czemu Maciek miał okazję popracować z nim w studio, co było w tamtym czasie spełnieniem marzeń. Swoimi wspomnieniami z wyjazdów dzielili się również Monosylabikk oraz Mr. Krime. Później dotarł Marek razem ze swoimi gośćmi z Włoch. Powiem szczerze, że takie nieoczekiwane zwroty akcji czasami wychodzą finalnie bardzo ciekawie. Mogłem posłuchać co mają do powiedzenia ludzie, których twórczości nie znam, lub mówi mi ona bardzo mało, a w zasadzie moja wiedza ogranicza się tylko i wyłącznie do kilku wrzutów z youtube'a, które przewijały się po facebook'u. Oczywiście ludziom pokroju Eltron'a John'a mogę zaufać w ciemno, wiedząc że nawet nie będąc obeznany w klimacie, widząc szyld KCK, mogę być pewny gwarancji dobrej jakości. Podejrzewam, że w wielu przypadkach, uczestnicząc w melanżu i w wykładach na Red Bull Music Academy, spotkałoby nas wiele gatunkowych cross-overów, a właśnie ten typ interakcji jest w stanie doprowadzić do przełamywania barier formy. Z infosesji dowiedziałem się wiele na temat różnorodności sceny techno, oraz tego, jak ta scena kształtowała się przez ostatnie 20 lat i co kryło się za nazwą techno w kontekście brzmienia konstruowanego w tamtych latach. Wtedy kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że nie potrafię już określić się konkretnie jaki rodzaj muzyki głównie mnie interesuje. Infosesja z Tiger'em i Woodsem uświadomiła mi że interesuje mnie generalnie dobre i wartościowe brzmienie muzyki, która staje się soundtrackiem do naszego życia. Również frekwencyjnie infosesja zakończyła się się sukcesem, bo posłuchać o szczegółach związanych z akademią wpadło na serio bardzo dużo ludzi, reprezentujących często odległe od siebie fascynacje muzyczne. Marek, jeśli to czytasz, duże gratulacje za merytoryczne przygotowanie wywiadu z chłopakami. Mimo że był to tylko przedsmak tego, co dzieje się na akademii, to w tym wypadku nawet to niepozorne spotkanie informacyjne było inspirujące.


Po infosesji przenieśliśmy się z Wojtkiem i Maćkiem do Kulturalnej zobaczyć jak sprawy się mają. Nadal nie mieliśmy konkretnych informacji od Kim'a, Exile'a i House Shoes'a. Jadąc samochodem słuchaliśmy niemal skończonej wersji "Sweet Slang'u" Niewinnych Czarodziei, Coultrain'a, Spade'a i Johari'ego. Nie mogę się doczekać reakcji słuchaczy na ten ponad 6-cio minutowy utwór, do którego fenomenalne klawisze dograł Marcin Wasilewski. Zarówno Mr. Krime, jak i ja stwierdziliśmy jednogłośnie że jest to poziom światowy! W końcu dotarły kolejne depesze z pociągu którym zmierzali Aleks i Michael. Zapowiedzieli następne opóźnienie, mniej więcej dwu godzinne, przez to że pociąg stał w szczerym polu, gdyż na torach płonął jakiś samochód. Tego dnia nad trasą Berlin-Warszawa wisiało jakieś fatum, tak jakby nie mogło to wszystko wydarzyć się dzień wcześniej lub później. Limit sprzyjającego losu wykorzystaliśmy chyba przy okazji wizyty Hawthorne Headhunters. Chłopaki dojechali na dworzec centralny dopiero po 22. Mieli zaledwie chwilę na prysznic i jakiś szybki posiłek, po czym mieli przejść do showcase'ów. Na szczęście prywatnie Exile i House Shoes to bardzo spoko kolesie. Liczyliśmy się z tym, że po takiej podróży mogą być wkurwieni i opryskliwi, ze średnim nastawieniem na zabawę. Nic z tych rzeczy, od razu dało się wyczuć że czerpią ogromną radochę z tego co robią, a tym bardziej w kraju w którym wcześniej nie mieli okazji występować.


Gdy wróciliśmy do Kulturalnej, Krime już rozkręcił parkiet i frekwencyjnie klub wypełnił się bardzo sympatycznie, z tego co wyliczyliśmy przez klub mogło przewinąć się nawet 350 osób. Ci którzy wpadli z pewnością już wiedzą kto jest killerem MPC. Exile łączył live act z dj setem, przeplatając swoje rutyny, remiksami które zrobili dla niego inni producenci z Los Angeles. Ludzie bardzo energicznie reagowali na to co działo się za bit-maszyną. Aleks odpowiadał tym samym nakręcając publikę jeszcze bardziej za pomocą mikrofonu. To zawsze działa! Set Exile'a to fenomenalne słuchowisko. Mało tego, też niezłe widowisko! Artysta starał się podnosić MPC, żeby lepiej pokazać co odpierdala na tym samplerze. Niektóre patenty przypominały mi popisy Gaslamp Killera z Tauron'a. Niesamowite jest również to, że Exile nie daje się zamknąć w szufladkę z etykietką hip-hop. Jego głęboki sound ocierał się nawet o inspiracje nieco dubstepowe. Nie da mu się również odebrać tego, że ma prawdziwe jebnięcie w swoim brzmieniu. Jest to muzyka z jajami, a nie tam jakieś plumkanie. Set Aleksa nie był porażająco długi, zdaje się że można odczuwać pewien niedosyt, ale tak to już jest, że zajebiste rzeczy szybko mijają. Ten rodzaj niedosytu pozostawił świetne wrażenie, które sprawiło, że gdy będę miał jeszcze kiedyś okazję sprawdzić to na żywo nie zawaham się ani chwili żeby przejść się na taki występ. Apetyt jest cały czas rozbudzony.


Publika nieco przerzedziła się po występie Exile'a, ale niech żałują Ci którzy nie załapali się na set House Shoes'a. Było tak, jak przewidziałem. Michael zaczął od swoich produkcji, a potem zagrał tribute dla Jay Dee, jak przystało na ambasadora hip-hopu z Detroit. Sztos za sztosem, kto bawił się do samego końca, ten wie. Atmosfera tego wydarzenia była w klimacie zajebiście dużej domówki, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Exile i House Shoes chętnie wdawali się w dyskusje z ludźmi, bawiąc się razem z nimi. Świetna impreza! Po wszystkim, Maceo odwiózł ekipę do hotelu, a potem pojechaliśmy z Wojtkiem na Saską Kempę poopowiadać o życiu do godzin porannych. Na drugi dzień, mieliśmy więcej czasu żeby pobujać się po mieście i zjeść coś z chłopakami. Czasami mają niezłe odjazdy, np. przez 20 minut nagrywali pozdrowienia do audycji, robiąc sobie coraz większe kabarety z nagrywanych tekstów. Niektóre w nich niebawem zapewne usłyszycie w audycji Kosmos.


Gdy odstawiliśmy chłopaków na samolot do Szwajcarii, z marszu ruszyliśmy do Roxy na audycję. Oczywiście siedziałem zmarnowany dość mocno, całkiem cicho, ale Maceo sprowokował trochę żartów na antenie. Lubie wpadać do audycji, zawsze sporo zabawy jest w tym studio. Potem Maceo podrzucił mnie do Metro na Politechnice i ruszyłem na Imielin, żeby tam regenerować siłę na resztę weekendu.


Wieczorem miałem do wyboru albo Muzykoteriapię w Kulutralnej, albo WIR w Jasiu i Małgosi. Z Agą która mnie przygarnęła, wybraliśmy Wir. Był Jonkpa, był Karol, był Weekid, wódka i dużo znajomych, no i cholera ten klimat! Ta miejscówa wygrywa, ale nadal nie wiem jak tam dotrzeć z centrum! Nie pytajcie jak wyglądałem w pracy w poniedziałek. Jezu, to pewnie dlatego że cofnęliśmy się w czasie o dwa lata!