Strony

poniedziałek, 21 lutego 2011

Fajnie, że Teebs będzie w Gdańsku

Gdy pisałem podsumowania ubiegłego roku, zabrakło mi siły i ochoty na rozliczanie dalszych moich fascynacji muzycznych, prawdopodobnie przez ogrom innych podsumowań, które mogły spowodować u czytelników znużenie kolejnymi wyliczankami. Ominąłem wtedy między innymi tę klasyfikację, która miała ogarnąć scenę nowo-bitową. Przesuwając "Cosmogrammę" Flying Lotus'a w obszary jazzowe, zrobiłem sobie dużo miejsca na wypisanie krążków pozostających mimo wszystko bliżej nurtu w którym królował Steve jeszcze w 2008 wydając album "Los Angeles" i zanim postanowił pójść ze swoją wyobraźnią jeszcze dalej, do której wdrożenia w życie potrzebna była asysta geniuszu osób trzecich.


W ubiegłym roku na scenie new-beats pojawiło się przynajmniej pięć krążków, mających ogromne znaczenie na rozwój tego nurtu, a przy tym tak dookreśliło styl ich twórców, że bez problemu byłbym w stanie powiedzieć kto jest autorem danej kompozycji, niczym degustator wódki spod Biedronki odróżniający Żytnią od tej z Czerwoną Kartką. Oczywiście nie wymienię ich teraz wszystkich, raczej skupię się nad jednym wydawnictwem. A mianowicie na krążku "Ardour" Teebs'a.


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaką przyjemność mi sprawił ten ziomeczek dostarczając tak zwięzły i nieprzesadzony, lekko ponad 50-cio minutowy album. Szukałem nieco informacji za znaczeniem słowa "Ardour", starając się rozjaśnić nieco abstrakcyjne melodie i do niczego nie podobną okładkę (autorstwa Teebs'a)... okazało się że Ardour to nazwa programu do obrabiania muzyki, ale też brytyjsko-angielskie określenie bardzo silnego podniecenia, podekscytowania czy też podziwu i zachwytu. W literackim znaczeniu, słowo to oznacza bardzo silne uczucie miłości. Rzeczywiście słuchając płyty Teebs'a odnoszę wrażenie, że jest to przedstawiciel lżejszego, bardziej rozmarzonego i nie inwazyjnego brzmienia które zatrzymuje swoimi pięknymi melodiami na dłużej. Wszystkie tekstury i detale wyklikane i wykręcone na Fruity Loops i SP-404 rysują obraz zakochania, zauroczenia drugą istotą na innej planecie wśród egzotycznej natury (coś jak właściwy soundtrack do filmu Avatar). Mniej więcej tak wyobrażam sobie liryczną, instrumentalną opowieść na "Ardour". Dzwonki, piski ptaków, skrzypce oraz miękkie brzmienia klawiszy, uspakajają i wciągają. Mnie ten krążek zawiesza i hipnotyzuje, czasami skupiając się na ogarnianiu obowiązków w pracy, słuchając tej płyty znikały mi kolejne godziny... Wam też się tak to wkręciło?
Teebs zrobił na mnie ogromne wrażenie swoją twórczością, zresztą do tego stopnia że zacząłem dowiadywać się, co tu zrobić żeby zaprosić go na granie do Polski. Niestety na okres w którym Mtendere (prawdziwe imię Teebs'a) jest dostępny w Europie, mieliśmy już inne plany... Ale na ratunek moim marzeniom poszedł Tomek, możecie go kojarzyć z organizacji trójmiejskiego festiwalu Transvisualia. Hoax zaprojektował nowy cykl imprez w klubie Żak w Gdańsku, noszący nazwę "Coast2Coast". Na pierwszy rzut wpadają Teebs i Jaremiah Jae (05.03.2011), reprezentując Brainfeeder crew. Cena biletów jest śmieszna! Za dwa live-acty i balangę zapłacicie od 20 do 30 PLN, a jeśli macie zniżki studenckie, to koszt wstępu będzie niższy niż pół litra wódki. Oferta szczególnie atrakcyjna dla mieszkańców trójmiasta, ale co za problem zrobić sobie marcową wycieczkę. Sam mocno się nad tym zastanawiam, ale nie wiem czy wycieczka Poznań, Warszawa, Gdańsk, Poznań mnie nie przerośnie.


Jeśli nie przekonuje Was sam Teebs, to może jeszcze kilka słów o Jaremiah'u. Ten koleszka to młodzian, rocznik 89'. Pochodzi z południowego Chicago i jest artystą, muzykiem, producentem i raperem znanym głównie z grupy Young Black Preachers, o której pisałem już w maju 2009 roku. Później śledząc twittera Fly Lo natknąłem się na darmowy krążek pt. "Dxnce". Był to jeden z dziwniejszych darmowych albumów na jakie się natknąłem, oprócz tego że w porównaniu do rapowego YBP, ten projekt z hip-hopem miał już dużo mniej wspólnego, to nawet jak na new-beats był to stuff bardzo awangardowy (np. utwór "Photographs"). Mało tego, paczka w której spakowany był "Dxnce" zawierała wszystkie możliwe formaty plików muzycznych. Podejrzewam że Jeremy Irving może w Gdańsku nieźle popłynąć, zabierając przybyłych w rejony muzycznie nikomu nie znane i przez nikogo wcześniej nie eksplorowane. Oprócz tego, będzie szansa posłuchania nadchodzącej nakładem Brainfeeder nowej solowej płyty Jaremiah'a "Rappayamatantra", która będzie zarazem jego oficjalnym debiutem, nie licząc wypuszczonego za friko "Dxnce". Już bardziej Was nie zachęcę. Bądźcie tam!

Jeremiah Jae - Money Huggers