Strony

czwartek, 17 lutego 2011

COULTRAIN X BLACK SPADE @ WARSOUL

Ten weekend od początku zapowiadał się świetnie. W piątek miałem pojawić się w kilku miejscach w Poznaniu, między innymi na otwarciu nowego klubu zwanego Baker Street, o którym Mentalcut pisze tutaj. Miałem też zjawić się w Opcji na cyklu Hype przybić piątkę Kixowi i Phantomowi. Wszystko w tym kierunku szło nieźle mniej więcej do godziny 19-stej, bo potem wleciałem zupełnie na chwilę na DDC piętro do Icka, okazało się że odbywa się tam posiadówa przed nocnym, między klubowym rejsem. Na stole pojawiła się Żytnia w większych ilościach a wraz z nią rozmowy o tym co jest szowinistyczne, a co nie jest oraz inne tego typu wieczorne polaków rozmowy. Nie minęła północ, a ja już byłem nieźle zrobiony. Uciekłem do domu, nie pojawiając się ostatecznie w żadnym z miejsc w których miałem się zjawić.


To nie było tak że nie chciałem, albo byłem zbyt skończony żeby wirować dalej. W sobotę od rana przyświecał mi wyższy cel. Należało wstać wcześnie rano i złapać pociąg do Warszawy. Zwykle staram się być nieco wcześniej na Warsoul... najczęściej dzień przed samą imprezą, żeby ze spokojem pomóc Maceo zapiąć wszystko na ostatni guzik, ale tym razem rzecz była nieco bardziej skomplikowana. Otóż Maciek, przed samym sobotnim wydarzeniem grał w Bratysławie i pojawił się w stolicy dopiero w sobotę o 15:30. Aby wszystko dobrze zsynchronizować musiałem pojawić się na Dworcu Centralnym wcześniej, żeby zdążyć zrobić biznesy w Side One i Wax Boxie, a potem odebrać Maceo z jego pociągowych zagranicznych wojaży. Z Poznania nie jechałem sam, na koncert wybierał się młodszy ode mnie pasjonat muzyki Łukasz Kowalka, którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiam. Dzięki temu, że tłumaczyłem mu przez całą podróż dlaczego we własnym mieście zaczynam uchodzić za hejtera i co nie podoba mi się w Poznańskiej scenie kulturalnej - podróż (jak zwykle w korytarzu) minęła bardzo szybko. Jak się później okazało, na Warsoul przyjechał nie tylko Łukasz, ale też jego większe grono znajomych, co bardzo mnie cieszy bo dzięki temu wiem, że na wydarzenia wpadają nie tylko lokalni słuchacze. Mało tego, na tej edycji Warsoul były też dziewczyny z Opola, Torunia, Wrocławia a także gwardia z Gorzowa Wielkopolskiego. Bardzo serdecznie w imieniu Warsoul Crew Wam dziękuje, za to że przemierzacie pół Polski żeby posłuchać dobrej muzyki, bardzo doceniamy Wasze starania!


Coultrain, Black Spade i Johari wylądowali na Okęciu po pierwszej. Na szczęście Envee odebrał ich z lotniska, przetransportował do hotelu, a potem do Radia Roxy. Zanim Maceo dobił do ostatniej stacji, pod dworcem stała już taryfa i migiem udaliśmy się do budynku Agory, skąd nadawana jest audycja "Kosmos". Zazwyczaj nie idzie nam tak pomyślnie, zawsze coś... albo automat do transmisji się zjebie, są korki, samochód nie odpala albo nikt nie będzie miał karty wstępu do studia. Tym razem żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, byliśmy w radiu dokładnie na piętnaście minut przed zakończeniem audycji, dzięki czemu udało się przeprowadzić krótki wywiad na żywo z gośćmi ostatniego Warsoul Sessions. Po audycji udało nam się lepiej poznać z chłopakami, już kilka pierwszych zdań które zamieniliśmy poświadczyło o tym, że nie mamy do czynienia z "gwiazdorką", tylko ze spoko kolesiami z ogromnym poczuciem humoru. Maciek (Envee) odstawił Headhunters'ów do hotelu, a Maceo i ja pojechaliśmy na Saską Kępę odstawić zbędne rzeczy które przytargaliśmy z podróży i ogarnąć trochę wokół siebie. Nie mieliśmy za dużo czasu bo "Kosmos" kończył się o 16, a o 18 mieliśmy być na próbie w Powiększeniu. W takich chwilach czas płynie znacznie szybciej, a tej soboty zapierdalał jeszcze bardziej, bo chcieliśmy zacząć imprezę wcześniej szanując chęć tych słuchaczy, którzy tego wieczora chcieli jeszcze załapać się na set Jamiego XX. Muszę przyznać że uwielbiam soundcheck, wtedy za każdym razem dostajesz próbkę energii i trochę improwizacji, której możesz spodziewać się na koncercie. To co Coultrain i Black Spade pokazali przed koncertem, uświadczyło mnie w przekonaniu że czeka nas wieczór pełen wrażeń. Oczywiście w takich momentach przychodzi też moment, który ja nazywam patologią. Train i Johari mieli ochotę zajarać, no to nie mogłem odpuścić takiej okazji. Jak zwykle w takich chwilach bywa, kiedy gościsz muzyków z zza oceanu, a tym bardziej z rejonów Kaliforni, dowiadujesz się że oni nie palą po "europejsku". Zostałem więc zaproszony na wąsa, bez filtra i bez tyteksu. Ja pierdole, wtedy zwykły europejczyk - polaczek, taki jak ja, ma nieźle przejebane. Wiem jak reaguję na czyściocha, nie będąc przygotowany do tematu. Johari ściągnął trzy kolejki, twierdził że już jest haj, ja się duszę bo za biedny jestem na palenie na czysto, a Coultrain się pyta czy coś czujemy?! Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam do czynienia z byle zawodnikiem.


Prawdziwym zdziwieniem było dla mnie to, że w towarzystwie dwóch heavy smokerów, uchował się Black Spade, który przestał jarać jakoś wtedy, gdy wyszedł pierwszy "Chronic" od Dr'a Dre. W każdym razie ujarali mnie dość mocno, z czego toczyli niezłą bekę w taksówce. Wróciłem do Powiększenia, a tam był już gotowy Rafał aka J-Son i napierdalał niezły warm-up mix. Wiadomo, byłem high to ciepłe brzmienie które serwował nieźle mi się wkręciło, ale co będę dużo gadał, kto bywa na gigach Na Stare Milion ten wie, że Rafał nie jest w ciemię bity. Gra groźne rzeczy w zależności od profilu imprezy... między 21 a 23 parkiet się zapełniał w rytm soulowego brzmienia. Muszę przyznać że była to dla nas chwila grozy, bo hajp który zrobił się w kontekście imprezy w 1500m2, świadczył o tym że w każdym innym klubie będzie frekwencyjnie dużo gorzej. Tak się jednak nie stało, w Powiększeniu na Hawthorne Headhunters pojawiło się sporo ludzi, co przekroczyło nasze oczekiwania. Jeszcze raz, dziękujemy Wam bardzo serdecznie, kolejny raz udowodniliście nam że warto się dla Was starać.


Coultrain i Black Spade zagrali dużą część numerów z nadchodzącego wielkimi krokami długogrającego krążka Hawthorne Headhunters oraz kilka numerów z mikstejpów, które udostępnili za darmo w internecie. Powiem szczerze że byłem i nadal jestem pod wielkim wrażeniem tego co usłyszałem. Publiczność świetnie przyjęła rapowo-śpiewaną wersję utworu Onry, który chłopaki nazwali "Planet Rock".



Oprócz tego mieliśmy też kolaboracje z Dam Funk'iem i gościem o ksywie Devonwho?. Te trzy numery nadały koncertowi nieco kosmiczno-nowobitowego, modern-boogie-funkowego smaku, podbijanego brzmieniem MPC. Duża charyzma Black Spade'a i popisy wokalne Coultrain'a pozostaną na długo w pamięci. Mimo tego, że artyści zaskoczyli nas wszystkich brakiem bardziej znanych nam utworów potrafili sprowokować publiczność, szczególnie jej żeńską część do współpracy, dzięki czemu powstawał cudowny crowd-control, dzięki czemu w sobotę w Powiększeniu było bardzo głośno i gorąco. Stoney, zaprosił też na scenę trzech odważnych MC's, którzy mogli sprawdzić się na mikrofonie. Szczególnie dobre wrażenie pozostawił po sobie Iwo, raper i wokalista zespołu Sofa, który rapując po angielsku wywarł dość duże wrażenie nie tylko na publiczności ale też na Train'ie, który aż zrobił wielkie oczy jak to zobaczył. Publiczność domagała się hitów, powiem szczerze że byłem zdziwiony że ludzie koniecznie chcieli usłyszeć "Evil Love" czy "She Wanna". Chłopaki nie mieli ze sobą tego materiału. Na szczęście słuchacze uczęszczający na Warsoul, chodzą na koncerty przygotowani. Na bisie, na talerzu pojawił się test pressing epki, zawierający "She Wanna", chłopaki wykonali swoje części ucinając kawałek na zwrotce Jimi James, twierdząc że nie mogą wykonać tego utworu bez niej. Koncert skończył się przed godziną pierwszą. Maceo, zapowiedział dalsze sety w wykonaniu swoim, Envee'go i J-Son'a, podpuszczając nieco przybyłych tym, że jeśli mają gdzieś jeszcze tego wieczoru się zjawić, to mają jeszcze na to chwilę czasu, jeśli natomiast chcą zostać z nami, to też będzie fajnie. I tutaj szok wieczoru, pełny parkiet do godzin późnych w rytmach najróżniejszych. Bardzo mocna balanga! Niestety jak zwykle większość przegapiłem, opiekując się Johari'm, Spade'm i Train'em. Dowiedziałem się między innymi że Stoney na serio nazywa się Vito Money i że największy manager jakiego poznałem w życiu, który ważył chyba więcej niż Biggie, również jest raperem, a do tego lubi wrzucać tagi tu i ówdzie. Johari i Black Spade zasmakowali w wiśniówce a Coultrain okazał się jednym z najbardziej hardcorowych kompanów do picia wódki. Nie dość że Ci goście potrafili wypalić w dwóch wąsach staffu na dwa dni, to jeszcze mieli niezłe głowy do berbeli. Train pił na szklanki, że lecieliśmy jeszcze do baru, tam mieszał jeszcze z żubrówkę i inne Polskie wódki, po tym wszystkim nadal trzymał szpan. Silny gość. Około czwartej w nocy Agnieszka namówiła chłopaków na Wietnamskie jedzenie koło Palladium i dopiero zaczynało wychodzić jaki wir był tego wieczoru. Zamawialiśmy jedzenie z 15 minut, po czym okazało się przy wsiadaniu do taksówki, że to co znajduje się w reklamówkach, to nie to co chcieliśmy, więc powrót do knajpy zmiana zamówienia, znowu zanim to przygotowali trochę czasu minęło, w międzyczasie chłopaki zdążyli wkręcić Adze, że nie ma lepszego ziomka od Seblove'a i że powinna wyjść za mnie za mąż. Wychodząc zauważyliśmy że jest kurewsko zimno, jakiś przymrozek się zrobił, złapałem chłopakom taryfę pod Palladium, a tu nagle hałas a zaraz wybucha atak śmiechu. Największy manager w showbiznesie wyjebał się na krawężniku, tracąc trochę wywalczonego wcześniej zamówienia, po czym wstał bardzo szybko i bardzo poważnie, wyglądając jak Peter Griffin, rzekł: "I'm OK". Stoney tak bardzo toczył z niego zwałę, że cała taksówka się trzęsła. Żałuję, że nie potrafię opisać całej tej sytuacji, bo nie jest ona nawet w 1% tak śmieszna jak to co tam się wydarzyło. Cała historia była przytaczana jeszcze przez dwa kolejne dni. Odstawiając chłopaków, wróciliśmy na tańce do Powiększenia. Nie pamiętam o której wróciliśmy na Saską z Maceo. Było grubo!


Przez problem z niedostarczonymi biletami na pociąg z Niemiec za pomocą sławnej Poczty Polskiej, chłopaki mogli zostać w Warszawie do poniedziałku. Z góry przepraszam wszystkich z którymi wcześniej się umówiłem na niedzielę i nie dotarłem na spotkania, ale przez te szczególne okoliczności moja misja się przedłużyła. Gdy odcholowaliśmy auto z Powiększenia i odebraliśmy chłopaków z Merkurego, wbiliśmy na kawę i hamburgery do coraz bardziej głośnego "My'o'My".


Bez ściemy polecam tę knajpę. Wszystko najświeższej jakości, przytulnie i na serio zajebiście zaprojektowane. Chciałbym żeby takie miejsca pojawiały się w Poznaniu, takie do których chciałoby mi się wyjść z domu i pochillować, posłuchać dobrej muzyki i liczyć na to, że spotka się tam kogoś znajomego. Rotacja ludzi w tym miejscu jest ogromna, przynajmniej tak było w niedzielę, mało tego - wszyscy się tam znali! Jak będziecie w Warszawie, koniecznie wbijcie tam na ciasto i kawę, polecam nie tylko ja, ale też Hawthorne Headhunters! Wieczorem uderzyliśmy do studia na Woli, gdzie pracują Envee i Maceo. Nigdy wcześniej tam nie byłem i żałuje że nie mam zdjęć żeby Wam to pokazać, ale jest taka szansa że jeszcze je wrzucę jak tylko wydobędę je od Maćka. Kiedy tam zajechaliśmy, w studio byli jeszcze Iza Kowalewska i chłopaki z Muzykoterapii. Potem doszło do prezentacji nadchodzącej płyty Headhuntersów, która ukaże się niebawem nakładem (prawdopodobnie) Plug Research. Już mogę powiedzieć, że będzie to jedno z mocniejszych wydawnictw tego roku, zresztą wiecie to doskonale po koncercie. Potem, doszło do prezentacji utworów z laboratorium Niewinnych Czarodziei. To co Ci kolesie przetrzymują w czeluściach swoich dysków twardych, to prawdziwa poezja. Chłopaki zajarali się produkcjami Maćków i postanowili zrobić z miejsca kolaborację. Nie jestem w stanie opisać tego jak mocne to były dla mnie wrażenia i jak piękny to był wieczór skąpany w pysznej whisky, obserwowany zapuchniętym okiem przez pryzmat kolejnych gibonów wypalanych z Joharim i Train'em. Efekt kolaboracji roboczo nazywa się "Sweet Slang" i mam nadzieję że taki zostanie do czasu jego udostępnienia. Maceo napisał o tym "Niewykluczone, ze dziś jest najlepszy dzień mojego życia", dla mnie z pewnością był... czułem się jak w bym był w sławnym bomb-shelter Madliba i wdziałbym jak dzieje się magia. Aż żal było wracać do rzeczywistości.