Strony

poniedziałek, 17 stycznia 2011

O nowej fali zajebistych nawijaczy vol. 1


Jeśli trafiliście na moją stronę pod koniec zeszłego roku, to pewnie spotkaliście się z rapowym podsumowaniem roku. Wiem, wiem... oprócz jazzowego, miało pojawić się jeszcze to, które opisywałoby moją ulubioną muzykę klubową, najlepsze albumy nowo-beatowe i moich faworytów w dziedzinie muzyki śpiewanej.
Jednak w którymś momencie net został zalany przez tony podsumowań, co spowodowało że odechciało mi się pisać kolejne. Zamiast pisać, to zastanawiałem się jak bardzo nadal ważny jest dla mnie rap. Moi rówieśnicy Curren$y czy Wiz Khalifa przypomnieli mi, co spowodowało że zacząłem interesować się muzyką w ogóle. Oczywiste, że gdyby nie rap, nigdy nie zainteresowałbym się jazzem, funkiem, soulem, czy wszystkimi mutacjami przez które mój gust ewoluował przez lata. Gdyby nie impuls rapowy, nie czytalibyście teraz tego zdania. To pewne. Do czego zmierzam? W zasadzie do tego, że przez ostatni czas uczę się odkrywać muzykę rymowaną tak jak na samym początku. Zresztą wielu z Was, w czasach gdy nie było internetu, szukało nowej muzyki albo starszych płyt których nie znaliście, po gościnnych występach innych raperów, lub po ksywach producentów, którzy zaprogramowali najlepsze sztosy z Waszych kolekcji. Ja wtedy właśnie tak robiłem. Teraz o wszystkim można poczytać, poszukać sampli na whosampled.com, wymienić się linkiem ze znajomymi za pomocą portali społecznościowych. Jednym zdaniem: Jest łatwiej, dużo łatwiej. Jeśli nie trafiasz na dobre albumy, to albo jesteś leniwy, albo z kolei ogarniasz tyle, że już nic nie ogarniasz. No... albo trzecia opcja, nie interesujesz się muzyką wcale i koło chuja Ci lata co napierdala z Twoich z głośników. Ale tacy przecież nie czytają mojej strony, więc możemy wykreślić trzecią opcję. Prawda?

Curren$y & Fiend - Flying Iron


Wraz z rozwojem internetu, przemysł muzyczny zmienił się diametralnie. Nawet na pożegnaniu Fat Beats grano z serato. Nastała era plików itd. Chyba mówiłem już o tym kilka razy, zresztą zdaje się że pod koniec dekady powstawały już na ten temat książki na poziomie uniwersyteckim. Nic nowego w tym temacie nie dodam... W każdym razie chciałem o czymś innym. W latach 90-2000, raczej ciężko było wydać demo i trafić do mejdżorsa. Zanim tak się stało, trzeba było rozjebać na wolnym kilku kolesi pod spożywczakiem jak Biggie i mieć potężny szacunek na swojej dzielni. Wtedy, gdy wzór matematyczny, który ładnie rozrysował Król Disco - Osses, "gruby > reszta" określał kto rządzi, to mógł delikwent liczyć na kontrakt, dziwki i szampana. Kiedyś było inaczej, teraz jest inaczej jak nawijał Borixon. Teraz wiele rzeczy określa wynik w google, ruch na twitterze i ogólny internetowy hałas. Stąd pewnie pomysł na wydawanie mixtape'ów, które ostatecznie są albumami, tyle że wrzucone do netu za friko. Pierwszy raz zwróciłem uwagę na tego typu promocję, przy okazji wydania pierwszego mixtape'u Kid Cudiego w wakacje 2008 roku, a może nawet nieco wcześniej, gdy każdy gadał o Cool Kids. Zaraz potem pojawiła się gadka o nowej fali. Trzeba było nieźle się przebijać żeby trafić na najlepszych raperów urodzonych w okolicach połowy lat 80-tych. Ci którzy robili największe zamieszanie przestawali wkrótce wypuszczać darmowe mixtape'y, znajdując się pod skrzydłami dużych wytwórni.  Cudi debiutował w "Fools Gold" u A-Traka, a dwa oficjalne krążki wydał potem w Universal/Motown. Więc mamy nową drogę... przyjebać do internetu taki sztos, żeby w dniu premiery tytuł miksu wyskakiwał na pierwszym miejscu. Wtedy autor może liczyć się z tym, że po imprezie z okazji wypuszczenia kompilacji, obudzi go sam Jay-Z, dzwoniąc z propozycją kontraktu. W zeszłym roku królował Curren$y i Wiz Khalifa. Idąc po strzałkach mojego oldschoolowego diggowania rapu, następne 12 miesięcy to szansa dla ich kolegów, których Ci dzielenie wspierają. O kim mowa? Napiszę w następnym poście, prawdopodobnie jutro... bo powiecie że za długi tekst i nie chce Wam się czytać.