Minęły już ze dwa lata od momentu, kiedy otrzymałem od Dave'a McGuire'a pierwszego maila w którym bardzo ciepło wypowiadał się o tym co dzieje się z projektem Footprints. Wtedy okazało się że Dave jest związany z dość znaną na świecie wytwórnią - World Circuit. Zapytał mnie, czy nie chcielibyśmy wykorzystać w swoich miksach trochę muzyki z ich katalogu. Pomyślałem, dlaczego nie? Przecież profil World Circuit świetnie wpisuje się w ideę "We Are Keeping Legends Alive!", a tacy muzycy jak wszystkim znani Buena Vista Social Club czy Tony Allen to ikony muzyki world. Dave wysłał mi mnóstwo materiałów, dzięki czemu podszkoliłem się nieco w tym nurcie, ale aż dwa lata zajęło mi wymyślenie co z tym można zrobić żeby wyszło dobrze.
Jakoś przed wakacjami, skontaktowałem się z Kixnare'em, jednym z obecnie najciekawszych producentów z Polski, który wcześniej silnie związany był ze sceną hip-hopową, aktualnie coraz bardziej się od niej oddalając w stronę new-beats (niebawem ukaże się jego 2LP nakładem U Know Me Records). Zapytałem... Kix czy nie chciałbyś zrobić remiksu Tony'ego Allen'a? On odpowiedział: Jasne, stary już dawno chciałem zrobić coś w takim klimacie. Po kilku dniach otrzymałem wstępną wersję "re-groove'u", który okazał się parkietową bombą! Ze względu na to, że z premierą się trochę wstrzymywałem, gotowa wersja krążyła już po polskich parkietach, szczególnie znajdując uznanie Animisiewasza z tandemu didżejskiego Piękni Chłopcy. Przed Wami, pierwszy ekskluzywny remiks na łamach Footprints. Zapraszam do odsłuchu na soundcloud, a poniżej znajdziecie link do utworu w wysokiej jakości. Za okładkę jak zwykle odpowiedzialny jest Legendarny RSO196.
Tony Allen - Secret Agent (Kixnare Regroove) Kliknij tutaj aby ściągnąć.
środa, 29 września 2010
środa, 22 września 2010
RBMA On The Floor x Warsoul prezentują Black Milk Live Band!
W lutym 2006 roku, trzy dni po premierze instrumentalnego krążka „Donuts”, zmarł jej genialny autor Jay Dee. Cały hip-hopowy świat chwycił się wtedy za głowę. To był szok, każdy szukał odpowiedzi na pytanie: co dalej? J Dilla był tym, który niósł pochodnię. Nie było osoby w tym biznesie, która by się z nim nie liczyła. Wszyscy go kochali, a oczy świata były skierowane na Detroit. Ludzie głowili się, kto po nim będzie tym który będzie przełamywał szlaki. Od śmierci James’a minęły już cztery lata i powstały odpowiedzi na niektóre z tych pytań. W historii jazzu nowoczesnego, możemy doszukać się podziału na jazz przed i po innowacjach John’a Coltrane’a, jeśli chodzi o gatunek hip-hop’owy (i wszystkie jego wypadkowe), możemy mówić bez wątpienia o hip-hopie, który powstał przed i po innowacjach Jay Dee.
Co James dał hip-hopowi, pewnie niebawem będzie tematem obszernych książek, natomiast skupmy się na kimś, kto ma wyznaczać trendy po nim. Oczywiście mowa o Curtis’ie Cross’ie, znanym bardziej pod pseudonimem Black Milk. Curtis urodził się i wychował w Detroit słuchając takich zespołów jak A Tribe Called Quest czy De La Soul. Już jako bardzo młody chłopak poczuł że ciągnie go do robienia hip-hopu, czuł szczególną smykałkę do robienia beat’ów. Godzinami siedział w swojej piwnicy nad pierwszą, dość tanią maszyną perkusyjną połączoną z domowym systemem karaoke. Z czasem Curtis dorobił się bardziej wyrafinowanego sprzętu, różnych samplerów i MPC, pracował nad swoim brzmieniem, a efekt pracy nagrywał na kasetach. Jedna z takich taśm trafiła w ręce członków Slum Village. Chłopaki byli zdumieni tym co wyprodukował początkujący Black Milk. W ten sposób w wielku 19 lat, w roku 2002 zadebiutował na mikstapie Slum Village „Dirty District”, a chwilę później, jeszcze w tym samym roku zostawił dwie produkcje na LP Slum Village „Trinity (Past, Present and Future)”. Po takim debiucie, kariera Curtis’a zaczęła nabierać tempa. Młody producent zmienił swoją ksywkę.
Od tej pory na płytach nie podpisywano go Curtis „Nottyhead” Cross. Narodził się Black Milk. Mniej więcej w tym samym czasie, do życia powołano duet B.R Gunna, który Curtis stworzył razem z RJ Rice Jr’em, znanym bliżej jako Young RJ. Ta kolaboracja doprowadziła do powstania wydawnictwa „Dirty District Vol. 2”. Owa płyta, to oczywisty follow up do kompilacji Slum Village, o której wspominałem wyżej. B.R Gunna, nie musieli długo czekać na kolejne propozycje, jeszcze w tym samym roku (2004) Slum Village zaproponowali chłopakom wyprodukowanie ich całego albumu (ostatecznie 11 z 13 kawałków), ponieważ Karriem Riggins i Waajeed, z którymi SV współpracowali najczęściej w tamtym czasie, byli zajęci innymi projektami.
W 2005 roku Black Milk poczuł że jest gotowy na swoje pierwsze solowe wydawnictwo, w ten sposób wydał własnym nakładem (Music House Records) płytę „Sound Of The City”, która mimo wszystko była bardziej mikstapem, niż typowym albumem. Jednak jak się później okazało, był to bardzo pracowity rok dla Black Milk’a i jego projektu B.R Gunna, ponieważ Slum Village zaprosili go do współpracy nad kolejnym albumem, który nosił po prostu nazwę „Slum Village”. Jesienią tego samego roku zdążył jeszcze wydać EP-kę „Broken Wax”, pracując tym samym na tytuł najbardziej zapracowanego beatmakera w tym biznesie. Był to przełomowy czas dla Curtis’a Cross’a. Skończył ledwo 23 lata, a od czterech pracował z jedną z najważniejszych grup hip-hopowych na świecie (zdążył także pracować z takimi ludźmi jak Jay Dee, Elzhi, Phat Kat, Frank n’ Dank, Lloyd Banks, Canibus czy Pharoahe Monch). Zrobił wrażenie na wytwórni Fat Beats, która zaproponowała mu wydanie oficjalnego solowego debiutu. Mało tego, niektórzy krytycy już wtedy zaczęli porównywać jego produkcje do tego, co w późnym okresie swojej twórczości robił J Dilla czy Madlib. W 2007 roku światło dzienne ujrzała płyta „Popular Demand”, która na dobre rozpoczęła erę Black Milk’a. Zimą na przełomie roku 07/08 połączył siły z Bishop’em Lamont’em, co doprowadziło do wydania mikstape’u pt. „Caltroit”, zresztą bardzo gorąco przyjętego i nominowanego do nagrody „Justo’s Mixtape Awards”. 2008 rok, to również bardzo pracowity czas dla Curtis’a. Wspólnie z Fat Ray’em wydali album „The Set Up”, później przyszła pora na następny solowy album „Tronic”, którego polskim słuchaczom przedstawiać raczej nie trzeba. Krążek zdobywał wiele pozytywnych recenzji oraz nominacji do najlepszego hip-hop’owego krążka roku. „Tronic” był przyjęty tak dobrze, że krytycy doszukiwali się w Black Milku następcy Kanye West’a, ich zdaniem to on jest pretendentem do objęcia w najbliższym czasie hip-hopowego tronu. Black Milk znany z pracowitości nie spoczął na laurach, w tym samym roku w którym wydał drugą solową płytę, pomógł wypełnić muzyką krążek Elhzi’a
W 2005 roku Black Milk poczuł że jest gotowy na swoje pierwsze solowe wydawnictwo, w ten sposób wydał własnym nakładem (Music House Records) płytę „Sound Of The City”, która mimo wszystko była bardziej mikstapem, niż typowym albumem. Jednak jak się później okazało, był to bardzo pracowity rok dla Black Milk’a i jego projektu B.R Gunna, ponieważ Slum Village zaprosili go do współpracy nad kolejnym albumem, który nosił po prostu nazwę „Slum Village”. Jesienią tego samego roku zdążył jeszcze wydać EP-kę „Broken Wax”, pracując tym samym na tytuł najbardziej zapracowanego beatmakera w tym biznesie. Był to przełomowy czas dla Curtis’a Cross’a. Skończył ledwo 23 lata, a od czterech pracował z jedną z najważniejszych grup hip-hopowych na świecie (zdążył także pracować z takimi ludźmi jak Jay Dee, Elzhi, Phat Kat, Frank n’ Dank, Lloyd Banks, Canibus czy Pharoahe Monch). Zrobił wrażenie na wytwórni Fat Beats, która zaproponowała mu wydanie oficjalnego solowego debiutu. Mało tego, niektórzy krytycy już wtedy zaczęli porównywać jego produkcje do tego, co w późnym okresie swojej twórczości robił J Dilla czy Madlib. W 2007 roku światło dzienne ujrzała płyta „Popular Demand”, która na dobre rozpoczęła erę Black Milk’a. Zimą na przełomie roku 07/08 połączył siły z Bishop’em Lamont’em, co doprowadziło do wydania mikstape’u pt. „Caltroit”, zresztą bardzo gorąco przyjętego i nominowanego do nagrody „Justo’s Mixtape Awards”. 2008 rok, to również bardzo pracowity czas dla Curtis’a. Wspólnie z Fat Ray’em wydali album „The Set Up”, później przyszła pora na następny solowy album „Tronic”, którego polskim słuchaczom przedstawiać raczej nie trzeba. Krążek zdobywał wiele pozytywnych recenzji oraz nominacji do najlepszego hip-hop’owego krążka roku. „Tronic” był przyjęty tak dobrze, że krytycy doszukiwali się w Black Milku następcy Kanye West’a, ich zdaniem to on jest pretendentem do objęcia w najbliższym czasie hip-hopowego tronu. Black Milk znany z pracowitości nie spoczął na laurach, w tym samym roku w którym wydał drugą solową płytę, pomógł wypełnić muzyką krążek Elhzi’a
Dziś obserwujemy Curtis’a Cross’a już 8 lat na scenie, przez całą swoją karierę udowadniał nam skutecznie że jest jednym z najważniejszych przedstawicieli swojej generacji. Sposób w jaki tnie sample i układa bębny stał się jego wizytówką, praktycznie każdy jest w stanie wyczuć jego unikalny styl produkcji muzyki. Po zeszłorocznej trasie koncertowej, którą Black Milk odbył wraz z fenomenalnym perkusistą Daru Jones’em i klawiszowcem/wokalistą AB, wrócił do Detroit by pracować nad kolejnym albumem. Niestety nie był to łatwy czas dla Curtis’a. Najpierw śmierć zabrała jego największego mentora Baatin’a (Slum Village), któremu Black Milk zawdzięczał start kariery. Kilka tygodni później, manager Curtis’a HexMurda zapadł w śpiączkę i został sparaliżowany po wylewie krwi do mózgu. Te wydarzenia wstrząsnęły nim bardzo mocno, przypominając rok 2006 w którym w krótkim czasie zmarli Jay Dee i Proof (D-12). Przez kilka następnych miesięcy Curtis musiał odwiedzać cmentarze jeszcze kilka razy, chowając kilku członków swojej rodziny. 2009 rok okazał się najtrudniejszym okresem w całym jego życiu. Pod koniec tego nieszczęśliwego roku, Black Milk wrócił do studia, podając do publicznej wiadomości, że jego następny album będzie „albumem roku”, oczywiście odnosząc się do wydarzeń sprzed 12 miesięcy, które wstrząsnęły jego życiem, nie mając przy tym na myśli pewnych siebie wypowiedzi świadczących o tym, że jego krążek będzie albumem roku, jeszcze rok zanim w ogóle się ukazał.
Black Milk nadchodzącą wielkimi krokami produkcją (14 września) chce przełamać bariery formy hip-hopowej produkcji, jednocześnie uszlechetniając i redefiniując swoje brzmienie. Szkielet muzyki jak zwykle zbudował za pomocą zaufanego AKAI MPC-2000 XL, którego używa od lat, zatrudniając do tego muzyków studyjnych, którzy mają nadać jego muzyce dodatkowych warstw, zastrzegając przy tym, że wszystkie kompozycje wyszły spod jego ręki. Nad całością brzmienia albumu czuwali muzycy których Black Milk nazywa swoim Live Band’em, mowa oczywiście o wspomnianych wyżej AB (klawisze/wokal) oraz Daru (perkusja). To właśnie oni zagrają w tym roku na trasie koncertowej promującej nowy album. Oprócz nich nad krążkiem pracowali jeszcze inni muzycy z Detroit: wokalista Melanie Rutherford, basista Tim Shellaberger, trębacz Sam Beaubien (który pracował również nad jednym z najbardziej rozchwytywanych krążków ostatniego roku „Strange Arragement” Mayer’a Hawthorne’a). Black Milk zaprosił również takich raperów jak: Royce Da 5’9”, Ehlzi (już można zobaczyć ich wspólny klip „Deadly Madley”) oraz debiutanta Danny’ego Brown’a.
Dziś w hip-hopie jest zaledwie kilku artystów, którzy robią rzeczy powyżej oczekiwań i nie pozwalają się kategoryzować. Black Milk jest właśnie jednym z nich, po pierwsze zaskakuje swoimi kompozycjami a po drugie zabiera słuchacza na następny poziom podczas elektryzującego live show. Warto zaczekać za „Album of The Year” i trasą koncertową w Europie na którą Curtis Cross przyjedzie z Daru Jones’em i AB. 23-ciego października Black Milk Live Band da jedyny koncert w Polsce na Warsoul Sessions w Powiększeniu w ramach "Album of The Year" European Tour 2010. Wydarzenie wspiera Red Bull Music Academy On The Floor. Afterparty: Rap History Warsaw 1992 feat. Steez, Dj Krime i Maceo. Bilety niebawem do nabycia w Side One w cenie 40 PLN, w dniu imprezy cena biletów wzrośnie do 50 PLN. Więcej szczegółów wkrótce.
poniedziałek, 20 września 2010
Jakie fenomeny (fil.) zaobserwowałem w ten weekend...
Kiedy już wracałem z Buszkersem (Brzuszpers, cytując Życie Warszawy), podrzucał nas Groh z dziewczyną w okolice pałacu kultury... Zapytał mnie wtedy, czy zamierzam napisać coś o tym weekendzie w Warszawie. Odpowiedziałem że nie, bo to raczej taka prywata była, potężny wir z przyjaciółmi, więc kto by chciał to czytać. Ale teraz, jak już wypaliłem lolka na spokojnie, to dociera do mnie że w końcu był to Warsaw Music Week i muzyka towarzyszyła mi cały czas. Groh się zdziwi, gdy będzie czytał ten wpis.
Jak zwykle, może zacznę od początku. W zeszłym tygodniu roboczym przepracowałem 54 godziny! Jak na człowieka, który terminy ma napięte jak kozłowe jaja, tydzień posiadający po bożemu 40 godzin to prawdziwa świętość. Overtime'y mnie wykańczają kompletnie. Nie zniechęciło mnie to do ruszenia w trasę zaraz po pracy do stolicy. Nawet w domu nie byłem, obiadu nie jadłem, z marszu jak należało zapierdalałem. Fajnie się stało że w piątek w Powiększeniu grał Maceo i Envee jako Niewinny Czarodzieje i zrobił się Warsoul.
Wbiłem do klubu prosto z pociągu, na szczęście podróży nie miałem najbardziej przejebanej w życiu, chociaż zaczynałem złowieszczo. Jak wbiłem się do kolejki, to widzę że czeka mnie 3,5 godziny w zapachu rzygów wydobywających się z klopa w korytarzu. Byłem dzielny i powalczyłem o miejscówkę od drugiej strony drzwi na korytarzu i miałem lepszy komfort jeśli chodzi o zapach, ale przejebane miejsce do stania z plecakiem jak ktoś co chwilę wchodzi i wychodzi. Kurwicy dostawałem. Nagle patrze, a jestem tuż obok przedziału dla młodych mam i kobiet w ciąży. Tak się złożyło że jedna taka tam była i okazało się że jechała do Wrześni i do tego z całą rodziną. Po 40 kilosach wbiłem się do pustego przedziału. Udało mi się tym razem, chociaż jak dziś pamiętam słowa Mentalcuta: "Nigdy nie jedź do Warszawy w piątek o 17:28". Kuba - będę pamiętał! Tym sposobem na bogato wbiłem na dworzec centralny, jadąc do przodu i przy oknie, po prostu pięknie! Jak już wspomniałem, nie miało sensu jechać do Maceo na Saską Kępę, więc spotkaliśmy się już w klubie. W powiększeniu dopiero co kończył się koncert, a już było sporo ludzi. Przeczuwałem gruby balet.
Oczywiście nie pomyliłem się. W klubie już o 23 był pełen densflor, szkoda że fotografowie dokumentujący Warsaw Music Week byli tak wcześnie i tego nie uchwycili. W każdym razie był gruby balet cały wieczór. Wóda, browar, jakieś ziele, się żyło. Wirowaliśmy do samego rana, jakoś o 7 byliśmy na chacie. Nawet nie muszę dodawać, że set Niewinnych rozjebał. Nie spaliśmy długo, jakoś przed dwunastą musieliśmy wstać, żeby ogarnąć przede wszystkim siebie, po tej najebce dzień wcześniej. Pozatym Maceo miał w ten weekend najazd większej ilości pyr na chatę, bo dobijał na Saską Robert Busha. Potem dotarliśmy do Roxy i znowu zaczęły się jaja. W tym miejscu aż tytuł ostatniej płyty Dibiase ciśnie się na usta "Machines Hate Me", a to jeden komp nie chciał odpalić ekranu, a to zablokowaliśmy klawiature, a to na mikserze zniknął nam deck... w każdym razie nas humor i tak nie opuszczał, nie daliśmy się sprowokować a afekt możecie sprawdzić w postaci zapisu #27 odsłony Kosmosu. Zapis możecie sprawdzić poniżej:
KOSMOS 2010 VOL.27
Potem wbił do studia jeszcze Marek (Eltron John) i zrobiliśmy jeszcze audycję Red Bull Music Academy Radio... było śmiesznie i czas leciał szybko. Z radia wychodziliśmy jakoś po osiemnastej. Maceo spadał na chatę, bo miał grać jeszcze tego wieczoru w Balsamie. Ja obrałem kierunek Pałac Kultury gdzie miałem spotkać się z Jonkperem (Koh-I-Noor). Tak się składało że w drugi dzień on hostował mnie na swojej chacie, więc w turbo tempie ogarnąłem dobry kebab i pojechaliśmy na Natolin... w tamtych okolicach nigdy nie byłem, zajebisty dojazd 20 min metrem. Tam prysznic, jakieś browary i w sumie też trzeba było spierdalać z powrotem. W tamtym czasie byli z nami jeszcze Weekid, Magda i Ala. Każdy z nich to niezły wirus więc melanż zaczynał się zajebiście. Uderzyliśmy do Pałacu Kultury, do szkoły tańca gdzie miał odbyć się "lounch party" wytwórni Koh-I-Noor.
Wcześniej odbywały się tam tańce towarzyskie, a wirowali tam w niezłym klimacie baleciarze 50+. Impreza udała się bardzo fajnie, jednak nie możecie porównywać tego, do nie wiadomo jak wielkiego ścisku i ultra raveów pod Djką, ale bardzo fajne spotkanie ludzi zainteresowanych klimatem i nowymi brzmieniami, którymi od niedawna zalewają nas chłopaki z Razzmatazz, You Know Me i Koh-I-Noor. Sety rozpoczynał Teielte i to właśnie on najbardziej zapadł mi w pamięci. Po pierwsze dla tego, że chciałem posłuchać jak gra i co gra, a po drugie zagrał na serio dużo dobrego stuffu, leciał od Miles'a Davis'a, przez Flying Lotus'a, po Electric Wire Hustle, Black Milk'a i swoje rzeczy z debiutanckiej płytki. Ale jak to bywa na tego typu imprezach, gdy przyjaznych twarzy jest tyle, że nie sposób je zliczyć, wszyscy najebali się w opór i było wesoło. Bardzo fajnie grali jeszcze Groh, Buszek, Jonkper i Simc! Zresztą, kto był ten wie. Żałuje że nie poleciałem na chwilę do 1500m2, bo gruby balet tam się odbył, przez klub przewinęło się z tego co słyszałem blisko 800 osób. Imprę organizowali Sorry, Ghettoblaster, a grali Supra 1 czy gwiazda wieczoru Girl Unit. No szkoda, nie można być jedną dupą na dziesięciu weselach. Więc w Pałacu Kultury siedzieliśmy do 6tej rano. Potem, kierunek metro i trochę spania. Byłem zmęczony w chuj, dzień wcześniej byłem 24h na nogach, spałem 4 godziny, a w drugi dzień powtórka z rozrywki. Mimo to udało mi się spać tylko ze 3 godziny, bo jakoś ładnie słońce świeciło, przebudziłem się, wystawiłem fotel na balkon zjadłem Red'sa malinowego i zasnąłem na słońcu jeszcze na godzinkę. Potem, postanowiłem nie spać dalej, przeczytałem wszystkie recenzje w starym K-Magu sprzed 5 miesięcy, albo i lepiej i zacząłem budzić współtowarzyszy melanżu, żeby pojechać na śniadanie do 5-10-15. Wyrobiliśmy się na 12. Block party było zajebiste, przybyła całkiem spora grupa ludzi, za 15 PLN można było zjeść ile się dało, można było nabyć browar, posłuchać muzy którą grali Fil i Groh. Było bardzo sympatycznie, posiedzieliśmy do 16-tej. Ogólnie niezła "zwała" była, bo potem chłopakom już trochę odechciało się grać i wbił jakiś ziomek ze swoim kejsem i grał wszystkie płyty których nigdy bym nie kupił. Dzięki temu było jeszcze śmieszniej, bo każdy był już podpity i wymyślało się głupoty, np. Pająk przerobił piosenkę "Puszek Okruszek", Natalii Kukulskiej, na "Puszek Wirusek". Fajne też było ogarnięcie alkoholu z własnej roboty za friko. Była nalewka i uwaga, uwaga - sosnówka. Nigdy kurwa wcześniej tego nie widziałem i nie piłem. Mocne to kurestwo jak jasna cholera, ze 60% jak nic... smakowało prawdopodobnie jak denaturat i nieźle klepało po bani. Zaobserwowałem fenomeny w ten weekend. Jakie? Gdy człowiek pije sosnówkę, to nieźle wykręca mu mordę i po kielonie już nikt tego więcej nie chce. A ponadto, jak chlejesz ostro i budzisz się aż opuchnięty na drugi dzień od tego pijaństwa, to szybciej zarost rośnie. Bawiłem się świetnie. Pozdrawiam wszystkich, których spotkałem w Warszawie.
Jak zwykle, może zacznę od początku. W zeszłym tygodniu roboczym przepracowałem 54 godziny! Jak na człowieka, który terminy ma napięte jak kozłowe jaja, tydzień posiadający po bożemu 40 godzin to prawdziwa świętość. Overtime'y mnie wykańczają kompletnie. Nie zniechęciło mnie to do ruszenia w trasę zaraz po pracy do stolicy. Nawet w domu nie byłem, obiadu nie jadłem, z marszu jak należało zapierdalałem. Fajnie się stało że w piątek w Powiększeniu grał Maceo i Envee jako Niewinny Czarodzieje i zrobił się Warsoul.
Wbiłem do klubu prosto z pociągu, na szczęście podróży nie miałem najbardziej przejebanej w życiu, chociaż zaczynałem złowieszczo. Jak wbiłem się do kolejki, to widzę że czeka mnie 3,5 godziny w zapachu rzygów wydobywających się z klopa w korytarzu. Byłem dzielny i powalczyłem o miejscówkę od drugiej strony drzwi na korytarzu i miałem lepszy komfort jeśli chodzi o zapach, ale przejebane miejsce do stania z plecakiem jak ktoś co chwilę wchodzi i wychodzi. Kurwicy dostawałem. Nagle patrze, a jestem tuż obok przedziału dla młodych mam i kobiet w ciąży. Tak się złożyło że jedna taka tam była i okazało się że jechała do Wrześni i do tego z całą rodziną. Po 40 kilosach wbiłem się do pustego przedziału. Udało mi się tym razem, chociaż jak dziś pamiętam słowa Mentalcuta: "Nigdy nie jedź do Warszawy w piątek o 17:28". Kuba - będę pamiętał! Tym sposobem na bogato wbiłem na dworzec centralny, jadąc do przodu i przy oknie, po prostu pięknie! Jak już wspomniałem, nie miało sensu jechać do Maceo na Saską Kępę, więc spotkaliśmy się już w klubie. W powiększeniu dopiero co kończył się koncert, a już było sporo ludzi. Przeczuwałem gruby balet.
Oczywiście nie pomyliłem się. W klubie już o 23 był pełen densflor, szkoda że fotografowie dokumentujący Warsaw Music Week byli tak wcześnie i tego nie uchwycili. W każdym razie był gruby balet cały wieczór. Wóda, browar, jakieś ziele, się żyło. Wirowaliśmy do samego rana, jakoś o 7 byliśmy na chacie. Nawet nie muszę dodawać, że set Niewinnych rozjebał. Nie spaliśmy długo, jakoś przed dwunastą musieliśmy wstać, żeby ogarnąć przede wszystkim siebie, po tej najebce dzień wcześniej. Pozatym Maceo miał w ten weekend najazd większej ilości pyr na chatę, bo dobijał na Saską Robert Busha. Potem dotarliśmy do Roxy i znowu zaczęły się jaja. W tym miejscu aż tytuł ostatniej płyty Dibiase ciśnie się na usta "Machines Hate Me", a to jeden komp nie chciał odpalić ekranu, a to zablokowaliśmy klawiature, a to na mikserze zniknął nam deck... w każdym razie nas humor i tak nie opuszczał, nie daliśmy się sprowokować a afekt możecie sprawdzić w postaci zapisu #27 odsłony Kosmosu. Zapis możecie sprawdzić poniżej:
KOSMOS 2010 VOL.27
Potem wbił do studia jeszcze Marek (Eltron John) i zrobiliśmy jeszcze audycję Red Bull Music Academy Radio... było śmiesznie i czas leciał szybko. Z radia wychodziliśmy jakoś po osiemnastej. Maceo spadał na chatę, bo miał grać jeszcze tego wieczoru w Balsamie. Ja obrałem kierunek Pałac Kultury gdzie miałem spotkać się z Jonkperem (Koh-I-Noor). Tak się składało że w drugi dzień on hostował mnie na swojej chacie, więc w turbo tempie ogarnąłem dobry kebab i pojechaliśmy na Natolin... w tamtych okolicach nigdy nie byłem, zajebisty dojazd 20 min metrem. Tam prysznic, jakieś browary i w sumie też trzeba było spierdalać z powrotem. W tamtym czasie byli z nami jeszcze Weekid, Magda i Ala. Każdy z nich to niezły wirus więc melanż zaczynał się zajebiście. Uderzyliśmy do Pałacu Kultury, do szkoły tańca gdzie miał odbyć się "lounch party" wytwórni Koh-I-Noor.
Wcześniej odbywały się tam tańce towarzyskie, a wirowali tam w niezłym klimacie baleciarze 50+. Impreza udała się bardzo fajnie, jednak nie możecie porównywać tego, do nie wiadomo jak wielkiego ścisku i ultra raveów pod Djką, ale bardzo fajne spotkanie ludzi zainteresowanych klimatem i nowymi brzmieniami, którymi od niedawna zalewają nas chłopaki z Razzmatazz, You Know Me i Koh-I-Noor. Sety rozpoczynał Teielte i to właśnie on najbardziej zapadł mi w pamięci. Po pierwsze dla tego, że chciałem posłuchać jak gra i co gra, a po drugie zagrał na serio dużo dobrego stuffu, leciał od Miles'a Davis'a, przez Flying Lotus'a, po Electric Wire Hustle, Black Milk'a i swoje rzeczy z debiutanckiej płytki. Ale jak to bywa na tego typu imprezach, gdy przyjaznych twarzy jest tyle, że nie sposób je zliczyć, wszyscy najebali się w opór i było wesoło. Bardzo fajnie grali jeszcze Groh, Buszek, Jonkper i Simc! Zresztą, kto był ten wie. Żałuje że nie poleciałem na chwilę do 1500m2, bo gruby balet tam się odbył, przez klub przewinęło się z tego co słyszałem blisko 800 osób. Imprę organizowali Sorry, Ghettoblaster, a grali Supra 1 czy gwiazda wieczoru Girl Unit. No szkoda, nie można być jedną dupą na dziesięciu weselach. Więc w Pałacu Kultury siedzieliśmy do 6tej rano. Potem, kierunek metro i trochę spania. Byłem zmęczony w chuj, dzień wcześniej byłem 24h na nogach, spałem 4 godziny, a w drugi dzień powtórka z rozrywki. Mimo to udało mi się spać tylko ze 3 godziny, bo jakoś ładnie słońce świeciło, przebudziłem się, wystawiłem fotel na balkon zjadłem Red'sa malinowego i zasnąłem na słońcu jeszcze na godzinkę. Potem, postanowiłem nie spać dalej, przeczytałem wszystkie recenzje w starym K-Magu sprzed 5 miesięcy, albo i lepiej i zacząłem budzić współtowarzyszy melanżu, żeby pojechać na śniadanie do 5-10-15. Wyrobiliśmy się na 12. Block party było zajebiste, przybyła całkiem spora grupa ludzi, za 15 PLN można było zjeść ile się dało, można było nabyć browar, posłuchać muzy którą grali Fil i Groh. Było bardzo sympatycznie, posiedzieliśmy do 16-tej. Ogólnie niezła "zwała" była, bo potem chłopakom już trochę odechciało się grać i wbił jakiś ziomek ze swoim kejsem i grał wszystkie płyty których nigdy bym nie kupił. Dzięki temu było jeszcze śmieszniej, bo każdy był już podpity i wymyślało się głupoty, np. Pająk przerobił piosenkę "Puszek Okruszek", Natalii Kukulskiej, na "Puszek Wirusek". Fajne też było ogarnięcie alkoholu z własnej roboty za friko. Była nalewka i uwaga, uwaga - sosnówka. Nigdy kurwa wcześniej tego nie widziałem i nie piłem. Mocne to kurestwo jak jasna cholera, ze 60% jak nic... smakowało prawdopodobnie jak denaturat i nieźle klepało po bani. Zaobserwowałem fenomeny w ten weekend. Jakie? Gdy człowiek pije sosnówkę, to nieźle wykręca mu mordę i po kielonie już nikt tego więcej nie chce. A ponadto, jak chlejesz ostro i budzisz się aż opuchnięty na drugi dzień od tego pijaństwa, to szybciej zarost rośnie. Bawiłem się świetnie. Pozdrawiam wszystkich, których spotkałem w Warszawie.
poniedziałek, 13 września 2010
Sonar Soul (Razzmatazz/JuNouMi) videos
Sonar Soul - Adore (Wojtek Urbański remix)
Teilete - Darkvoices
Teilete - Darkvoices
sobota, 11 września 2010
Coultrain - GodMustBeABoogieMan
W ostatnim poście poświęconym Jay'owi Coleman'owi, pisałem o kolaboracji z Coultrain'em. Czas żeby nieco rozwinąć ten wątek. Zanim jednak przejdziemy do aktualnych spraw, wróćmy na chwilę do czasów w których Coultrain debiutował. Było to na przełomie 2007 i 2008 roku i istniała jeszcze wtedy Wersalka, była to już jedna z ostatnich recenzji które się tam pojawiły. Dla tych, którzy w tamtym czasie nie zetknęli się z twórczością tego artysty postanowiłem odświeżyć tekst:
W styczniu 2008 roku, przeglądałem sobie witrynę grupy Bling47 - dla której jestem bezkrytyczny, jak i dla solowych dokonań Waajeed'a czy całego PPP crew. Na wyżej wymienionej stronie, pojawiła się notka o nadchodzącym albumie piosenkarza, który kryje się pod intrygującym pseudonimem Coultrain. Sprawdziłem więc 4 utwory które promują jego album na myspace i zostałem zmrożony z wrażenia... Czym prędzej chciałem sprawdzić całe LP które nosi nazwę: „Adventures Of Seymour Liberty".
W styczniu 2008 roku, przeglądałem sobie witrynę grupy Bling47 - dla której jestem bezkrytyczny, jak i dla solowych dokonań Waajeed'a czy całego PPP crew. Na wyżej wymienionej stronie, pojawiła się notka o nadchodzącym albumie piosenkarza, który kryje się pod intrygującym pseudonimem Coultrain. Sprawdziłem więc 4 utwory które promują jego album na myspace i zostałem zmrożony z wrażenia... Czym prędzej chciałem sprawdzić całe LP które nosi nazwę: „Adventures Of Seymour Liberty".
Coultrain dorastał niczym Miles Davis w St. Louis. Śpiewu uczył się w kościele, a także od swojej matki która była solistką w miejscowym chórze. Ojciec był pastorem, od niego nauczył się jak opowiadać historię i jak tworzyć piosenki. Pokazał mu też muzyków takich jak Ray Charles czy Stevie Wonder - bo takich płyt słuchano u Coultrain'a w domu. Gdy dorósł podróżował od San Francisco aż po Oslo w Norwegii, nabywając różne kontakty z muzykami. Obecnie mieszka na Brooklyn'ie w Nowym Jorku... gdzie kwitnie jego kariera.
Wracając do samego albumu „Adventures Of Seymour Liberty" - spotkamy na nim 13 utworów, wyprodukowanych wspólnie z kompozytorem Kenautis'em Smithem. Nie znałem wcześniej tego producenta, ale kawałki które wyprodukował dla Coultrain'a są nie z tej ziemi. K. Smith nadał kosmicznego feeling'u utworom, przez co, album ten określany jest jako „spacey soul". W połowie utworów, możemy usłyszeć też prace perkusisty Jason'a „Dirty Lynt'a" Moore'a który wzbogaca album o żywe brzmienie bębnów i cymbałów.
Coultrain, już od pierwszych sekund krążka zabiera nas w podróż międzygwiezdną („Swimmin In The Stars"), później przechodzi do utworu „The Girl Of My Dreams" - gdzie przepiękną linie basu przeplata elektryczne pianino na którym podgrywa Cedric Norah. Trzeci numer to niesamowity „Screw" - właśnie tam możemy usłyszeć rytm wybijany na perkusji przez J. Moore'a. Następnie bardzo pozytywny utwór „Green" na samplu z utworu Jermaine'a Jackson'a - „Where Are You Now". Można by wymieniać tak do samego końca, gdyż album trzyma równy poziom, a każdy kawałek zasługuje na uwagę. Bez wątpienia, debiutancka płyta Coultrain'a jest dojrzała i przemyślana. Nie ma na niej zbędnych wypełniaczy, można słuchać ją w kółko i nie nudzi się! Myślę że w krótkim czasie Coultrain będzie stawiany obok Steve'a Spacek'a, Dwele czy też D'Angelo. W jednym z wywiadów, zapytano Coultrain'a co chciałby, żeby ludzie zyskali słuchając jego muzyki? Odpowiedział: „Mam nadzieję, że będzie dla jednych terapią a dla innych poezją."
Od czasu wydania tego krążka dużo się wydarzyło w karierze Coultrain'a. Po pierwsze włożył bardzo dużo pracy w ostatnią płytę "Abundance" coraz bardziej eksperymentujących Platinum Pied Pipers, następnie przeprowadził się do Kalifornii i dołączył do grupy Hawthorne Headhunters, gdzie nakładem HVW8 wydali 12". Potem za sprawą Record Breakin' Coultrain, jako Seymour Liberty wydał 7" winyl "The Wanderer / Balancing Act". Tym sposobem Aaron Michael Frison, buduje dla swoich słuchaczy historię, której medium jest Coultrain. Zaczął od „Adventures Of Seymour Liberty" przez "The Wanderer / Balancing Act" prowadzi nas do "The Great Escape". To ostatnie jeszcze nie ujrzało światła dziennego, ale całkiem niedawno ukazała się darmowa EPka "GodMustBeABoogieMan".
Bardzo Was proszę... nie zrażajcie się okładką, o ile mi wiadomo Coultrain przygotował ją sam i pewnie pracował w paincie. Jest chujowa strasznie, przyznaje. Ale wybaczam mu to w zupełności. Dlaczego? Bo "GodMustBeABoogieMan" to pozycja darmowa! Jak wiadomo, w czasie teraźniejszym net zalewa chujnia... trzeba się więc dobrze poruszać i stać się crate digger'em 2.0 (a może file diggerem?). W tym przypadku nie ma mowy o wtopie. Coultrain podzielił całość na trzy akty. W pierwszym śpiewa pod muzykę Yesterdays New Quintet i Patrice Rushen, w drugim, jest trochę beatów od kolegów Stoney Rock'a, J-1'a czy Jason'a Moore'a. Akt trzeci otwiera muzyka Tokimonsta. Całość muzycznie sprawia wrażenie dość jazz'owe, jeśli zaś chodzi o samego Coultrain'a, mam wrażenie że odszedł od eksperymentów przeprowadzanych z PPP i wrócił do tego, za co uwielbiałem go od początku najbardziej... więc jeśli wiecie czym były "podróże Seymour'a Libety", to "GodMustBeABoogieMan" jest specjalnie dla Was. Na zachętę odpalcie sobie numer który podesłał mi J-1.
Coultrain - Parable of a Shiny Miracle (prod. J-1)Od czasu wydania tego krążka dużo się wydarzyło w karierze Coultrain'a. Po pierwsze włożył bardzo dużo pracy w ostatnią płytę "Abundance" coraz bardziej eksperymentujących Platinum Pied Pipers, następnie przeprowadził się do Kalifornii i dołączył do grupy Hawthorne Headhunters, gdzie nakładem HVW8 wydali 12". Potem za sprawą Record Breakin' Coultrain, jako Seymour Liberty wydał 7" winyl "The Wanderer / Balancing Act". Tym sposobem Aaron Michael Frison, buduje dla swoich słuchaczy historię, której medium jest Coultrain. Zaczął od „Adventures Of Seymour Liberty" przez "The Wanderer / Balancing Act" prowadzi nas do "The Great Escape". To ostatnie jeszcze nie ujrzało światła dziennego, ale całkiem niedawno ukazała się darmowa EPka "GodMustBeABoogieMan".
Bardzo Was proszę... nie zrażajcie się okładką, o ile mi wiadomo Coultrain przygotował ją sam i pewnie pracował w paincie. Jest chujowa strasznie, przyznaje. Ale wybaczam mu to w zupełności. Dlaczego? Bo "GodMustBeABoogieMan" to pozycja darmowa! Jak wiadomo, w czasie teraźniejszym net zalewa chujnia... trzeba się więc dobrze poruszać i stać się crate digger'em 2.0 (a może file diggerem?). W tym przypadku nie ma mowy o wtopie. Coultrain podzielił całość na trzy akty. W pierwszym śpiewa pod muzykę Yesterdays New Quintet i Patrice Rushen, w drugim, jest trochę beatów od kolegów Stoney Rock'a, J-1'a czy Jason'a Moore'a. Akt trzeci otwiera muzyka Tokimonsta. Całość muzycznie sprawia wrażenie dość jazz'owe, jeśli zaś chodzi o samego Coultrain'a, mam wrażenie że odszedł od eksperymentów przeprowadzanych z PPP i wrócił do tego, za co uwielbiałem go od początku najbardziej... więc jeśli wiecie czym były "podróże Seymour'a Libety", to "GodMustBeABoogieMan" jest specjalnie dla Was. Na zachętę odpalcie sobie numer który podesłał mi J-1.
środa, 8 września 2010
J-1 "We Love Warsaw"
Jakiś czas temu obiecałem Wam paczkę bitów, które dostałem od J-1'a... ale pojawiło się kilka eventów, czy innych rzeczy i odłożyło się to wszystko w czasie. Oczywiście nic straconego bo ja o wszystkim pamiętam i już się rehabilituję. Najpierw kilka słów organizacyjnych, bo nie dawno gimboje i dzieciaki z podstawówy zaczęli zapierdalać na lekcję, to w modzie kilka zdań "słowem wstępu". Jak pewnie pamiętacie, o Jay'u Coleman'ie pisałem tu i tu, jego myspace znajdziecie tu, a follow'ować go na twitterze możecie tu. Koniec lekcji organizacyjnej. Teraz konkrety:
J-1 - Think About It
Bit który słyszycie powyżej pochodzi z beat-tape'a zatytułowanego "Attack Of The Deer", całość zawiera 14 kawałków i jest do dziś do pobrania za friko, za sprawą HVW8.com. Jeśli czujecie to, co słyszycie powyżej, zachęcam do ściągania całości... tym bardziej że na Fresh Selects znajdowała się zajebista zajawka zachęcająca do sprawdzenia muzyki J-1'a:
The collection consists of 14 rough beats “straight from the MPC,” that range everywhere from laidback jazz loops & grooves to raw drum breaks.To mi wystarczyło za rekomendację.
Następny kawałek, to "Utube". Ten numer pochodzi z EPki, do której linki już są nie aktywne... "The YouTube EP" była do pobrania również za sprawą wyżej wymienianego HVW8.com. Za tymi produkcjami, niestety będzie trzeba pogrzebać głębiej w czeluściach internetu. W każdym razie okładka wyglądała tak:
J-1 - "Utube"
Kiedy J-1 był w Warszawie z Master Blazter, wspominał o tym, że należy do zespołu Shafiq Husayn Ensemble, więc pozwoliłem sobie dopytać go w tej kwestii:
Tak, jestem członkiem zespołu Shafiq'a Husayn'a, a w zasadzie to był zespół który został zmontowany na kilka koncertów. Największą imprezę zagraliśmy w wigilię zeszłego roku, kiedy graliśmy z Eryką Badu w House Of Blues w Los Angeles... to było niewiarygodne doświadczenie. To był skład złożony z samych gwiazd (all star band). Wszyscy muzycy, którzy występowali tego wieczora byli niesamowici, każdy z nich wnosił coś swojego do całości. To była dla mnie przyjemność być częścią tego projektu.
A jak było z Aloe Blacc'iem?
Ta sesja z Aloe o którą pytasz, odbyła się do tej pory tylko raz. Wiesz, jednorazowa akcja. Miejmy nadzieję, że w przyszłości ja i mój brat Aloe, połączymy jeszcze nasze siły żeby zrobić coś fajnego razem...J-1 - Slangtalk
A nad czym skupiasz się teraz? Planujesz nagrać album z Master Blazter, czy to raczej tylko skład koncertowy?
Teraz głównie skupiam się na wydaniu krążka, który ma się ukazać nakładem Recordbrakin Records, myślę że to będzie w pierwszej połowie przyszłego roku. Ale jest też tak jak mówisz, bardzo ważnym jest też wydanie płyty Master Blazter, chcemy to zrobić zaraz po tym, jak wrócimy z trasy w Europie we wrześniu. W przyszłym roku powinna wyjść też kompilacja "Starship 27", która jest swego rodzaju "bitową-odyseją"... Ponadto cały czas trzymam się grania imprez jako DJ, pewnie zgodzisz się ze mną, że jest to część całego tego pozytywnego wajbu. Więc wiesz, staramy się być zajęci i sprawiać żeby podtrzymywać ten wajb.J-1 - Periscope 1
Kiedy słucham bitów które mi podesłałeś, zdaje mi się że mają raczej klasyczne brzmienie, zamierzasz obdarzyć takim brzmieniem jakichś artystów, żeby zarapowali do tego, albo zaśpiewali? Czy jak dawniej, wszystko będzie przyjmowało formy beat-tape'ów? Nie wiem jaka jest twoja misja, nie potrafię wyczuć tego do końca... Z jednej strony słyszę magię lat 90'tych ("Think about It", "Cortex"), a z drugiej strony słyszę już wycieczki w rejony new-beats generation ("Lift Off", "Periscope 1", "Slang Talk", "Utube"). Jesteś gdzieś pomiędzy w tym wszystkim. Jaka jest twoja misja?
Moja misja to, żeby robić to co czuję. Kiedy wchodzę do studia i dotykam sprzętu na którym pracuję, nie myślę o tym żeby to posiadało jakiś określony kształt. Po prostu włączam to gówno, napierdalam ile się da i patrzę w jaką stronę to brzmienie pójdzie. Jestem za pełną swobodą w muzyce, więc nawet nie myślę o MC's czy wokalistach na moich trackach. Ale jakbym miał określić jak brzmi to co teraz robię, to myślę że staram się rozprawić z całym tym elektronicznym brzmieniem... no i jeden cel cały czas pozostaje w mojej głowie... żeby to wszystko było funky!J-1 - Lift Off
Kiedy gadaliśmy w Warszawie wspominałeś również że pracowałeś z Coultrain'em? Podesłałeś mi jeden Wasz wspólny kawałek... Kombinujecie coś więcej? (Na co poświęcę następny wpis).
Taak, będzie jeszcze dużo więcej kolaboracji z Coultrain'em w przyszłości... On jest dla mnie jak rodzina, nasza wspólna praca to naturalny proces.
J-1 - Home
Numer "Slangtalk" jest nieco cięższy od innych, ponadto podpisałeś go POO BAS (BAH) Project, czy to coś co ma pojawić się na jednym z Beat-Soup, które koordynuje Ras G?
No właśnie! Jak mogłem o tym zapomnieć! Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to wydam niebawem 10" płytkę przez Poo-Bas (Bah), Pozdrowienia dla mojego ziomka Rasa G!J-1 - Cortex
Woooow... dużo roboty z takimi multimediami. Hope you enjoy.
+Wszystkie zdjęcia autorstwa Macieja Jakobczyka, dzięki Club Collab i Na Stare Milion.
czwartek, 2 września 2010
King Fantastic, czyli gangsta rap nowej generacji
Wczoraj, a w zasadzie dzisiaj w nocy na ścianie fejsbukowej doktora Krank'a natknąłem się na przekozacki klip duetu King Fantastic. Mowa oczywiście o "Why? Where? What?". Zwariowałem jak usłyszałem ten numer! Pomyślałem sobie... ja pierdole, MC nawija głosem podobnym do Ludacris'a, ale bardziej w stylu Micke'ego Rocks'a z Cool Kids, a dzięki producentowi to wszystko brzmi tak, jakby ktoś rapował pod nieco uproszczone bity Lorn'a z Brainfeeder, których mogliśmy doświadczyć na albumie "Nothing Else" (być może przez podobne brzmienie remiksu utworu Biggiego "Suicide Thoughts", ale to zupełnie luźna myśl). Już w nocy zaplanowałem sobie misję na pierwszą godzinę w pracy z samego rana. Musiałem dowiedzieć się coś o nich, sprawdzić czy wydali jakiś album i oczywiście go przesłuchać.
King Fantastic - Why? Where? What?
Czego się dowiedziałem? King Fantastic to Killer Reese One (raper) oraz Troublemaker (producent). Ich misją jest treściwe zbadanie czegoś co nazywają "westcoastsynthesizerbeachbumgangstermusic", a efektem interpretacji tego terminu jest to, co widzimy na powyższym klipie i słyszymy na ich debiutanckim krążku "Finger Snaps And Gun Claps", który pojawił się 15 czerwca i jest do pobrania za friko.
Killer Reese One to członek jeszcze innego duetu z Los Angeles zwanego Bleu Collar, jak podaje magazyn URB (bo strona internetowa King Fantastic jest strasznie uboga w informacje), raper jest również prężnie działającym artystą w południowej Kalifornii. Natomiast Troublemaker jest producentem i DJ'em, podobnie do Killer Reese'a pochodzącym z L.A. Głównie jest znany z remiksów które zrobił dla różnych artystów i zespołów takich jak: Johnny Cash, Linkin Park, czy Matt and Kim z De La Soul, za co zbierał pozytywne recenzje (ten ostatni nawet znalazł się w soundtracku do gry Fifa 2010). Reese i Troublemaker wychowali się na hip-hop'ie, głównie inspirowali się gangsta rapem z zachodniego wybrzeża. Tym sposobem, postanowili zmodernizować dźwięk który miał na nich największy wpływ.
Jeśli klikniecie w powyższy baner, ściągniecie za darmo cały krążek i przekonacie się sami jak to brzmi. Zachęcam tym bardziej, jeśli wkręciliście się w "Why? Where? What?", bo na płycie znajdują się jeszcze lepsze numery. Zresztą, nie wiem czy zauważyliście, ale wprawne oko fana pornoli musiała przyciągnąć całkiem goła dupeczka. Już za odwagę daje klipowi pięć gwiazdek, ale jak przeczytałem że jest to profesjonalna aktorka porno, to spodobało mi się jeszcze bardziej. Na wideo wystąpiła Kristina Rose, jak podaje wikipedia, ma 26 lat i do 2007 roku wystąpiła w 160 filmach! Hehe, underground w Los Angeles ma się dobrze na to wychodzi. Wracając do krążka... zanosi się na to, że będzie to jeden z moich hop-hop'owych faworytów w tym roku. Album nie przekracza 30 minut, przez co słuchacz nie znudzi się wypełniaczami i nie wypierdoli płyty do kosza. Mało tego! Mamy tutaj bager za bangerem, a do tego gangsterskie gówno to jest. Szukałem czegoś takiego odkąd umarł Eazy-E, a Snoop wystąpił w jednym utworze z Katy Perry. Otwierający płytę "Lost Art Of Killing" to prawdziwa petarda, trochę się martwiłem że po takim wejściu może być tylko gorzej, ale jak przystało na prawidziwych G's mamy alfonsowski track "Stop Fucking Playing", czy bardzo zabawny kawałek o jaraniu w stylu koleszki Devin'a "Bonfire Sessions". Mamy też tribute dla wszystkich gangsta graczy z L.A w "Westcoastsynthesizerbeachbumgangstermusic", no i nie mogę przejść obojętnie obok numeru "D-Boy Stance", który świetnie sprawdzałby się na wszelkiego rodzaju imprezach. Wielu raperów i producentów rapu nowej generacji zatacza koło, albo powiela schematy. Artystów takich jak Dom Kennedy, Kid Cudi czy ekip jak Cool Kids, Pac Div lub U-N-I jest jak na lekarstwo. Fajnie że poznałem King Fantastic!
środa, 1 września 2010
Tauron Nowa Muzyka expirience pt. II
Jak wspomniałem w poprzedniej części relacji, klimat festiwalu sprzyjał chęci do dalszej zabawy. W tym roku tym co miało się wydarzyć w sobotę, tak bardzo się jarałem że idąc spać w okolicach 5-tej rano, wstałem już o 9:30. Podnieta sięgała tego stopnia, że nawet nie miałem czasu pomyśleć o tym że mogę mieć kaca. Cztery godzinki snu musiały wystarczyć i lecimy dalej... od rana biegałem trochę po Hostelu, od pokoju do pokoju i szukałem jakiegoś dżoja do piwa na śniadanie. Potem w ciągu dnia miałem trochę biegania, przez decyzje o zmianie lokalizacji noclegu, nie miałem za bardzo w co się ubrać na drugi dzień, więc przetransportowałem się do Siemianowic, po jakimś obiedzie odespałem ze dwie godziny i wyruszyliśmy na Bibio.
Tutaj dołączył już drugi Niewinny Maciek - Envee i doszczętnie rozpierdolił nas set tego kolesia. W zasadzie było to dla mnie porównywalnie duże zaskoczenie do tego, które towarzyszyło nam dzień wcześniej w przypadku Kidkanevila, z tą różnicą, że teraz dźwięk wydobywał się z najpotężniejszego z Tauronowych soundsystemów - Club Stage. Zresztą, jak teraz sobie pomyślę to nie wiem czy nie przesadzam z tym zaskoczeniem, w końcu artyści z Warpa, to klasa sama w sobie... ale tutaj wątpliwość zachodziła bardziej ze względu na to, że nie słyszałem wcześniej Bibio in the mix. Pan Stephen James Wilkinson zagrał bardzo nowo-bitowo. Wiele rzeczy trudno mi nazwać z tego co proponował, ale z pewnością w secie znalazły się takie rzeczy jak: Flying Lotus (z Cosmogrammy), Hudson Mohawke, czy dutet z Wolverhampton o którym pisałem na blogu kilka postów niżej - Letherette. Wychodzi na to, że Bibio chce ich mocno wesprzeć na początku kariery, bo z pewnością zagrał jeden ich numer "Furth & Myre" (z charakterystycznym samplem wokalu "seek and hide") z nadchodzącej w Ho_Tep EPki. Oprócz tego Letherette zrobili też remiks utworu Bibio "Lover's Carvings", który również uzupełnił Katowicki set.
Stałem dość daleko, ale niektóre kawałki idealnie masowały wątrobę. Uzupełnienie Stephenem line-upu imprezy klubowej, albo może bardziej ustawienie go jako gwiazdy wieczoru to kolejny sureshot. W piątkową czy sobotnią noc w wypełnionym po brzegi lokalu, musi być gorąco. Aż żal że Kidkanevil też nie miał szansy na wykorzystanie potencjału tego nagłośnienia, Bibio roztańczył idealnie publiczność i rozwiał wcześniejszą upiorność Club Stage, o której mówiłem przy okazji występu King Midas Sound. W sobotę nie miałem schodzić ze sceny klubowej praktycznie wcale... w zasadzie to z góry wiedziałem że Live Stage nie ma dla mnie racji bytu w sobotę. Uciekłem po Bibio na kwadrans żeby skonsumować kolejną festiwalową kiełbasę. Ależ ona wjeżdżała na to pijaństwo! Jadłem szybko, bo następny był Nosaj Thing, reprezentujący lżejszą stronę brzmienia L.A. Ten człowiek jest genialny! A na dodatek niepozorny, nieśmiały, bardzo cichy koleś z wysokim ładunkiem kreatywnych pomysłów i jednym w swoim rodzaju brzmieniem, delikatnym, księżycowym, rozpuszczonym w rozmarzonym stanie psychicznym. Ale to moje prywatne odczucie po odsłuchu "Drift" w domu. To nie muzyka kosmosu przypominająca inspiracje Rasa G czy Fly Lo. Nosaj Thing przywołuje coś na styl Incepcji, pływanie na kolejnych poziomach snów.
Koleszka uciekał do namiotu za każdym razem gdy już po koncercie manewrował gdzieś wokół Club Stage, a ktoś próbował mu zrobić zdjęcie. A sam cały czas gapił się w niebo. W przeciwieństwie do Kidkanevila i Bibio nie zagrał dj setu czy pół live actu. Był to występ pełen pracy przy kontrolerze midi, I-padzie i innych zmyślnych zabawkach które trudno było dostrzec przez brak dodatkowego telebimu, jaki był np. przy Live Stage. Występ Nosaja uzupełniały też zapowiadane wcześniej wizualizacje, być może zaprojektowane przez znanego z Brainfeedera, Dr'a Strangeloop'a, ale teraz nie jestem w stanie odgadnąć czy to na pewno on za tym stoi. Kolejny legendarny występ zbierający pozytywne opinie. Nie ma sensu wymieniać tytułów, które słuchacz miał prawo wyłapać, by był to po prostu live-act prezentujący zawartość "Drift" z 2009 roku, a kto zna ten wie... chociaż przemycił w całość Wu Tang Clan i Busta Rhymes'a. Po tym showcasie, zszedłem ze sceny klubowej bo na Red Bull'u do występu przygotowywali się Miss Fatima i Floating Points. Tutaj połowicznie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem pewny, że gdy Fatima chwyci za mikrofon to będzie grubo, udowodniła to już przecież w Powiększeniu, gdy razem z Warsoul crew gościliśmy ją i Funkineven'a na pierwszych urodzinach. Totalną zagadką był dla mnie set Sam'a, lubię jego muzykę i mam wszystkie 12"... ale co innego być dobrym producentem, a co innego do tego dojebać do ognia grając live. Czegoś tak groźnego się nie spodziewałem. Zaczęli spokojnie od materiału Fatimy, grając utwory z jej EP'ki, przeplatając gościnnymi kolaboracjami, np. tą z Shafiq'iem Husayn'em. Potem Floating Points zaczął wyciągać bangery ze swojego case'a niczym asy z rękawa. Zaczął od disco i lekkiego funku, wkręcając też swoje kompozyjce po czym dopierdolił garage'owymi klasykami i deep houseowymi bombami. Wyszukana selekcja. 100% winyl, co dziś już raczej rzadkość + perfekcyjne skillsy DJskie. Zebrani pod Red Bullem ludzie zwariowali, krzyczeli i tańczyli. A Ci którzy w te wakacje zaliczyli imprezy z cyklu "Cud Nad Wisłą", przypominali sobie ten sam niepowtarzalny klimat. Mimo że było z mniej niż 20*C, ściągaliśmy bluzy i tańczyliśmy w krótkich rękawkach. Bomba, bomba i jeszcze raz bomba! Pając (Kooh-I-Noor), myślałem że zaraz zejdzie z przypływu euforii gdy Sam przygniatał go kolejnymi penerskimi dżointami. W międzyczasie Fatima freestyle'owała sobie do tego co przygrywał Floating Points, kończąc fenomenalną kolaboracją z Dam-Funkiem, odśpiewując "Warm Eyes". Ludzi wygonił dopiero rozpoczynający się koncert Moderata. Po tym secie od razu wchodzili Niewinni Czarodzieje, niestety musiałem odpuścić sobie Maćków, żeby zająć najlepsze miejsce na najbardziej wyczekiwany set podczas całego festiwalu (ale znając chłopaków i słuchając potem opinii innych ludzi wiem że wypadli bardzo dobrze, solidna firma, szkoda że nie zgrali setu).
Zdołałem być w samym środku w pierwszym rzędzie, przyjmując cały bass na klatę, a za sterami motherfuckin Gaslamp Killer z Gonja Sufi. Po lekkim showcasie Nosaj'a przyszła pora na ciemną stronę Los Angeles. Set rozpoczął występ Gonja Sufi. Nie wiem jak to wyglądało na Era Nowe Horyzonty, ale tutaj dojebali po całości. Tam nie było Gaslamp'a, a to duża strata. Teraz Gonja mógł czuć się pewnie mając za plecami takiego skurwysyna i szaleńca. Nie tylko był jego DJ'em, ale hajpmenem i chórkiem zarazem. Sufi oprócz tego że śpiewał materiał ze swojego LP, freestylował momentami do bitów Gaslampa. Wstawki rapowe zrobiły na mnie szczególne wrażenie, tym bardziej że prezentowało się to bardzo gangstersko.
Razem mieli pierdolnięcie, które mogłoby zabrać fanów Korn'a z sąsiedniego festiwalu Metalowego, odbywającego się w Spodku. Można przyznać, że momentami Gonja Sufi z uduchowionego pustelnika, jak go wszyscy krytycy odczytywali, zmienił się w najaranego Punkowego wariata. Utwory takie jak "Ancestors", "Sheep", czy "Cowboys and Indians" spowodowały że scena klubowa wybuchała ogniem. Gonja też robił spoko show, biegał bo scenie, skakał po głośnikach jak przystało na właściciela kurewsko wielkiego soundsystemu. Żałuję tylko że nie zagrał utworu "Testament", z drugiej płyty Flying Lotus'a "Los Angeles". Jednak ja tej nocy czekałem tylko na jedno. Interesował mnie set Gaslamp'a solo. Tym bardziej, że mój komputer wypełniają różne sety z Low End Theory czy podcasty z Brainfeeder'a i wiedziałem co mnie czeka.
Wiedziałem że dojebie... rozmawiałem już o nim wcześniej z Maceo, żeby go zrobić w Warszawie zanim zabierze nam go festiwal, ale jakoś były przed tym inne projekty, albo nie było go w tym czasie w Europie. Ale wszystko przed nami. Oj, jak ten skurwiel daje na żywo. Żaden, ale powiadam Wam ŻADEN filmik, który zobaczycie z tego setu nie odda Wam tego co tam się działo. Jakby wydobywające się z głośników decybele, raziły prądem dając mu energię. A ten widząc reakcję publiczności dopierdalał do pieca jeszcze bardziej, prezentując kawałki które wypełniają jego EPkę "My Troubled Mind" oraz numery kolegów po fachu, takie które gdzieś już krążą, bądź dopiero ujrzą światło dzienne. W ten sposób na największym pierdolnięciu usłyszeliśmy unreleased shit, John'a Wayne'a, Rustie'go, Hudson'a Mohawke czy Joker'a. Gaslamp tylko podkręcał ludzi jeszcze bardziej. zrypałem gardło kompletnie robiąc hałas dla sceny z L.A. między innymi dla stojącego pod sceną Nosaj Thing'a przysłuchującemu się całemu szaleństwu.
Swój showcase pojebany Willy ma tak ogarnięty, że w połączeniu z dużymi umiejętnościami grania na perkusji potrafił perfekcyjnie imitować uderzenia w drumkit. Jak zwykle w setach Gaslamp'a mieliśmy też numery rockowe. W sobotę, gdy to wszystko się działo, była równa, 47 rocznica przemówienia "I Have A Dream" dr'a Kinga. Z tej okazji w hołdzie Martinowi Lutherowi, Willy zadedykował Hendrix'a. Ludzie skakali, tańczyli pogo, był też stage diving, jakiś koleś przeleciał z tłumu nad moją głową i wyprowadzili go ochroniarze. Istne szaleństwo. Gaslamp prosił o współpracę akustyka, żeby pozwolił "dzieciom" muzyki posłuchać naprawdę głośno. Dla mnie całość sięgnęła zenitu gdy Kalifornijczyk zapierdolił "Sweet Shop" - Doctora P.
Gdy kończył pierwszy raz, ludzie bardzo szybko doczekali się bisu... ale Willy na to:
"if you want another track, you have to be louder than fuck"Potem, gdy mówił że już na serio musi kończyć i wyłączył komputer, ludzie wymusili na nim następny powrót. Cała publika darła ryja na czas włączania się komputera. Nastąpiła apokalipsa. Willy zapierdolił niezmasterowany kawałek ze swojej nadciągającej wielkimi krokami kolaboracji z Daedelus'em. Na serio chore gówno! Kurde, o mało bym zapomniał wspomnieć o jego szaleństwie z I-padem, kilkukrotnie zabierał to ze stołu ze wszystkimi swoimi zabawkami, wskakiwał na głośniki i jakby chciał pokazać publiczności jak działa cała ta technologia w połączeniu z laptopem po Wi-Fi. Kurwa, zwariowałem jak zaczął grać jungle! Gaslamp zabił wszystkich. A po całym wydarzeniu FB i twitter oszalał. każdy mówił o tym co działo się w sobotę. Masakra. Zresztą, również artysta był wniebowzięty. Na twitterze napisał:
Ostatnio coraz częściej obserwuje naprawdę szczere zadowolenie z kontaktów artystów z polską publicznością, Sa-Ra, Dam-Funk, Mary Anne Hobbs, teraz Gaslamp i Gonja Sufi. Polska ma potencjał na odbiór nowego brzmienia. Setu pierdolonego Gaslamp Killer'a nie zapomnę nigdy, tak samo jak zeszłorocznego show Flying Lotus'a. Na tym festiwalu nie mogło zdarzyć się już nic mocniejszego. Zawiedziony eksperymentem Prefuse'a, mimo że mogłem zostać na koncert finałowy, olałem to i teraz piszę te słowa w pociągu będąc jeszcze gdzieś przed Poznaniem trochę żałuję, bo dostawałem esemesy że się zrehabilitował. Damn it!
Katowice Poland You Just Blew My Mind...
Zmęczenie jednak dawało się we znaki, tym bardziej że na Klimczoka najtwardsi na afterpraty trwali do 10:30... Było grubo. W Poznaniu będę przed bardzo późno i kibicuje Katowicom żeby zostały Europejską Stolicą Kultury w 2016 roku. Z festiwalem takim jak Taruron Nowa Muzyka, może im się to udać. To była genialnie spędzona końcówka wakacji. Jesteśmy w końcu w Europie, możemy być dumni. Ja jestem szczęśliwy. Zajebiście wydane pieniądze!
*Większość zdjęć od Grześka i Justyny. Dzięki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























