Strony

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Tauron Nowa Muzyka expirience pt. I


Po tym co zdarzyło się w sobotę w nocy, jest mi cholernie trudno ogarnąć wszystkie przeżycia związane z tegorocznym Tauronem. Ale to akurat było pewne, jeszcze zanim wsiadłem do pociągu. Line-up był tak gruby, że w Katowicach wystarczyło już tylko dobrze się bawić. Artyści występujący na tym festiwalu byli topowi, mogliby spokojnie wypełnić parkiet w klubie gdzie pojedynczo na plakatach widnieliby jako gwiazdy wieczoru, a tu na terenie post-industrialnym wszystko skumulowane w dwóch dniach. Trzeba dodać, że będąc na takim wyjeździe możesz spodziewać się wiraży ze znajomymi do późnych godzin, a nawet do wschodu słońca, takie akcje skutecznie odbierały funkcje życiowe, ale razem z tym rosło życiowe muzyczne doświadczenie i dalsza chęć do zabawy... ale lepiej spróbuję zacząć od początku.
Na Śląsk postanowiłem pojechać już w czwartek, jak wiadomo podróż z Poznania do każdego miasta (z wyjątkiem Wrocławia) położonego na południu, to podróż niewdzięczna, przejebana i kurewsko długa. Ale ja byłem cwany. Chciałem dobrze naładować baterię przed cało-piątkowym melanżem. Hostowali mnie Jędrzej (JMS) i Paulina w Siemianowicach. Im dziękuje w pierwszej kolejności, bo oprócz tego że miałem gdzie spać, pokazali mi Katowice jakich nie znałem, będąc już w tym mieście na poprzedniej edycji festiwalu. Teraz już wiem, że to wcale nie jest ciemne miasto związane z przemysłem w którym kompletnie nic się nie dzieje. Wcześniej Katowice uchodziły w moim mniemaniu za brudne i nudne, a odbywający się tam festiwal Nowa Muzyka to zwyczajny wypadek przy pracy. Pierdolony ignorant ze mnie, kolejny raz w życiu nauczyłem się żeby nie ulegać stereotypom, nie wiem jak Wy ale ja Katowicami się zajarałem. Jędrek pokazał mi fajne zaułki, dobre knajpy w mieście i udowodnił ile znajduje się tam zieleni. Momentami czułem się tam jak u siebie na Dębcu, gdzie kraina z wyglądu jest podobna. Polubiłem czeski browar w knajpie "Kato" o 16. Swoją drogą muszę przyznać, że jest to obskurne w miejsce w pozytywnym tego słowa znaczeniu, lubię takie spoty, odrapane ściany, dużo miejsca. Siadając przy oknie widzisz podwórko w klimacie jak najbardziej getto, przychodząc z zeszytem można by przy tym piwie poczuć się filozoficznie czy całkiem artystycznie. Katowice mają też nieopodal dworca zajebisty komis z winylami, chociaż cenią się za docenione nazwiska, to towar tam pierwszej jakości... Japonskie wydania John'a Coltrane'a, OG pressy Miles'a czy Pharaoh'a Sanders'a, po prostu od chuja stuffu. Przygotowałem sobie nawet dwa Prince'y ale w komisie pojawiłem się w czwartek i nie obliczyłem zbyt dobrze budżetu melanżu, ale chodziła płyta po 25 zyla, więc się opylało, nie? Jeśli będziecie w pobliżu wpadajcie koniecznie na grzebanie. Reszta czwartku upływała spokojnie, w rytmie kolejnych browarów, w randomowych knajpach, tego dnia z dziesięć zrobiłem. Na spacerach na powietrzu alk zjeżdża więc trzymałem się nieźle. Jeżdżąc samochodem zauroczyło mnie to, że miasta w okolicach Katowic, to trochę jakby pojechać do kolejnej dzielnicy w Poznaniu. Jędrzej potem mnie uświadomił pewną anegdotą, że niektórzy chcieliby zmienić nazwę miasta na New Katowice, coś jak New Delhi... i kurwa, co jak co, ale to by zdało egzamin, ułatwiło by transport i bardziej zjednoczyło mieszkańców aglomeracji. Ale na taki zabieg chyba zdecydowanie za wcześnie, biorąc pod uwagę kosę np. na linii GKS - Ruch... przynależność do swojej okolicy, tożsamość z terenem na którym się ludzie wychowywali jest niezwykle silna. A szkoda, zmniejszenie biurokracji, ograniczenie ilości prezydentów miast mogłoby tylko wpłynąć na lepsze funkcjonowanie całości. Dobra, koniec z tym pierdoleniem o polityce miast. Człowiek po prostu czasem za mocno się wkręca. Na czym stanęliśmy? Aha! Na miejscach w którym piliśmy piwa. Szczególnie podobało mi się pod Jazz Clubem Hipnoza, w 50/50. Urzekł mnie psychodeliczny tęczowy kolor ścian i multum luster, na dobrym dragu nieźle może się wkręcać to miejsce. Dobrze też musi się siedzieć tam ludziom z wysokim poczuciem własnego ego, bo z każdej strony można oglądać siebie. Po 23 trafiliśmy na kwadrat i po całym dniu łażenia, padłem na ryło.

W piątek wstałem wyspany, nie musiałem się męczyć w szcześciogodzinnej torturze w PKP, po porannej emisji "Chorych Doktorów" na Comedy Central, przyszła pora na jakiś obiad. Nagle rozpoczęły się festiwalowe telefony i łapanie przyjaciół. Po trzeciej lądowali pierwsi ludzie z Poznania, Wrocławia i Warszawy. Tym sposobem obiad wleciał już w kontekście whisky w towarzystwie Jędrzeja, Pauliny, Jonkpera, Buszkersa, Magdy i Ali (word up!). Przy okazji polecam knajpę na ul. Gliwickiej, nie pamiętam już dobrze jej nazwy, ale oscylowała chyba wokół jakiegoś małego teatru. Dają duże porcje, aż ciężko wcisnąć wszystko. Potem uderzyliśmy na "legendarnego" już Klimczoka 7. Zajebista miejscówka, blisko klubu go-go i restauracji HIT, gdzie podają 45 rodzajów pizzy! Mimo że nocowałem w Siemianowicach, wykupiłem sobie dwie noce, żeby odciążyć hostów i trwać do końca imprez na festiwalu. Za 50 PLN (25 PLN za noc) dostałem pokój, który wyglądał jak cela (125). Jedno wyro na środku dość dużego pomieszczenia, rozjebana szafa i trochę poszarpana podłoga, najgorszy ze wszystkich w których byłem, ale klimat miał nieziemski, dobrze że za każdym razem wbijałem tam już nieźle nawirowany, wtedy miałem wrażenie że to lokal pięciogwiazdkowy. HOsTEL na Klimczoka 7, to idealne miejsce na after party, dający piękny obraz porządnej stoczni i patologii! Lubię, lubię i jeszcze raz lubię to! Zresztą klimat tego miejsca udzielał się wszystkim którzy tam się zameldowali. Flaszki głównie pękały w pokoju 109, po imprezach jakie miały tam miejsce, wietrzyć będą tam jeszcze przez tydzień albo dwa. Nastawało późne popołudnie, J-son rozlewał J.B's, wąsy płonęły kolektywnie, Olgierd częstował wiśnią, a Pająk szeroko, lekką rąsią częstował cytryną. W tej miłej atmosferze zjawiali się kolejni zawkaterowani na Klimczoka, Jagoda, Raq, Jasiek, Templer, Tośka, Natalia, Good Paul i wszyscy których już wymieniłem wcześniej i jeszcze więcej osób które mi umknęły w pamięci, ale jak zwykle w moich historiach Ci co mają wiedzieć to wiedzą że ich pozdrawiam! Flaszki zrobiliśmy w turbo-tempie i dzwoniliśmy do korporacji "trzy miliony", która na naszym crew dobrze zarobiła w ten weekend. Chcieliśmy koniecznie zdążyć na King Midas Sound. Oj, to trio potrafiło skutecznie wprowadzić mnie w pierwszą ekscytacje podczas festiwalu. "Club Stage" gdzie występowali, był inaczej zaprojektowany niż w zeszłym roku, pewnie dlatego że tegoroczna edycja cieszyła się ogromnym zainteresowaniem przez co było jeszcze więcej ludzi, więc nie dało się tego zrobić inaczej. Moim zdaniem to już trochę za duże, ale mówię to jako fan dobrego kontaktu z artystą, nie lubiący molochów imprezowych. Szkoda też że nie było namiotów, tym bardziej że pogoda chujowa i ogólnie chłodno. W każdym razie do rzeczy... Club Stage był na uboczu, pomiędzy prywatnymi domami, fabrykami ze strzelistymi kominami w towarzystwie wielgachnych topoli. Po ciemku można było odnieść wrażenie że to jakieś miejsce morderstwa, bardzo upiorne.

King Midas Sound przynieśli w tę scenerię bass, dużo bassu, opętani kłębem dymu robili swoje. Słyszałem opinie że ludziom bardziej widział się album "Waiting For You", ale być może jestem zbyt mało wymagający. Artyści pokazali mi na co stać klubowy soundsystem zwiastując apokalipsę która miała dopiero nadejść... psychodeliczny występ, którego najlepszym momentem było wykonanie "Earth A Kill Ya". Po tym koncercie, jakoś przez następne dwie godziny nic szczególnie mnie nie interesowało więc piłem wiśniówkę z piwem w tle słuchając Jaga Jazzist. Od dawna nie śledziłem ich muzyki, nie znałem materiału, ale zagrali fajnie, szczególnie podobały mi się wariacje perkusisty Martin'a Horntveth'a i solówki trębacza Mathias'a Eick'a.

Fani minimali pognali potem na Pantha Du Prince, ja jakoś się nie wkręcałem i poszedłem niezobowiązująco na Novike i Lexusa, oczywiście nie był to "niewyobrażalnie dobry występ" w kontekście tego co działo się podczas całego festiwalu, ale ja bawiłem się bardzo dobrze. Wytańczyłem promile w rytm UK funky, house'u, przeplatanymi elementami garage'u. Bardzo klubowa selekcja. Czas świetnie mijał w oczekiwaniu tego, co w piątek było najlepsze.

Oczywiście mowa o Bonobo i Andreya'nie Trianie. Występ ten można z pewnością zaliczyć do tych, które poprzedza słowo "legendarny". Myślę że każdy kto miał przyjemność zaliczyć ten koncert zgodzi się ze mną. Mało tego! Jestem przekonany że nie było osoby, która wychodziłaby niezadowolona, tym bardziej że Bonobo nie ograniczało się do wykorzystania potencjału A. Triany tylko do nagrań ze swojego krążka, ale też z płyty wokalistki. Uduchowiony kawałek muzyki na żywo, zaledwie tydzień... sorry! 5 dni po premierze solowej płyty artystki. "Lost Where I Belong" zabrzmiało tak, że mogę powiedzieć tylko: WOW! Andreya, stałem się twoim fanem na wieki! Po tym graniu, miałem dwie opcje: Albo wracam do Siemianowic albo loguje się w nocy na Klimczoka i bawię się dalej.

Oczywiście zdecydowałem się zostać. Spotkałem Maceo, Grześka oraz Justynę i poszliśmy na Kidkanevil'a. Tam zrobiło się już bardziej klubowo, rozpaliliśmy temat i wkręcaliśmy się w muzykę. Ten set to jedna z największych niespodzianek, tym bardziej, że strasznie chciałem posłuchać tego co do zaprezentowania ma Brytyjczyk. Szczerze? Spodziewałem się czegoś mniej wyjebanego, a tu taka siekiera. Grał wszystko, dubstep, house, nowe-bity, rap od M.O.P przez kokainowych Clipse'ów po Slum Village, przeplatając wszystko swoimi produkcjami takimi jak: "ZoOoOoOp" z Oddisee. Mówię Wam, banger za bangerem, dodatkowo o niebo lepiej rozplanowany Red Bull Stage sprzyjał baletom, można było pić browary tańcząc na piachu. Ludzie licznie bawili się pod sceną, mimo że była dużo mniejsza od Live czy Club Stage. Potężny wir. Kidkanevil rozjebał.

Warto zaprosić go na klubowy gig. 100% satysfakcji gwarantowane, świetny selektor i bardzo dobry DJ. Zagrał dłużej niż powinien, nawet Mary Anne Hobbs już zaczęła gdy my jeszcze tam się bawiliśmy. Zresztą jak już pisałem, tak bardzo nas zaskoczył że po secie woleliśmy z Maceo pogadać przy kiełbasie niż uderzyć na szepczącą Mary.  Potem Kidkanevil na Facebooku napisał tak:

big ups Nowa Muzyka festival!!! one of the best events i've ever played at, dope as hell.


Tym sposobem przegapiłem jej występ i żałuję trochę, bo sam chciałem ocenić jak grała, ale ludzie mówili że mocno wierciła, co zresztą można było usłyszeć w strefie gastronomicznej, bo jedząc doświadczyliśmy wobble bassów. Później Mary napisała na twitterze że był to jeden z najlepszych jej występów w 2010 roku, ale myślę że to Katowicka publika załatwiła sprawę, każdy wiedział o co chodzi i po co do tego miasta przyjechał. Także nic dziwnego że Mary się jarała. W ten sposób po secie Mary na który już nie zdążyliśmy piątek dobiegł końca. Około 4-tej rano, zgadaliśmy się że Maciek, Grzesiek i Justyna też jadą na Klimczoka! Także: memory, find, trzy miliony i jazda na hostel do pokoju 109. Gdzie odbywało się after-party, kończące się jakoś po piątej... na sen jak zwykle nie ma czasu, ale chociaż trochę trzeba było się zregenenerować... CDN.


czwartek, 19 sierpnia 2010

Footprints vol 15: the Spirits of Agiel - Footprints on Saturn by Dworak

Minęło pięć miesięcy od ukazania się czternastej części Footprints, uwielbiam tę nieregularność i brak ciśnienia na ramy czasowe. Tym razem inicjatywa stworzenia następnego woluminu powstała przez przypadek. Byłem kolejny raz w Warszawie i nagle przypomniałem sobie o Footprints! Za każdym razem gdy tam przyjeżdżałem, kompletnie zapominałem zaproponować przyjaciołom z Warsoul Sessions Crew, aby uzupełnili listę miksów o swoje kompilacje... Tym razem nad niczym nie pracowaliśmy, a gościł mnie Grzesiek Dworakowski i z tego powodu najpierw wypadło na niego. Greg jest muzycznym aktywistą i działa podobnie do mnie, być może stąd nasza łatwość w porozumiewaniu się. Dworak zaczynał od współtwórstwa znanego i szanowanego Polskiego portalu muzycznego Basementalism, obecnie jest członkiem Warsoul Fam i od jakiegoś czasu należy do nieformalnej grupy dziennikarzy muzycznych "Soulution". Jego wcześniejsze miksy mogliście posłuchać w audycjach "Kosmos", którą w radio Roxy prowadzi założyciel Warsoul - Maceo Wyro. Grześkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, propozycja stworzenia Footprints padła tylko raz. Tydzień później mix wylądował na mojej skrzynce wraz z opisem jego filozofii, a raczej instrukcji obsługi słuchania:

"Kiedy wszystko było wszystkim (1:29:25), nie było podziału na dobro i zło, był tylko czas a może go jednak nie było, bo przyszłość, teraźniejszość i przeszłość niczym nie różniły się od siebie, stanowiły jedność (16:33). Spirytualizm był materializmem a fikcja rzeczywistością. Nie było emocji; nienawiści, miłości, bo emocje niczym nie różniły się od czasu, od przestrzeni, myśli czy słowa. Było coś co nie jest do opisania przez język znany ludziom, bo jak można opisać wszystko, gdy wszystko nie różni się od nicości, gdy nie ma różnic, podziałów, pełna symbioza… czy to Bóg? Bóg to tylko słowo, a może matematyka? Może jest w tym logika (1:04:14), suma uwzględniająca wszystkie znane i nie znane elementy wszechświata, włącznie z tymi słowami i Twoimi myślami? (16:44) Wielki wybuch był najpiękniejszym z początków, momentem narodzin wszechświata. Gdy wszechświat nie przekraczał swą wielkością atomowego jądra, wystąpiła eksplozja, eskalacja której przypisujemy materie, myśli i emocje. (11:50) Komponenty kosmosu zaczęły się dzielić, mieszać, tworzyły się pierwsze jądra pierwiastków a z nich gazowe obłoki z których powstawały galaktyki, planety, kontynenty, drzewa, ludzie, emocje, myśli i muzyka świata (1:17:43). Czy słońce, które daje nam motywacje do życia(42:15), jest w takim razie naszą daleką rodziną? W końcu mamy tych samych przodków, w zawiłym drzewie genealogicznym naszej egzystencji. Czy różnimy się czymś od słońca? Przecież jesteśmy elementem tego samego organizmu (1:15). A może gdy dajemy życie naszej twórczości też jesteśmy słońcem? A może instrumentami w orkiestrze kosmosu (13:14) a wszystko jest muzyką. Czy saxofon Johna Coltrane’a, romyślał nad muzyką jego pana? Czy my rozumiemy intencje naszego muzyka? NIE! Dlatego powinniśmy zostać sobą, nie udawać czegoś czym nie jesteśmy (1:42:25) i odegrać naszą partię w tym utworze. Cieszmy się wolnością (35:57) , celebrujmy życie (05:24) i czerpmy z jego esencji (1:11:33). Nie mamy wyjścia, musimy zaufać otaczającemu nas wszechświatowi (1:06:34). Czy to jest religia? Nie wiem… ja raczej nazwałbym to życiem!"

W ten niestandardowy sposób, słowami Dworaka, zapraszam Was do pierwszej części kosmiczno-spirytualistycznej, bo chyba już mogę zapowiedzieć drugą... ale nie odkrywajmy jeszcze wszystkich kart. Przed Wami Footprints #15. Okładka jak zwykle, przygotowana przez Legendarnego RSO196.


Footprints vol 15: the Spirits of Agiel - Footprints on Saturn by Dworak (Klinij aby ściągnąć)
(Sierpień 2010)

Footprints na Soundcloud

1.We Are The Universe - Neil DeGrasse Tyson Skit
2.Marcus Belgrave - Space Odyssey (Tribe, 1974)
3.Build An Ark - The Stars Are Singing Too (Doors Of The Cosmos) (Sunny In LA Mix) (Kindred Spirits, 2003)
4.Sun Ra - Space Is The Place (Blue Thumb Records, 1973)
5.Ras G - Power Of Thought (P-Vine Records, 2008)
6.Instruments of the cosmos - Sun Ra Skit
7.Madvillain - Shadows Of Tomorrow (Stones Throw, 2004)
8.Kankick - Enter The Inside (Yeah) (www.hiphopvinyl.de, 2010)
8.Carlos Niño & Friends - 9 Moons Full (Kindred Spirits, 2009)
9.Salah Ragab And The Cairo Jazz Band - Neveen (Art Yard, 2006)
10.Maulawi - Eltition (Strata Records, 1974)
11.Pharoah Sanders - You've Got To Have Freedom (Theresa Records, 1980)
12.Carlos Niño & Lil Sci Present What's The Science? - Freedom (feat. Tiffany Page) (Shaman Work, 2008)
13.Nomo - Nova (Ubiquity Records, 2008)
14.Mulatu Astatke - Yèkèrmo Sèw (Buda Musique, 1998)
15.The Heliocentrics - Intermission (Now-Again Records, 2007)
16.The Heliocentrics - Age Of The Sun (Now-Again Records, 2007)
17.Abstract Tribe Unique - My Experience Is... ( Massmen Records, 1998)
18.Source Of Labor - Wonder Twins (feat. Kylea) (Sub Verse Music, 2001)
19.Scienz Of Life - Ancient Rituals II (Ain't Nuttin) (Sub Verse Music, 2002)
20.Yesterday's New Quintet - Footprints (Blue Note, 2003)
21.Dorothy Ashby - For Some We Loved (Cadet Records, 1970)
22.Leon Thomas - The Creator Has A Master Plan (Peace) (Flying Dutchman, 1969)
23.Jose James - Spirits Up Above (Brownswood Recordings, 2008)
24.Rashaan Roland Kirk - Spirits Up Above (Atlantic, 1969)
25.Gary Bartz NTU Troop - Celestial Blues (Milestone Records, 1971)
26.Flying Lotus - Arkestry (Warp Records, 2010)
27.Build An Ark - World Music (Kindred Spirits, 2009)
28.John Coltrane - Naima (Atlantic, 1960)
29.Dwight Trible - John Coltrane (Ninja Tune, 2006)
30.Alice Coltrane - Journey In Satchidananda (Impulse!, 1970)
31.Flying Lotus - MmmHmm (Warp Records, 2010)
32.Mono/Poly - The Minds Eye (Clarity & Vision) (Tasteful Licks, 2010)
33.Travellin' - Dwight Trible Skit
34.Take - Dream Suite Instrumental (Inner Current Recordings, 2008)
35.Daedelus - Order Of The Golden Dawn (feat. Laura Darling) (Brainfeeder, 2010)
36.Farewell Earthlings!

wtorek, 17 sierpnia 2010

Ostrzegam przed Letherette

Odkąd poznałem się z Andrew Mezą, który dowodzi projektem BTS Radio, mam dostęp do świeżego materiału non-stop. Często korespondujemy, wymieniamy się stuffem... Raz to ja mu podeślę coś z Polski, a czasami to on podeśle mi coś ze świata. W te wakacje miał uzupełnić lineup festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach wraz z SamiYam'em, ale przez problem z kalendarzem niestety nie doszło to do skutku. Wiadomo, szkoda że tak wyszło, ale trudno... co się odwlecze to nie uciecze. Przedwczoraj Andrew napisał do mnie znowu. Pytał czy znam Letherette czyli duet z Wolverhampton (Andy oraz Rich), ja na to... Andrew, do chuja... śledzę BTS, słucham Gilles'a i Benji'ego, jestem twardym i regularnym słuchaczem. Wiadomo że coś słyszałem. Andrew na to:

- W listopadzie planuje tour promujący label BTS, a Letherette jako pierwsi są zapisani do labelu i bardzo mocno w nich wierzę. Mogę Ci jedno powiedzieć, ci kolesie to będzie następna duża rzecz, której warto być świadomym.

W tym miejscu z Andrew się zgadzam w zupełności. Po miksie dla BTS, który był niejako showcasem ich twórczości, po remiksach dla Bibio, Machinedrum, czy udział w składaku Gilles'a Peterson'a - "Brownswood Electr*c", mówi sam za siebie. Na przełomie września/października nakładem podlabelu Eglo Records - Ho Tep pojawi się ich EP'ka. Po tym co do tej pory słyszałem, myślę że warto zaczekać. Tym bardziej, że stylistyka oscyluje gdzieś pomiędzy tym co Dilla robił w okresie pączków,  a tym co robił Bullion wydając "Pet Sounds: In Key Of Dee", ale momentami przypomina mi też to co dziś robi Onra... pewnie nie bez powodu Young Montana? (o którym wkrótce też będzie trzeba kilka słów zrzucić), napisał chłopakom na myspace:

- looks like you motherfuckers are moving up some next level intergalactic disco shit!

No ale chuj, jestem daleki od metkowania muzyki... Letherette robią zajebiste numery, które mają dobry wajb, myślę że sprawdzą się w klubie. Nie chcę na razie nic obiecywać, ale myślę że w listopadzie spotkacie się z nimi przynajmniej w jednym z Polskich klubów. Zapoznajcie się z miksem dla BTS Radio, jeśli nie zrobiliście tego w styczniu. I trzymajcie rękę na pulsie. 


Letherette - Take My Head

czwartek, 12 sierpnia 2010

Jeden z wielu "Cudów Nad Wisłą"

Bardzo późno od samego wydarzenia piszę te słowa, ale lepiej późno niż później i lepiej później niż wcale, jak to mawiają najstarsi szamani z plemion środkowo-afrykańskich. Chodzi oczywiście o kwestię cudu, który cyklicznie odbywa się nad Wisłą. W sobotę po imprezie w Powiększeniu czułem się fatalnie, czego w zasadzie możecie się domyślać, po tym jak wspominałem że ratował mnie lek przeciwbólowy, a także po tym, jak opisywałem powrót do hostelu, którego już nie zarejestrowałem. W każdym razie ostatnia sobota lipca, rozpoczęła się dla mnie w okolicach godziny dziesiątej w pokoju "Rzym" w towarzystwie wyżej wspomnianego, przejebanego bólu bani. Tak to już niestety bywa, jak miksujesz alkohol z podobną precyzją jak Funkmaster Flex miksował rap w połowie lat 90'tych... Równocześnie ze mną obudzili się również towarzysze melanżu, Tomek, Adam i Ewelina w pokoju rozległo się hasło:
- Najpierw prysznic, czy jaramy dżojta?
Bez wahania padł wybór drugiej opcji. Rozpalony wąs, nie był nawet w połowie skończony gdy poczułem że głowa przestaje boleć, zdałem sobie sprawę, że jeszcze byłem pijany. Ogarnęliśmy się, spakowaliśmy się i skorzystaliśmy z darmowej kawy. Wyruszyliśmy w Nowy Świat. Tam leniwie rozpoczynał się dzień, ludzie już urzędowali a my czekaliśmy za Kaśką, która miała pełnić rolę przewodnika po mieście.


Zabrała nas do "pawilonów", to dość obskurne miejsce, ale niezwykle klimatyczne, lubię takie, nawet jeśli żule opalą cię ze wszystkich szlugów. Jedliśmy obok dość vintage'owego sklepu z lampami, gdzie wylegiwał się najgrubszy skurwysyński kot jakiego w życiu widziałem, baba ze sklepu wołała na niego "Kulczyk". W chuj celne imię, muszę przyznać. Pawilony mają jeszcze jeden urokliwy spot: "Pewex" czyli warszawska umieralnia, która obsługuje wszystkich najbardziej wytrwałych wirowników w mieście. Chwilę potem, wpadł też Mentos bo zapomniał kurtkę, zjadł, pogadaliśmy i spierdalał na Hajnówkę. My też się zawinęliśmy, w kierunku Placu Konstytucji. Wrócił ten morderczy ból bani, ja szkicowałem to co czytaliście o Master Blazter na blogu i napierdalał deszcz. Myślałem tylko o tym żeby luzować się z gibonem, stąd szybkie zakupy i warszawski dope wleciał w układ oddechowy.


Głowa wróciła do siebie, deszcz przestał padać, rysowała się możliwość zaliczenia "do-over" w stolicy. Zabijaliśmy czas pijąc browary i racząc się większą ilością stuffu. O dziewiętnastej ustawiłem się z Dworakiem i pojechaliśmy na Saską Kępę, gdzie stacjonowałem do końca weekendu. Tam zrobiliśmy "biznesy", które zaowocowały ideą stworzenia piętnastej części Footprints, zresztą sprawdzicie go sami niebawem, bo jest już gotowy.


Około jedenastej byliśmy już na Wybrzeżu Kościuszkowskim. To co stanęło przed moimi oczyma totalnie mnie rozjebało. Multum ludzi. Chcesz zjeść, to masz budkę z plackami, chcesz pić, masz hangar z browarem, chcesz zobaczyć jak balety wyglądają "z góry", wchodzisz na omawiany hangar i patrzysz. Zajebiście! Słuchasz non-stop dobrej muzy, bo zawsze za sterami stoi ktoś z ciekawym repertuarem. Na "afterparty po Street Art Doping Festiwal" grali Club Collab, Na Stare Milion i Ktoś Cię Kocha (wymieniając z nazw "koalicji", bo wiadomo kto stoi za nazwami tych ekip). Cud, miód, malina! To czego nie zdążyłem obgadać w piątek, zrobiłem w sobotę (szczególne pozdrowienia dla Groha i Pająka). W końcu zebrali się tam sami swoi ludzie i zrobiła się gruba balanga. W pięć minut zapomniałem o tym że cały dzień prześladował mnie kac.


Klimat imprezy pod gołym niebem sprzyjał do dalszego patologowania, aż żal było ten wieczór kończyć, miałem siedzieć maksymalnie do pierwszej w nocy, ale przeciągnęło się do czwartej w nocy i trzeba było aż zmuszać się do opuszczenia tego genialnej prywatki, bo chyba ostatecznie tak można było to nazwać. W domu byłem przed piątą. Szkoda, wielka szkoda że miałem pociąg o 9:40, bo zostałbym do białego rana. Pięknie było, Wisła płynęła swoim tempem, a my płynęliśmy swoim. Czułem się jak u siebie na rewirze, browar w dłoń, gibon w drugą, muza przekrojem przez wszystkie gatunki, J-son przypierdolił nawet polskie rap klasyki. Zupełnie domowa atmosfera.


Nie byłem na "do-over", ale widziałem i słyszałem o tych wydarzeniach to i owo, a nawet znam kogoś kto był i opowiedział mi kilka rzeczy. Nie mamy więc się czego wstydzić, WWA nie Cali na co dzień, ale w ten weekend  w Warszawie na serio było jak w L.A. A więc jeśli traficie kiedyś na mieście plakat, że w pobliżu "Cud Nad Wisłą", bez wahania uderzajcie. To są balety legendarne, potwierdzi to chyba każdy kto tam chociaż raz miał przyjemność tupnąć nogą. Doświadczcie cudu, tak jak i ja. Kłaniam się nisko, następne sprawozdanie z Katowic.

piątek, 6 sierpnia 2010

Interpretacja życia Eugene'a Harrington'a


Od kilku dni zastanawiam się jak napisać o Eugene'nie Harrington'ie... I nie wiem czy wiecie, ale jestem pierdolony inwestigejtor! Nie dam się nabrać... Śledziłem Clutchy'ego Hopkins'a jeszcze za czasów wersalki. Kto czytał, ten wie... ale może jeszcze wrzucę ten artykuł, nieco odświeżony, tutaj na bloga. W każdym razie, sprawa trochę źle mi się układa i będę chyba pierwszy, który znajdzie na całość odpowiedni pattern, niczym detektyw Lester Freamon z "The Wire". Dlaczego się tak przypierdalam? Bo nie chodzi już tyle o historię postaci, co o samą muzykę, która brzmi w przypadku obu "tworów", (bo chyba na razie można to tak nazwać...) podobnie,  a być może, nawet stylistycznie tak samo. Na dzień dzisiejszy wiem, że Clutchy Hopkins na pewno nie istnieje. Postać którą widzieliśmy i którą Ubiquity przedstawiało nam jako pustelnika, multiinstrumentalistę zwyczajnie nie istnieje. Teraz to już chyba dosłownie... ponieważ człowiek, który użyczał wizerunku, po pierwsze był wujkiem jednego z dwóch twórców stojących za tym projektem, a po drugie całkiem niedawno zmarł... W każdym razie, dawniej myślałem że Clutchy Hopkins, to instrumentalne alter-ego Cut Chemista, ale tak nie jest. Kto stoi za projektem dalej nie wiem, i chyba nie muszę wiedzieć. Cały czas jestem pod wrażeniem, że tak długo udaje się chłopakom trzymać fanów w napięciu. A więc tak, z jednej strony mamy duo producenckie z Kalifornii, reprezentujące dość specyficzne brzmienie, a można bez kłopotu nazwać je nawet bardzo oryginalnym, a z drugiej strony mamy 50-cio latka, który nagrywa debiutancki krążek, również pochodzi z Cali, a dokładniej z Hawthorne. Teraz tak, w materiale promocyjnym Eugene'a czytamy:
Jako młody chłopak pomagał ojcu i naprawiał sprzęt w okolicznych studiach nagraniowych. Sprawiało mu to wiele przyjemności, lubił też przyglądać się jak muzycy i realizatorzy pracują nad swoimi projektami. W tym czasie zaczęła się jego przygoda z organami, na których mógł eksperymentować i szukać własnego stylu.
Jeśli wrócimy do wyżej wspomnianego artykułu mojego autorstwa, to na początku możemy przeczytać takie zdania:
...ojciec Hopkins'a był inżynierem nagraniowym w Motown. To on nauczył syna skomplikowanych technik nagraniowych, gdy ten był jeszcze chłopcem. Wiedza nabyta w dziecięcych latach stała się później zaletą pomocną w czasie podróży. Dzięki temu zdołał pracować w studiach nagraniowych na całym świecie (od Bombaju aż po Kair).
Nie wiem jak Wam, ale dla mnie to podobna historia. Zresztą w oficynach wydawniczych tak jest, że gdy jakiś label (w tym przypadku Ubiquity,) ma wyłączność na postać Clutchy'ego Hopkins'a, to inny label, taki jak NOECHO Records, już nie za bardzo może go wydać, ale jeśli Ci sami artyści wymyślą alter-ego, to wszystko prawnie przestaje być problemem. Tym samym słuchając "The Life of Eugene Harrington", możemy słuchać produkcji C. Hopkins'a... Jeśli moja wersja jest prawdziwa, czego prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, to nawet lepiej, bo przynajmniej wiem, że ktoś nie kopiuje czyjegoś stylu. W każdym razie, nieoficjalnie dowiedziałem się że Clutchy Hopkins koleguje się z Eugene'm Harrington'em. I co? Jestem trochę jak porucznik Borewicz! 
Jeśli chodzi o samą muzykę, to mamy solidny album, ciekawe kompozycje i dużo improwizacji. Zgodzę się z Tymoteuszem, synem Krzystofa, który na swoim blogu recenzował krążek Eugene'a Harrington'a. Jest psychodelicznie, jest hipnotycznie i jest też to, czego od zawsze w każdym gatunku muzycznym szukam, jest to pieeeeerdolone getto! Nie ma kompromisów, są ciekawe bębny i bassline'y. Chodzi to jak należy, i mimo że to album bliski jazzowi, słychać na nim charakterystyczny, coraz rzadszy w hip-hopie boom-bap sound, który wprawia w ruch głowę. Mam na płycie kilka faworytów, mimo że jest tylko 10 numerów, a album trwa 40 min. Singlowy "She Always Asks (How Come There Is No Words)" jest wyjebany,  ciągnie za sobą szpiegowski klimat, nieco skurwysyński, dobrze pasowałby do postaci takiej jak "szpieg z krainy dreszczowców".  Zamykający płytę "10 the King of Fairtax", nieźle chodzi, ma nieco orientalny klimat, świetnie dograne klawisze... no i melodyjki, melodyjki i jeszcze raz melodyjki! Najbardziej jednak wkręca mi się "El Boog". Chyba ze względu na klawiszowe improwizacje, do jakże groźnych bębnów. 
Także ludziska, szukajcie tego LP, z tego co wiem, wyłączność na winyl i cd w Polsce ma Wojtek w SideOne, więc wbijajcie do niego na stronkę, albo na Chmielną i kupcie sobie. Dobrze wkręca się po paleniu.

środa, 4 sierpnia 2010

DâM-FunK & Master Blazter @ Powiększenie


Zapisując te słowa jest już sobota. Siedzę sobie na parapecie w jednym z Warszawskich kwadratów, gdzieś w okolicach placu konstytucji i popijam eferalgan od Kaśki, która niespodziewanie nas gości...W tle leci Roy Ayers Ubiquity a ja w tym zaciszu konam. Dobre dusze załatwiają konopie, mam nadzieję że zabiorą ten wstrętny ból głowy. Czas na reminiscencje, zresztą pierdolenie... jakie wspomnienia?! Skoro Ci którzy byli nadal o tym mówią! Gdy wylogowaliśmy się z hostelu, jeszcze na ulicy obcy mi ludzie rozmawiali między sobą o tym co stało się w nocy w Powiększeniu, o tym że Dam Funk tak dojebał,  że stracił głos. Impreza z cyklu tych legendarnych, ale może zacznę od początku.

To nie był dobry dzień na pracę. I to nie ze względu na obowiązki, ale ze względu na to, że trzeba było w niej być. Nie lubię okresu urlopowego. Sam nie byłem na urlopie od trzech lat, a dni wykorzystywałem na eventy takie jakie jak ten. Teraz inni urlopują, bo w końcu są wakacje, ja zapierdalam a powinienem od południa chillować w WWA. No trudno. Życie. Dzień wariata. Godzina szesnasta, koniec kołchozu, w piętnaście minut do domu, prysznic, pakowanie, obiad w biegu, 16:37 autobus z osiedla na dworzec, 17:28 odjazd pociągu. Kurwa!!! Mentalcut miał rację, piątek w południe, w wakacje TLK się nie jeździ, nawet pierwsza klasa była zajebana! No to grzecznie siedzieliśmy w warsie, a kawa którą spożywaliśmy działała jak kreski fufu. W każdym razie, nawet jak na takie warunki potrafiliśmy sobie stworzyć sympatyczną podróż. Jadąc ze Stoną i Asią nigdy się nie nudzę, a tym bardziej sprawiało mi to radość bo dawno nigdzie razem nie byliśmy. Nie wspominam wcześniej nieprzypadkowo Mentalcuta, bo umawialiśmy się już na wspólną podróż, ale okazało się że dopiero dołączy do nas po wpół do ósmej w Kutnie, bo dopiero bilet weekendowy nabierze ważności... W tej radosnej atmosferze, wśród gadek o karierach, krzyżu, relacjach damsko-męskich i innych pierdołach wylądowaliśmy na dworcu Warszawa Centralna. Szkoda że Mentalcut i Dżej mieli inne plany i nie trafili ostatecznie do Powiększenia, w każdym razie macie problem z pociągami? Pierdolcie informacje, Kuba na 100% rozwieje wszystkie Wasze wątpliwości, które wiążą się z podróżowaniem koleją. 

W Warszawie podejmowali nas Grzesiek Dworakowski, oraz soon-to-be-big-polish-new-beats-producer Teielte wraz z żoną Justyną. Od samego początku zaznaliśmy warszawskiej gościnności na Saskiej Kępie, w towarzystwie wódeczki i tego drugiego. Taryfa, kierunek Nowy Świat, Powiększenie. Ja jeszcze na chwilę na mój nocleg. Jak się potem okazało bardzo przyjemny crib. Mowa oczywiście o New World's Hostel, chyba najlepszy lokal tego typu w jakim w życiu byłem, schludny, czysty, zajebisty, otwieram drzwi od Rzymu, a tam kolejna ekipa, tym razem Gorzowsko-Szczecińska, od razu pozdrawiam Tomka, Ewelinę i Adama, pamiętajcie, musimy częściej tam wracać, mieliśmy widok na Pałac Kultury! Zrzuciłem torby, uderzyliśmy do klubu. Było jak podejrzewałem, można było się przewracać o znajomych, bo byli chyba wszyscy, których się spodziewałem i których mogłem się spodziewać. W skrócie, pozdrawiam wszystkich! 

Co do koncertu, wielu z Was przed wydarzeniem pytało mnie o sprawy formalne z nim związane, ale tym razem niestety Warsoul crew nie miało nic wspólnego z tym przedsięwzięciem, wszelkie gratulacje należą się Club Collab i Na Stare Milion. Świetna koncepcja i jeszcze lepsze wykonanie. Gdy wbijałem do klubu selekcją cieszyli ucho - na górze Ten Typ Mes, a na dole Eltron John. Start nieco się przedłużał, ale tego wieczoru to było nawet lepsze, niż gdyby Master Blazter zagrali o czasie. Każdy mógł ze spokojem nagadać się przy drinku... a potem czas przestał już kompletnie mieć znaczenie. W końcu pojawił się Dam Funk, J-1 i Computer Jay. Rozpoczęli koncert singlową wersją "Hood Pass Intact", oczywiście wykluczając wersy MC Eight'a, powiększenie oficjalnie zostało podpalone! Ludzie dostali z głową, mnie sparaliżował dźwięk wydobywający się ze sceny. Nie żałuję nawet jednej złotówki przeznaczonej na wyjazd do stolicy, popłynąłem z dźwiękiem, darłem ryja na każdym refrenie. Zwariowałem. Myślałem przez sekundę, że na chwilę wyciszą ludzi po takim hicie, ale zaraz potem dojebali jeszcze mocniej... polecieli z "Killdat" co skończyło się awarią gardła w moim przypadku, po wypalonym dołpie, alkoholu i krzyku kwestii "Kill this mothafucka today for U". 

Było też miejsce na improwizowane części Computer Jay'a  na klawiszach, gdzie słychać było jego ciągoty w stronę bitów nowej generacji. Tak wykręcał generowane amplitudy dźwięków, że myślałem, że zaraz coś się rozleci. Sun Ra byłby dumny. W tym samym czasie, popisał się również J-1, teraz już doświadczyłem empirycznie tego, że nie bez powodu jest nazywany jednym z największych drumerów na zachodnim wybrzeżu, tutaj kolejna myśl... jak na żywo prezentuje się Karriem Riggins czy Chris "Daddy' Dave? Ja pierdole, jeszcze trochę mnie czeka na tym świecie, zanim z niego zejdę. W koncu przyszła pora na najbardziej romantyczny utwór Damona, z mojej ulubionej części "Toeachizown" pt. "Life", chodzi oczywiście o "I Wanna Thank You (For Steppin Into My Life)". Podniecenie w Powiększeniu sięgało zenitu. Master Blazter roznieśli club. Osobiście, nie znam nikogo kto by kręcił nosem. Damon w połowie występu zaczął tracić głos. ale nie było mowy o tym, żeby się poddał, jak przystało na prawdziwego G'. Śpiewał dalej, a ludzie doczekali się nawet bisu, a kiedy J-1 i Computer Jay zeszli ze sceny, Dam Funk został jeszcze za Dj'ką. Niezmordowany typ. 

Co tu więcej pisać, Master Blazter rozkładają na łopatki. Wymiatają i rozpierdalają. Bez chwili zastanowienia wpadnę drugi, trzeci i czwarty raz. Polecam każdemu, jeśli będzie jeszcze okazja, bo jak wiadomo to trzy bardzo zajęte postacie, pracujące równolegle nad swoimi prywatnymi projektami. Zaraz po graniu złapałem Computer Jay'a i J-1 w celu podpisania płyty, ale zamieniłem z nimi dwa zdania i zaprosili mnie na drinka, tam dowiedziałem się kilka ciekawych rzeczy. Np. tego, że ta dwójka tworzy regularny skład w Shafiq Husayn Ensemble i że zespół ten niestety nieco poszkodowany trafił na North Sea Jazz Festival, gdyż Shafiq miał do dyspozycji tylko holenderskich muzyków, a nie ludzi z którymi grywa jam sessions w Los Angeles. Ponadto możemy się spodziewać w przyszłości studyjnych nagrań Master Blazter, ale najpierw pojawią się solowe projekty, takie jak EP-ka Computer Jay'a pt. "Switched On" (jeśli dobrze zapamiętałem). Krążek ukaże się nakładem RAMP. Jay jest też mocno związany z All City z Dublina, więc może niebawem też tam się coś pojawi. Jak wspomniałem wcześniej, jego zainteresowania muzyczne najbardziej kręcą się wokół nowych bitów.  J-1 raczej będzie brzmiał bardziej klasycznie, głównie jest związany z innymi muzykami jako perkusista, tak jak wtedy gdy grał na sesji z Aloe Blacc'iem, współpracował też z Coultrain'em, a jeśli regularnie czytacie mojego bloga, wiecie kim jest ten wokalista. J-1 produkuje bity, ale na razie nie myślał jeszcze o wydawnictwie solowym, stara się skupiać na sesjach.

Melanż trwał, J.B's wchodził wyśmienicie, zapaliliśmy i w tej jakże przyjemnej atmosferze dyskutowaliśmy o bardziej przyziemnych rzeczach. Szczególnie dobry kontakt i wspólny język złapałem z J-1, który okazał się entuzjastą jazzu i Sun Ra. W końcu wpadł Damon, okazało się że już wcześniej o mnie pytał i pamiętał mnie z wcześniejszych rozmów w necie. Dowiedziałem się że również on ma szersze plany, szczególnie jeśli chodzi o współpracę z MC Eight'em. Pytałem go o Warren'a G, ale Damon ciemno widzi z nim współpracę, grali razem w zeszłym roku, ale Warren raczej nie zamierza wracać. Warto natomiast czekać na projekt ze Steve'm Arrington'em ze Slave, gdyż nakładem Stones Throw, jak pewnie dobrze wiecie ukaże się krążek, "Adolescent Funk". Natomiast w przyszłym roku, następny solowy LP Dam-Funk'a pt. "Infinite Sunset". 

Damon to szczególnie otwarta postać, posiada mnóstwo energii i cały czas pragnie mieć kontakt ze słuchaczami, w pewnym momencie przypomniał sobie o tym że ma przy sobie płyty, więc poszedł je sprzedawać i podpisywać. Stona nazwał Damon'a "najmilszą postacią w showbiznesie" za co chętnie przybił nam wysokie piątki. Zabawa trwała dalej, końcówkę mało pamiętam, zabiłem się winem, łychą, browarami, wódą i dżojami. Po czwartej nad ranem poległem na Rzymie... Tyle jeśli chodzi o pierwszy dzień weekendu, przyszedł czas na "Cud Nad Wisłą", ale o tym w następnych wpisach. 

+ Z podziękowaniami dla Club Collab i Na Stare Milion crew za wspaniałą imprezę i za udostępnienie fotek autorstwa Karola Grygoruka i Macieja Jakobczyka