Strony

wtorek, 21 grudnia 2010

2010 - RAP

W tym roku na mojej stronie będzie kilka postów podsumowujących ostatnie dwanaście miesięcy w muzyce. Uważam za wielce niepoważne wybierać pierwszą piątkę czy dziesiątkę "krążków roku" i zestawiać obok siebie np. Kanye Westa i Flying Lotusa, zdając sobie sprawę z tego że np. oba te krążki wywarły na mnie spory wpływ i dawały tyle samo przyjemności w słuchaniu. Metodologicznie to złe od podstaw, takie zestawianie. Zresztą, tak samo bez sensu jak bojkotowanie mainstreamu, tylko i wyłącznie dlatego że jest mainstreamem. Gdy byłem młodym gnojem to się spinałem, ja jebie... można powiedzieć że byłem przykładem tego, jak się nie powinno podchodzić do sztuki w ogóle! Były inne czasy, żyło się nadal golden age, przychodził czas panowania wczesnego Stones Throw, nie było jeszcze wszechobecnego facebook'a, Madlib nie miał fanpage'a i nie lubiło go ponad sto-dwadzieścia-dwa-tysiące osób. Dziś to wszystko chuj strzelił. To co kiedyś starannie wyszukane, nie koniecznie znane wszystkim dawało Ci poczucie że jesteś kozakiem że w ogóle masz szansę to słyszeć. Pamiętam zresztą dobrze, gdy w zeszłym roku Prof gadał w Warszawie z Andrew Mezą o Kankicku, i ten był w szoku że my o tym w ogóle słyszeliśmy. A dziś? W zasadzie wszystko może być znane! Wystarczy że jest na tyle dobre, że Tobie i twoim znajomym będzie się chciało udostępniać coś na jebanej ścianie. Pojęcie underground przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Liczy się to co jest dobre, a o tym co złe nawet nie ma sensu się wypowiadać, bo szkoda czasu. Dlaczego więc nienawidzimy Kanye West'a skoro Flying Lotus jest w kręgu przynajmniej mojego mikro-światka, tak samo znany i przeliczając na $$$ równie ciężki do zaproszenia na nie-festiwalową imprezę co West? Nie umiem na to odpowiedzieć, ale im jestem starszy tym bardziej widzę i rozumiem, jak mało nadal wiem i jak dużo pewnie przede mną żeby dostrzegać wszystko z szerszej perspektywy. Skąd ten wywód? Bo gdyby ktoś mi powiedział w 2004 roku, gdy nie widziałem świata poza Madvillain, że za 6 lat napiszę podsumowanie hip-hopowe w którym będą w większości kolesie jeżdżący Maybachami, to chyba umarłbym ze śmiechu. A tu taki szok, człowiek który miał underground na drugie imię wypisuje takie rzeczy i jeszcze sam siebie wyśmiewa. Chociaż? Być może robię to niesłusznie... może to przemysł się zmienił? Może muzyka której zawsze słuchałem przez ostatnią dekadę zaczęła zarabiać grube bańki - a ja zwyczajnie się od niej nie odwróciłem? Musiałbym się dłużej nad tym zastanowić. Tyle słowem wstępu, przejdźmy do moich ulubionych rap płyt w 2010 roku... Oczywiście kolejność nie ma większego znaczenia, po prostu obrazki się tak ustawiły. Jako cytat otwierający listę wpierdolę tutaj wiadomość od mojego człowieka Mentalcuta:

"słucham Big K.R.I.T. z Curren$y i tak sobie myślę, że miałeś rację z tym, że rap dawno nie był tak dobry jak w tym roku."




"Album of the Year" Black Milka towarzyszył mi w tym roku wielokrotnie. Zresztą spodziewałem się świetnego krążka już po zajebistym singlu "Deadly Medley", potem apetyt był tylko podsycany kolejnymi wyciekami uzupełniając wyobrażenie o nadchodzącym LP. Świetne "Oh Girl" dla dziewcząt, czy wybuchowe bangery jak "Warning (Keep Bouncing)". Potem jeszcze cała ta sprawa z Warsoul i koncert Live Bandu w Powiększeniu... nie potrafię do tego nie wracać. Ciekawe jak ten krążek będzie pracował w kontekście upływającego czasu... Czy odpalając ten przeźroczysty wosk za 5 lat poczuję to samo pierdolnięcie? Oby tak!


Big Boi też dojebał. Pamiętam jak pojawiały się pierwsze single... najpierw słyszałem chyba utwór "General Patton", zdaje się że pierwszy raz słyszałem go u Gilles'a. Pomyślałem sobie - ja pierdole, jaki to jest grubas! Już nawet jebać bit, ale cała ta nawijka! Muszę się Wam do czegoś przyznać... zanim pojawił się ten album, to dla mnie Outkast to zawsze był przede wszystkim Andre 3000, pewnie ze względu na to że jak wychodziły albumy podwójne, to zawsze część Dre bardziej do mnie przemawiała, chociaż utwory jak "Way You Move" to zawsze się broniły...  nagle Big Boi wjeżdża z krążkiem którego tytułu nigdy nie będę w stanie nauczyć się na pamięć i rozpierdala system. Big Boi tym krążkiem zdobył moją sympatię tak dużą, jaką darzę Andre. Do kawałków takich jak "Shutterbug", "Fo Yo Sorrows" czy "You Ain't No DJ", będę wracał i mam nadzieję że będę często słyszał je na różnych baletach.


Pamiętam że ostatni raz jarałem się tak nową falą jak słuchałem pierwszego mixtape'u Kid Cudiego, czy wtedy, gdy dowiedziałem się o istnieniu Cool Kids. Ale jak pojawiła się owa nowa fala, wraz z nią trzeba było nieźle ogarniać żeby wyłapać generalnie najlepsze rzeczy. Po wyżej wymienionych moich rówieśnikach w zasadzie, w pełni rozjebałem się dopiero rapsami Curren$y'ego. Najpierw "Pilot Talk"... gdzie totalnie miażdżyła mnie najarana, wyluzowana i niepodrabiana nawijka. Wielokrotnie wracam do chaty z tyry i już sobie myślę w drodzę, że jak wpadnę to ukręcę dżoja i przyjebie "Roasted" na full, tak żeby sąsiedzi też wiedzieli o co w rapie się rozchodzi. Tak się jarałem przez kilka miesięcy, do czasu aż nie usłyszałem "Pilot Talk II" o którym szerzej pisałem tutaj. Musicie to sprawdzić!


Kanye West i jego piękne ciemne pokręcone fantazje. Tutaj nie będę się rozpisywał. Napiszę krótko: Album roku. Dlaczego? Odsyłam tutaj.


To największa niespodzianka w tym roku. Po pierwsze dlatego, że został mi przedstawiony zupełnie niedawno (wielkie podziękowania dla Dawida Rakowskiego), po drugie, że nie był forsowany w zasadzie nigdzie (a już na pewno nie tam gdzie ja śledzę muzykę), a po trzecie że to nie-dotknięty-przez-wpływ-muzyki-angielskiej hip-hop. Mowa o koleszce, kryjącym się pod pseudonimem Kashmere. Takiej muzy to można by się spodziewać gdzieś w Kaliforni, ale w UK - gdzie wszechobecny grime trzęsie całą wyspą? Kurwa nigdy w życiu bym nie pomyślał... A jednak! "Galaktus: Power Cosmic LP" to takie pomieszanie historii które lubił nawijać Kool Keith, wbitka w komiksy a la Doom, bity jak od Lootpack. Zwariowałem! Kupiłem LP bez zastanowienia. Nakład nie jest duży, warto się rozejrzeć.


Mój radar na produkcje Nottza był aktywny od czasu, kiedy pojawił się jego remiks do utworu "Cheeba" Shafiq'a i Bilal'a. Potem, jako regularny słuchacz audycji Benjiego zaczęły do mnie docierać pojedyncze tracki. Najpierw był "Shine So Brite", do którego powstał całkiem fajny klip, potem trafiłem na "Blast That" z gościnnym udziałem Black Milka... Następnie rozwalił mnie tekstem w utworze "A Dream Come True" w którym składa hołd swoim nieżyjącym muzycznym bohaterom. Ta płyta, chociaż ma okładkę jak pięćset tysięcy albumów których byście nigdy nie sprawdzili, zawiera też kilka fajnych gościnnych występów: jest Dwele, jest Mayer Hawthorne, jest i Bilal. Jest dobrze!


Rick Ross zawsze potrafił nagrywać dobre płyty do samochodu. Jeśli ktoś zapytałby mnie o najlepsze 49 minut do jego Forda Fiesty czy innego Lanos'a, bez wahania odpowiem, przypierdol sobie "Teflon Don" od Big Boss'a Rick'a Ross'a. Od razu poczujesz się jakbyś miał skórzaną tapicerkę i kilkanaście koni więcej pod maską. Latem, gdy chłodzisz łokieć dobrze mieć w aucie ten krążek. J.U.S.T.I.C.E League, Kanye West, No ID i Lex Luger, zagwarantowali bogate brzmienie, a kawałki takie jak "Super High" czy "Maybach Music III" umilą każdą jazdę. Mi nie przeszkadza nawet Ne-Yo w refrenie.


Nigdy nie byłem krytyczny dla The Roots, chociaż jak wielu wolę ich pierwsze płyty, to zawszę szanowałem ich chęć do eksperymentowania. Gorzej ta ekipa miała z innymi odbiorcami, którzy często gęsto mieszali ich z błotem po "Phrenology" w górę... W końcu wszyscy są zadowoleni, dużo bangerów, znowu kilka kawałków do pośpiewania dzięki wpadającym w ucho refrenom, jak zwykle fenomenalny Black Thought. Pewnie dużo krytyków w podsumowaniach wymieni też przyzwoity projekt z Johnem Legendem... ale ja jakoś wolę "How I Got Over". 


No i na koniec zostawiam prawdziwy smaczek! Gdyby to nie był mixtape, tylko normalne wydawnictwo które mógłbym kupić na winylu, to chyba jemu oddałbym tytuł mistrza rapu w roku 2010. Tak, tak, Wiz Khalifa to koleszka Pittsburgh'a tylko rok młodszy ode mnie, a tak dopierdolił. Myślę że jeszcze sporo namiesza, jestem ciekawy jak będzie wyglądał jego trzeci album zapowiadany na przyszły rok. Myślę ze nie warto zdradzać szczegółów na temat tego co zawiera "Kush & OJ", w końcu jest do pobrania jest za friko. Zachęcam więc tym bardziej, to sprawdzenia krążka który w dzień premiery zawładnął statystykami google i twittera!

Całe życie słucham muzyki całymi albumami od A do Z. Nie jestem Dj'em, nie zbieram pojedynczych plików na komputerze, nie przepadam za krążkami gdzie mam jeden dobry singiel i resztę wypełniaczy. Powyżej wymieniłem 9 pozycji, które z przyjemnością słucha się w całości. Bez przycisku forwardowania. Dlatego pomijam w podsumowaniu płyty między innymi Reflection Eternal i Slum Village, które niestety nie są wybitne, ale mają kilka mocnych momentów. Nie wymienię też Clipse'ów którymi jarałem się przez większość tego roku, ale muszę być dokładny jak niemiecki finansista, bo "Til Casket Drops" pojawił się w grudniu 2009 roku. Poniżej zostawiam odsłuch audycji podsumowującej mniej więcej to, o czym napisałem wyżej. Trochę przegadaliśmy rap, ale były pytania... Niebawem kolejny wpis.