Strony

wtorek, 28 grudnia 2010

2010 - JAZZ

Za niecałe 50 dni zostaną rozdane nagrody Grammy. Z ciekawości zawsze staram się śledzić przynajmniej kto jest nominowany. Potem, często zapominam sprawdzić kto daną nagrodę dostał, bo już jestem rozczarowany samymi nominacjami. Dziś przyszło mi zastanowić się nad swoim kolejnym podsumowaniem, tym razem jazzowym. Dlaczego? Bo w kontekście nagród Grammy, to ja się chyba na jazzie kompletnie nie znam. Pomyślałem sobie: OK - może Jazz Forum nie prenumeruję, większe nazwiska z list nominowanych kojarzę, ale czy tych krytyków pojebało? Po pierwsze (licząc już tylko znane nazwiska) nie koniecznie jaram się tym co grają, zwłaszcza mowa tutaj o takim typie jak John McLaughlin... Po drugie, odczepię się od Wynton'a Marsalis'a, ale czy on na serio jest dziś tak wielki w jazzie żeby dość regularnie nagradzać go Grammy od lat 80-tych? Albo mnie coś ominęło, albo ktoś tu dostaje nagrody za zasługi. Oczywiście oddam szacunek Keith'owi Jarret'owi bo ten ziomeczek swoje już zrobił grając u Davis'a... Ale reszta? W moim pojęciu muzyki jazzowej to ludzie kompletnie nie znani. Na to wychodzi że jeszcze nic nie wiem, albo szukam muzyki kompletnie oderwanej od salonów i konserwatywnych szkół muzycznych, bo chyba nie sądziliście że ucieszyła mnie nominacja Herbie'go Hancock'a za najlepszą solową improwizacje w "A Change Is Gonna Come" z zupełnie (moim zdaniem) nieciekawego projektu "The Imagine" - który ledwo zmęczyłem. Piszę to niestety z wielką przykrością, bo muzycy pokroju Hancock'a to wirtuozi, których muzykę będę miłował do końca moich dni, ale niestety w moim mniemaniu nie jest to już to czego szukam. Strasznie cenię sobie dziś Terrence'a Blanchard'a - ten nawet wygrał w 2009 tę nagrodę do której nominowany jest Herbie w tym roku, ale co z młodszym pokoleniem muzyków? Czy Robert Glasper ze swoim fenomenalnym trio, za album "Double Booked" nie mógł otrzymać nawet nominacji, nie tylko w zeszłym roku (bo krążek ukazał się późno), ale nawet w tym? Coś jest nie tak... albo ja wybiegam za mocno w przyszłość, albo inni zupełnie nie łapią o co chodzi w (moim) jazzie i co jest w nim teraz dla mnie najbardziej porywające. Co jest jazzem 2010 roku?




Niektórzy z Was, którzy widzą już okładkę a jeszcze nie dobrnęli do końca akapitu mogą sądzić że mnie to dopiero popierdoliło. Ale niestety nie. To co dla jednych jest muzyką elektroniczną, dla innych new-beats'ową dla mnie w tym przypadku jest muzyką jazzową. Mało tego, bo tak jak w przypadku reszty albumów znajdujących się na tej liście - kolejność nie ma znaczenia, to w przypadku Flying Lotus'owej "Cosmogrammy" mamy do czynienia z krążkiem na poziomie legendarnym i ponadczasowym, zostawiającym ślad w historii muzyki w ogóle. To co początku było tylko zarysem ideii w laptopie Steve'a, ostatecznie po sesjach zapisujących "Cosmogrammę" stało się wytworem jednych z najbardziej kreatywnych postaci na świecie (a przynajmniej tych, które w tej chwili jeszcze stąpają po planecie). Czym była by harfa zagrana w programie komputerowym? Czym byłaby gitara basowa bez ręki wirtuoza? Zdaje się też, że partie smyczkowe nie byłyby tak bogate, gdyby nie odpowiadał za nie jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) skrzypek i dyrygent młodego pokolenia? Co by się stało gdyby nigdy nie było okazji zaprosić do współpracy jednego z najciekawszych saksofonistów, w którego żyłach płynie krew samego John'a Coltrane'a? Nie oszukujmy się, wtedy "Cosmogramma" nie przeskoczyłaby prawdopodobnie poprzedniczki. Ale przecież chodzi o wejście na wyższy poziom twórczości. To właśnie dlatego powstało "The Infinity", "", w którego skład wchodzą: Rebekah Raff, Thundercat, Miguel Atwood-Ferguson, Ravi Coltrane oraz Richard Eigner i dzięki którym "Cosmogramma" tętni życiem i w przypadku udanego zawiązania składu na koncertach (bo zebrać tak zajęte postacie w jednym miejscu może graniczyć z cudem), improwizując cały czas ewoluuje. Koncepcja budowy "Cosmogrammy" również zdumiewa, wymusza na słuchaczu wysłuchania całej historii, bez przerzucania opowieści do ulubionych fragmentów. Płyta warta dość wysokiej ceny. 2LP z artwork'iem Leigh'a J. McCloskey'ego, robi duże wrażenie. Dzieło w każdym calu.


Christian Scott to koleś reprezentujący młodą falę muzyków jazzowych. To właśnie ludzie tacy jak on dziś w jazzie interesują mnie najbardziej. Dlaczego? W zasadzie z prostego powodu, nie doświadczę już na żywo wielu wielkich przedstawicieli tego gatunku. Pozostaje szperać za tymi, do których należy kontynuowanie drogi tej pięknej muzyki. Jednym z najciekawszych trębaczy w tej chwili (moim zdaniem) jest urodzony w 83 roku w Nowym Orleanie - Christian Scott. Trzy lata temu, gdy był w moim wieku, już był nominowany do Grammy (niestety nie wygrał)... a w tym roku wydał krążek "Yesterday you said Tomorrow". Świetna rzecz, raczej spokojna płyta, polecam tym, którzy raczej mają ochotę pokontemplować. Scott mimo młodego wieku, już zdążył poszukać swojej barwy na trąbce. Album zawiera głównie kompozycje Christian'a, ale waszą uwagę może przyciągnąć piękny cover utworu Thom'a Yorke'a "The Eraser". Co ciekawe, przy nagrywaniu płyty uczestniczył legendarny inżynier Rudy Van Gelder, który stał za choćby takim kamieniem milowym w dziejach jazzu jak "A Love Supreme" John'a Coltrane'a.


The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble, to chyba moja ulubiona nazwa ze wszystkich które powstały na "Yesterdays Universe", z pewnością też, jest to jeden z najprzyjaźniejszych składów w odbiorze jakie skonstruował w swojej głowie Madlib być może dlatego że to fusion (a nie free, jak w przypadku "Slave Riot", do którego tutaj jeszcze wrócimy). "Miles Away" to hołd w kierunku mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, kopalnia wiedzy i dodatkowa zabawa, bo po przesłuchaniu aranżacji Madliba, zawsze można wrócić do tych ku którym ten hołd jest składany. Przeważają kompozycje samego Otis'a Jackson'a, ale mamy też kompozycję Phil'a Ranelin'a i Roy'a Ayers'a. Ponadto pięknie wydana wersja winylowa z artworkiem naszego rodaka Radka Drutisa. Chyba umarłbym na zawał, na skutek szoku w dniu w którym dowiedziałbym się że Madlib skonstruował fizyczną wersję tego kosmicznego Ensemble i jest okazja posłuchania ich na żywo w Europie. 


Mimo tego, że towarzyszy mi nieustanne poczucie że ludzie nie odnotowali istnienia "For All We Know", to ten album to prawdziwa jesienna muzyczna uczta. Jose James i Jef Neve już świetnie wypadli w szerszej konfiguracji podczas koncertu w Belgii, który był hołdem dla John'a Coltrane'a... zresztą jakże wystrzałowa, bo kto chciał, mógł obejrzeć go na żywo, siedząc w domu przed komputerem! Krótko po tym koncercie zapowiedziano wydanie krążka duetu, dla wytwórni Impulse. Pierwszy odsłuch mnie totalnie rozwalił, Jose James wrócił do stylistyki bliższej "The Dreamer", z tą różnicą, że tutaj jego głos komponował się tylko z pianinem Jef'a. Zaznaczam, że delikatny wajb Neve'a jest tego typu brzmieniem które lubię - zero wiochy. "Autumn In New York" to hymn tej jesieni, ciężko też przejść obojętnie obok znajdującej się na "For All We Know" aranżacji standardu jazzowego "Lush Life". Album mniej do palenia, ale jak najbardziej do kolacji z (nie każdą) ukochaną przy winie. Szkoda że album nie ukazał się na winylu.   


Wielu z Was dobrze zna ten album, jeśli nie - to z pewnością kojarzycie przynajmniej jeden ich kawałek, który z pewnością nie raz rozgrzewał parkiety spod ręki Kixnare'a, Pięknych Chłopców czy Maceo Wyro. Mowa o Souljazz Orchestra i ich tegorocznym hicie "Rising Sun". Trochę to world-music, trochę arfrobeat, nieco jazz-funk. Skład tworzy sześć osób, zamieszkujących Kanadę. Natomiast czy to rodowici Kanadyjczycy, to pojęcia nie mam - bo jak na tamtą szerokość geograficzną to nazwiska dość egzotyczne. Dwa lata po wydaniu ostatniego krążka "Manifesto" debiutują w brytyjskim Strut, prawdziwą petardą. Genialna sekcja dęta! Marzy mi się posłuchać ich nie-na-festiwalu. 45 minut samej przyjemności... Polecam szczególnie tym, którzy uważają jazz za niestrawny. "Agbara", "Lotus Flower" czy "Consecration" to prawdziwe perełki.


Kiedy czytałem polskie recenzje albumu "Slave Riot" od Young Jazz Rebels, przypominają mi się badania do pracy magisterskiej, gdy czytałem o interpretacjach późnych albumów John'a Coltrane'a w których jedni przypisywali mu rangę geniuszu, a inni nazywali jego muzykę anty-jazzem. Znowu brakuje jakiegoś złotego środka. Pewnie gdyby ta płyta ukazała się w latach 70-tych, spece od awangardy piali by zachwytu, natomiast gdy pod przykrywką dość sporego zespołu widzą tylko najaranego koleszkę z samplerem, to im pióra opadają. Przyszłość jazzu pewnie powędruje w tę stronę, o czym stara się nie zapominać James Mtume, który zniszczył w dyskusji krytyka Stanley'a Crouch'a, co zresztą warto zobaczyć tutaj. Od pierwszych płyt Yesteday's New Quintet byłem zauroczony jazzowymi eksperymentami Madlib'a, które zwieńczył zespołem Sound Directions. Teraz kiedy po Yesterday's Universe wychodzą wcześniej zapowiedziane jeszcze mniejsze pierwiastki Quitetu jestem cały podekscytowany tym, jak wiele wajbów potrafi wydobyć Otis Jackson ze swojej wyobraźni, obojętnie czy pisze zupełnie nowe utwory, improwizuje czy bazuje na covera'ch wyjebanych jazzowych kompozycji. Young Jazz Rebels "są" kosmiczno-plemienni czyli ideowo podobni do Space Programu Ras'a G - ale stylistycznie zupełnie inni, nawet bardziej melodyjni mimo że cały czas bardzo free. Uwielbiam "Theme From Illusion Suite" i jaram się że jest coś "For Brother Sun Ra". Krążek zatwierdzony po paleniu.


Jeśli czytaliście podsumowanie roku na Diggin, pewnie zauważyliście wpis Maceo, którego pozwolę sobie zacytować, bo pięknie napisał: "Suite For Ma Dukes" bez grama patosu składa hołd mistrzowi Yoda hiphopowego undergroundu, JDilli i wynosi jego muzykę prosto do nieba, z pominięciem filharmonii i modnych kawiarni. Jeśli dziś możnaby pchnąć w kosmos przesyłkę z pozdrowieniami z Ziemi, która mogłaby być dowodem na to, że jej mieszkańcy są sympatycznymi, utalentowanymi i pracowitymi istotami, nie zawahałbym się wybrać właśnie Miguela Atwooda-Fergusona z jego orkiestrą złożoną z osobników różnych ras i płci, grubych i chudych, wspólnie skupionych na wydawaniu perfekcyjnie zestrojonych ze sobą dźwięków. Cóż dodać? Wystarczy się pod tym podpisać, zresztą moje "ochy" i "achy" już na łamach tej strony pojawiły się tutaj. Może i to album nie-najbardziej-jazzowy, ale chyba najlepiej pasuje właśnie do tego zestawienia.W moim przekonaniu, to wydarzenie było tak wielkie dla historii muzyki współczesnej, jak wspominana wyżej "Cosmogramma"... no ale co zrobić, jak to w zasadzie Ci sami ludzie?!


O! Jak fajnie że Build An Ark wiąże całe podsumowanie. Dlaczego? Bo w zasadzie w tym zespole znajduje się większość ludzi, którzy pracowali najmocniej w jazzie w 2010 roku. To za sprawą Build An Ark rozpoczęła się moja przygoda z muzyką Carlos'a Niño czy Miguel'a Atwood'a Ferguson'a. Holenderskie Kindred Spirits to prawdziwa perełka na mapie muzycznego starego kontynentu, mając w lineupie śmietankę sceny jazzowej w Los Angeles. Wyżej wspominałem o hołdzie Madlib'a dla mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, może teraz rozwinę tę myśl: Na "Miles Away" mamy utwory min. dla Derf'a Reklaw'a, Phil'a Ranelin'a czy Dwight'a Trible, cała trójka brała udział przy nagraniach płyt Build An Ark. Mało tego, harfiarka Rebekah Raff współpracująca od dłuższego czasu z Fly Lo, oczywiście też jest członkiem tego zespołu. Po prostu sami wymiatacze! Już w zeszłym roku Build An Ark zaznaczył swoją dobrą formę krążkiem "Love Part 1", w tym roku kontynuowali tę passę drugą częścią, która kontynuowała ideę utworu "More Love*", wprawiając brzmienie "Love Part 2" w bardziej blisko wschodni klimat. Obok tego zespołu nie można przejść obojętnie, chociaż żałuję że tak mało tutaj głosu Dwight'a Trible, to utworem "What The World Needs Now Is Love" załatwia całą sprawę. Dobrze żyć w świecie, w którym muzyka nadal o coś walczy. Dobrze żyć w świecie w którym jazz ma się dobrze, tylko trzeba wiedzieć gdzie go szukać. Bądźcie uważni w czasach renesansu Los Angeles.