Strony

poniedziałek, 1 listopada 2010

Timeless czyli coś naprawdę wielkiego i ponadczasowego.


Jak powszechnie wiadomo, jakiś czas temu ukazał się box-set pt. "Timeless", zawierający trzy zapisy koncertów wspieranych przez VTech. Idea serii jest prosta, twórcy chcieli złożyć hołd kompozytorom i aranżerom którzy mieli największy wpływ w inspirowaniu muzyki hip-hopowej. Mochilla wydała w jednym pudełku koncerty Mulatu Astatke, Arthur'a Verocai'a oraz "Suite For Ma Dukes" poświęcony twórczości J Dilla
. Do tej pory miałem okazję zobaczyć tylko część, która podsumowywała twórczość Jay Dee. W zasadzie to nawet cieszę się, że nie udało mi się w całości wcześniej tego zobaczyć. Pierwszy raz podchodziłem do Timeless, po koncercie Black Milk'a w Warszawie, czyli całkiem niedawno. Siedzieliśmy z Maceo, zbierając się po melanżu, szukając szczęścia w muzyce konsumując czekoladę, kawę i dżointy. Niestety, wtedy załapałem się na jakiś kwadrans bo musiałem uciekać na pociąg, kierując dupsko w stronę Poznania. Od tego czasu, Timeless chodził za mną nieprzerwanie. Wczoraj, spotkaliśmy się z ekipą podobnie do tego, jak zwykliśmy to robić sześć lat temu, powołując do życia sekciarskie spotkanie z cyklu DDC. Było na bogato, rozlewał się "Cointreau", jakiś pomarańczowy likier 40%, którego wcześniej nie miałem okazji próbować. Przyjaraliśmy jakieś wąsy, przyjebaliśmy też po kilka machów z DDC bonga i odpaliliśmy omawiany wcześniej Timeless. Podczas projekcji po głowie chodziły mi różne porównania. Myślałem o tym jak wielkie jest to, co właśnie oglądamy/słuchamy. Przypominałem sobie czasy, w których pierwszy raz widziałem Miles'a Davis'a grającego materiał z "Bitches Brew" w 1970 roku na Isle of Wight, zarejestrowany na filmie "Miles Electric - The Different Kind Of Blue", powiedziałem do siebie - Timeless jest właśnie tak duże. Potem przywróciłem w pamięci lądowanie statku kosmicznego z załogą Funkadelic w Huston, kiedy to po raz pierwszy oglądałem "The Mothership Connection Live" z 1976. Timeless jest tak samo wielkie. Przypomniałem sobie o wydarzeniach w Los Angeles z 1973 roku, kiedy zarejestrowano Wattstax. Timeless rozjebało mnie tak samo mocno. I wiecie co? Jestem szczęśliwy, że w moim życiu, w naszych czasach możemy doświadczyć czegoś tak muzycznie ogromnego. Czy mama James'a, kiedykolwiek śniła o tym że współcześni wirtuozi muzyki w ogóle mogą zgotować coś tak pięknego i wzruszającego? To wszystko wciąga już od pierwszych sekund, kiedy w radiu KCRW Garth Trinidad zapowiada hołd Miguel'a Atwood'a Ferguson'a i jego 40-sto osobowej orkiestry "Suite For Ma Dukes". Piękne aranżacje rozpisane na orkiestrę uzupełniają ludzie, którzy mieli związek z twórczością James'a przez całe życie. Jest Bilal, który zaśpiewał "Reminisce", jest Dwele ze swoim "A.N.G.E.L", w chórkach Jack Davey, Shafiq Husayn, Amp Fiddler. Na perkusji Karriem Riggins, na basie Thundercat. Genialne wykonanie "Stakes Is High" przez Posdnous'a i Taliba Kweli, czy melorecytacja refrenu Illa J w "Fall In Love".

To wszystko coś tak wielkiego i ponadczasowego, jak prawdopodobnie koncert Jean Michele Jarre'a w stoczni dla naszych starych, albo lepiej... Koncert w Pompejach Pink Floyd'ów z 1971. Zostałem zmiażdżony, poskładany, rozwalony i porażony siłą tego widowiska... nie tylko ja, bo Ci co oglądali to ze mną pewnie bez wahania by się pod tym podpisali. Zresztą kto widział ten wie, a kto jeszcze nie miał okazji, niech sobie ją czym prędzej zgotuje. Zauważyliście może metaforę? Wolne miejsce i nieużywany kontrabas? Tak, tak... to miejsce zarezerwowane dla J Dilla. Bardzo piękne! Po tym co zobaczyliśmy nie mieliśmy dość. A tutaj Miguel Atwood Ferguson przygotował jeszcze jedną perełkę, tym razem całkowicie za friko. Pewnie już wszyscy to widzieliście i słyszeliście, bo dostępne to na vimeo i bandcampie. 23 lipca, w California Plaza wystąpił Flying Lotus, Aloe Blacc i Bilal wraz z Enseble Miguel'a Atwood'a Ferguson'a. Bilal cudownie zaśpiewał cover "Someday We'll All Be Free" Donny'ego Hathaway'a, Aloe w hołdzie Guru przywalił "Deliver The World". A Flying Lotus zaprezentował "Drips/Take Notice", który w zasadzie też jest hołdem dla J Dilla. To wszystko jest piękne, genialne, emocjonalne, zapadające w pamięci i niepozwalające przejść obok obojętnie.

Najważniejsze jednak wydaje się być to, co Miguel zrobił z Fly Lo. Pokazuje to doskonale jak pracuje Cosmogramma. Daje do zrozumienia jak wielki wpływ w stworzenie jej mieli inni muzycy. Przedstawia jak ważny jest to album już teraz. Nie musimy patrzeć na ten krążek przez pryzmat czasu, żeby dowiedzieć się czy się obronił. Gdyby John Coltrane mógł, to pewnie by zstąpił z miejsca w którym obecnie się znajduje i uściskał by bratanka, za to, że zrobił tak genialną rzecz - tak samo powalającą jak muzyka John'a która karmiła spirytualizmem wcześniejsze generacje. Czy mamy do czynienia z elektroniką? Z nowymi bitami? To bez znaczenia... to futurystyczny jazz powstający na naszych oczach, to jazz naszych czasów, to jazz czerpiący energię z całego wszechświata, kosmosu, innych galaktyk, wymiarów, czasów i przestrzeni. Nic więcej nie potrafię napisać, to jest tak wielkie że tego nie potrafię ogarnąć. A wy? To jest TIMELESS!