Strony

piątek, 19 listopada 2010

My Beautiful Dark Twisted Fantasy


Wczoraj maksymalnie się zdziwiłem. Nie sądziłem że po wydaniu "808's And Heartbreak", ludzie odwrócą się od Kanye bojkotując jego nagrywki. Tak się stało przynajmniej w kręgu moich znajomych, którzy najpierw nawet nie sprawdzali serii "good fridays", gdzie West udostępniał raz w tygodniu, w kolejny piątek, kawałki z nadchodzącej płyty, zazwyczaj za friko na You Tube. Moi znajomi nie mieli też ochoty poświęcić czasu na ponad półgodzinny klip "Runaway", a w zasadzie mini-film muzyczny. Byli też tacy co widzieli, ale zupełnie ich nie zachwycił. A wy? Co o tym sądzicie?





Ja należę do grupy ludzi z innej planety. Chyba jako jeden z niewielu ludzi w tym kraju, poświęciłem na auto-tune'ową płytę Kanye ponad czternaście godzin i wcale nie uważam jej za jedno wielkie gówno. Wręcz przeciwnie... podpisuję się pod każdym słowem tekstu Jay'a Z w utworze "D.O.A (Death of Auto-Tune)", współcześni "artyści" przesadzili do wyrzygania z tą zabawką, ukrywając swój brak umiejętności śpiewania. Kanye miał skillsy od samego początku swojej kariery, zrobił płytę eksperymentalną i konceptualną, muzycznie wielowarstwową i bogatą mimo użycia tylko Rolanda TR-808. Dodatkowo cała warstwa liryczna, opowiadająca o nieudanym związku czy śmierci matki powodowała we mnie powstawanie jakichś emocji które sprawiały, że zapominałem o wszechobecnym auto-tunie. Gdy tylko dotarła o mnie wieść o "dobrych piątkach" od razu się ucieszyłem. Musiałem sprawdzić co teraz chodzi po głowie Kanye. Okazało się, że skurwysyn wszedł na jeszcze wyższy poziom. Rozjebał mnie totalnie tym, że jako jeden (co prawda bogaty) koleś, pokonał politykę internetowej korporacji. Każdy użytkownik serwisu You Tube, może wrzucać jednorazowo piętnastominutowy fragment wideo, ewentualnie pociąć film na części. Przyszedł Kanye West i dostał 34 minuty na jedno wideo - zrobił to pierwszy. Ponadto jako pierwszy przedstawiciel sceny hip-hopowej zrobił coś na miarę Moonwalker'a, tylko 2.0 bo za damkę w necie. Mało tego, łącząc różne elementy sztuki, mam wrażenie, dokonał przełomu na miarę tego, jakiego dokonała grupa Queen między 74 a 75 rokiem po wydaniu "Sheer Heart Attack" czy "A Night at the Opera" - wypierdalając w kosmos scenę rockową chociażby utworem "Bohemian Rapsody". Pewnie sobie teraz myślicie, że zwariowałem, że mnie nieźle pojebało i moje ostatnie porównania są tak samo chujowe, jak każde wypowiadanie zdanie na temat muzyki Roberta Leszczyńskiego... ale co za to mogę że trochę mi się to tak kojarzy? Nic na to nie poradzę, że nowatorski i bardzo mądry sposób promocji muzyki w świecie gdzie jest ona kradziona zanim jeszcze ujrzy światło dzienne, powala mnie tak bardzo, że mam ochotę nabyć ją, jak tylko winyl pojawi się w sklepie. Co z tego że wpompowano w to tyle kasy, że wygląda to pięknie, że przekaz jest pełen patosu i do tego bardzo prosty? Czy dziś w świecie potrzebujemy mówić o uczuciach tylko tak, żeby nikt nie zrozumiał - bo wtedy będzie to sztuka? Najtrudniej wpada się na rzeczy banalne... W przypadku "Runaway" mamy do czynienia z geniuszem banału. Teraz przypomina mi się gadka Taz'a Arnold'a - zresztą ziomka Kanye, który tłumaczył nam dlaczego Sa-Ra posiada taką a nie inną formułę... Ano dlatego, że ludzie to proste, nieskomplikowane postacie, którym trzeba wszystko tłumaczyć dużymi literami i prostymi jak drut symbolami, żeby odbierali sztukę jak należy, a przy tym wszystkim należy pamiętać że linia kiczu jest bardzo cieniutka i niebezpieczna. Muzycznie ten krążek nie ma chyba słabych miejsc... w zasadzie nie mam przed sobą gotowego produktu, ale jak zobaczyłem tracklist, zaczynam się bać że takie numery jak "The Joy" wyprodukowany przez Pete Rock'a... mogą się po prostu nie zmieścić. Celująco ocenił też album, mój człowiek Mentalcut, pozostawiając taki komentarz: "Ten album to hit i nie ma co się ograniczać, że jeleń go nagrał. Kazimierz Węgrzyn też mądry nie był, a jak strzelił to się doceniało." Amen! Jak się pod tym nie podpisać, gdy człowiek zajarany chodzi utworem w którym gościnnie wystąpiła Rihanna ("All Of The Lights") sądząc wcześniej, że ciężko będzie tej maszynce do robienia hitów mnie zaskoczyć... Co zrobić mam gdy słyszę genialny "Devil In A New Dress" w dodatku z rapem jednego z moich mainstreamowych ulubieńców - Rick'iem Ross'em? Ja pierdole... co powiedzieć, gdy na końcu albumu słyszysz słowa jednego ze swoich muzycznych bohaterów wszechczasów - Gil'a Scott'a Heron'a ("Who Will Survive In America")? Wiem! Jeśli ktoś jeszcze raz zapyta mnie: "Yo Sebol, I'm really happy for you and I'mma let you finish, but.. serio?" Odpowiem... Jasne, kurwa że serio!

*Zostawiłem pierwotny projekt okładki, bo uważam że artysta nie powinien poddawać się wpływowi opinii publicznej. Była ostra i mogła taka zostać... było by jeszcze więcej pieprzu!