Strony

poniedziałek, 29 listopada 2010

BTS x Warsoul Session On Tour: Eric Lau x Andrew Meza x Maceo Wyro


 W czwartek postanowiłem się wyspać, wiedząc że przez resztę weekendu może mi tego brakować. Między dziesiątą a jedenastą, tuż przed spaniem zbombałem niezłego skurwysyna po sąsiedzku z Wajdkiem na klatce.
Był tak tłusty, że zasnąłem w pięć sekund, zapadając w "krainę Manitou" dość głęboko. W piątek już zaczynał się dla mnie urlop, więc wstałem ze spokojem o dziesiątej, trzasnąłem kawę i śniadanie, po czym wyruszyłem za potrzebą załatwienia serato, w które wyposażył mnie Olek Rudawski (Big up!). Będąc już na mieście, szukałem szczęścia, bo nie opłacało mi się wracać do domu. Odwiedziłem DDC piętro, zabijając czas z Ickiem i Profem. Po trzeciej, udałem się w kierunku Jeżyc, w sprawie ogarnięcia spraw związanych z zakwaterowaniem i jakoś tak się stało, że wpadłem w wir wydarzeń jak w tej znanej piosence Zipery, zapalając pierwszego dżoja tego dnia. Potem, jakoś nagle czas zaczął zapierdalać. Taryfą do chaty, szybki prysznic, turbo obiad, powrót na dworzec PKP, żeby odebrać Eric'a, Andrew i Maceo. Będąc już w hostelu, trochę zrobiło się lżej, wąs zaczął puszczać, to ukręciłem sobie następnego, zamówiliśmy jakieś jedzenie i czekaliśmy żeby udać się do Opcji, zostawiając chłopaków, żeby jeszcze trochę odespali. W klubie już jacyś ludzie się kręcili, zapełniając powoli miejsca siedzące. Maceo podłączył się i zaczął grać. Ludzie byli jacyś tacy niemrawi. Siedzieli, pili i sprawiali wrażenie nie zamierzających się bawić. Już nawet martwiliśmy się że coś poszło nie tak, że ludzie w Poznaniu nie bardzo mają ochotę na taką imprezę... pojechałem w międzyczasie po Andrew i Eric'a. Już nie wiem co myśleć o imprezach w Polsce. Kultura imprezowania uległa diametralnej zmianie. Jeszcze ja pamiętam czasy, jak na imprezy wychodziło się o 20-stej i wychodziło się po trzeciej. Teraz, ludzie zjawiają się po jedenastej i bawią się do rana. Czyżby nastała era before-party? Może coś przegapiłem, może sam miałem zawsze inny styl zabawy, ale teraz rzeczywiście tak jest, że nie ma sensu wychodzić przed dziesiątą. Gdy wbiliśmy do klubu, było już sporo ludzi... ale na parkiecie, jakoś ludzi robiło się coraz więcej, szczególnie gdy Maciek przyjebał "Dollar" Spacek'a. Andrew zaczął podłączać sprzęt. Gdy był gotowy, sięgnął mikrofon i powiedział: Hi I'm Andrew Meza, I'm from Los Angeles, California, I'm representing some shit called BTS! W trzy sekundy zrobił się pełny parkiet i rozpoczęło się szaleństwo. Byłem na wielu imprezach w Opcji, zazwyczaj ludzie dobrze się bawili, tańcząc do późnych godzin, ale tego wieczoru, ludzie w Poznaniu zwariowali! Nie wiem, czy to mikrofon podczas imprezy robi taką robotę, czy po prostu szczególny typ publiki który był tego wieczoru w klubie. Przyglądając się temu głębiej, pewnie jeden i drugi czynnik miał znaczenie. Dj'e w interakcji z publiką, plus publika która ma pojęcie o tym co wydobywa się z głośników, to musi przynieść w efekcie ogień. W secie Andrew było wszystko, od "Skullcrack'a" Dibiase przez "No Escapin' This" The Beatnuts, po chuj-wie-co-jeszcze. Zresztą, było to śmieszne, bo przed imprezą Andrew mówił że nie da rady zagrać dłużej niż 1,5h, ale jak się wkręcił, to Eric pytał mnie kiedy będzie mógł zmienić Andrew. Fajny klimat setowi nadawał też taki mały kontroler sampli, dzięki któremu co jakiś czas wyły syreny, czy powtarzało się "b-b-b-b-bts". Ludzie skakali, tańczyli, krzyczeli Andrew, Andrew! Zajebiście się bawili! W końcu Andrew postanowił rozklejać naklejki BTS Radio, po piersiach dziewcząt, a za granie wziął się Eric. W jego secie, było dużo rapu z golden age, trochę g-funku, pamiętam numer D'Angelo, a potem zaskoczył wszystkich grając disco i house. Chyba każdy z przybyłych w końcu trafił na gatunek muzyki, który by mu odpowiadał. Przez wieczór przewinęło się prawie 250 osób, co było fajnym wynikiem w momencie, gdy w mieście duża imprezowa konkurencja, "The Disco" w SQ, "Red Bull I-Battle" w Blue Note, Małolat/Pezet w Eskulapie i after-party w Rapporcie. Zresztą fragment tego co działo się w opcji można zobaczyć na tym filmiku, który nakręcił Prof:


My wychodziliśmy z klubu w okolicach piątej.  Maceo i Eric, postanowili odespać chwilę przed podróżą do Warszawy, natomiast Andrew, postanowił eksplorować Poznań na własną rękę z jakimiś dziewczętami. Na dworcu spotkaliśmy się o jedenastej rano. Chwilę stałem sam, bo reszta ekipy jeszcze nie dojechała... a tu przemyka Polina z Tap Madl. Na żywo fajna również, tylko cały czas kibicuje jej żeby przytyła! Jak się później okazało, zapierdzielała do stolicy razem z nami w wagonie, niestety nie odważyłem się zaprosić jej do Cafe Kulturalna. W podróży towarzyszył nam również Stu, znany bardziej jako Cosmic Boogie. Totalnie wykończony melanżem w SQ zapieprzał z nami na drugi gig w Powiększeniu. Bardzo wporzo koleś. Oczywiście, gdy nam najbardziej na świecie zależało na czasie, pociąg musiał z opóźnieniem wyjechać z Poznania, a my chcieliśmy być na piętnastą w studio radia Roxy. Już w pociągu dowiedzieliśmy się że pierwsza godzina audycji, która była przygotowana z wyprzedzeniem nie została wyemitowana. Wbijamy do studia, a tam jakieś kłopoty z kablami i igłami. Całe te problemy techniczne spowodowały, że Kosmos wyszedł bardzo spontanicznie - oddając klimatem, historię całego weekendu. Potem jeszcze zalogowaliśmy Eryka i Andrzeja w hotelu, po czym wbiliśmy do Side One, bo Eric szukał polskiego jazzu. Zaproponowałem mu pięć wosków, z pliku który przygotował Wojtek. Czesław Bartkowski, Niemen Aerolit, Aleksander Mazur i Novi Singers, Adam Makowicz i jeden którego teraz nie pamiętam. W każdym razie chłopak się podjarał krążkami i mówi że trzyma właśnie w ręce gotowy beat-tape, kto wie, może coś z tego wykorzysta?

Zjedliśmy całkiem sympatyczny obiad w Kulturalnej i wróciliśmy trochę odsapnąć. Było coś koło dziewiętnastej, kiedy trafiliśmy do domu i zapaliłem dość sporego gibla - zacząłem czuć że odpoczywamy. A tu zaraz trzeba znowu wychodzić. W klubie, w Teatrze Dramatycznym, było już o dziewiątej dość sporo ludzi. O jedenastej znowu wyszedłem po Eric'a i Andrew "Fuckin' Powers'a", trochę odespali, poczuli się lepiej, chociaż w Polsce atak zimy i zdążyli już się przeziębić. Wbiliśmy do kulturalnej tuż przed północą. Akurat, grał Good Paul, w przeciwieństwie do Poznania, tutaj publika bawiła się już wcześniej, Paweł dobrze rozkręcił parkiet przed Andrew. Kulturalna wyglądała zajebiście, zwłaszcza z wizualami "Złotego". Widać to na fotkach autorstwa Pauliny Kozłowskiej, poniżej. Żałuję że zazwyczaj kiedy robimy Warsoul z Maceo, to omijam jego sety... zawsze jak on zaczyna grać, to ja mam jakieś inne zadanie w terenie... Ehh!






Andrew i Eric postanowili zmienić nieco sety i zagrali inaczej niż w Poznaniu. Szczególnie założyciel BTS Radio, postanowił zagrać "progresywniej", wyciągając sztosy bitowe z Los Angeles, dopiero później wtrącając klasyczne brzenie hip-hopowe. Zresztą, mieliście już okazje usłyszeć zapis z tej imprezy (fragmentarycznie) w audycji Red Bull Music Academy w niedziele, na antenie radia Roxy. Postaram się jak najszybciej dostarczyć fragmentu setów na bloga, wtedy będziecie mieli pełen obraz tego, do czego można było potańczyć w Cafe Kulturalnej w sobotnią noc. Eric zagrał spokojniej od Andrew grając od Dam-Funk'a po Slum Village. Przez kulturalną również przewinęło się tej nocy około 250 osób. Ludzie świetnie się bawili, chociaż mniej "szalenie", niż w Poznaniu, ale tamta noc na serio była jakaś zwariowana, więc ciężko to przebić. W każdym razie kończyliśmy imprezę jakoś po czwartej. 

Andrew poszedł lepić bałwany z Agą i Kasią, niech się cieszy chłopak, bo w Kaliforni tego nie ma, a Eric pojechał z nami dobić się na Saską do Maceo. W końcu pospaliśmy trochę, bo aż do 11, ale też trzeba było jakieś śniadanie zjeść, i odprawić ich na lotnisko do czternastej. Andrew znowu nie pospał, wolał eksplorować Warszawę. Fatima po pobycie w Polsce stała się tak wielką fanką pierogów, że wkręciła je Eric'owi jeszcze przed przylotem do Polski - chłopaczyna męczył nas o nie trzy dni, więc w końcu dostał co chciał w jednej knajpie na Nowym Świecie... Oczywiście fama o wspaniałym polskim daniu "pierogach", pójdzie w świat dalej! W tym miejscu dziękuje też Adze i Kasi, za pomoc w dostarczeniu Andrew na czas, ten ziomeczek to zwierze na imprezy, ciężko go przekonać żeby się przespał chwilę. Podsumowując pragnę podziękować wszystkim przypadkowym i nie przypadkowym gościom Warsoul Sessions, w cały weekend to pewnie lekko ponad 500 osób! Trzeba częściej robić klubowe imprezy z gorącymi setami gości z zagranico. Do następnego razu!