Strony

środa, 1 września 2010

Tauron Nowa Muzyka expirience pt. II


Jak wspomniałem w poprzedniej części relacji, klimat festiwalu sprzyjał chęci do dalszej zabawy. W tym roku tym co miało się wydarzyć w sobotę, tak bardzo się jarałem że idąc spać w okolicach 5-tej rano, wstałem już o 9:30. Podnieta sięgała tego stopnia, że nawet nie miałem czasu pomyśleć o tym że mogę mieć kaca. Cztery godzinki snu musiały wystarczyć i lecimy dalej... od rana biegałem trochę po Hostelu, od pokoju do pokoju i szukałem jakiegoś dżoja do piwa na śniadanie. Potem w ciągu dnia miałem trochę biegania, przez decyzje o zmianie lokalizacji noclegu, nie miałem za bardzo w co się ubrać na drugi dzień, więc przetransportowałem się do Siemianowic, po jakimś obiedzie odespałem ze dwie godziny i wyruszyliśmy na Bibio.



Tutaj dołączył już drugi Niewinny Maciek - Envee i doszczętnie rozpierdolił nas set tego kolesia. W zasadzie było to dla mnie porównywalnie duże zaskoczenie do tego, które towarzyszyło nam dzień wcześniej w przypadku Kidkanevila, z tą różnicą, że teraz dźwięk wydobywał się z najpotężniejszego z Tauronowych soundsystemów - Club Stage. Zresztą, jak teraz sobie pomyślę to nie wiem czy nie przesadzam z tym zaskoczeniem, w końcu artyści z Warpa, to klasa sama w sobie... ale tutaj wątpliwość zachodziła bardziej ze względu na to, że nie słyszałem wcześniej Bibio in the mix. Pan Stephen James Wilkinson zagrał bardzo nowo-bitowo. Wiele rzeczy trudno mi nazwać z tego co proponował, ale z pewnością w secie znalazły się takie rzeczy jak: Flying Lotus (z Cosmogrammy), Hudson Mohawke, czy dutet z Wolverhampton o którym pisałem na blogu kilka postów niżej - Letherette. Wychodzi na to, że Bibio chce ich mocno wesprzeć na początku kariery, bo z pewnością zagrał jeden ich numer "Furth & Myre" (z charakterystycznym samplem wokalu "seek and hide")  z nadchodzącej w Ho_Tep EPki. Oprócz tego Letherette zrobili też remiks utworu Bibio "Lover's Carvings", który również uzupełnił Katowicki set.


Stałem dość daleko, ale niektóre kawałki idealnie masowały wątrobę. Uzupełnienie Stephenem line-upu imprezy klubowej, albo może bardziej ustawienie go jako gwiazdy wieczoru to kolejny sureshot. W piątkową czy sobotnią noc w wypełnionym po brzegi lokalu, musi być gorąco. Aż żal że Kidkanevil też nie miał szansy na wykorzystanie potencjału tego nagłośnienia, Bibio roztańczył idealnie publiczność i rozwiał wcześniejszą upiorność Club Stage, o której mówiłem przy okazji występu King Midas Sound. W sobotę nie miałem schodzić ze sceny klubowej praktycznie wcale... w zasadzie to z góry wiedziałem że Live Stage nie ma dla mnie racji bytu w sobotę. Uciekłem po Bibio na kwadrans żeby skonsumować kolejną festiwalową kiełbasę. Ależ ona wjeżdżała na to pijaństwo! Jadłem szybko, bo następny był Nosaj Thing, reprezentujący lżejszą stronę brzmienia L.A. Ten człowiek jest genialny! A na dodatek niepozorny, nieśmiały, bardzo cichy koleś z wysokim ładunkiem kreatywnych pomysłów i jednym w swoim rodzaju brzmieniem, delikatnym, księżycowym, rozpuszczonym w rozmarzonym stanie psychicznym. Ale to moje prywatne odczucie po odsłuchu "Drift" w domu. To nie muzyka kosmosu przypominająca inspiracje Rasa G czy Fly Lo. Nosaj Thing przywołuje coś na styl Incepcji, pływanie na kolejnych poziomach snów.


Koleszka uciekał do namiotu za każdym razem gdy już po koncercie manewrował gdzieś wokół Club Stage, a ktoś próbował mu zrobić zdjęcie. A sam cały czas gapił się w niebo. W przeciwieństwie do Kidkanevila i Bibio nie zagrał dj setu czy pół live actu. Był to występ pełen pracy przy kontrolerze midi, I-padzie i innych zmyślnych zabawkach które trudno było dostrzec przez brak dodatkowego telebimu, jaki był np. przy Live Stage. Występ Nosaja uzupełniały też zapowiadane wcześniej wizualizacje, być może zaprojektowane przez znanego z Brainfeedera, Dr'a Strangeloop'a, ale teraz nie jestem w stanie odgadnąć czy to na pewno on za tym stoi. Kolejny legendarny występ zbierający pozytywne opinie. Nie ma sensu wymieniać tytułów, które słuchacz miał prawo wyłapać, by był to po prostu live-act prezentujący zawartość "Drift" z 2009 roku, a kto zna ten wie... chociaż przemycił w całość Wu Tang Clan i Busta Rhymes'a. Po tym showcasie, zszedłem ze sceny klubowej bo na Red Bull'u do występu przygotowywali się Miss Fatima i Floating Points. Tutaj połowicznie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem pewny, że gdy Fatima chwyci za mikrofon to będzie grubo, udowodniła to już przecież w Powiększeniu, gdy razem z Warsoul crew gościliśmy ją i Funkineven'a na pierwszych urodzinach. Totalną zagadką był dla mnie set Sam'a, lubię jego muzykę i mam wszystkie 12"... ale co innego być dobrym producentem, a co innego do tego dojebać do ognia grając live. Czegoś tak groźnego się nie spodziewałem. Zaczęli spokojnie od materiału Fatimy, grając utwory z jej EP'ki, przeplatając gościnnymi kolaboracjami, np. tą z Shafiq'iem Husayn'em. Potem Floating Points zaczął wyciągać bangery ze swojego case'a niczym asy z rękawa. Zaczął od disco i lekkiego funku, wkręcając też swoje kompozyjce po czym dopierdolił garage'owymi klasykami i deep houseowymi bombami. Wyszukana selekcja. 100% winyl, co dziś już raczej rzadkość + perfekcyjne skillsy DJskie. Zebrani pod Red Bullem ludzie zwariowali, krzyczeli i tańczyli. A Ci którzy w te wakacje zaliczyli imprezy z cyklu "Cud Nad Wisłą", przypominali sobie ten sam niepowtarzalny klimat. Mimo że było z mniej niż 20*C, ściągaliśmy bluzy i tańczyliśmy w krótkich rękawkach. Bomba, bomba i jeszcze raz bomba! Pając (Kooh-I-Noor), myślałem że zaraz zejdzie z przypływu euforii gdy Sam przygniatał go kolejnymi penerskimi dżointami. W międzyczasie Fatima freestyle'owała sobie do tego co przygrywał Floating Points, kończąc fenomenalną kolaboracją z Dam-Funkiem, odśpiewując "Warm Eyes". Ludzi wygonił dopiero rozpoczynający się koncert Moderata. Po tym secie od razu wchodzili Niewinni Czarodzieje, niestety musiałem odpuścić sobie Maćków, żeby zająć najlepsze miejsce na najbardziej wyczekiwany set podczas całego festiwalu (ale znając chłopaków i słuchając potem opinii innych ludzi wiem że wypadli bardzo dobrze, solidna firma, szkoda że nie zgrali setu).


Zdołałem być w samym środku w pierwszym rzędzie, przyjmując cały bass na klatę, a za sterami motherfuckin Gaslamp Killer z Gonja Sufi. Po lekkim showcasie Nosaj'a przyszła pora na ciemną stronę Los Angeles. Set rozpoczął występ Gonja Sufi. Nie wiem jak to wyglądało na Era Nowe Horyzonty, ale tutaj dojebali po całości. Tam nie było Gaslamp'a, a to duża strata. Teraz Gonja mógł czuć się pewnie mając za plecami takiego skurwysyna i szaleńca. Nie tylko był jego DJ'em, ale hajpmenem i chórkiem zarazem. Sufi oprócz tego że śpiewał materiał ze swojego LP, freestylował momentami do bitów Gaslampa. Wstawki rapowe zrobiły na mnie szczególne wrażenie, tym bardziej że prezentowało się to bardzo gangstersko.


Razem mieli pierdolnięcie, które mogłoby zabrać fanów Korn'a z sąsiedniego festiwalu Metalowego, odbywającego się w Spodku. Można przyznać, że momentami Gonja Sufi z uduchowionego pustelnika, jak go wszyscy krytycy odczytywali, zmienił się w najaranego Punkowego wariata. Utwory takie jak "Ancestors", "Sheep", czy "Cowboys and Indians" spowodowały że scena klubowa wybuchała ogniem. Gonja też robił spoko show, biegał bo scenie, skakał po głośnikach jak przystało na właściciela kurewsko wielkiego soundsystemu. Żałuję tylko że nie zagrał utworu "Testament", z drugiej płyty Flying Lotus'a "Los Angeles". Jednak ja tej nocy czekałem tylko na jedno. Interesował mnie set Gaslamp'a solo. Tym bardziej, że mój komputer wypełniają różne sety z Low End Theory czy podcasty z Brainfeeder'a i wiedziałem co mnie czeka.


Wiedziałem że dojebie... rozmawiałem już o nim wcześniej z Maceo, żeby go zrobić w Warszawie zanim zabierze nam go festiwal, ale jakoś były przed tym inne projekty, albo nie było go w tym czasie w Europie. Ale wszystko przed nami. Oj, jak ten skurwiel daje na żywo. Żaden, ale powiadam Wam ŻADEN filmik, który zobaczycie z tego setu nie odda Wam tego co tam się działo. Jakby wydobywające się z głośników decybele, raziły prądem dając mu energię. A ten widząc reakcję publiczności dopierdalał do pieca jeszcze bardziej, prezentując kawałki które wypełniają jego EPkę "My Troubled Mind" oraz numery kolegów po fachu, takie które gdzieś już krążą, bądź dopiero ujrzą światło dzienne. W ten sposób na największym pierdolnięciu usłyszeliśmy unreleased shit, John'a Wayne'a, Rustie'go, Hudson'a Mohawke czy Joker'a. Gaslamp tylko podkręcał ludzi jeszcze bardziej. zrypałem gardło kompletnie robiąc hałas dla sceny z L.A. między innymi dla stojącego pod sceną Nosaj Thing'a przysłuchującemu się całemu szaleństwu.


Swój showcase pojebany Willy ma tak ogarnięty, że w połączeniu z dużymi umiejętnościami grania na perkusji potrafił perfekcyjnie imitować uderzenia w drumkit. Jak zwykle w setach Gaslamp'a mieliśmy też numery rockowe. W sobotę, gdy to wszystko się działo, była równa, 47 rocznica przemówienia "I Have A Dream" dr'a Kinga. Z tej okazji w hołdzie Martinowi Lutherowi, Willy zadedykował Hendrix'a. Ludzie skakali, tańczyli pogo, był też stage diving, jakiś koleś przeleciał z tłumu nad moją głową i wyprowadzili go ochroniarze. Istne szaleństwo. Gaslamp prosił o współpracę akustyka, żeby pozwolił "dzieciom" muzyki posłuchać naprawdę głośno. Dla mnie całość sięgnęła zenitu gdy Kalifornijczyk zapierdolił "Sweet Shop" - Doctora P. 



Gdy kończył pierwszy raz, ludzie bardzo szybko doczekali się bisu... ale Willy na to:

"if you want another track, you have to be louder than fuck"     
Potem, gdy mówił że już na serio musi kończyć i wyłączył komputer, ludzie wymusili na nim następny powrót. Cała publika darła ryja na czas włączania się komputera. Nastąpiła apokalipsa. Willy zapierdolił niezmasterowany kawałek ze swojej nadciągającej wielkimi krokami kolaboracji z Daedelus'em. Na serio chore gówno! Kurde, o mało bym zapomniał wspomnieć o jego szaleństwie z I-padem, kilkukrotnie zabierał to ze stołu ze wszystkimi swoimi zabawkami, wskakiwał na głośniki i jakby chciał pokazać publiczności jak działa cała ta technologia w połączeniu z laptopem po Wi-Fi. Kurwa, zwariowałem jak zaczął grać jungle! Gaslamp zabił wszystkich. A po całym wydarzeniu FB i twitter oszalał. każdy mówił o tym co działo się w sobotę. Masakra. Zresztą, również artysta był wniebowzięty. Na twitterze napisał:

Katowice Poland You Just Blew My Mind...
Ostatnio coraz częściej obserwuje naprawdę szczere zadowolenie z kontaktów artystów z polską publicznością, Sa-Ra, Dam-Funk, Mary Anne Hobbs, teraz Gaslamp i Gonja Sufi. Polska ma potencjał na odbiór nowego brzmienia. Setu pierdolonego Gaslamp Killer'a nie zapomnę nigdy, tak samo jak zeszłorocznego show Flying Lotus'a. Na tym festiwalu nie mogło zdarzyć się już nic mocniejszego. Zawiedziony eksperymentem Prefuse'a, mimo że mogłem zostać na koncert finałowy, olałem to i teraz piszę te słowa w pociągu będąc jeszcze gdzieś przed Poznaniem trochę żałuję, bo dostawałem esemesy że się zrehabilitował. Damn it!

Zmęczenie jednak dawało się we znaki, tym bardziej że na Klimczoka najtwardsi na afterpraty trwali do 10:30... Było grubo. W Poznaniu będę przed bardzo późno i kibicuje Katowicom żeby zostały Europejską Stolicą Kultury w 2016 roku. Z festiwalem takim jak Taruron Nowa Muzyka, może im się to udać. To była genialnie spędzona końcówka wakacji. Jesteśmy w końcu w Europie, możemy być dumni. Ja jestem szczęśliwy. Zajebiście wydane pieniądze!

*Większość zdjęć od Grześka i Justyny. Dzięki!