Strony

poniedziałek, 20 września 2010

Jakie fenomeny (fil.) zaobserwowałem w ten weekend...

Kiedy już wracałem z Buszkersem (Brzuszpers, cytując Życie Warszawy), podrzucał nas Groh z dziewczyną w okolice pałacu kultury... Zapytał mnie wtedy, czy zamierzam napisać coś o tym weekendzie w Warszawie. Odpowiedziałem że nie, bo to raczej taka prywata była, potężny wir z przyjaciółmi, więc kto by chciał to czytać. Ale teraz, jak już wypaliłem lolka na spokojnie, to dociera do mnie że w końcu był to Warsaw Music Week i muzyka towarzyszyła mi cały czas. Groh się zdziwi, gdy będzie czytał ten wpis.




Jak zwykle, może zacznę od początku. W zeszłym tygodniu roboczym przepracowałem 54 godziny! Jak na człowieka, który terminy ma napięte jak kozłowe jaja, tydzień posiadający po bożemu 40 godzin to prawdziwa świętość. Overtime'y mnie wykańczają kompletnie. Nie zniechęciło mnie to do ruszenia w trasę zaraz po pracy do stolicy. Nawet w domu nie byłem, obiadu nie jadłem, z marszu jak należało zapierdalałem. Fajnie się stało że w piątek w Powiększeniu grał Maceo i Envee jako Niewinny Czarodzieje i zrobił się Warsoul.


Wbiłem do klubu prosto z pociągu, na szczęście podróży nie miałem najbardziej przejebanej w życiu, chociaż zaczynałem złowieszczo. Jak wbiłem się do kolejki, to widzę że czeka mnie 3,5 godziny w zapachu rzygów wydobywających się z klopa w korytarzu. Byłem dzielny i powalczyłem o miejscówkę od drugiej strony drzwi na korytarzu i miałem lepszy komfort jeśli chodzi o zapach, ale przejebane miejsce do stania z plecakiem jak ktoś co chwilę wchodzi i wychodzi. Kurwicy dostawałem. Nagle patrze, a jestem tuż obok przedziału dla młodych mam i kobiet w ciąży. Tak się złożyło że jedna taka tam była i okazało się że jechała do Wrześni i do tego z całą rodziną. Po 40 kilosach wbiłem się do pustego przedziału. Udało mi się tym razem, chociaż jak dziś pamiętam słowa Mentalcuta: "Nigdy nie jedź do Warszawy w piątek o 17:28". Kuba - będę pamiętał! Tym sposobem na bogato wbiłem na dworzec centralny, jadąc do przodu i przy oknie, po prostu pięknie! Jak już wspomniałem, nie miało sensu jechać do Maceo na Saską Kępę, więc spotkaliśmy się już w klubie. W powiększeniu dopiero co kończył się koncert, a już było sporo ludzi. Przeczuwałem gruby balet.


Oczywiście nie pomyliłem się. W klubie już o 23 był pełen densflor, szkoda że fotografowie dokumentujący Warsaw Music Week byli tak wcześnie i tego nie uchwycili. W każdym razie był gruby balet cały wieczór. Wóda, browar, jakieś ziele, się żyło. Wirowaliśmy do samego rana, jakoś o 7 byliśmy na chacie. Nawet nie muszę dodawać, że set Niewinnych rozjebał. Nie spaliśmy długo, jakoś przed dwunastą musieliśmy wstać, żeby ogarnąć przede wszystkim siebie, po tej najebce dzień wcześniej. Pozatym Maceo miał w ten weekend najazd większej ilości pyr na chatę, bo dobijał na Saską Robert Busha. Potem dotarliśmy do Roxy i znowu zaczęły się jaja. W tym miejscu aż tytuł ostatniej płyty Dibiase ciśnie się na usta "Machines Hate Me", a to jeden komp nie chciał odpalić ekranu, a to zablokowaliśmy klawiature, a to na mikserze zniknął nam deck... w każdym razie nas humor i tak nie opuszczał, nie daliśmy się sprowokować a afekt możecie sprawdzić w postaci zapisu #27 odsłony Kosmosu. Zapis możecie sprawdzić poniżej:

KOSMOS 2010 VOL.27


Potem wbił do studia jeszcze Marek (Eltron John) i zrobiliśmy jeszcze audycję Red Bull Music Academy Radio... było śmiesznie i czas leciał szybko. Z radia wychodziliśmy jakoś po osiemnastej. Maceo spadał na chatę, bo miał grać jeszcze tego wieczoru w Balsamie. Ja obrałem kierunek Pałac Kultury gdzie miałem spotkać się z Jonkperem (Koh-I-Noor). Tak się składało że w drugi dzień on hostował mnie na swojej chacie, więc w turbo tempie ogarnąłem dobry kebab i pojechaliśmy na Natolin... w tamtych okolicach nigdy nie byłem, zajebisty dojazd 20 min metrem. Tam prysznic, jakieś browary i w sumie też trzeba było spierdalać z powrotem. W tamtym czasie byli z nami jeszcze Weekid, Magda i Ala. Każdy z nich to niezły wirus więc melanż zaczynał się zajebiście. Uderzyliśmy do Pałacu Kultury, do szkoły tańca gdzie miał odbyć się "lounch party" wytwórni Koh-I-Noor.


Wcześniej odbywały się tam tańce towarzyskie, a wirowali tam w niezłym klimacie baleciarze 50+. Impreza udała się bardzo fajnie, jednak nie możecie porównywać tego, do nie wiadomo jak wielkiego ścisku i ultra raveów pod Djką, ale bardzo fajne spotkanie ludzi zainteresowanych klimatem i nowymi brzmieniami, którymi od niedawna zalewają nas chłopaki z Razzmatazz, You Know Me i Koh-I-Noor. Sety rozpoczynał Teielte i to właśnie on najbardziej zapadł mi w pamięci. Po pierwsze dla tego, że chciałem posłuchać jak gra i co gra, a po drugie zagrał na serio dużo dobrego stuffu, leciał od Miles'a Davis'a, przez Flying Lotus'a, po Electric Wire Hustle, Black Milk'a i swoje rzeczy z debiutanckiej płytki. Ale jak to bywa na tego typu imprezach, gdy przyjaznych twarzy jest tyle, że nie sposób je zliczyć, wszyscy najebali się w opór i było wesoło. Bardzo fajnie grali jeszcze Groh, Buszek, Jonkper i Simc! Zresztą, kto był ten wie. Żałuje że nie poleciałem na chwilę do 1500m2, bo gruby balet tam się odbył, przez klub przewinęło się z tego co słyszałem blisko 800 osób. Imprę organizowali Sorry, Ghettoblaster, a grali Supra 1 czy gwiazda wieczoru Girl Unit. No szkoda, nie można być jedną dupą na dziesięciu weselach. Więc w Pałacu Kultury siedzieliśmy do 6tej rano. Potem, kierunek metro i trochę spania. Byłem zmęczony w chuj, dzień wcześniej byłem 24h na nogach, spałem 4 godziny, a w drugi dzień powtórka z rozrywki. Mimo to udało mi się spać tylko ze 3 godziny, bo jakoś ładnie słońce świeciło, przebudziłem się, wystawiłem fotel na balkon zjadłem Red'sa malinowego i zasnąłem na słońcu jeszcze na godzinkę. Potem, postanowiłem nie spać dalej, przeczytałem wszystkie recenzje w starym K-Magu sprzed 5 miesięcy, albo i lepiej i zacząłem budzić współtowarzyszy melanżu, żeby pojechać na śniadanie do 5-10-15. Wyrobiliśmy się na 12. Block party było zajebiste, przybyła całkiem spora grupa ludzi, za 15 PLN można było zjeść ile się dało, można było nabyć browar, posłuchać muzy którą grali Fil i Groh. Było bardzo sympatycznie, posiedzieliśmy do 16-tej. Ogólnie niezła "zwała" była, bo potem chłopakom już trochę odechciało się grać i wbił jakiś ziomek ze swoim kejsem i grał wszystkie płyty których nigdy bym nie kupił. Dzięki temu było jeszcze śmieszniej, bo każdy był już podpity i wymyślało się głupoty, np. Pająk przerobił piosenkę "Puszek Okruszek", Natalii Kukulskiej, na "Puszek Wirusek". Fajne też było ogarnięcie alkoholu z własnej roboty za friko. Była nalewka i uwaga, uwaga - sosnówka. Nigdy kurwa wcześniej tego nie widziałem i nie piłem. Mocne to kurestwo jak jasna cholera, ze 60% jak nic... smakowało prawdopodobnie jak denaturat i nieźle klepało po bani. Zaobserwowałem fenomeny w ten weekend. Jakie? Gdy człowiek pije sosnówkę, to nieźle wykręca mu mordę i po kielonie już nikt tego więcej nie chce. A ponadto, jak chlejesz ostro i budzisz się aż opuchnięty na drugi dzień od tego pijaństwa, to szybciej zarost rośnie. Bawiłem się świetnie. Pozdrawiam wszystkich, których spotkałem w Warszawie.