Strony

sobota, 11 września 2010

Coultrain - GodMustBeABoogieMan

W ostatnim poście poświęconym Jay'owi Coleman'owi, pisałem o kolaboracji z Coultrain'em. Czas żeby nieco rozwinąć ten wątek. Zanim jednak przejdziemy do aktualnych spraw, wróćmy na chwilę do czasów w których Coultrain debiutował. Było to na przełomie 2007 i 2008 roku i istniała jeszcze wtedy Wersalka, była to już jedna z ostatnich recenzji które się tam pojawiły. Dla tych, którzy w tamtym czasie nie zetknęli się z twórczością tego artysty postanowiłem odświeżyć tekst:



W styczniu 2008 roku, przeglądałem sobie witrynę grupy Bling47 - dla której jestem bezkrytyczny, jak i dla solowych dokonań Waajeed'a czy całego PPP crew. Na wyżej wymienionej stronie, pojawiła się notka o nadchodzącym albumie piosenkarza, który kryje się pod intrygującym pseudonimem Coultrain. Sprawdziłem więc 4 utwory które promują jego album na myspace i zostałem zmrożony z wrażenia... Czym prędzej chciałem sprawdzić całe LP które nosi nazwę: „Adventures Of Seymour Liberty".


Coultrain dorastał niczym Miles Davis w St. Louis. Śpiewu uczył się w kościele, a także od swojej matki która była solistką w miejscowym chórze. Ojciec był pastorem, od niego nauczył się jak opowiadać historię i jak tworzyć piosenki. Pokazał mu też muzyków takich jak Ray Charles czy Stevie Wonder - bo takich płyt słuchano u Coultrain'a w domu. Gdy dorósł podróżował od San Francisco aż po Oslo w Norwegii, nabywając różne kontakty z muzykami. Obecnie mieszka na Brooklyn'ie w Nowym Jorku... gdzie kwitnie jego kariera.

Wracając do samego albumu „Adventures Of Seymour Liberty" - spotkamy na nim 13 utworów, wyprodukowanych wspólnie z kompozytorem Kenautis'em Smithem. Nie znałem wcześniej tego producenta, ale kawałki które wyprodukował dla Coultrain'a są nie z tej ziemi. K. Smith nadał kosmicznego feeling'u utworom, przez co, album ten określany jest jako „spacey soul". W połowie utworów, możemy usłyszeć też prace perkusisty Jason'a „Dirty Lynt'a" Moore'a który wzbogaca album o żywe brzmienie bębnów i cymbałów.


Coultrain, już od pierwszych sekund krążka zabiera nas w podróż międzygwiezdną („Swimmin In The Stars"), później przechodzi do utworu „The Girl Of My Dreams" - gdzie przepiękną linie basu przeplata elektryczne pianino na którym podgrywa Cedric Norah. Trzeci numer to niesamowity „Screw" - właśnie tam możemy usłyszeć rytm wybijany na perkusji przez J. Moore'a. Następnie bardzo pozytywny utwór „Green" na samplu z utworu Jermaine'a Jackson'a - „Where Are You Now". Można by wymieniać tak do samego końca, gdyż album trzyma równy poziom, a każdy kawałek zasługuje na uwagę. Bez wątpienia, debiutancka płyta Coultrain'a jest dojrzała i przemyślana. Nie ma na niej zbędnych wypełniaczy, można słuchać ją w kółko i nie nudzi się! Myślę że w krótkim czasie Coultrain będzie stawiany obok Steve'a Spacek'a, Dwele czy też D'Angelo. W jednym z wywiadów, zapytano Coultrain'a co chciałby, żeby ludzie zyskali słuchając jego muzyki? Odpowiedział: „Mam nadzieję, że będzie dla jednych terapią a dla innych poezją."

Od czasu wydania tego krążka dużo się wydarzyło w karierze Coultrain'a. Po pierwsze włożył bardzo dużo pracy w ostatnią płytę "Abundance" coraz bardziej eksperymentujących Platinum Pied Pipers, następnie przeprowadził się do Kalifornii i dołączył do grupy Hawthorne Headhunters, gdzie nakładem HVW8 wydali 12". Potem za sprawą Record Breakin' Coultrain, jako Seymour Liberty wydał 7" winyl "The Wanderer / Balancing Act". Tym sposobem Aaron Michael Frison, buduje dla swoich słuchaczy historię, której medium jest Coultrain. Zaczął od Adventures Of Seymour Liberty" przez "The Wanderer / Balancing Act" prowadzi nas do "The Great Escape". To ostatnie jeszcze nie ujrzało światła dziennego, ale całkiem niedawno ukazała się darmowa EPka "GodMustBeABoogieMan".


Bardzo Was proszę... nie zrażajcie się okładką, o ile mi wiadomo Coultrain przygotował ją sam i pewnie pracował w paincie. Jest chujowa strasznie, przyznaje. Ale wybaczam mu to w zupełności. Dlaczego? Bo "GodMustBeABoogieMan" to pozycja darmowa! Jak wiadomo, w czasie teraźniejszym net zalewa chujnia... trzeba się więc dobrze poruszać i stać się crate digger'em 2.0 (a może file diggerem?). W tym przypadku nie ma mowy o wtopie. Coultrain podzielił całość na trzy akty. W pierwszym śpiewa pod muzykę Yesterdays New Quintet i Patrice Rushen, w drugim, jest trochę beatów od kolegów Stoney Rock'a, J-1'a czy Jason'a Moore'a. Akt trzeci otwiera muzyka Tokimonsta. Całość muzycznie sprawia wrażenie dość jazz'owe, jeśli zaś chodzi o samego Coultrain'a, mam wrażenie że odszedł od eksperymentów przeprowadzanych z PPP i wrócił do tego, za co uwielbiałem go od początku najbardziej... więc jeśli wiecie czym były "podróże Seymour'a Libety", to "GodMustBeABoogieMan" jest specjalnie dla Was. Na zachętę odpalcie sobie numer który podesłał mi J-1.

Coultrain - Parable of a Shiny Miracle (prod. J-1)