Strony

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Tauron Nowa Muzyka expirience pt. I


Po tym co zdarzyło się w sobotę w nocy, jest mi cholernie trudno ogarnąć wszystkie przeżycia związane z tegorocznym Tauronem. Ale to akurat było pewne, jeszcze zanim wsiadłem do pociągu. Line-up był tak gruby, że w Katowicach wystarczyło już tylko dobrze się bawić. Artyści występujący na tym festiwalu byli topowi, mogliby spokojnie wypełnić parkiet w klubie gdzie pojedynczo na plakatach widnieliby jako gwiazdy wieczoru, a tu na terenie post-industrialnym wszystko skumulowane w dwóch dniach. Trzeba dodać, że będąc na takim wyjeździe możesz spodziewać się wiraży ze znajomymi do późnych godzin, a nawet do wschodu słońca, takie akcje skutecznie odbierały funkcje życiowe, ale razem z tym rosło życiowe muzyczne doświadczenie i dalsza chęć do zabawy... ale lepiej spróbuję zacząć od początku.


Na Śląsk postanowiłem pojechać już w czwartek, jak wiadomo podróż z Poznania do każdego miasta (z wyjątkiem Wrocławia) położonego na południu, to podróż niewdzięczna, przejebana i kurewsko długa. Ale ja byłem cwany. Chciałem dobrze naładować baterię przed cało-piątkowym melanżem. Hostowali mnie Jędrzej (JMS) i Paulina w Siemianowicach. Im dziękuje w pierwszej kolejności, bo oprócz tego że miałem gdzie spać, pokazali mi Katowice jakich nie znałem, będąc już w tym mieście na poprzedniej edycji festiwalu. Teraz już wiem, że to wcale nie jest ciemne miasto związane z przemysłem w którym kompletnie nic się nie dzieje. Wcześniej Katowice uchodziły w moim mniemaniu za brudne i nudne, a odbywający się tam festiwal Nowa Muzyka to zwyczajny wypadek przy pracy. Pierdolony ignorant ze mnie, kolejny raz w życiu nauczyłem się żeby nie ulegać stereotypom, nie wiem jak Wy ale ja Katowicami się zajarałem. Jędrek pokazał mi fajne zaułki, dobre knajpy w mieście i udowodnił ile znajduje się tam zieleni. Momentami czułem się tam jak u siebie na Dębcu, gdzie kraina z wyglądu jest podobna. Polubiłem czeski browar w knajpie "Kato" o 16. Swoją drogą muszę przyznać, że jest to obskurne w miejsce w pozytywnym tego słowa znaczeniu, lubię takie spoty, odrapane ściany, dużo miejsca. Siadając przy oknie widzisz podwórko w klimacie jak najbardziej getto, przychodząc z zeszytem można by przy tym piwie poczuć się filozoficznie czy całkiem artystycznie. Katowice mają też nieopodal dworca zajebisty komis z winylami, chociaż cenią się za docenione nazwiska, to towar tam pierwszej jakości... Japonskie wydania John'a Coltrane'a, OG pressy Miles'a czy Pharaoh'a Sanders'a, po prostu od chuja stuffu. Przygotowałem sobie nawet dwa Prince'y ale w komisie pojawiłem się w czwartek i nie obliczyłem zbyt dobrze budżetu melanżu, ale chodziła płyta po 25 zyla, więc się opylało, nie? Jeśli będziecie w pobliżu wpadajcie koniecznie na grzebanie. Reszta czwartku upływała spokojnie, w rytmie kolejnych browarów, w randomowych knajpach, tego dnia z dziesięć zrobiłem. Na spacerach na powietrzu alk zjeżdża więc trzymałem się nieźle. Jeżdżąc samochodem zauroczyło mnie to, że miasta w okolicach Katowic, to trochę jakby pojechać do kolejnej dzielnicy w Poznaniu. Jędrzej potem mnie uświadomił pewną anegdotą, że niektórzy chcieliby zmienić nazwę miasta na New Katowice, coś jak New Delhi... i kurwa, co jak co, ale to by zdało egzamin, ułatwiło by transport i bardziej zjednoczyło mieszkańców aglomeracji. Ale na taki zabieg chyba zdecydowanie za wcześnie, biorąc pod uwagę kosę np. na linii GKS - Ruch... przynależność do swojej okolicy, tożsamość z terenem na którym się ludzie wychowywali jest niezwykle silna. A szkoda, zmniejszenie biurokracji, ograniczenie ilości prezydentów miast mogłoby tylko wpłynąć na lepsze funkcjonowanie całości. Dobra, koniec z tym pierdoleniem o polityce miast. Człowiek po prostu czasem za mocno się wkręca. Na czym stanęliśmy? Aha! Na miejscach w którym piliśmy piwa. Szczególnie podobało mi się pod Jazz Clubem Hipnoza, w 50/50. Urzekł mnie psychodeliczny tęczowy kolor ścian i multum luster, na dobrym dragu nieźle może się wkręcać to miejsce. Dobrze też musi się siedzieć tam ludziom z wysokim poczuciem własnego ego, bo z każdej strony można oglądać siebie. Po 23 trafiliśmy na kwadrat i po całym dniu łażenia, padłem na ryło.


W piątek wstałem wyspany, nie musiałem się męczyć w szcześciogodzinnej torturze w PKP, po porannej emisji "Chorych Doktorów" na Comedy Central, przyszła pora na jakiś obiad. Nagle rozpoczęły się festiwalowe telefony i łapanie przyjaciół. Po trzeciej lądowali pierwsi ludzie z Poznania, Wrocławia i Warszawy. Tym sposobem obiad wleciał już w kontekście whisky w towarzystwie Jędrzeja, Pauliny, Jonkpera, Buszkersa, Magdy i Ali (word up!). Przy okazji polecam knajpę na ul. Gliwickiej, nie pamiętam już dobrze jej nazwy, ale oscylowała chyba wokół jakiegoś małego teatru. Dają duże porcje, aż ciężko wcisnąć wszystko. Potem uderzyliśmy na "legendarnego" już Klimczoka 7. Zajebista miejscówka, blisko klubu go-go i restauracji HIT, gdzie podają 45 rodzajów pizzy! Mimo że nocowałem w Siemianowicach, wykupiłem sobie dwie noce, żeby odciążyć hostów i trwać do końca imprez na festiwalu. Za 50 PLN (25 PLN za noc) dostałem pokój, który wyglądał jak cela (125). Jedno wyro na środku dość dużego pomieszczenia, rozjebana szafa i trochę poszarpana podłoga, najgorszy ze wszystkich w których byłem, ale klimat miał nieziemski, dobrze że za każdym razem wbijałem tam już nieźle nawirowany, wtedy miałem wrażenie że to lokal pięciogwiazdkowy. HOsTEL na Klimczoka 7, to idealne miejsce na after party, dający piękny obraz porządnej stoczni i patologii! Lubię, lubię i jeszcze raz lubię to! Zresztą klimat tego miejsca udzielał się wszystkim którzy tam się zameldowali. Flaszki głównie pękały w pokoju 109, po imprezach jakie miały tam miejsce, wietrzyć będą tam jeszcze przez tydzień albo dwa. Nastawało późne popołudnie, J-son rozlewał J.B's, wąsy płonęły kolektywnie, Olgierd częstował wiśnią, a Pająk szeroko, lekką rąsią częstował cytryną. W tej miłej atmosferze zjawiali się kolejni zawkaterowani na Klimczoka, Jagoda, Raq, Jasiek, Templer, Tośka, Natalia, Good Paul i wszyscy których już wymieniłem wcześniej i jeszcze więcej osób które mi umknęły w pamięci, ale jak zwykle w moich historiach Ci co mają wiedzieć to wiedzą że ich pozdrawiam! Flaszki zrobiliśmy w turbo-tempie i dzwoniliśmy do korporacji "trzy miliony", która na naszym crew dobrze zarobiła w ten weekend. Chcieliśmy koniecznie zdążyć na King Midas Sound. Oj, to trio potrafiło skutecznie wprowadzić mnie w pierwszą ekscytacje podczas festiwalu. "Club Stage" gdzie występowali, był inaczej zaprojektowany niż w zeszłym roku, pewnie dlatego że tegoroczna edycja cieszyła się ogromnym zainteresowaniem przez co było jeszcze więcej ludzi, więc nie dało się tego zrobić inaczej. Moim zdaniem to już trochę za duże, ale mówię to jako fan dobrego kontaktu z artystą, nie lubiący molochów imprezowych. Szkoda też że nie było namiotów, tym bardziej że pogoda chujowa i ogólnie chłodno. W każdym razie do rzeczy... Club Stage był na uboczu, pomiędzy prywatnymi domami, fabrykami ze strzelistymi kominami w towarzystwie wielgachnych topoli. Po ciemku można było odnieść wrażenie że to jakieś miejsce morderstwa, bardzo upiorne.


King Midas Sound przynieśli w tę scenerię bass, dużo bassu, opętani kłębem dymu robili swoje. Słyszałem opinie że ludziom bardziej widział się album "Waiting For You", ale być może jestem zbyt mało wymagający. Artyści pokazali mi na co stać klubowy soundsystem zwiastując apokalipsę która miała dopiero nadejść... psychodeliczny występ, którego najlepszym momentem było wykonanie "Earth A Kill Ya". Po tym koncercie, jakoś przez następne dwie godziny nic szczególnie mnie nie interesowało więc piłem wiśniówkę z piwem w tle słuchając Jaga Jazzist. Od dawna nie śledziłem ich muzyki, nie znałem materiału, ale zagrali fajnie, szczególnie podobały mi się wariacje perkusisty Martin'a Horntveth'a i solówki trębacza Mathias'a Eick'a.


Fani minimali pognali potem na Pantha Du Prince, ja jakoś się nie wkręcałem i poszedłem niezobowiązująco na Novike i Lexusa, oczywiście nie był to "niewyobrażalnie dobry występ" w kontekście tego co działo się podczas całego festiwalu, ale ja bawiłem się bardzo dobrze. Wytańczyłem promile w rytm UK funky, house'u, przeplatanymi elementami garage'u. Bardzo klubowa selekcja. Czas świetnie mijał w oczekiwaniu tego, co w piątek było najlepsze.


Oczywiście mowa o Bonobo i Andreya'nie Trianie. Występ ten można z pewnością zaliczyć do tych, które poprzedza słowo "legendarny". Myślę że każdy kto miał przyjemność zaliczyć ten koncert zgodzi się ze mną. Mało tego! Jestem przekonany że nie było osoby, która wychodziłaby niezadowolona, tym bardziej że Bonobo nie ograniczało się do wykorzystania potencjału A. Triany tylko do nagrań ze swojego krążka, ale też z płyty wokalistki. Uduchowiony kawałek muzyki na żywo, zaledwie tydzień... sorry! 5 dni po premierze solowej płyty artystki. "Lost Where I Belong" zabrzmiało tak, że mogę powiedzieć tylko: WOW! Andreya, stałem się twoim fanem na wieki! Po tym graniu, miałem dwie opcje: Albo wracam do Siemianowic albo loguje się w nocy na Klimczoka i bawię się dalej.

Oczywiście zdecydowałem się zostać. Spotkałem Maceo, Grześka oraz Justynę i poszliśmy na Kidkanevil'a. Tam zrobiło się już bardziej klubowo, rozpaliliśmy temat i wkręcaliśmy się w muzykę. Ten set to jedna z największych niespodzianek, tym bardziej, że strasznie chciałem posłuchać tego co do zaprezentowania ma Brytyjczyk. Szczerze? Spodziewałem się czegoś mniej wyjebanego, a tu taka siekiera. Grał wszystko, dubstep, house, nowe-bity, rap od M.O.P przez kokainowych Clipse'ów po Slum Village, przeplatając wszystko swoimi produkcjami takimi jak: "ZoOoOoOp" z Oddisee. Mówię Wam, banger za bangerem, dodatkowo o niebo lepiej rozplanowany Red Bull Stage sprzyjał baletom, można było pić browary tańcząc na piachu. Ludzie licznie bawili się pod sceną, mimo że była dużo mniejsza od Live czy Club Stage. Potężny wir. Kidkanevil rozjebał.


Warto zaprosić go na klubowy gig. 100% satysfakcji gwarantowane, świetny selektor i bardzo dobry DJ. Zagrał dłużej niż powinien, nawet Mary Anne Hobbs już zaczęła gdy my jeszcze tam się bawiliśmy. Zresztą jak już pisałem, tak bardzo nas zaskoczył że po secie woleliśmy z Maceo pogadać przy kiełbasie niż uderzyć na szepczącą Mary.  Potem Kidkanevil na Facebooku napisał tak:
big ups Nowa Muzyka festival!!! one of the best events i've ever played at, dope as hell.
Tym sposobem przegapiłem jej występ i żałuję trochę, bo sam chciałem ocenić jak grała, ale ludzie mówili że mocno wierciła, co zresztą można było usłyszeć w strefie gastronomicznej, bo jedząc doświadczyliśmy wobble bassów. Później Mary napisała na twitterze że był to jeden z najlepszych jej występów w 2010 roku, ale myślę że to Katowicka publika załatwiła sprawę, każdy wiedział o co chodzi i po co do tego miasta przyjechał. Także nic dziwnego że Mary się jarała. W ten sposób po secie Mary na który już nie zdążyliśmy piątek dobiegł końca. Około 4-tej rano, zgadaliśmy się że Maciek, Grzesiek i Justyna też jadą na Klimczoka! Także: memory, find, trzy miliony i jazda na hostel do pokoju 109. Gdzie odbywało się after-party, kończące się jakoś po piątej... na sen jak zwykle nie ma czasu, ale chociaż trochę trzeba było się zregenenerować... CDN.