Strony

czwartek, 12 sierpnia 2010

Jeden z wielu "Cudów Nad Wisłą"


 

Bardzo późno od samego wydarzenia piszę te słowa, ale lepiej późno niż później i lepiej później niż wcale, jak to mawiają najstarsi szamani z plemion środkowo-afrykańskich. Chodzi oczywiście o kwestię cudu, który cyklicznie odbywa się nad Wisłą. W sobotę po imprezie w Powiększeniu czułem się fatalnie, czego w zasadzie możecie się domyślać, po tym jak wspominałem że ratował mnie lek przeciwbólowy, a także po tym, jak opisywałem powrót do hostelu, którego już nie zarejestrowałem. W każdym razie ostatnia sobota lipca, rozpoczęła się dla mnie w okolicach godziny dziesiątej w pokoju "Rzym" w towarzystwie wyżej wspomnianego, przejebanego bólu bani. Tak to już niestety bywa, jak miksujesz alkohol z podobną precyzją jak Funkmaster Flex miksował rap w połowie lat 90'tych... Równocześnie ze mną obudzili się również towarzysze melanżu, Tomek, Adam i Ewelina w pokoju rozległo się hasło:
- Najpierw prysznic, czy jaramy dżojta?
Bez wahania padł wybór drugiej opcji. Rozpalony wąs, nie był nawet w połowie skończony gdy poczułem że głowa przestaje boleć, zdałem sobie sprawę, że jeszcze byłem pijany. Ogarnęliśmy się, spakowaliśmy się i skorzystaliśmy z darmowej kawy. Wyruszyliśmy w Nowy Świat. Tam leniwie rozpoczynał się dzień, ludzie już urzędowali a my czekaliśmy za Kaśką, która miała pełnić rolę przewodnika po mieście.


Zabrała nas do "pawilonów", to dość obskurne miejsce, ale niezwykle klimatyczne, lubię takie, nawet jeśli żule opalą cię ze wszystkich szlugów. Jedliśmy obok dość vintage'owego sklepu z lampami, gdzie wylegiwał się najgrubszy skurwysyński kot jakiego w życiu widziałem, baba ze sklepu wołała na niego "Kulczyk". W chuj celne imię, muszę przyznać. Pawilony mają jeszcze jeden urokliwy spot: "Pewex" czyli warszawska umieralnia, która obsługuje wszystkich najbardziej wytrwałych wirowników w mieście. Chwilę potem, wpadł też Mentos bo zapomniał kurtkę, zjadł, pogadaliśmy i spierdalał na Hajnówkę. My też się zawinęliśmy, w kierunku Placu Konstytucji. Wrócił ten morderczy ból bani, ja szkicowałem to co czytaliście o Master Blazter na blogu i napierdalał deszcz. Myślałem tylko o tym żeby luzować się z gibonem, stąd szybkie zakupy i warszawski dope wleciał w układ oddechowy.


Głowa wróciła do siebie, deszcz przestał padać, rysowała się możliwość zaliczenia "do-over" w stolicy. Zabijaliśmy czas pijąc browary i racząc się większą ilością stuffu. O dziewiętnastej ustawiłem się z Dworakiem i pojechaliśmy na Saską Kępę, gdzie stacjonowałem do końca weekendu. Tam zrobiliśmy "biznesy", które zaowocowały ideą stworzenia piętnastej części Footprints, zresztą sprawdzicie go sami niebawem, bo jest już gotowy.


Około jedenastej byliśmy już na Wybrzeżu Kościuszkowskim. To co stanęło przed moimi oczyma totalnie mnie rozjebało. Multum ludzi. Chcesz zjeść, to masz budkę z plackami, chcesz pić, masz hangar z browarem, chcesz zobaczyć jak balety wyglądają "z góry", wchodzisz na omawiany hangar i patrzysz. Zajebiście! Słuchasz non-stop dobrej muzy, bo zawsze za sterami stoi ktoś z ciekawym repertuarem. Na "afterparty po Street Art Doping Festiwal" grali Club Collab, Na Stare Milion i Ktoś Cię Kocha (wymieniając z nazw "koalicji", bo wiadomo kto stoi za nazwami tych ekip). Cud, miód, malina! To czego nie zdążyłem obgadać w piątek, zrobiłem w sobotę (szczególne pozdrowienia dla Groha i Pająka). W końcu zebrali się tam sami swoi ludzie i zrobiła się gruba balanga. W pięć minut zapomniałem o tym że cały dzień prześladował mnie kac.


Klimat imprezy pod gołym niebem sprzyjał do dalszego patologowania, aż żal było ten wieczór kończyć, miałem siedzieć maksymalnie do pierwszej w nocy, ale przeciągnęło się do czwartej w nocy i trzeba było aż zmuszać się do opuszczenia tego genialnej prywatki, bo chyba ostatecznie tak można było to nazwać. W domu byłem przed piątą. Szkoda, wielka szkoda że miałem pociąg o 9:40, bo zostałbym do białego rana. Pięknie było, Wisła płynęła swoim tempem, a my płynęliśmy swoim. Czułem się jak u siebie na rewirze, browar w dłoń, gibon w drugą, muza przekrojem przez wszystkie gatunki, J-son przypierdolił nawet polskie rap klasyki. Zupełnie domowa atmosfera.


Nie byłem na "do-over", ale widziałem i słyszałem o tych wydarzeniach to i owo, a nawet znam kogoś kto był i opowiedział mi kilka rzeczy. Nie mamy więc się czego wstydzić, WWA nie Cali na co dzień, ale w ten weekend  w Warszawie na serio było jak w L.A. A więc jeśli traficie kiedyś na mieście plakat, że w pobliżu "Cud Nad Wisłą", bez wahania uderzajcie. To są balety legendarne, potwierdzi to chyba każdy kto tam chociaż raz miał przyjemność tupnąć nogą. Doświadczcie cudu, tak jak i ja. Kłaniam się nisko, następne sprawozdanie z Katowic.