Strony

niedziela, 30 sierpnia 2009

Tauron Nowa Muzyka/Flying Lotus i Hudson Mohawke


Zanim wybraliśmy się do Katowic w sobotę, w piątek pod wieżą RTV w Poznaniu Mentalcut urządził domówkę. Patologia w klasycznym stylu. Każdy wniósł coś do tego interesu, a więc w mgnieniu oka trochę się uzbierało i zaczęliśmy melanżowanie. Nie wiedząc dokładnie dlaczego, tego wieczoru nie miałem wkręty na mocniejsze picie. Pewnie dlatego, że trzy dni wcześniej, w środku tygodnia (wtorek, jak dobrze pamiętam) Icek urządził "mocne picie whisky" na swoim kwadracie. A wiadomo, że zwykli śmiertelnicy muszą zapierdalać na drugi dzień do roboty... Oj, jaki chory byłem, a wieczorem jeszcze ten tatuaż. Stąd wycieńczony tygodniem zmagań, przy braku asertywności w kontekście zaproszeń przyjaciół, musiałem nabrać siły na wydarzenie które czekało nas w Katowicach w sobotę. Mieszkanie Jakuba opuściliśmy z Adą, Ickiem i Martą blisko o 3-ciej w nocy, co po powrocie do siebie dawało szansę "pierdolnięcia" siódemeczki, tak jak należy, żeby bez zbędnego męczenia się znieść podróż na Śląsk. I to właśnie wtedy zgubiłem Daniela - towarzysza podróży, który jak to określił przez ostatni tydzień trzeźwy był tylko 24 minuty. Ale co zrobisz, gdy w grę wchodzą urodziny i każdy chce je celebrować? YouTube Party pod wieżą RTV, zamieniło się w birthday party Daniela. Urodziny zakończono około 5 nad ranem, gdy zniknęła ostatnia kropla alkoholu i zgasł ostatni kiep dżoja. Reszta uczestników domówki rozjechała się w swoje strony, a Daniel przetransportował się na Dębiec, gdzie jeszcze trwały jego urodziny... (w końcu 40 osób z pod bloku tak szybko się nie rozejdzie). Wszcząłem poszukiwania Danielsa. Od Dżej dowiedziałem się, że telefon jest zniszczony, ale zostawił numer pod który mam się kontaktować, gdybym nie mógł go znaleźć. Niestety tam nikt też nie odbierał. Cały Dębiec o 11 rano nic nie wiedział, więc zacząłem się zastanawiać komu oddać bilet w ostatniej chwili, żeby się nie zmarnował, i jak organizować dalszą podróż. Na szczęście blisko 12 rano Daniel sam się znalazł. Bo, jak to określił - zatrzymały go "małe perturbacje". W końcu dogadani i spakowani - byliśmy gotowi do drogi. Po drodze zgarnęliśmy 100nę, a na dworcu dołączył do nas Tokyo. Skład na jednodniowy wypad do Katowic na Tauron Nowa Muzyka był pełny. No to w drogę...
Poleca się jeździć w weekendy, wtedy zawsze prędzej czy później dopchasz się do komfortowej miejscówki. My jakoś od Wrocka mieliśmy przedział tylko dla siebie. Zmontowaliśmy temat, zrobiło się wesoło i w chillującym klimacie poruszaliśmy się na "dirty south". W tym miejscu należy oddać szacunek, kondycji Daniela, który zaliczył przed wyjazdem trzy imprezy w jeden wieczór, a w domu był tylko kilkanaście minut. Chęć zobaczenia Flying Lotusa i Hudsona Mohawke była silniejsza od stanu fizycznego, który był na wykończeniu.

W pociągu dokonaliśmy ostatnich ustaleń z resztą znajomych z którymi mieliśmy spotkać się na placu festiwalu. Tak, więc to jest miejsce gdzie z pozdrawiam wszystkich którzy przybyli na Tauron: Lucę, JMS'a (chociaż my się cały czas mijaliśmy i w efekcie się nie spotkaliśmy), Olobolo, Dj'a Weekida, Good Paula no i w jeszcze większej szczególności - afterparty king'a Teezy Tomka (S1).
Do Katowic dojechaliśmy po 21. Na szybko ogarnęliśmy McDonalds'a i poszliśmy na plac festiwalu. I w tym miejscu - od razu, z miejsca, tak jak stoję - pochwała dla organizatorów. Widowiskowo przygotowany szyb wydobywczy, miejsce widoczne z daleka i całkiem chwytliwy "trademark" swoją drogą, który przewijał się na biletach, kuponach i wizualizacjach. Naprawdę super że festiwal z muzyką nową, został stworzony w miejscu postindustrialnym. Stare, monumentalne i trochę zniszczone już budynki, były doskonale oświetlone na kolorowo. Robiło to wrażenie. Budowało świetny klimat w czasie gdy sączysz browara w oczekiwaniu na Flying Lotusa i Hudsona Mohawke.
Po jakimś czasie, dla zabicia nudy poszliśmy spalić gibona na Live Stage, żeby przy okazji obadać o co chodzi z innymi artystami którzy występowali tego dnia. Akurat zaczynał grać niejaki John Hopkins. Ludzie którzy przyszli gościa posłuchać, jarali się w opór. Koleś starał się robić show za konsoletą, np. przekręcając efektownie gałką. Pss... nie żebym był jakimś hejterem, ale ani mnie to ziębiło ani parzyło. Jednym słowem nuda, nie widziałem powodu do krzyknięcia, popularnego: Jeeeeeaaaaaa! Nuda, powtarzam nuda. Zostaliśmy na długość dżointa i jeszcze z kilka numerów, żeby nie było, że olewka na maksa. No ale nie obronił się koleś. Jednak cieszę się że to widziałem. Dlaczego? (O tym za moment). Było coraz później, czas spędzaliśmy na rozmowach ze znajomymi, odwiedziliśmy "łatwopalny" jak nas zapewniano - Red Bull Music Academy Bus (Fajna inicjatywa, żeby zebrać absolwentów w jednym miejscu).
Połaziliśmy jeszcze chwilę, aż zbliżała się godzina pierwsza. Chwilę przed 1-wszą w nocy na scenie pojawił się Flying Lotus, zaczął testować sprzęt i jak na profesjonalistę przystało, wykalibrował sobie brzmienie odsłuchów, bez pomocy akustyków... już chwile pierwszych uderzeń w pady zwiastowały totalne rozpierdzielenie naszych głów przez najbliższe półtorej godziny.

I to był moment na który czekałem, aby nawiązać z powrotem do John'a Hopkinsa... Człowiek nieustannie w życiu dokonuje porównań, tylko to jest dla niego punktem odniesienia co może być lepsze, a co gorsze. Otóż, moi drodzy, Flying Lotus zjadał na śniadanie tego białasa jeszcze zanim zaczął na dobre swój set. Ze 100ną śmialiśmy się nawet przez moment, że tamten tak się podniecał nad skręceniem gałki która przysporzy jego ambientowi jakiegoś "piorunującego" efektu, no ale nic z tego. Flying Lotus jest kozakiem i tamten by mógł mu najwyżej buty czyścić.
Przed występem zastanawiałem się, czego można się spodziewać... Czy regularnego setu - miksu, z klubowym zacięciem żeby publika dobrze się bawiła, a może live acty które pokażą nam proces budowania/grania albumów 1983 czy też Los Angeles... Jak powszechnie wiadomo, to był debiut muzyka w Polsce, ponadto zanim zaczął grać był zaledwie od trzech godzin w naszym kraju. Jak się domyślam, chciał zrobić na nas jak największe wrażenie, zestawiając coś pomiędzy live-actem a dj-setem, przeplatając swoje remiksy innych artystów (Madvillain - Shadows of Tomorrow, Lil Wayne - A Milli, Robo Tussin - tutaj to byłem totalnie rozwalony, jak to brzmiało na tym odsłuchu, Ogień!) ponadto przechodząc z coraz to bardziej rozbudowane bassowe, junglowe, dubstepowe kompozycje, po czym wracając do brzmień które znamy z płyt długogrających. Fly Lo ponadto imponował opanowaniem bit-maszyny... grał z taką precyzją i dynamiką, że szczena opadała. Ciężko, dobrze oddać to wszystko słowami, chyba trzeba było tam być żeby poczuć o co chodzi z muzyce Flying Lotus'a. Po pierwsze nauczyłem się tego, że nie ma sensu puszczać jego kompozycji po ciuchu. Ważne jest też to, żeby sprzęt dawał radę i najlepiej żeby tak pizgał, żeby Wam kielonki w barku pękały. To z zasady ma napierdalać. Każdy kolejny numer powodował jeszcze większe napięcie, a to jeszcze większą euforię publiki. A stan mojej euforii to już chyba w ogóle był największy, po tym co zobaczyłem i usłyszałem, stałem się ultra-fanem FlyLo. Trzeba było widzieć wyraz zadowolenia na jego twarzy, gdy popalał sobie dżointa i pił polskie piwo, bawiąc się razem ze swoimi słuchaczami. Oczywiście non-stop podkręcając atmosferę pośród publiczności. W połowie setu, ktoś z obsługi technicznej przyniósł bezprzewodowy mikrofon, w tym momencie to już w ogóle byliśmy świadkami ultra-szału wśród zebranych pod sceną. Fly mówił do poszczególnych osób które najgłośniej krzyczały, albo wariowały tańcząc, nie przestając hajpować, podnosił wyżej i wyżej temperaturę podczas imprezy. Ci co mnie znają, wiedzą że nie lubię siedzieć cicho. Więc poleciały requesty, o coś z nadchodzącego "Blackmagic" Jose James'a, o rzeczy z Brainfeeder, Fly Lo zaraz podłapał temat i mówi:
-Oh, do you really wanna hear some Jose James or Ras G shit? Do you know Gaslamp Killer?
Wsród publiczności zrobił się totalny hałas, Flying Lotus był bardzo zadowolony, zapowiedział Dj'kę z Amsterdamu Mamiko Motto, która pograła chwilę przed występem, tego jakże niezwykle utalentowanego chłopaka z Glasgow w Szkocji - Hudsona Mohawke. Czas na szybkie uzupełnienie płynów, coby się lepiej, dalej krzyczało. I oczywiście z powrotem wbitka pod scenę. Hudson gotowy i odpala swoje bangery! Ja pierdole, powiem kolokwialnie, ten koleś wypracował sobie taki styl, że blisko mu do jakiegoś nowobrzmieniowego geniuszu! Nic dziwnego, że WARP ani sekundy się nie zastanawiał nad możliwością wydania "Butter" był to drugi cudowny set tej nocy. Hudson zagrał krócej niż Flying Lotus, ale za to bardzo zjawiskowo. Żałuję że nie usłyszałem track'a "Are you feelin high", który mogliśmy posłuchać na mixtapie Kutmaha pt. Dusted Soul (Mochilla). Przykro mi też, że nie usłyszałem w secie Hudson'a żadnego kawałka z serii tych nad którymi pracował ze świetnym soulowym wokalistą, OliveremDaySoulem, którego możecie kojarzyć z mojego bloga, kiedy pisałem o albumie pt. "Kilowatt", lub możecie kojarzyć numer "Spaceship" z wyżej wymienionej płyty, ponieważ otwierał on moje pierwsze DDC Radio. Następnie warto pochwalić VJ'ów, którzy obsługiwali te sety. Niestety nie wiem kim byli, ale należą im się tutaj ta linijka, bo świetnie uzupełniali mechaniczne dźwięki Fly Lo i jakże bardzo soulful brzmienia Hudsona. Flying Lotus, co jakiś czas pojawiał się na scenie obok Mohawke'a i podkręcał publiczność do wrzasku!
Chwilę później holenderka Mamiko, rozrzucała jakieś naklejki przy barierkach od sceny, tak się składało że tam sobie właśnie stałem i pomyślałem:
-Kurde może zapytam ją czy mogę zamienić słowo z Flying Lotusem...
Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Powiedziałem czym się zajmuje i po chwili przyszedł Flying Lotus! Rozwaliłem się autentycznie na miejscu! Na rozmowę załapał się też Afree, którego w tym miejscu najserdeczniej pozdrawiam.

Przedstawiłem się grzecznie, powiedziałem że staram się promować w Polsce nowe-brzmienia z Kaliforni, a co za tym idzie całe Brainfeeder crew. Pogadaliśmy o jego show, po czym zapytałem czy istnieje możliwość zrobienia imprezy/imprez w ramach najbliższej trasy Brainfeeder'a. I w tym miejscu siostrzeniec Alice Coltrane mnie trochę zaskoczył. Otóż, powiedział, że w tym roku Polska chyba nie jest jeszcze gotowa na takie brzmienie, które oni w tym momencie tam rozwijają? Więc pewnie, będzie trzeba próbować w przyszłym roku. Ale co dokładnie chciał przez to powiedzieć, to nie mam pojęcia. Chwilę później dołączył do nas manager Fly Lo, Dean z Ninja Tune... i zaproponował się pomóc mi, jeśli tylko będę miał jakieś pytania odnośnie organizacji takiego eventu w Polsce. No i kontakt jest i zobaczymy co się da zrobić. Wielu z Was ominął ten fenomenalny koncert, a jak może być w nieco innych, niefestiwalowych warunkach z towarzystwem powiedzmy Rasa G czy Samiyama albo Gaslamp Killer'a? Masakra! Oczywiście, daleki jestem od zapowiadania Brainfeeder'a w Polsce już teraz... ale kto wie. Na pewno w kraju mamy miasta i publikę, która przyjęła by ich z otwartymi ramionami. Było by całkiem miło... wróć... miło? Co ja pierdole, to byłby istny koniec świata, wyobrażacie sobie przenieść magię The Low End Theory na polski grunt? To by było z pewnością szalone! Później zeszliśmy na luźniejsze tematy, rozmawialiśmy o płytach, kolaboracjach, o muzyce w ogóle.Jest jeszcze jedna historia, wcześniej dostawałem massive respects za tatuaż od znajomych, potem twittowałem z Ras'em G na ten temat i otrzymałem: "WOW". Ale reakcji Fly Lo nie przewidziałem... przybił mi piątkę, zapytał czy może sobie zrobić Iphonem fotke dziary Sun Ra, i powiedział że jestem "dope". Jestem bardzo dumny z tego wykonania, chociaż to nie koniec, to respekt dla Wajdka za wykonanie. Na koniec, zapytał mnie która z płyt Sun Ra mi się najbardziej podoba? Odpowiedziałem, że: "Lanquidity" z 78', Fly uśmiechnął się i powiedział:
-Jak każdemu...
Zaprzeczyć się temu nie da, ten krążek jest wyjątkowy.

Zaraz po strzeleniu sobie fotki z komóry, bo jak zwykle poszedłem bez żadnego sprzętu, zaczęto zamykać teren festiwalu na noc. Do pociągu mieliśmy jeszcze dużo czasu, więc poszliśmy sobie na afterparty do klubu, którego nazwy teraz sobie nie przypomnę... mieszane uczucia co do setów, kilka fajnych kawałków, ale wtedy już nie to było najważniejsze, melanż trwał, wystrój klubu jak na domówce, wjazd za friko jak byłeś uczestnikiem festiwalu. Czego chcieć więcej? Wbiliśmy tam całym składem, z tym że tym razem towarzyszył nam niezmordowany Teezy z swoją ekipą. Impreza udana, 100na i Tokyo poszli na wcześniejszy pociąg... a ja i Daniel postanowiliśmy trzymać flagę do zamknięcia klubu. We wnęce spłonął ostatni gibon, poznając przy tym wrocławskiego architekta, który przegapił to o czym pisałem wyżej. O 7:34 wsiedliśmy do pociągu. W przedziale dosiadł się do nas Jurek. Jest to gość w wieku 57 lat. Często jeździ trasą Katowice - Kołobrzeg, bardzo wyluzowany typ. Lubi jarać Mocne i Męskie, oczywiście nie omieszkał poczęstować Daniela jednym, jak i drugim. Niby jest taka historia, że jak raz rzucał palenie, to przyjechały dwie straże pożarne, bo jak twierdzi rzucił na poduszkę. Ponadto w życiu jest dla niego wszystko - baju-baju. Fan dżemu i Black Sabbat. Klasyczna postać.

*(fot. Joanna Combik / Onet.pl)

środa, 26 sierpnia 2009

Od Bilala po EWH


Zanim wyjdę z domu wrzucić na przedramię postać Sun Ra w stylu Banksy'ego chciałbym zostawić jeszcze kilka słów. Chciałbym napisać przede wszystkim o Bilal'u, który niedawno opublikował swój najnowszy mixtape pt. "The Return of Mr. Wonderful". Całość została zmiksowana przez Dj'a Statik'a. Selekcja jest świetna, bo w jednym miejscu mamy wszystkie utwory w których Mr. Wonderful (bo takie jest Bilala Oliver'a nowe alter-ego) występował przez ostatnie lata. Mamy Jay-Z, Beyonce, Commona, Jay Dee, Mos Def'a, i można by tak wymieniać i wymieniać. Jaram się, czekam cały czas na nowy album, który produkują prze-muzycy z kosmicznego SA-RA Creative Partners. Ciekawe czy kiedyś zobaczymy Bilala w Polsce na jakimś koncercie... może tak. Fajnie by było.

I fajnie pewnie będzie w Październiku otóż istnieje duża szansa na zorganizowanie koncertu Electric Wire Hustle w Warszawie. Jeśli ich jeszcze nie znacie, sprawdźcie myspace oraz ostatnią audycję Benjiego B gdzie pojawił się utwór "Chaser". EWH to trio: Myele Manzanza, Taay Ninh, MaraTK - tworzą razem projekt soulowo-elektroniczny, jak pewnie słyszycie to coś pomiędzy Steve'm Spacekiem a Fat Freddys Drop, no ale ekipa jest w końcu z Nowej Zelandii więc w sumie nic dziwnego. Czekam na LP'ka który już niebawem 09.09.09.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Wróciłem.

Mentalcut, na swoim blogu, w pierwszym, po najdłuższej, 11-sto dniowej przerwie w pisaniu, wrzucił takie zdanie:

Również dzięki Waszym głosom na tegoroczny HipHop Kemp w Czechach wybrał się Sebol. Z tego co wiem, wrócił cały. Już wkrótce być może relacja na jego blogu.


I mistrzowsko to uchwycił, bo muszę napisać o tym że "nie ma miejsca jak Kemp" - jak mawiają niektórzy. Ja pierdole... nie bywałem na festiwalach, ten był moim pierwszym i jestem w totalnym szoku. Nie wiem czy to przypadłość kilkudniowych eventów, czy po prostu atmosfera na Hip Hop Kempie jest tak wyjątkowa. Zakochałem się. I to nie ze względu na line-up - bynajmniej to już nie to co mnie najbardziej rajcuje w muzyce, ale bawiłem się wyśmienicie i wrócę tam za rok z całą swoją ekipą, bo muszą przeżyć tę jakże cudowną do granic możliwości patologię! I nie mówię już o samej podróży pociągiem, która w jedną jak i w drugą stronę była zajebista, mimo gnieżdżenia się w tłumie przy kiblu. Dżoj sturlany na legalu i miła podróż. Przesiadka we Wrocku, wbitka do pierwszej klasy. Dopłata. 5tka z dymem. Pięknie. 10 - rano na miejscu. Wbijam się po akredytację i spotykam Dj'a Torta z ekipą (przemili ludzie i pozdrawiam gorąco!) zdobyłem akredytację i poszedłem na pole namiotowe rozbić swój trzydniowy dom. Tam czekali na mnie Ada i Luca (którego, jak się okazało znam z Diggin! Big Up! Do zobaczenia w Kato w sobote na FlyLo!) Poznałem ekipę z Włocławka - oczywiście skojarzona z JuNouMi i w zamian za skręcenie dżoja dostałem browara! Od razu wiedziałem że to będzie moja ekipa. Rozbiliśmy namioty i czilowaliśmy na słońcu bo pogoda była Boska. Tego wieczoru widziałem Tetrisa i Torta (świetny występ, energia, publika kumała teksty, moc!), a później El Da Senseia i Returnersów. Poszedłem spać, bo w końcu od 48h byłem na nogach. Rano wczesna pobudka, bo słońce nie dawało wyleżeć w namiotach. Zebraliśmy się i poszliśmy nad jezioro. Ultra melanż do godzin późno popołudniowych i powrót po rum z kolą i następne koncerty. Z piątku pamiętam tylko mocny występ Blu i Exile'a a później Method Mana, bo w międzyczasie musiałem wypocząć na polu, bo byłem zbyt "spatologowany". Potem koncert Method'a - ultra energia, zarówno ze strony artysty jak i publiczości, klasyki Wu Tangu, krzyki i bezcenny uśmiech Cheese'a, po efekcie imprezy którą zagrał. Po tysiąckroć się jaram! Nie dotarłem na imprezy w hangarach później bo jak zwykle bylem zbyt mocno zmelanżowany. W piątek zrobiło się deszczowo. Przynosiło to niezła ulgę, a poza tym, tego wieczoru miał spaść Warszawski Deszcz. A więc pojawiłem się pod sceną jeszcze na koncercie Planet Asia, a zaraz po nich w rytm "Deszczów Niespokojnych" na scenę, z parasolami wbił Tede i Numer Raz z dwona hajpmenami. Kempowicze zaśpiewali cały track, i chłopaki zaczęli od "Od 99' Płynę". Ja pierdole. Pod sceną szał i pogo. Bębny tak napierdalały, jak najlepsze kawałki w golden age (w ogóle, jaram się tym bitem!) i zagrali tak dobrze, że nawet ludzie co nie znali Polskiego komentowali jak bardzo to jest zajebiste. Po prostu Warszafski Deszcz pokazał klasę. Cieszę się że wrócili i to w tak świetnym stylu! Potem poszedłem znowu się czillować do namiotu i przegapilem Devina, i La Coka Nostra (ale ostatnimi akurat się tak nie jaram, więc jakoś nie żałuję, chociaż podobno niezły gnój był jak zagrali "Jump Around"). Żałuję że nie widziałem U-N-I, występu J-Live'a oraz Camp Lo. no ale mój organizm mnie zwiódł, sen okazał się silniejszy - więc trudno się mówi. Jak dla mnie to Kemp, mógłby składać się tylko z pól namiotowych. Niemcy ze swoimi sound-systemami, albo poranno- niedzielny set Dj'a Feel X'a załatwiły by sprawę. Na bank jestem za rok, z całą ekipą!

Pozdrawiam: Adę i Lukę czyli niezastąpionych towarzyszy podróży. Ekipę z Włocławka, nie pamiętam ksywek, dlatego pozdrawiam kolektywnie! No okej, no to w szczególności wymienię Dj'a Gówno, chociaż wiem, że leciałeś w chuja z tą ksywą! Pozdrawiam małolatów ze Świdnicy, przerabiacie tony baki, ultra napędzacie wiry, oby tak dalej - mam nadzieję że jeszcze kiedyś się zobaczymy! Pozdrawiam, klikę z forum SSF, cieszę się że Was poznałem, pewnie będziemy się jeszcze widzieć na festiwalach i nie jedno spalimy! Pozdrawiam ekipę z Poznania, a w szczególności Agatę i Enrikle (prawie Was nie wdziałem!). Propsy dla Ajka, myślałem że łatwiej będzie się znaleźć, ale przynajmniej się przywitaliśmy. Pozdrawiam wszystkich przybyłych za wspólne krzyki, na polu i nad jeziorem, za wspólny melanż, odstąpione piwa, wina, wódkę, rum, whisky i wszystko inne! Kemp jest zajebisty!


Wschód w drodze do Czech

Wyjebista pogoda! Celebrujemy kemp!

Ekipa

Ghettoblaster nad jeziorem

Jezioro!

Włocławski biwak

Dj Gówno! Wanna buy my shit? I got mixtapes only dwieście koron!

Method Man

Warszafski Deszcz

Bezbolesny powrót.

środa, 19 sierpnia 2009

Z podziękowaniami dla wszystkich


Tak się zastanawiam, od kilku dni właściwie, jak mogę Wam kochani podziękować. Właśnie jestem w trakcie pakowania na tego-roczny Hip-Hop Kemp. A to wszystko dzięki Wam, bo oddaliście głos na mojego bloga... Takie wyróżnienie, to niezłe ukoronowanie pracy "solo" od roku albo więcej. Po tym jak roboty nad wersalką, powoli dobiegały końca, Icek przy jednym z wielu "spotkań na szczycie", podsunął mi pomysł prowadzenia czegoś swojego. No i teraz widzę że miało to sens, bo śledząc dzienny ruch na stronie, wiem że nie robię tego do szuflady... i każdy w końcu znajduje coś dla siebie i wraca po więcej. To fajne uczucie. Przez ten czas, dowiedzieliście się że Sebol jest "soul-brother", więc i przyszedł czas na skrócenie domeny, żeby łatwiej było zapamiętać, stąd, jak pewnie zauważyliście strona przekierowuje się samoistnie na zwyczajne sebol.com.pl. Blog wygrał sondę dzięki użytkownikom, w większości pewnie moim przyjaciołom, którzy chcieli pomóc spełnić moje marzenia, dlatego Wam w pierwszej kolejności pragnę podziękować. Ickowi za motywacje do działania i złożenie grafiki, RSO196, czyli Mirkowi za użyczenie cennego czasu i weny twórczej za stworzenie layoutu. Mentalcutowi za promocję mojego pisania na swojej stronie i oczywiście za częste, klubowe i połódniowo-amerykańskie (w sensie rapowe) inspiracje brzmieniami. No i rzeczywistości dziękuję, za to że jest jaka jest i że co chwile mnie zadziwia, co odzwierciedlam czasem w swoich postach. Pozdrawiam również uczestników konkursu, prowadźcie dalej swoje blogi - jak widzicie czasami można coś ugrać! W szczególności propsuję, Łukasza odpowiedzialnego za stronkę MyRecordCrate odwalasz dobrą robotę, często zaglądam!
Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak dopalić dżointa, dokończyć się pakować, o 2giej w nocy wsiąść w pociąg na głównym w Poznaniu, przesiąść się w Kudowie Zdrój, wymienić sos na czeskie dzięgi, no i zajebiście dobrze się bawić przez najbliższe dni. Mam nadzieję że uda mi się spalić lola z MethodManem to by było co wspominać... kurde, jak wnuk mi się kiedyś zapyta...
-Ej dziadek z kim jarałeś w życiu gibony...
-A wiesz synek z Method Manem np...
Z pewnością odpowie:
-Wooooooow! Nieźle, dziadek na serio nieźle.
Po powrocie nie zwalniamy tempa. 5 dni roboczych i w weekend wyjazd do Katowic posłuchać Flying Lotusa i Hudson'a Mohawke. To będzie dopiero cios!
Do zobaczenia w Hardec Kralove!
PS: Postaram się twittować.

sobota, 15 sierpnia 2009

Podcasty, podcasty, podcasty.


Muzyka się zmienia... promocja muzyki się zmienia, formy komunikacji się nieustannie zmieniają. Wszystko się zmienia... Nie da się tego nie zauważyć, tym bardziej wtedy gdy jak na talerzu widać, jak wszystko jest ze sobą sprzężone. Weźmy chociaż twitter... niby prosty jak budowa cepa, ale śledzisz tych artystów, masz dostęp do tego nad czym aktualnie pracują, a co lepsze wiesz to wszystko bezpośrednio od nich. Często, możesz nawet empirycznie sprawdzić co wyczarowali w nocy, gdy wszyscy jeszcze spaliśmy... Szukanie zajebistej muzyki stało się jeszcze prostsze, zresztą widzę że już pieprze bzdury... muzyka sama nas znajduje! Kiedyś w latach 90-tych, gdy byłem jeszcze dzieciakiem wymieniałem się kasetami, przegrywałem i o muzie dowiadywałem się tyle ile zasłyszałem podczas procesu wymiany. Pamiętam, że wtedy najczęściej wymieniałem się z kumplem z 4-tego bloku który dostawał paczki z USA, stąd przegrywane N.W.A czy pierwszy kontakt ze Slum Village. Fajnie że do okolic 99-tego, wrócili działacze ze Stones Throw... wrzucając w 10 rocznicę klasycznego już dla wielu albumu Lootpack, Soundpieces: Da Antidote. 50#Podcast, to zrzut z kasety która została wydana na początku 99-roku, i tworzyła mega-mix tego co stworzyli w tamtym czasie Madlib, Dj Romes i Wildchild. Musicie to obadać! Kilka zdań prosto ze strony wytwórni:

Side one is tracks from earlier Lootpack singles, side two is tracks from Soundpieces, but throughout the mix are various other Madlib beats - some unreleased, and some that would later get worked into tracks like Madvillain's “Rainbows.”

No właśnie... I teraz sami widzicie, downloader podcastów ITunes'a sam mnie poinformował o możliwości pobrania podcastu, pobrałem go, słucham go, dodajemy do tego że nadających podobne rzeczy kanałów jest wiele. Stąd dociera do mnie wiele świeżości i starości z wielu gatunków muzycznych które mnie interesują, uczymy się i czerpiemy przyjemność z odgłosów wydobywających się z membran głośników... To przestało być trudne tak jak kiedyś. A pewnie wraz z końcem roku będziemy się komunikować za pomocą narzędzi które zupełnie zatrą granicę między piśmiennictwem a oralnością. Pewnie to będzie jakiś przełom... Póki co zostańmy jeszcze chwilę przy twitterze. Z Rasem G, z którym łączy nas wspólna, głęboka fascynacja postacią Sun Ra, wymieniłem kilka wiadomości. Dzięki temu dowiedziałem się o blogu o jakże wyjebistej nazwie Saturn Never Sleeps... Oj znajdziecie tam mocny materiał, którego kontent będzie pewnie jeszcze długo się rozwijał. Puki co, możecie pobrać SNS Podcast No. 1 – Sun Ra:Lectric Source Transmissions by King Britt, jestem do teraz nieźle "wkosmoswzięty" całą ideą. Oto jak zapowiadany jest Podcast:
King Britt’s sonic selections inspired by the first two Saturn Never Sleep Sun Ra:Lectric performances dedicated to the works and creative process of experimental jazz musician Sun Ra.

Mam wrażenie że mixtejpy w sensie taśm skończyły się wraz z rozpoczęciem nowego millenium, a od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami nowych narodzin tej samej formy, tylko że w kształcie digitalnym. Ciekawe, jak daleko to jeszcze pójdzie?

wtorek, 11 sierpnia 2009

JuNouCast #6 - Maceo!

Na blogu DoJuNouMi oraz na sajcie JuNouCastów znajdziecie szóstą część podcastów sygnowanych nazwą tego jakże wypasionego crew. Wolumin #6 przygotował Maceo... jeśli nie wiecie jeszcze kto to, wpadnijcie na jego myspace i zobaczcie z kim miał przyjemność pracować... lista robi wrażenie. Wrażenie robi także tracklista, sam zastanawiam się czy ułożył bym ją lepiej - pewnie nie, dlatego jaram się w opór i zachodzę w myśl, czy nie jest to jak dotąd najlepsza z części. Chociaż jak porównywać ją z innymi, skoro spektrum muzyczne prezentowane na JuNouCastach jest tak szerokie że nie sposób dokonać ich porównania? Nie będę się rozpisywał szerzej na temat selekcji, bo najlepiej zrobił to autor. Bez wątpienia, jaram się. A jak spotkam Maceo kiedyś, gdzieś to z pewnością przybiję piątke za wsparcie i promocję cyber-space-ultra-magnetic-soulful-music. Big up!

A oto kilka słów od Chocolate Moose:
"Perspektywy cybernetyki, kryzysy ideologii... Muzyka dodekafoniczna albo elektronowa" - ta kwestia wypowiedziane niemal pięćdziesiąt lat temu przez pannę Pelagię w filmie "Niewinni Czarodzieje", brzmi dziś niemal proroczo. Pierwsza dekada dwudziestego pierwszego wieku upływa w atmosferze technologicznej wolności i stylistycznego chaosu. Dzięki internetowi nowa muzyka stała się ogólnie dostępna; jednocześnie inne media blokują świadomość jej potencjalnych odbiorców poprzez promowanie wąskiego grona artystów, których twórczość jest w stanie przynieść największe zyski. A tymczasem w podziemiu aż kipi od niczym nie skrępowanych eksperymentów międzygatunkowych, których celem jest nieustający progres. Czerpanie inspiracji z przeszłości jest jak najbardziej wskazane, ale ważne by nadać im współczesny kontekst, a nie tylko tworzyć kalki w stylu retro. Syntetyczne brzmienie lat 80tych doskonale wpasowało się ostatnio w kalifornijski świat soulu, co próbuję udowodnić w pierwszej części mojego podcastu. Perfekcyjna harmonia pomiędzy syntezatorowymi plamami, funkującymi liniami basowymi granymi na żywo, boomclapowymi beatami z akcentem na raz, oraz znakomitymi czarnymi wokalami, to właśnie nowy CyberSoul, którego zalążki odnalazłem niegdyś w tworczości pochodzącego z L.A. duetu J'Davey. Zamieszczona tu próbka ich najnowszego kawałka miażdży prostotą i zarazem skutecznością i jednoznacznie dowodzi, że Jack Davey i Brook D'Leau nie bez powodu mówią o sobie "black Eurythmics". Wcześniej jednak sześć numerów, które w zaskakujący sposób spaja beat niezapomnianego klasyku Prince'a "When Doves Cry". Zwłaszcza sąsiadujące z nim kawałki Dam Funk i Yahzarah zawdzięczają mu najwiecej. Otwierający podcast Dimitri Ustinov z Cornelią i Om'Masem z Sa-Ra oraz Aqeel wysoko ustawiły poprzeczkę dla mixu, który z założenia miał być radykalny, świeży i zarazem taneczny. Musiała więc pojawić się Janelle Monae z Wondaland, choć o to skąd wziął się tu Radiohead nie pytajcie, bo sam nie mam pojęciawinking W każdym razie druga część dryfuje od nowozelandzkiego tech soulu w kierunku kosmicznego hip hopu, który poraża przede wszystkim grubaśnym, przestrzennym soundem. Cieszy obecność w tym zestawieniu naszego Łukasza Seligi, w odsłonie nieco wolniejszej i bardziej zrelaksowanej, niż SLG. Stawkę zamykają same asy w postaci Flying Lotusa, Black Milka (który nieprzypadkowo dekonstruuje loop z... "When Doves Cry"), nowej wspaniałej Sa-Ra i królowej Badu. Chocolate Moose Cyber Soul to moja dźwiękowa wycieczka w przyszłość, która, jak zawsze, jest teraz."


DOWNLOAD
!

1. Dimitri Ustinov, Cornelia & Om'Mas Keith - Get Your Laces Tight
2. Aqeel - Rock Hard
3. Yahzarah - Fast Lane
4. Prince - When Doves Cry
5. Dam Funk - Cosmic Fun
6. Wayna - Midnight Rendezvous
7. J'Davey - End Of The World (Mama's Back)
8. Janelle Monae - Many Moons
9. Kid Sister - Dam Girl (Dj Gant Man Juke remix)
10. Radiohead - Weird Fishes/Arpeggio
11. Julien Dyne - Stained Glass Fresh Frozen
12. Algorythm & Blues - Cute Ass Algorithm (Filewile remix)
13. Edit - Back Up Off The Floor Pt.2 feat. The Grouch
14. Syrafin - The Game Is Mine feat. J Todd
15. Dave Notti - Get Real!
16. Stone Detectives - Audio Teleport
17. Eru Dangerspiel - Utterly
18. Seliga - The Dreamer (exclusive)
19. Flying Lotus - Melt
20. Black Milk vs. The Artist - Purple Track 10
21. Sa-Ra Creative Partners - Melodee N'mynor
22. Erykah Badu - My People
23. Martyn - Bridge 1


PS: Dane mi było zobaczyć nową odsłonę stronki JuNouCastów i z pewnością Wam się spodoba, dlatego trzymajcie rękę na pulsie wypatrując za kolejnymi woluminami!

Sebol prosi o wsparcie!

Wasz dostarczyciel wiadomości ze świata muzyki, czyli ja (śmiech) bierze udział w konkursie na najlepszy blog, zaangażowany w promocję Hip Hop Kemp 2009, oczywiście wiadomo, że może nie jestem najbardziej zaangażowanym bloggerem w promocję, bo info odnośnie Kempu najlepiej szukać na ichszej stronie. Ale zawsze możecie pomóc swojemu koledze, który chętnie odwiedził by Kemp... Bez waszej pomocy to się nie uda! A więc nie pozostaje Wam nic innego, jak oddać głos na sebol-soul-brother.blogspot.com. Sprawa jest o tyle utrudniona że należy zarejestrować się na stronie domowej festiwalu, bo tylko wtedy sonda jest widoczna. Mam nadzieję, że jeśli krzyknąłbym - pomożecie? Usłyszałbym od Was - pomożemy!!!

piątek, 7 sierpnia 2009

Nowości warte sprawdzenia...

Po pierwsze należy wspomnieć o świrze którego znacie już z mojego bloga, strony Brainfeeder'a, Stones Throw, z niezliczonych show Mary Anne Hobbs... oczywiście mowa o Gaslamp Killerze, który jest jednym z największych szaleńców jakich dane było mi usłyszeć w świecie klubowego grania, a przy tym to postać z chyba najbardziej eklektycznym stylem grania jaki w tej chwili chodzi po ziemi. Na pewno ma coś w sobie z "Git Kolesia" znanego z 4funTV, pierdoli zasady i nie jest frajerem! Krzyczy do mikrofonu i ludzie to czują. Dało się to odczuć na tegorocznym Sonar Festiwalu w Barcelonie na filmikach dostarczonych przez Mary Anne Hobbs. Jak to wygląda w The Low End Theory, miejscówce gdzie Gaslamp Killer (bo o nim cały czas mowa) jest dla imprezujących Bogiem za gramofonami - nie widziałem! Ale z pewnością warto byłoby dziś pojawić się w L.A. w największym w tej chwili muzycznym laboratorium. Ale do rzeczy... bo się rozpisałem a jeszcze nic ciekawego z tego nie wynika. A więc, na dniach premierę swoją miała EPka Gaslamp Killer'a pt. "My Troubled Mind" (dokładnie 4tego sierpnia) i trzeba przyznać że jest świetna, ciężko przykleić tutaj znowu jakąś metkę, ale jak na gościa z L.A. który wydaje 10" z pakietem instrumentali chyba warto zaliczyć do "sceny beat", no nie? W każdym razie, mamy świetne intro, za nim mroczny "Anything Worse", który przeplatał się już w jakichś miksach... i tak dalej przez 12 minut, aż wchodzi coś co kompletnie zaskakuje (choć nie powinno zaskakiwać tych co znają GLK), otóż EPka kończy się 3 minutowym trackiem z brytyjskim wokalem pt. "Birthday Music" który był męczony na repeacie od kilku dni... Gaslamp Killer jest szalony, a My "Troubled Mind EP" jest zajebisty. Pamiętajcie że wyszło tylko 2000 sztuk, które są ręcznie numerowane... więc należy się spieszyć jeśli by was to interesowało.
Gaslamp Killer - My Troubled Mind EP

No ale to nie wszystko, bo jak nie chcecie w tej chwili nic kupować... to zawsze możecie zapisać się do subskrypcji Brainfeeder'a i pobierać co po chwile nowe podcasty przygotowane przez członków wytwórni bądź ich przyjaciół. Polecam wam najnowszy podcast Gaslamp'a który ukazał się pod tytułem "Gaslamp Killers" - świetna robota, praktycznie same instrumentale, czasami oplatane tylko jakimiś dialogami. Świetnie to wchodzi, GLK ewidentnie skupił się tutaj na brzmieniach perkusji, musicie to sprawdzić sami!

A jak stwierdzicie że to Was przerasta, i że głowa się od tego gotuje i nie możecie tego słuchać, no to odsyłam znowu do Dam-Funk'a. Otóż, pojawiła się druga część (z 5-ciu) serii zatytułowanej Toeachizown. Tym razem D-F odrywa nas od ziemi... Wolumin drugi nosi podtytuł Fly.

Oto jak opisuje swoją robotę sam autor:
“Fly is Vol. 2 of the 'digital release' from Toeachizown. The first 3 tracks Flying V Ride (which is a reference 2 the fabled UFO that many have reported seeing in their lifetime), Candy Dancin’ & Burn Straight Thru U co-exist as a 'suite' called ‘The Move Suite’. Yes, 3 songs that are joined together as 1. Candy Dancin’ also features a wicked synth solo & vocoder contribution by the 1 and only Mark de Clive-Lowe.

The remaining 3 joints of this volume on this 'digital release' represent exactly what the title of this volume is: Fly. They're joints that U can roll 2. Let your hair down 2. Vibe with a lady 2 (or vice-versa), + stay 'fly' 2. I know there's still some fly ladies & gentlemen out there. This Vol. 2 from my Toeachizown project is...4 U. - D-F”


Jeeeeaaa!

środa, 5 sierpnia 2009

DDC Radio#2: Soulcast

Piona! Wczoraj u "Icka na chacie" odbyło się kolejne spotkanie na szczycie, gdzie myśleliśmy nad tym: "co jeszcze można zrobić?"... Buszek przyniósł łapówkę w postaci Ballantines'a, pogadaliśmy o projektach a inne przyspieszyliśmy.

Tak więc od wczoraj możecie pobierać pierwszą w Polsce piracką soulową audycję radiową... znaną od 8 miesięcy jako DDC radio. Link znajdziecie tutaj. Oczywiście jak zwykle znajdziecie tam wiele potknięć, błędów i nieprawdziwych informacji, tak jak ta że "You Know What The Love Is" pochodzi z Fantastic vol. II, a tak na serio to pojawiło się to na Fantastic vol. I grupy Slum Village (RIP Baatin, RIP Dilla), ale mam nadzieję że mi to wybaczycie. Na tamtej sesji pojawił się Prof a kwestią techniczną zajmował się jak zawsze Icek. Nie jest to może soulowe "Rinse.FM", ale mieliśmy bardzo dużo zabawy sklejając to w całość. Okładka, tym razem dużo bardziej profesjonalna jest zaprojektowana przez RSO196, dzięki Miraz, zajebista robota! To co? Posłuchacie?

1. Erykah Badu - Next Lifetime (Baduizm)
2. Dwight Trible & The Life Force Trio ft. SA-RA - Equipoise (Equipoise EP)
3. Ty & Kory - Hey Ty (Raw & Bangin' Vol. 1 Mixtape)
4. Glen Anthony Henry - Relax & Love (Relax and Love)
5. Platinum Pied Pipers - Deep Inside (Triple P)
6. Prince & The New Power Generation - Diamonds & Pearls (Diamonds & Pearls)
7. Darien Brockington - Don't Say Goodbye (Somebody To Love)
8. Gil Scott-Heron - Did You Hear What They Said? (Free Will)
9. Bilal - Lord Don't Let It (A Love for Sale - Unreleased)
10. J*Davey - Valley Of Love (Land Of The Lost Episode)
11. Peter Hadar - First Sight (Memories of the Heart)
12. The Foreign Exchange - Something To Behold Feat. Darien Brockington & Muhsinah (Leave It All Behind)
13. Hudson Mohawke - Are You Feeling High (Unreleased)
14. Kid Cudi - Pillow Talk (Plain Pat & Emile Presents a KiD named CuDi)
14. N.E.R.D - You Know What (Seeing Sounds)
15. Harmonic 313 - Falling Away ft. Steve Spacek (When Machines Exceed Human Intelligence)
16. Pharrell - Big White Spaceship (Unreleased)
17. Slum Village - You Know What Love Is (Fantastic Vol. I)