Strony

środa, 25 lutego 2009

Sebola blues do osiedli

Dziś przez cały dzień obcowałem z muzyką Om'Mas'a Keitha o czym pisałem niżej... Mam nadzieję że sprawdziliście te kawałki. Po powrocie z pracy w której nie spotkały mnie zbyt miłe rzeczy, postanowiłem "prędko coś załatwić". Więc jak zwykle wgrałem coś na Ipod'a i poszedłem w osiedle. Spotkałem się z ludźmi i jak zwykle rozmawialiśmy... o życiu, dziwnych lutach w głowie i amfetaminowych uzależnianiach oraz o postaciach legendach w tych kwestiach. Dało to do myślenia... Czasem jak słyszę niektóre historie to strasznie się dziwie o jaki świat przyszło mi się troskać. Potem, jak zwykłe łapa-łapa i do chaty. Więc wrzuciłem z powrotem słuchawki na głowę i ustawiłem kawałek "Streets Is Cold" w wykonaniu Marks'a i Om'Mas'a... przed oczyma rysowały się 10-cio piętrowe projekty. Na ulicy było mokro, zimno... i z dupy. Z dedykacją dla ulic utwór "Streets Is Cold".

Marks and Om'Mas Keith - Streets Is Cold


Om'Mas Keith



To, że jaram się Sa-Ra Creative Partners, tajemnicą dla nikogo już nie jest. Pisałem tutaj o nich wiele razy... o solowych dokonaniach Taz'a, Shafiq'a i Om'Mas'a też już nawijałem. No, ale czasem dzieją się tak wielkie rzeczy, że trzeba powiedzieć jeszcze więcej... i tak jest w przypadku Om'Mas'a Keith'a. Z tego co wiem, gość dużo podróżuje, a jak już gdzieś się rusza, to produkuje numery z różnymi ludźmi. Postaram się przedstawić wam jak to mniej więcej wygląda.

W 2007 roku, Om'Mas pojawił się na Red Bull Music Academy w Toronto... i wysmażył tam kawałek z Sarah Lahey, poniżej macie próbkę i możliwość zapisania na dysk.

Sarah Lahey & Om’mas Keith - Get Over It


Dobre, co nie? Heh, ale to nie wszystko! Cały czas mnie fascynuje fakt że Creative Partners są tak wszechstronni że poruszają się chyba na gruncie każdego gatunku muzyki. W kawałku ponieżej mówi się o spotkaniu "modern soulu" z "Detroit housem", no i co tu więcej powiedzieć... Udało się - ten kawałek to petarda! Warto poszukać 12" "Chemistry"

Theo Parrish ft Om'Mas Keith, Steve Spacek, Andreya Triana, - Chemistry








Ale to nie koniec! Niestety (albo stety!) żeby usłyszeć to arcydzieło trzeba posłuchać ostatniej audycji Benjiego B w 1xtra. Oto link. Co ja gadam, nawet nie tyle ostatniej, co 3ch ostatnich audycji - bo ten kawałek o którym mowa, to taki banger że Benji puszcza go od 3-ch tygodni z rzędu! Za czym szukać?

Mark Pritchard ft Om’Mas – Wind It Up


Ale i tak pozostaje Ci tylko audycja bo w necie tego nie znajdziesz... Absolutny klasyk! Uczta dla fanów Harmonic 313 i Marka Pritchard'a no i szalonych wokali Om'Mas'a.

wtorek, 17 lutego 2009

Kutmah



Zamęczę Was... wybaczcie, ale w Poo Bah Records wychodzą takie rzeczy że trzeba o nich dwa zdania powiedzieć. Pisałem już o Ras'ie G, Blackmonku, Shafiqu - a teraz pora na wyróżnienie Kutmah'a. Odkryłem gościa, jakiś czas temu przypadkiem przeglądając katalog mixów wydanych w Mochilla (to Ci od KeepInTime), Kutmah wypuścił tam składak pt."Dusted Soul". Powiem szczerze, że jaram się selekcją. No i w ten sposób dotarłem do 10" która ukazała się pod nazwą "Warm Like The Sun". Żeby było jasne, nie będę tutaj używał określenia Hip-Hop, bowiem artyści wydający w Poo Bah, wolą być ustawiani jako przedstawiciele "New Beat Generation". Czego można spodziewać się po tym krążku? No więc, mamy dwie "siuty", strona A i strona B... mroczne to, mocne to, gęste to. Sprawdź to!

poniedziałek, 16 lutego 2009

Blackmonk


Ostatnio wkręcam się w muzykę dość małej wytwórni: Poo Bah Records. Pisałem już o niej przy okazji EPki Shafiq'a Husayn'a (z Sa-Ra Creative Partners - ale o tym już wiecie). Działają tam tacy ludzie jak Ras G, Kutmah, Kan Kick czy Ta'Raach... ale chciałem napisać o kimś jeszcze innym. Oczywiste, że tak, jak napisałem w tytule chodzi o Blackmonk'a. Oczywiście trzeba sprawdzić wszystko, ale niestety nie ma tego dużo:

Blackmonk - Northern Lights 7"

Blackmonk - Monk Music EP

Blackmonk and Ras G - Day & Night

Nie wrzucam tracków, obadajcie myspace Blackmonka, z odsłuchów polecam remiks Celestial Blues Dwight'a Trible.

niedziela, 15 lutego 2009

Smarki Smark vs Jazz Liberatorz

Ktoś, nie wiem kto, wpadł na pomysł zrobienia blendtejpu z rymami Smarkiego na bitach od Jazz Liberatorz

LINK


A poniżej moja stara rozmowa z Jazz Liberatorz...


Witam was, na samym początku powiedzcie coś więcej o sobie – do tej pory broniliście się tylko (albo aż) muzyką, a więc kim są Dj Damage, Dusty oraz Madhi?

Witaj! Dzięki za cierpliwość i przykro nam, że tak długo to trwało… Każdy z naszej trójki jest dj'em oraz beatmaker'em. Znamy się od niezłych paru lat, pochodzimy z jednego miasteczka, leżącego na przedmieściach Paryża. Dusty i ja (Mahdi) pracowaliśmy razem zanim jeszcze powstała formacja Jazz Liberatorz. Dj Damage’a znamy od lat 90tych - prowadził wówczas audycję radiową o Hip Hopie. Wraz Dusty'm nagrywaliśmy transmisje tych audycji, lubiliśmy i zajmowaliśmy się podobną muzyką. Tym sposobem zaczęliśmy ze sobą współpracować, a nasz wspólny projekt jest tej współpracy owocem.

Jak zatem wygląda podział zadań w Jazz Liberatorz? Jako trio producenckie musicie być nieźle zorganizowani… Robicie wszystko od początku do końca razem?

Każdy członek naszej ekipy wnosi swój wkład, nie potrzebujemy określania stanowisk, aby wiedzieć co do kogo należy (bębny na przykład są najczęściej dogrywane przez Dusty’ego). Słuchamy masy różnych płyt, do momentu, kiedy któryś z nas nie wyłapie czegoś oryginalnego, jak na przykład pewien wyjątkowy dźwięk, czy wibracja pochodząca z sampla... Dalej droga już jest prosta. Na poziomie wyboru sampli, staramy się wytworzyć specyficzną atmosferę w kawałku i nie tylko. Tworzenie muzyki ma wiele wspólnego z układaniem puzzli...

Porozmawiajmy troszkę o waszym brzmieniu, skąd pomysły na takie bębny – i gdzie szperacie w poszukiwaniu sampli? Wychwyciłem – „Peace Go With You Brother”, Gil’a Scott’a Heron’a na „What’s Real”… świetny pomysł!

Jesteśmy wielkimi fanami mało popularnego groove-jazzu; takich ikon jak Cti/Kudu, Blackjazz, Muse, Blue Note, Prestige… To nasze źródła inspiracji, z nich czerpiemy pomysły. Gil Scott Heron jest dla nas w tej materii absolutnym autorytetem, jesteśmy bardzo dumni z efektów naszej współpracy. Cieszymy się, że spodobał Ci się akurat ten utwór.

Niekiedy ludzie zajmujący się „etykietowaniem” muzyki nazywają was wykonawcami Down-Tempo, Nu Jazz – czy czujecie się mocniej związani z hip-hopem… Tym bardziej że wasz vibe, to pierwsza połowa lat 90’tych…

Całkowicie nas rozszyfrowałeś - jesteśmy chłopakami lat 90tych, karmionymi muzyką Buckwild’a, Lord Finess’a , Diamond'a D, Pete’a Rocka, ATCQ, De La Soul, Pharcyde, Premier…
Aktualnie słuchamy więcej jazzu niż hip hop'u. Nasza muzyka nadal jest nasączona hip hopem, jednakże jazz jest coraz częściej obecny w naszych dźwiękach. Jesteśmy jedynie beatmakerami, czasem także sfrustrowanymi muzykami. Dlatego też chcemy nadać naszym utworom więcej życia.

Na dzień dzisiejszy macie na koncie 5 - 12”, moim zdaniem każda z nich to strzał w dziesiątkę. Ciekawi mnie jednak, co się z wami działo zanim zadebiutowaliście z pierwszym materiałem?

Wraz z Dusty'm produkowaliśmy francuski rap - Futuristik, Malediction du Nord, Ritmo... Damage z kolei zajmował się wówczas breakbeat'ami, megamixem, audycjami radiowymi, oraz największym ze swoich nałogów - mixtapem.

Już na pierwszym krążku pojawił się Aloe Blacc. W wywiadzie dla nas, powiedział że poznaliście się oraz nawiązaliście kontakt dzięki jego przyjacielowi o ksywce Eeastoar. Z wypowiedzi Aloe Blacc'a wynika również, że to on szukał was – musieliście zatem już parę lat temu narobić wiele szumu we Francji… Jak jest naprawdę?

W rzeczywistości żadnego szumu nie narobiliśmy, to było dopiero nasze drugie wyjście, właśnie zakończyliśmy remiks dla Erica Pierra (Shade of Soul). W momencie, kiedy tworzyliśmy muzykę z Aloe, byliśmy nowo powstałą grupą. Chcemy przy okazji jeszcze raz podziękować Eostarowi za tę pierwszą 12” z Aloe Blacc’iem, był to bowiem dla nas przełomowy moment i wielka szansa.

Aloe dodał w wywiadzie, że bardzo chętnie powtórzyłby kolaborację z wami. Myślicie, że doszłoby to do skutku? Ciekawe jak zabrzmiałby na waszych produkcjach, nowy bardziej soul’owy Aloe…

Oczywiście, że tak! Jest nam bardzo miło to słyszeć. To najbardziej wszechstronny facet jakiego znamy – po prostu genialny. Potrafi dostroić się do każdego wygrywanego beatu: zmienić rytm, śpiewać. Chcielibyśmy ponownie z nim nagrywać, stworzyć utwór, który byłby kompletnie różny od „What’s Real’ – mamy nadzieję, że nasza ponowna współpraca dojdzie do skutku. Ten koleś jest naprawdę niezwykły.

Na rynku pojawił się następnie singiel z Declaime’m – w tym przypadku nie znamy osoby, która was poznała. Jak doszło do waszej współpracy?

Zostaliśmy powiadomieni przez Lefto, naszego przyjaciela z Belgii, że Declaime gra na festiwalu w Holandii. To właśnie dzięki niemu udało nam się przekonać Declaime'a, aby przyjechał do Paryża i nagrał z nami kawałek. To było naprawdę świetne. Pamiętam, że kiedy powstawał nasz projekt, zrobiliśmy listę osób, które chcielibyśmy zaprosić do naszego kolejnego albumu. Declaime był pierwszy na tej liście – to ogromne wyróżnienie móc z nim współpracować. Facet jest geniuszem, ma niespotykaną klasę.

To samo pytanie – tym razem mam na myśli Wildchild’a?

Wildchild grał koncert w Paryżu, który był organizowany przez naszych znajomych z grupy hip hopowej. To właśnie oni wpadli na ten pomysł. Wildchild okazał się wielkim profesjonalistą - sam napisał tekst przed przyjazdem. Przygotował również kartki z tekstem dla chóru. Bardzo szybko układa rymy, jest naprawdę świetnym MC.

Jak było w przypadku T. Love?

T. Love była w Paryżu.. Slurg - jeszcze jeden znajomy - przedstawił ją nam. Byliśmy bardzo podekscytowani, kiedy dowiedzieliśmy się o możliwości współpracy. Oczarowała nas jej EP'ka i w ogóle cały album. Świetnie się dogadywaliśmy i szybko między nami zaiskrzyło. T. Love przesłuchała nasze kawałki, z których wybrała 2 lub 3 i wróciła parę dni później by nagrać ścieżkę. Ta dziewczyna jest niesamowita, potrafi bez trudności przejść od jazzu poprzez rap aż po „spoken word”. Na każdym nagranym kawałku jest swobodna i wyluzowana. T. Love ma nieprzeciętny talent.

Jak zrodziła się współpraca z Fatlip'em?

Fatlip grał koncert w Paryżu razem z Tre Hardson'em i Omni. Jako wielkim fanom Pharcyde, warunki nam sprzyjały i zrobiliśmy jeden utwór przy ich współpracy. Znajdzie się on na naszym LP. W tym czasie zrodził się także pomysł, aby nagrać osiem utworów z Fatlipem. Skontaktowaliśmy się z nim w L.A i zaprosiliśmy do Paryża. Niestety, z powodu presji czasowej, nie mogliśmy nagrać wszystkich ośmiu kawałków. Zrobiliśmy jednak maxi „Backpackers” i małą niespodziankę na naszym albumie. Fatlip jest człowiekiem o wielkiej charyzmie i sile. Ma głos, który z pewnością przejdzie do historii hip hopu. To wielki MC o wszechstronnych umiejętnościach, a jego wersy na „Backpackers” pozostaną na długo w pamięci każdego, co jest dla nas efektem większym niż oczekiwaliśmy.

Od jakiegoś czasu współpracujecie z saksofonistą oraz flecistą grupy Faya Dub - Rico, może kilka słów o nim?

Damage co tydzień grał koncert w jednym z paryskich klubów. W tym samym miejscu grała też grupa Rico - Faya Dub. Spodobały nam się bardzo jego dźwięki wygrywane na flecie, w szczególności na płytach Huberta Laws. Zależało nam bardzo, aby pojawił się na jednym z naszych utworów, zaproponowaliśmy mu więc współpracę. Ten facet jest prawdziwym magikiem, owładnął nas swoją muzyką.

Jak z perspektywy czasu zapatrujecie się na swoje produkcje? Ja zostałem zaskakiwany z krążka na krążek, po tak dobrych singlach jak „What’s Real” czy „Music Makes The World Go Round”, myślałem że nie da się stworzyć kolejnego równie doskonałego singla, po czym znokautowaliście mnie „Backpackers” – nie mogę się doczekać następnych.

Cieszymy się, że ci się podoba. Próbujemy zaprezentować się z różnych stron – różnych brzmień, stylów... kolejne 12’’ są częściami albumu.

Do tej pory nieprzerwanie stawiacie na wydawanie swoich płyt w wytwórni KIF Records. Domyślam się, że po tak długiej współpracy nie zamierzacie się wycofywać.. Czy nie było jednak odzewu z takich wytwórni jak Stones Throw, a być może innych?

Label KIF Records wierzył w nas od początku. Zainwestował w naszą grupę nie mając gwarancji sukcesu, ten gatunek muzyki nie jest bowiem zbyt popularny w Francji. Żadna wytwórnia nie ma wyłączności na Jazz Liberatorz; jeśli możemy promować nasz zespół za pośrednictwem innych wytwórni to dlaczego nie? Jesteśmy otwarci na propozycje...

Jakie macie dalsze plany wydawnicze? Jeszcze kilka kolejnych 12”? Czy też od razu długo oczekiwana przez fanów płyta długogrająca?

LP miał wyjść w listopadzie 2006 roku. Jest jednak planowany na luty 2007, z powodu kolaboracji, w których uczestniczyliśmy na drugim brzegu Atlantyku.

Pytanie którego mogliście się spodziewać, czego możemy oczekiwać na LP?

Zaprezentujemy coś bardziej bogatego niż na naszych dotychczasowych maxi singlach, z kawałkami rapowanymi, śpiewanymi, instrumentalnymi. Jednakże barwa dźwięku pozostanie nadal ta sama szczególnie, jeśli chodzi o utwory z czasów „What’s Real”. Pojawi się też wielu utalentowanych gości.

Z kim wiążecie plany na kolaboracje w przyszłości? Czyżby Tre Hardson lub Crown City Rockers? (Na ostatnim singlu, Fatlip wspomina The Artifacts – być może doprowadzicie do ponownego połączenia sił El Da Sensei’a i Tame One’a)

Jesteś świetnie poinformowany. Spotkamy się ponownie z Tre Hardson'em u boku Fatlipa i Omni, Raashan Ahmad również pojawi się na naszym LP... i wiele innych osobistości. Tego jednak nie chcemy zdradzić, bo nie byłoby niespodzianki!

Jak wygląda wasz występ Live? Czego fani mogą spodziewać się na imprezach Jazz Liberatorz?

Aktualnie, gramy sety. Dla beatmaker'ów przemieszczanie się miedzy domowym studio a sceną nie jest łatwe. Zastanawiamy się obecnie nad pomieszaniem sprzętów, muzyków i gramofonów, aby zrobić dobre show. Trzeba się mocno przy tym napracować. Na chwilę obecną jesteśmy jednak pochłonięci ostatnimi przygotowaniami do albumu oraz mixami.

Czy istnieje możliwość usłyszenia was w naszych stronach? Być może już planujecie wypad do Polski?

Będziemy bardzo szczęśliwi, jeśli nadarzy się okazja odwiedzenia Polski, wiele dobrego słyszeliśmy o waszej scenie muzycznej. Gdy już przyjedziemy, to mam nadzieję, że oprowadzisz nas po miejscach, które warto zobaczyć.


Ostatnie słowa dla słuchaczy i fanów Jazz Liberatorz z Polski?

Dzięki za wasze wsparcie! Mamy nadzieję, że niedługo spotkamy się na koncercie w Polsce. Do zobaczenia!

piątek, 13 lutego 2009

Footprints-Jazz.blogspot.com


Witam,

W związku z kryzysem gospodarczym, domena http://www.fuzz.pl w ciągu dni, godzin a nawet minut przestanie działać. A co za tym idzie przenieśliśmy wszystkie dostępne mixy na nowy adres http://www.footprints-jazz.blogspot.com. Zapraszam do odwiedzania, bo w przyszłości jeszcze coś zapewne będzie się działo. Jeśli macie gdzieś linki do sajtu, to też serdecznie apeluje o podmiankę. Dzięki!

Footprints Crew

wtorek, 10 lutego 2009

True ghetto stories vol. 3

Dziś trzecia odsłona „True Ghetto Stories”… Tym razem gościnie, znany wielu osobom naczelny „wierszymowa”, ukrywający się tutaj pod pseudonimem Kan Przechwa. Ksywa ta, to oczywiste zapożyczenie od innego polskiego „baśnioklety”, który pisał dla najmłodszych – Jana Brzechwy… Oczywiście nazwiska tutaj nie padną. Bo…? Kto ma wiedzieć, ten wie. Tekst, traktuje o małolatach, więc wszystko do siebie dobrze pasuje… Sprawdź to.



„Skoro Sebol otworzył wam wrota piekieł to zapraszam do mojego pokoju”
KAN PRZECHWA

Czołem!
Znasz to uczucie, gdy lekko skoszony po powrocie z miasta wysiadasz z nocnego we własnej okolicy i masz świadomość że cała ta podróż z bydłem już za tobą a do domu zostało tylko 50 metrów? Lubię ten moment. Wiesz, jest czas by zapalić to, co akurat pod ręką, i powoli zacząć sobie przypominać gdzie są klucze od chaty i ruszyć w punkt który widać z przystanku. Wieczór, który rozpocznie całą tę historię był właśnie taki… Wysiadałem zadowolony z autobusu ze słuchawkami na uszach mając w świadomości to, że jutro sobota i nic nie jest mnie w stanie wynieść z wyra przed południem. Ten błogi stan został jednak mi zabrany już w zarodku. Dosłownie parę sekund po wyjściu z 43 (dziś 243), dojechał do mnie koleś w kapturze i dresach ze ściągaczem na dole, tak, że białe skarpetki i adidasy były w nocnym świetle pomarańczowych latarń wystawione na pełen „dresiarski” szpan… Grożąc nożem powiedział:

„Wyskakuj z portfela i telefonu… I kurwa nie rób hałasu, bo to będzie ostatni hałas jaki w życiu narobisz…”

Przyznam się, że byłem tak kurwa zesrany, że myślałem tylko o tym, jak nie drażniąc go sięgnąć do kieszeni po fanty o które mu chodzi i uniknąć spotkania z tym co trzyma mi przy głowie. Nie muszę oczywiście wspominać że pasażerowie autobusu nocnego zmyli się w tempie ekspresowym, a „meble okienne” zawinęły akurat swoje kocyki z parapetów i poszły oglądać „M jak Miłość” albo inny telewizyjny shit… Można powiedzieć też, że każdemu z nas głos trząsł się… Mi, bo nie przeżyłem wcześniej tak hardcorowej próby skrojenia, a jemu, bo był tak spizgany, że nawet oczy miał rozlatane na wszystkie strony. Wszystko to trwało może z 15 sekund, ale w tak krótkim czasie doszło do mnie jedno… Kurwa koleś, który to robi, to mój najlepszy kumpel z dawnych lat… Wiesz, chce tu uniknąć imion więc nazwijmy go „Azal” (od ulicy Azaliowej na której się wychował). Zapytałem go ze spokojem, czy to on i od razu przypomniałem mu, kim jestem i skąd mnie zna. Gość spojrzał na mnie tym swoim nie do końca obecnym wzrokiem i powiedział z uśmiechem:

„Kurwa ziomek, to weź nie rób jaj, mów od razu, bo chciałem ci uśmiech na szyi dorobić. Opowiadaj co u ciebie”.

Nie mogłem opowiadać. Nogi miałem jak z waty, a pozatym wiedziałem, że trudno będzie nam się gadało albo jest to wręcz niemożliwe, wiec dałem mu ćmika, powiedziałem by na siebie uważał i poszedłem w stronę domu. Kurde, powiem Ci szczerze, że wszedłem do chaty i zacząłem myśleć jak to się stało, kiedy on doszedł do tego miejsca i co z resztą ekipy którą postanowiłem pewnego dnia opuścić…
Było nas czterech, jadąc dalej w deseń ulic był Buk, był Klon, był Azal i byłem ja. Chyba jako jedyny z nich miałem w miarę normalny i pozbawiony patologii dom. Tam było inaczej… Rodziny 10 osobowe. Buk, jak robiło się ciepło chodził spać do piwnicy by odpocząć od gnoju w chacie. Azal, razem z bratem kradli po sklepach, by nakarmić swoją najmłodszą siostrę, a następnie zbierali rodziców z podwórka, by ich psy nie powinęły - co mogło skończyć się odebraniem praw rodzicielskich. Klon miał niewiele starszą od siebie mamę, mieszkali w kawalerce i pech chciał że chłopakiem mamy był nasz nieco starszy kumpel, co doprowadziło w końcu do niezłego gnoju… Ale w tak głębokie zakamarki nie będziemy już zaglądać.
Na początku było zajebiście… Wiesz, łaziliśmy „na stary młyn” w Dębinie, pizgać w żuli kamieniami z mostu nad wartą, kradliśmy dunie na rynku i włamywaliśmy się na ogródki działkowe. Można powiedzieć że robiliśmy to samo, co dzieci na płatnym placu zabaw, tyle że u nas nie było placów zabaw, a na płatne nie miał nas kto i za co zabrać, wiec sami wymyślaliśmy sobie własne. Potem zaczęła tworzyć się prawdziwa przyjaźń, wiesz taka typowo poznawana w trudnych warunkach. Gdy jeden z takich czy innych powodów nie mógł wrócić do chaty, to drugi dawał mu schronienie w najgorszym razie w piwnicy albo na ogródku działkowym. Wiesz, zawsze było wiadomo że sam nie zostaniesz. Były też trudne momenty… Pamiętam jak kiedyś Klon i Buk powiedzieli mi, że brat Azala się ze mnie wyśmiewa i mam mu zajebać z baśki w nos, bo jak tego nie zrobię to nikt mnie tu nie będzie szanował. Tego bałem się najbardziej… Bycia jednym z tych gości do których mówi się:

„Spierdalajcie z boiska, teraz my gramy. Aha, tylko piłkę nam zostawcie”




Widziałem miny tych dzieciaków i zawsze przerażała mnie możliwość bycia nimi. Gdy brat Azala przyszedł do nas, podszedłem do niego i zrobiłem tak jak mi kazali. On się tego kompletnie nie spodziewał wiec nos miał odsłonięty i w efekcie końcowym złamany, co skończyło się tym, że do dziś ma krzywy, bo rodzice byli zbyt pijani żeby z nim jechać do szpitala. Nie muszę ci chyba mówić, jak bardzo źle się wtedy czułem. Dowiedziałem się później od Azala, że to była taka próba czy dam rade komuś zajebać i czy nie jestem pizdą, ale on sam nie ma do mnie pretensji, bo jego brat dzień wcześniej okradł go i należało mu się. Od tej pory było już coraz gorzej… Oni kroili ludzi na dworcu PKP Dębiec, ja stałem na czatach. Zaczął się alkohol i pijackie bijatyki. Wszystko zaczęło przybierać tor, którego wszyscy kiedyś tak nienawidzili i za który mieli tyle pogardy wobec swoich rodziców. Na ulicy zrobił się burdel i ja nie wiedziałem jak się w syfie zachować. Miałem wtedy 14 lat, Buk z Azalem przyszli do mnie i powiedzieli że jest opcja wyniesienia z mleczarni grubego siana, że dzielimy się w trzech po równej sumie i jedyne co mam robić, to, to co zawsze, czyli stać i patrzeć czy nikt nie idzie. Gadaliśmy o tym dwie godziny u mnie na klatce. Dowiedziałem się, że ich człowiek zostawi im w środku otwarte drzwi w jednym z wyjść ewakuacyjnych, powiedzieli mi gdzie jest siano które chcą zabrać i jak mają tam iść. Wszystko było ugadane. Następnego dnia popołudnia zadzwoniłem do jednego z nich na telefon domowy i powiedziałem jego mamie, by przekazała synowi, że ja dziś nie idę na dwór, bo jestem chory. W tym dniu skończyła się nasza znajomość. Ja przestałem do nich chodzić, oni przestali do mnie dzwonić. Z Bukiem grałem jeszcze parę razy w piłkę, a Azyla spotkałem jak jechał na sprawę sądową, za pobicie ze stałym uszczerbkiem na zdrowiu jakiegoś kolesia w Parku Sołackim. Ktoś im nagrał temat, że będzie szedł gość z laptopem i dobrym telefonem i miało być standardowo, ale gość zaczął się rzucać i skończyło się tak, że Azal wbił mu nóż w kolano na tyle nieszczęśliwie, że gość miał stały paraliż całej nogi. Krótko po tym, Azal poszedł siedzieć i od tej pory widziałem się z nim już tylko raz na przystanku. Ponoć zawiesili mu przepustki. Kilka razy mnie jego brat zaczepił, czy mu na piwo dołożę i co u mnie… Takie tam gadki przy wyciąganiu portfela. Raz ze swoimi kumplami okradł cały parking przed moją chatą z felg, zostawiając tylko moje i właściciela sklepu spożywczego, który dawał im jedzenie na zeszyt. Podziękowałem mu wtedy, dałem piwo. Browara wziął ale do tego, że to on zrobił się nie przyznał i powiedział z lekkim uśmiechem że pewnie jakimś przypadkiem tak wyszło. Teraz siedzi razem z bratem. Klon się zkoksował, ale nie pomogło mu to zbytnio i też już siedzi ale ponoć w Rawiczu. Na Dębcu pojawiły się nowe twarze, tak jak Sebol wspominał, starsi uczą młodszych jak dobrze wyjąć radio z samochodu i jak ćwiczyć, by zajebać jednym pierdolnięciem. Tworzy się nowy świat, nie wiem czy inny, czy gorszy. Pewnie taki sam. Z innymi historiami i inną mentalnością, ale wciąż pozbawiony perspektyw na pokazanie tym dzieciakom innej drogi, bo przecież o ile łatwiej jest zawiesić w prawach ucznia za kradzież, niż dowiedzieć się od niego dlaczego to zrobił i jak do tego doszło, że musi w ten sposób wyrywać życiu własne kieszonkowe…

piątek, 6 lutego 2009

True ghetto stories vol. 2




Popularność wczorajszego posta natchnęła mnie do napisania kolejnej opowieści już dziś. Nie będzie to historia związana bezpośrednio z moim środowiskiem, ale powiedzmy że to o kimś z bliskiego sąsiedztwa. Wiecie jak to jest, jak się mieszka w blokach... niby jesteś anonimowy, bo osiedle jest wielkie, ale i tak na końcu okazuje się że to jednak wielka, "skumulowana" wieś, Czyli i tak każdy wszystko wie... I tak było w przypadku tej historii, która została zasłyszana przy wczorajszym obiedzie.

Ogólnie jest tak, że mało rozmawiam z rodziną. Ale przy obiedzie z Matką zawsze parę zdań zamienię. Wiadomo... Ale wczoraj było nieco inaczej... jem i prowadzimy small talk:

-Co w pracy?
-A wporzo, zapierdol jest...
-Aha, ej Sebol a wiesz co się stało?
-Nie - co się stało?
-Ewarest siedzi w więzieniu...
-O kurwa, co znowu odpierdolił?

No i zaczynamy story... W tym wypadku, nie ma legendy... Nie trzeba maskować imienia literką E, bo Ci co mają wiedzieć kto to jest, to i tak wiedzą, a imię to jest na tyle szalone że chciałbym żeby brało udział w historii.
Kim jest więc E czyli Ewarest?
Ewarest - to postać autentyczna, mieszkaniec 7-mego piętra w moim bloku (ja mieszkam na 8-mym), ale przed 7-mym stycznia moglibyście spotkać go najczęściej pod lewiatanem, na piwku i setuni*. Najczęściej w godzinach 6:00 - do zamknięcia sklepu. Oczywiście w towarzystwie Ojca Marasa, który zawsze z nim tam stoi (no i całkiem często się awanturują - bo jak to w rodzinie, nie zawsze znajdziesz konsensus). Ewarest ma już ze 40 lat, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jest alkoholikiem, bije matkę, która też jest alkoholikiem i pizga się ze starym z którym pije i który też jest alkoholikiem. Chyba u nich tylko pies nie pije, ale tego nie wiem... No w każdym razie Ewarest, pracował dla cyganów (z tego co powiedziała mojej matce, matka Ewaresta, która też zresztą coś tam dla nich robi). I Ewarest postanowił zostawić na jakiś czas Dębiec i pojechać od tak sobie do Francji! Tak, też byłem w szoku... I on do tej Francji pojechał kupić samochód (skąd kasa?! chuj wie...) ale pojechał z Cyganami (czy był to dobry pomysł? No, raczej nie). Wyruszyli z Polski pociągami. Tyle wiadomo, o wyjeździe. Co do powrotu jest gorzej... wracali autem, i nie wiem czy chodzi o jakiś rodzaj szerzącego się rasizmu w stosunku do cyganów w Niemczech, ale zatrzymano ich do rutynowej kontroli. Okazało się że Ewarest ma dopierdolone zaległe cło (niezapłacone 12tyś zł) za szmuglowanie fajek "back in the days"... do tego kilka zawiasów w PL, za bójki i pobicie policjanta oraz awantury w domu... Ewarest jest przetrzymywany w niemieckim więzieniu pod francuską granicą... przynajmniej do 1 maja 2009. Może wykonywać tel. raz na miesiąc...
No i puściej się zrobiło pod sklepem. Obroty pewnie spadną bo, on z ekipą to mógł dziennie niezły obrót zrobić. W mojej głowie rodzi się jedna myśl, co on zrobi bez wódy? I z tym dylematem, skończyłem kotleta i poszedłem dalej w świat na czwartkowe EDU! Dance Music w Eskulapie.

*setunia = 100ml wódy

czwartek, 5 lutego 2009

True ghetto stories

Podążając tą drogą (28 czerwca...)



Niebawem trafiłbyś tutaj (nadal 28 czerwca):



A to oznacza że jesteś na Dębcu! STOP! Najpierw będzie legenda:

*Ksywki będą takie jak w dzienniku, jeśli ktoś zbroił. For Example - Piotr Reiss = Piotr R.
*Wszystkie skróty będą prawdziwe. A Ci co mają wiedzieć o kogo chodzi to wiedzą o kogo chodzi.

I teraz można zacząć setki historii które przewijały się tutaj przez lata... zresztą każdy ma takie miejsce, w którym dzieją się te wszystkie szalone rzeczy. Dobre a czasem złe. Albo odwrotnie? Nie będę teraz wracał do przeszłości, o tym może kiedyś. Ale wczoraj dostałem esemesa od K o treści:

Te. Palimy jakieś baty dziś? Bo ja jestem tak wyjebany że zdycham i tylko jakiś siwy wąs może mnie uratować


Miałem robić stuff do seminarium magisterskiego, ale nie pomóc koledze w depresji? Nie mogłem odmówić. Chwytam tel i dzwonie do D.

-Jesteś?
-Będę za godzinę...
-Ok, to widzimy się na podwórku

Czekając na pakunek, spotkaliśmy starego znajomego którego ja akurat sto lat nie widziałem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Był to P. i wracał z ciepłowni bo tam właśnie pracuje. Podobno firma upada i wszystkich niedługo wypierdolą. Ale on porobił kursy i pewnie znajdzie pracę bez problemu, a poza tym jak to powiedział, idąc po dżoja który miał wypełnić czas w oczekiwaniu na naszego...

Mam tyle kasy, że nie mam co z nią robić


Pewnie zażartował, no ale nabyliśmy piwo, zeszliśmy do piwnicy zrobiliśmy temat i pogadaliśmy o starych czasach, i dziwnych historiach o których nie miałem pojęcia. Po pierwsze, Młody K. i Mały P. ćwiczą na siłce, biorą "w chuj dużo na klate" chociaż wyglądają na chudych i są w takim miejscu że nie chciał byś ich spotkać na ulicy po zmroku. Sam czuje respekt, podobno też Starszy K. "podkurwia" ich żeby dzięki agresji pompowali więcej... Ale w końcu na ulicy wszystko da się załatwić, no nie?! Więc mam nadzieję że jakoś sobie poradzę. Ale to jeszcze nic. Na Dębcu znajdują się maszyny do grania w monety, wiecie, taki mini hazard. Ale ludzie w to napierdalają. Okazuje się że są już nawet uzależnienia od tego. P. wyznał że pierwsze co zrobi jak się obudzi to dżoj i maszyna. P. umie w to grać i potrafi wyciągnąć na czysto dziennie na 3 sztuki zioła (60 zł) a raz na Hotelu wygrał w 20 min 1600 zł. Sam tego nie próbuj musisz mieć rower, jeździć po wielu maszynach i znać system. W każdym razie, mamy też na dzielnicy młode pary (poniżej lat 20) które mają już dzieciaki. No, w takich rodzinach z tego co wiem jest ciężko, a najgorzej jak Ojciec dziecka zacznie grać w maszyny i nie do końca zna system... co zrobić. Nie jest kolorowo, ale Dębiec nawet zimą po 22:00 ma klimat... Lubie tu być i na podwórko przychodzić, trochę historii zasłyszeć... Wczoraj uratowałem przyjaciela od stresu, dziś wezmę się za tę magisterkę. Bez odbioru!