Strony

niedziela, 30 sierpnia 2009

Tauron Nowa Muzyka/Flying Lotus i Hudson Mohawke


Zanim wybraliśmy się do Katowic w sobotę, w piątek pod wieżą RTV w Poznaniu Mentalcut urządził domówkę. Patologia w klasycznym stylu. Każdy wniósł coś do tego interesu, a więc w mgnieniu oka trochę się uzbierało i zaczęliśmy melanżowanie. Nie wiedząc dokładnie dlaczego, tego wieczoru nie miałem wkręty na mocniejsze picie. Pewnie dlatego, że trzy dni wcześniej, w środku tygodnia (wtorek, jak dobrze pamiętam) Icek urządził "mocne picie whisky" na swoim kwadracie. A wiadomo, że zwykli śmiertelnicy muszą zapierdalać na drugi dzień do roboty... Oj, jaki chory byłem, a wieczorem jeszcze ten tatuaż. Stąd wycieńczony tygodniem zmagań, przy braku asertywności w kontekście zaproszeń przyjaciół, musiałem nabrać siły na wydarzenie które czekało nas w Katowicach w sobotę.
Mieszkanie Jakuba opuściliśmy z Adą, Ickiem i Martą blisko o 3-ciej w nocy, co po powrocie do siebie dawało szansę "pierdolnięcia" siódemeczki, tak jak należy, żeby bez zbędnego męczenia się znieść podróż na Śląsk. I to właśnie wtedy zgubiłem Daniela - towarzysza podróży, który jak to określił przez ostatni tydzień trzeźwy był tylko 24 minuty. Ale co zrobisz, gdy w grę wchodzą urodziny i każdy chce je celebrować? YouTube Party pod wieżą RTV, zamieniło się w birthday party Daniela. Urodziny zakończono około 5 nad ranem, gdy zniknęła ostatnia kropla alkoholu i zgasł ostatni kiep dżoja. Reszta uczestników domówki rozjechała się w swoje strony, a Daniel przetransportował się na Dębiec, gdzie jeszcze trwały jego urodziny... (w końcu 40 osób z pod bloku tak szybko się nie rozejdzie). Wszcząłem poszukiwania Danielsa. Od Dżej dowiedziałem się, że telefon jest zniszczony, ale zostawił numer pod który mam się kontaktować, gdybym nie mógł go znaleźć. Niestety tam nikt też nie odbierał. Cały Dębiec o 11 rano nic nie wiedział, więc zacząłem się zastanawiać komu oddać bilet w ostatniej chwili, żeby się nie zmarnował, i jak organizować dalszą podróż. Na szczęście blisko 12 rano Daniel sam się znalazł. Bo, jak to określił - zatrzymały go "małe perturbacje". W końcu dogadani i spakowani - byliśmy gotowi do drogi. Po drodze zgarnęliśmy 100nę, a na dworcu dołączył do nas Tokyo. Skład na jednodniowy wypad do Katowic na Tauron Nowa Muzyka był pełny. No to w drogę...
Poleca się jeździć w weekendy, wtedy zawsze prędzej czy później dopchasz się do komfortowej miejscówki. My jakoś od Wrocka mieliśmy przedział tylko dla siebie. Zmontowaliśmy temat, zrobiło się wesoło i w chillującym klimacie poruszaliśmy się na "dirty south". W tym miejscu należy oddać szacunek, kondycji Daniela, który zaliczył przed wyjazdem trzy imprezy w jeden wieczór, a w domu był tylko kilkanaście minut. Chęć zobaczenia Flying Lotusa i Hudsona Mohawke była silniejsza od stanu fizycznego, który był na wykończeniu.

W pociągu dokonaliśmy ostatnich ustaleń z resztą znajomych z którymi mieliśmy spotkać się na placu festiwalu. Tak, więc to jest miejsce gdzie z pozdrawiam wszystkich którzy przybyli na Tauron: Lucę, JMS'a (chociaż my się cały czas mijaliśmy i w efekcie się nie spotkaliśmy), Olobolo, Dj'a Weekida, Good Paula no i w jeszcze większej szczególności - afterparty king'a Teezy Tomka (S1).
Do Katowic dojechaliśmy po 21. Na szybko ogarnęliśmy McDonalds'a i poszliśmy na plac festiwalu. I w tym miejscu - od razu, z miejsca, tak jak stoję - pochwała dla organizatorów. Widowiskowo przygotowany szyb wydobywczy, miejsce widoczne z daleka i całkiem chwytliwy "trademark" swoją drogą, który przewijał się na biletach, kuponach i wizualizacjach. Naprawdę super że festiwal z muzyką nową, został stworzony w miejscu postindustrialnym. Stare, monumentalne i trochę zniszczone już budynki, były doskonale oświetlone na kolorowo. Robiło to wrażenie. Budowało świetny klimat w czasie gdy sączysz browara w oczekiwaniu na Flying Lotusa i Hudsona Mohawke.
Po jakimś czasie, dla zabicia nudy poszliśmy spalić gibona na Live Stage, żeby przy okazji obadać o co chodzi z innymi artystami którzy występowali tego dnia. Akurat zaczynał grać niejaki John Hopkins. Ludzie którzy przyszli gościa posłuchać, jarali się w opór. Koleś starał się robić show za konsoletą, np. przekręcając efektownie gałką. Pss... nie żebym był jakimś hejterem, ale ani mnie to ziębiło ani parzyło. Jednym słowem nuda, nie widziałem powodu do krzyknięcia, popularnego: Jeeeeeaaaaaa! Nuda, powtarzam nuda. Zostaliśmy na długość dżointa i jeszcze z kilka numerów, żeby nie było, że olewka na maksa. No ale nie obronił się koleś. Jednak cieszę się że to widziałem. Dlaczego? (O tym za moment). Było coraz później, czas spędzaliśmy na rozmowach ze znajomymi, odwiedziliśmy "łatwopalny" jak nas zapewniano - Red Bull Music Academy Bus (Fajna inicjatywa, żeby zebrać absolwentów w jednym miejscu).
Połaziliśmy jeszcze chwilę, aż zbliżała się godzina pierwsza. Chwilę przed 1-wszą w nocy na scenie pojawił się Flying Lotus, zaczął testować sprzęt i jak na profesjonalistę przystało, wykalibrował sobie brzmienie odsłuchów, bez pomocy akustyków... już chwile pierwszych uderzeń w pady zwiastowały totalne rozpierdzielenie naszych głów przez najbliższe półtorej godziny.

I to był moment na który czekałem, aby nawiązać z powrotem do John'a Hopkinsa... Człowiek nieustannie w życiu dokonuje porównań, tylko to jest dla niego punktem odniesienia co może być lepsze, a co gorsze. Otóż, moi drodzy, Flying Lotus zjadał na śniadanie tego białasa jeszcze zanim zaczął na dobre swój set. Ze 100ną śmialiśmy się nawet przez moment, że tamten tak się podniecał nad skręceniem gałki która przysporzy jego ambientowi jakiegoś "piorunującego" efektu, no ale nic z tego. Flying Lotus jest kozakiem i tamten by mógł mu najwyżej buty czyścić.
Przed występem zastanawiałem się, czego można się spodziewać... Czy regularnego setu - miksu, z klubowym zacięciem żeby publika dobrze się bawiła, a może live acty które pokażą nam proces budowania/grania albumów 1983 czy też Los Angeles... Jak powszechnie wiadomo, to był debiut muzyka w Polsce, ponadto zanim zaczął grać był zaledwie od trzech godzin w naszym kraju. Jak się domyślam, chciał zrobić na nas jak największe wrażenie, zestawiając coś pomiędzy live-actem a dj-setem, przeplatając swoje remiksy innych artystów (Madvillain - Shadows of Tomorrow, Lil Wayne - A Milli, Robo Tussin - tutaj to byłem totalnie rozwalony, jak to brzmiało na tym odsłuchu, Ogień!) ponadto przechodząc z coraz to bardziej rozbudowane bassowe, junglowe, dubstepowe kompozycje, po czym wracając do brzmień które znamy z płyt długogrających. Fly Lo ponadto imponował opanowaniem bit-maszyny... grał z taką precyzją i dynamiką, że szczena opadała. Ciężko, dobrze oddać to wszystko słowami, chyba trzeba było tam być żeby poczuć o co chodzi z muzyce Flying Lotus'a. Po pierwsze nauczyłem się tego, że nie ma sensu puszczać jego kompozycji po ciuchu. Ważne jest też to, żeby sprzęt dawał radę i najlepiej żeby tak pizgał, żeby Wam kielonki w barku pękały. To z zasady ma napierdalać. Każdy kolejny numer powodował jeszcze większe napięcie, a to jeszcze większą euforię publiki. A stan mojej euforii to już chyba w ogóle był największy, po tym co zobaczyłem i usłyszałem, stałem się ultra-fanem FlyLo. Trzeba było widzieć wyraz zadowolenia na jego twarzy, gdy popalał sobie dżointa i pił polskie piwo, bawiąc się razem ze swoimi słuchaczami. Oczywiście non-stop podkręcając atmosferę pośród publiczności. W połowie setu, ktoś z obsługi technicznej przyniósł bezprzewodowy mikrofon, w tym momencie to już w ogóle byliśmy świadkami ultra-szału wśród zebranych pod sceną. Fly mówił do poszczególnych osób które najgłośniej krzyczały, albo wariowały tańcząc, nie przestając hajpować, podnosił wyżej i wyżej temperaturę podczas imprezy. Ci co mnie znają, wiedzą że nie lubię siedzieć cicho. Więc poleciały requesty, o coś z nadchodzącego "Blackmagic" Jose James'a, o rzeczy z Brainfeeder, Fly Lo zaraz podłapał temat i mówi:
-Oh, do you really wanna hear some Jose James or Ras G shit? Do you know Gaslamp Killer?
Wsród publiczności zrobił się totalny hałas, Flying Lotus był bardzo zadowolony, zapowiedział Dj'kę z Amsterdamu Mamiko Motto, która pograła chwilę przed występem, tego jakże niezwykle utalentowanego chłopaka z Glasgow w Szkocji - Hudsona Mohawke. Czas na szybkie uzupełnienie płynów, coby się lepiej, dalej krzyczało. I oczywiście z powrotem wbitka pod scenę. Hudson gotowy i odpala swoje bangery! Ja pierdole, powiem kolokwialnie, ten koleś wypracował sobie taki styl, że blisko mu do jakiegoś nowobrzmieniowego geniuszu! Nic dziwnego, że WARP ani sekundy się nie zastanawiał nad możliwością wydania "Butter" był to drugi cudowny set tej nocy. Hudson zagrał krócej niż Flying Lotus, ale za to bardzo zjawiskowo. Żałuję że nie usłyszałem track'a "Are you feelin high", który mogliśmy posłuchać na mixtapie Kutmaha pt. Dusted Soul (Mochilla). Przykro mi też, że nie usłyszałem w secie Hudson'a żadnego kawałka z serii tych nad którymi pracował ze świetnym soulowym wokalistą, OliveremDaySoulem, którego możecie kojarzyć z mojego bloga, kiedy pisałem o albumie pt. "Kilowatt", lub możecie kojarzyć numer "Spaceship" z wyżej wymienionej płyty, ponieważ otwierał on moje pierwsze DDC Radio. Następnie warto pochwalić VJ'ów, którzy obsługiwali te sety. Niestety nie wiem kim byli, ale należą im się tutaj ta linijka, bo świetnie uzupełniali mechaniczne dźwięki Fly Lo i jakże bardzo soulful brzmienia Hudsona. Flying Lotus, co jakiś czas pojawiał się na scenie obok Mohawke'a i podkręcał publiczność do wrzasku!
Chwilę później holenderka Mamiko, rozrzucała jakieś naklejki przy barierkach od sceny, tak się składało że tam sobie właśnie stałem i pomyślałem:
-Kurde może zapytam ją czy mogę zamienić słowo z Flying Lotusem...
Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Powiedziałem czym się zajmuje i po chwili przyszedł Flying Lotus! Rozwaliłem się autentycznie na miejscu! Na rozmowę załapał się też Afree, którego w tym miejscu najserdeczniej pozdrawiam.

Przedstawiłem się grzecznie, powiedziałem że staram się promować w Polsce nowe-brzmienia z Kaliforni, a co za tym idzie całe Brainfeeder crew. Pogadaliśmy o jego show, po czym zapytałem czy istnieje możliwość zrobienia imprezy/imprez w ramach najbliższej trasy Brainfeeder'a. I w tym miejscu siostrzeniec Alice Coltrane mnie trochę zaskoczył. Otóż, powiedział, że w tym roku Polska chyba nie jest jeszcze gotowa na takie brzmienie, które oni w tym momencie tam rozwijają? Więc pewnie, będzie trzeba próbować w przyszłym roku. Ale co dokładnie chciał przez to powiedzieć, to nie mam pojęcia. Chwilę później dołączył do nas manager Fly Lo, Dean z Ninja Tune... i zaproponował się pomóc mi, jeśli tylko będę miał jakieś pytania odnośnie organizacji takiego eventu w Polsce. No i kontakt jest i zobaczymy co się da zrobić. Wielu z Was ominął ten fenomenalny koncert, a jak może być w nieco innych, niefestiwalowych warunkach z towarzystwem powiedzmy Rasa G czy Samiyama albo Gaslamp Killer'a? Masakra! Oczywiście, daleki jestem od zapowiadania Brainfeeder'a w Polsce już teraz... ale kto wie. Na pewno w kraju mamy miasta i publikę, która przyjęła by ich z otwartymi ramionami. Było by całkiem miło... wróć... miło? Co ja pierdole, to byłby istny koniec świata, wyobrażacie sobie przenieść magię The Low End Theory na polski grunt? To by było z pewnością szalone! Później zeszliśmy na luźniejsze tematy, rozmawialiśmy o płytach, kolaboracjach, o muzyce w ogóle.Jest jeszcze jedna historia, wcześniej dostawałem massive respects za tatuaż od znajomych, potem twittowałem z Ras'em G na ten temat i otrzymałem: "WOW". Ale reakcji Fly Lo nie przewidziałem... przybił mi piątkę, zapytał czy może sobie zrobić Iphonem fotke dziary Sun Ra, i powiedział że jestem "dope". Jestem bardzo dumny z tego wykonania, chociaż to nie koniec, to respekt dla Wajdka za wykonanie. Na koniec, zapytał mnie która z płyt Sun Ra mi się najbardziej podoba? Odpowiedziałem, że: "Lanquidity" z 78', Fly uśmiechnął się i powiedział:
-Jak każdemu...
Zaprzeczyć się temu nie da, ten krążek jest wyjątkowy.

Zaraz po strzeleniu sobie fotki z komóry, bo jak zwykle poszedłem bez żadnego sprzętu, zaczęto zamykać teren festiwalu na noc. Do pociągu mieliśmy jeszcze dużo czasu, więc poszliśmy sobie na afterparty do klubu, którego nazwy teraz sobie nie przypomnę... mieszane uczucia co do setów, kilka fajnych kawałków, ale wtedy już nie to było najważniejsze, melanż trwał, wystrój klubu jak na domówce, wjazd za friko jak byłeś uczestnikiem festiwalu. Czego chcieć więcej? Wbiliśmy tam całym składem, z tym że tym razem towarzyszył nam niezmordowany Teezy z swoją ekipą. Impreza udana, 100na i Tokyo poszli na wcześniejszy pociąg... a ja i Daniel postanowiliśmy trzymać flagę do zamknięcia klubu. We wnęce spłonął ostatni gibon, poznając przy tym wrocławskiego architekta, który przegapił to o czym pisałem wyżej. O 7:34 wsiedliśmy do pociągu. W przedziale dosiadł się do nas Jurek. Jest to gość w wieku 57 lat. Często jeździ trasą Katowice - Kołobrzeg, bardzo wyluzowany typ. Lubi jarać Mocne i Męskie, oczywiście nie omieszkał poczęstować Daniela jednym, jak i drugim. Niby jest taka historia, że jak raz rzucał palenie, to przyjechały dwie straże pożarne, bo jak twierdzi rzucił na poduszkę. Ponadto w życiu jest dla niego wszystko - baju-baju. Fan dżemu i Black Sabbat. Klasyczna postać.

*(fot. Joanna Combik / Onet.pl)