Strony

sobota, 28 maja 2011

Massive respects for Gil Scott-Heron. Peace go with you, brother...

Wczoraj... a w zasadzie już dziś, blisko 4-tej nad ranem wracałem z całkiem sympatycznej domówki, gdzie było dużo śmiechu i całkiem sporo mniej lub bardziej celnych ripost. Jechałem sam autobusem nocnym w stronę Dębca, czasami odruchowo odpalam internet żeby zobaczyć czy ktoś pijany pisze coś głupiego. Niestety po tym co przeczytałem nie było mi do śmiechu wcale. Johari Palacio napisał "Rest In Power to the ancestor Gil Scott-Heron. Man, Poet, M.C., Thought Catalyst. If you don't know, do the knowledge." Zdębiałem. Wytrzeźwiałem i od razu zadzwoniłem do Icka. Też nie mógł uwierzyć. Wysłałem też kilka sms'ów, chociaż nigdy wcześniej w podobnych sytuacjach tego nie robiłem. Gdy wróciłem do domu, wrzuciłem tylko na ścianę mój ulubiony numer z "Winter In America" i poszedłem spać zdając sobie sprawę z tego, że ten dzień jest datą zamknięcia jednego z najważniejszych muzycznych rozdziałów w całym moim życiu. Kto czyta moją stronę od początku, albo zna mnie już kilka lat, doskonale wie że w tym momencie nie przesadzam. Jest mi teraz ciężko. Ostatni raz tak źle czułem się kiedy odszedł Jay. Czas, który włożyłem w kontemplacje jego muzyki, ilość godzin które poświęciłem na pisanie o nim, czasami przewyższa niektóre relacje z ludźmi, których spotykałem w swoim życiu. Żałuję że nie pojechałem do Berlina, kiedy był na trasie promującej album wydany w XL Records. Chyba nawet wtedy się komuś żaliłem, że to źle że nie jadę, bo to może być ostatnia szansa żeby zobaczyć i usłyszeć Gil'a na żywo. Miałem rację. To koniec.



Ten tekst, w skrócie opisujący życie i twórczość Gil'a Scott'a Heron'a, ukazał się już kilka lat temu w 2006 roku, w #41 numerze Magazynu Hip Hop. Wydaje mi się, że dotarł do zbyt małej ilości osób, więc wrzuciłem go na Wersalke. Internet daje większe szanse na to, że ludzie na niego trafią. Potem zdjęliśmy stronę "wygodną dla uszu", więc tekst znowu poszedł do "szuflady". Jakiś czas temu, po krótkiej rozmowie z Jędrzejem (którego wcześniej też czytaliście na wersalce, a dziś ma własny kąt do pisania -Soul-Jazz i to jego podcast jest soundtrackiem do tematu), postanowiłem kolejny raz wrzucić go online. A nóż, komuś się przyda...







“The Revolution Will Not Be Televised” – Gil Scott Heron

Mówi się o nim, że był adwokatem czarnej społeczności w Ameryce na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Mówi się też, że był jednym z najwybitniejszych czarnych poetów – jest porównywany do Langston’a Hughes’a, czy LeRoy’a Jones’a. Ponadto, dzięki swojej twórczości, stał się kluczową postacią w środowisku artystów, którzy tworzyli soul i spoken-word począwszy od późnych lat 60-tych aż po początek lat 90-tych. Dziś przez wielu nazywany jest „ojcem chrzestnym” muzyki rap. Oto tekst poświęcony Gil’owi Scott’owi Heron’owi, afro-amerykańskiemu aktywiście, który nie do końca był doceniany w momencie apogeum swojej twórczości...

Rodzina, szkoła, pierwsza poezja...


Gil urodził się w Chicago (Illinois) 1 kwietnia 1949 roku. Był synem Jamajskiego profesjonalnego piłkarza, Gil’a „The Black Arrow” Heron’a, który na początku lat 50-tych dołączył do szkockiego zespołu Glasgow Celtic Football Club. Warto dodać, że w owym czasie był to klub irlandzkich imigrantów, a „Czarna Strzała” - pierwszym czarnoskórym zawodnikiem w historii drużyny. Matka Gil’a ukończyła studia i pracowała jako bibliotekarka. Rodzice rozwiedli się, gdy Scott Heron był jeszcze dzieckiem. Chłopiec został odesłany do babci, co wiązało się z jego przeprowadzką z Chicago do Lincoln (Tennessee). To właśnie ona pomagała mu kształcić się od strony muzycznej. Kolejna przeprowadzka związana była z przemocą na tle rasowym w szkole (mieściła się ona w Jackson w Tennessee). W ten oto sposób młody Gil wrócił na Bronx i ponownie zamieszkał ze swoją matką. Chwilę później znów zmienił miejsce zamieszkania - tym razem znalazł się w hiszpańskiej dzielnicy mieszczącej się w Chelsea. Już jako trzynastolatek udowodnił, że ma talent do pisania: w 1962 ukazał się jego pierwszy tomik poetycki. W wieku dziewiętnastu lat Gil dostał się na Uniwersytet Lincoln w Pensylwanii. Po pierwszym roku porzucił studia, aby skupić się na pisaniu (kontynuował jednak edukację i ukończył uniwersytet Columbia). Zaowocowało to wydaniem jego pierwszej oficjalnej książki pt. „The Vulture” (1968) – co w wolnym tłumaczeniu oznacza „sępa” czyli człowieka wykorzystującego słabszych. Warto dodać, że publikacja ta została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków. Magazyn „The Essence” napisał, że jest to „silny start dla pisarza, który ma ważne rzeczy do przekazania”.

Brian Jackson, Bob Thiele i pierwsze nagrania dla Flying Dutchman Records

Mimo, iż przygoda z uczelnią okazała się dla Gil’a bardzo krótka, odegrała dużą rolę w jego dalszej karierze muzycznej. To właśnie tam poznał swojego przyjaciela i wieloletniego kolaboratora Brian’a Jackson’a. W 1970 roku Gil wydal swoja pierwszą płytę zatytułowaną „New Black Poet: Small Talk at 125th and Lennox”. Przy nagrywaniu tego krążka asystowali mu: Bob Thiele (z Flying Dutchman Records), który swoją poezją wywarł tak wielki wpływ na Gil’u Scott’cie Heron’ie iż ten nazwał go swoim mentorem. Inspiracja była na tyle silna, że nawet tytuł krążka został zaczerpnięty z tomu poetyckiego Thiele’a. Współtwórcą debiutanckiego krążka Heron’a był także wspomniany wcześniej Brian Jackson oraz muzycy jazzowi: Hubert Laws, Bernard Purdie (później nagrywał min. z The Last Poets), Charlie Saunders, Eddie Knowles, Ron Carter i Bert Jones. Album mocno krytykował media, należące do białych (chodzi oczywiście o numer „Revolution will not be televised”), oraz Amerykańską klasę średnią, która ignorowała problemy biednych, w szczególności czarnych ludzi, zamieszkujących centrum miasta (np. w piosence „Whitey on the Moon”). W 1971 Gil wydał album pt. „Pieces of a Man” – użył na nim bardziej konwencjonalnych struktur w piosenkach. Album brzmiał inaczej niż poprzedni - spoken-word’owy „Small Talk”. W utworach takich jak „Lady day and John Coltrane”, czy „I think I'll call it morning” powoli ujawnia się muzyczna dojrzałość artysty... Krótko potem Gil zaatakował nową produkcją pt. „Free Will” oraz kontrowersyjną publikacją „The Nigger Factory”. Wszystkie dotychczasowe pozycje ukazywały się pod szyldem Flying Dutchman Records – wytwórnia należała do Bob’a Thiele’a (jak wspomniałem wyżej – wielkiego idola Gil'a). Ich współpraca trwała do polowy lat ’70-tych.


Cudowna „Zima w Ameryce”

W 1974 roku wytwórnia Strata-East Records, podpisała z Gil’em i Brian’em Jackson’em kontrakt na jedną płytę. Album najpierw ukazał się w Nowym Jorku i nosił nazwę „Winter in America”. Można powiedzieć, że okazał się on największym „komercyjnym” sukcesem Scott’a Heron’a - zawierał bowiem największy hit „The Bottle”. Numer ten wspiął się wówczas aż na #15 miejsce listy największych przebojów R&B. Moim zdaniem jednak - „Zima w Ameryce” - to bardzo niedoceniona pozycja... Słucha się jej z zapartym tchem, do ostatniej sekundy, a utwory takie jak: „Peace go with you, brother” (z którego korzystali min. Jazz Liberatorz na fenomenalnym singlu pt. „What’s Real” nagranym wspólnie z Aloe Blacc’iem), „Rivers of my father”, „A very precious time”, czy tytułowy „Winter in America” – gwarantują że na pewno będziemy wracać do tej płyty.

Okres TVT Records

W 1975 roku Gil Scott Heron związał się z labelem TVT. Pierwszym krążkiem, jaki ukazał się pod szyldem nowej wytwórni był „The First Minute of a New Day” Midnight Band'u (pod taką nazwą funkcjonował zespól Heron’a w owym czasie). Tego samego roku ukazała się płyta pt. „From South Africa to South Carolina”, zawierająca utwór „Johannesburg”, który był krytyką polityki w RPA i jednocześnie atakiem na apartheid. Mimo poważnego tematu, kawałek zyskał duże uznanie społeczeństwa i wspiął się #29 na liście przebojów R&B. Rok później wytwórnia TVT wypuściła podwójny album „It’s Your World”, na którym znalazły się piosenki, nagrane na żywo w Paul's Mall w Bostonie (Massachusetts) w czerwcu 1976 roku.

Arista i towarzyszące zmiany...

Rok 1977 to początek zmian w twórczości Gil'a. Po pierwsze podpisał on wieloletni kontrakt z wytwórnią Arista. Po drugie w tym okresie Scott Heron nagrał ostatnią wspólną płytę z Brian’em Jackson’em pt. „Bridges”. Krążek zawierał dość wesołe i taneczne numery: „Race track in France” i „Hello sunday, hello road”. Poza tym wielu z was może kojarzyć utwór pt. „We almost lost Detroit”. Samplował go J. Rawls, w kawałku „Brown skin lady” duetu Black Star (Mos Def i Talib Kweli). „Mosty” przerwały długi okres kolaboracji pomiędzy Gil’em i Brian’em. Wraz z rokiem 1978, Scott Heron zdecydował się na współpracę z Malcolm’em Cecil’em (który wcześniej pracował z takimi legendami jak Stevie Wonder, czy Isley Brothers). Ich pierwsza wspólna produkcja to album pt. „Secrets”, zawierający bardzo popularną piosenkę z repertuaru Gil’a – „Angel Dust”, która podejmowała temat narkotyków. W tym samym roku Scott Heron wypuścił w obieg płytę spoken-word’ową – „The Mind Of Gil Scott Heron”, na której zadedykował poemat Jose Campos’owi Torres’owi. W późnych latach 70-tych, bohater mojego artykułu był na tyle rozwścieczony sytuacją w kraju, że musiał poinformować o tym społeczeństwo. Sprawa wyglądała mniej więcej tak: Jose – młody Latynos, zostaje zatrzymany przez wydział policyjny w Houston (Teksas); zakuty w kajdanki, później - dość mocno pobity i poturbowany, a na koniec - zabity i porzucony w okolicach Buffalo Bayou. Departament policyjny w Houston zostaje oskarżony o morderstwo, po czym błyskawicznie oczyszczony z zarzutów. W tamtym czasie media mocno naświetliły to wydarzenie. Jednak Gil, dedykując wiersz zamordowanemu chłopcu, pozostawia po sobie (swego rodzaju) testament. Na przełomie 79\80 – do grupy producentów Gil’a dołączył Nile Rogers, znany z pracy z zespołem Chic. W 1980 ukazuje się krążek pt. „Real Eyes”, zawierający cudowny numer „A legend of his own mind”. W tym samym roku ukazuje się produkcja pt. „1980” – z utworami: „Shut’em down”, czy „Angola, Louisiana”. Rok później słuchacze dostają „Reflections” z tak smakowitymi kąskami jak: „Is that jazz” czy „Gun”, będącym atakiem na amerykańskie prawo do posiadania broni. W 1982 płyta „Moving Target” ujrzała światło dzienne. To na niej znalazły się takie klasyki jak „Fast Lane”, czy „Washington D.C.”.

Politycznie zaangażowany Gil Scott Heron

Pierwszą połowę lat 80-tych w twórczości Gil’a Scott’a Herona można podsumować jako cykl utworów, podejmujących krytykę prezydenta Ronald’a Regan’a i jego konserwatywnej polityki. Gil porównywał go do aktora filmów klasy „B”: „Moja myśl potwierdza fakt, iż ten kraj pragnie nostalgii. Ten kraj chce iść w tył, tak bardzo jak to możliwe – nawet jeżeli to tylko tydzień. Społeczeństwo nie chce stawić czoła teraźniejszości, ani dniu następnemu... chce stawić czoła przeszłości. Dzień wczorajszy był tym dniem, w którym bohaterowie kina akcji ratowali nasz kraj w ostatnim możliwym momencie. [...] Ktoś zawsze przychodzi ratować Amerykę w ostatnim momencie – zwłaszcza w filmach klasy „B”. I kiedy Ameryka znajdzie się w trudnych czasach, które mogą nadejść w niedalekiej przyszłości, społeczeństwo zacznie szukać ludzi takich jak John Wayne. Jednak odkąd Wayne nie jest już dla nich osiągalny - liczą na pomoc Ronalda Regan’a, co stawia nas w takiej sytuacji, jakbyśmy oglądali film klasy „B”." Rok 1982 był dla Scott’a Heron’a dość pracowity. Artysta zdążył nakręcić film pt. "Black Wax" – w reżyserii Robert’a Mugge’a, w którym przez jeden z koncertów przeplatają się liczne wypowiedzi i przemyślenia Gil’a. W 1985 roku, poeta porzuca Ariste i przestaje nagrywać na rzecz koncertowania po to, by ostatecznie zamilknąć na prawie 10 lat. Niektórzy twierdzą, że podczas swojej nieobecności na scenie, piosenkarz borykał się z uzależnieniem od narkotyków. Arista do 1990 roku wypuściła jeszcze trzy składanki. Samodzielnie Gil Scott Heron do własnej twórczości dodał tylko publikacje pt. „So Far, So Good”, która ukazała się na początku roku 90'tego.

Powrót z „Duszami”

W 1993 Gil wraca do TVT Records i na początku ’94-tego wychodzi „Spirits”. Zawiera on między innymi utwór pt. „Message to the Messengers” – poemat w którym komentuje muzykę rap. Można tam znaleźć takie wersy jak: „Cztero-literowe słowa lub cztero-sylabowe słowa – nie zrobią z Ciebie poety, to tylko pokaże jak płytki jesteś i do tego wszyscy się o tym dowiedzą.”; „Młodzi raperzy, jeszcze jedna sugestia – zanim zejdę wam z drogi. Doceniam respekt którym mnie obdarzacie, i to co macie do powiedzenia.”. Scott Heron jest często widziany jako „ojciec założyciel muzyki rap”. A poemat „Message to the Messengers” to swego rodzaju apel do nowej generacji raperów, aby raczej nawoływali do zmian, niż przedłużali teraźniejszą sytuację socjalną. Ponadto chce aby młodzi poeci wyrażali się jaśniej i w bardziej artystyczny sposób. „Jest wielka różnica pomiędzy wkładaniem słów pomiędzy jakąś muzykę, a przeplataniem tych samych słów w muzyce. Nie ma w tym za dużo humoru. Oni używają slangu i kolokwializmów, a wtedy nie widzisz wnętrza artysty. Właściwie, to widzisz tylko jak on pozuje”. - komentuje Gil. Co więcej - płyta zawiera też numer wyprodukowany przez młodego jeszcze wtedy Ali Shaheed Muhammad'a („Don't Give Up”). To nie jedyny mocny punkt; na krążku znajdziemy również kompozycję John'a Coltrane'a, do której Gil dograł wokale (mowa oczywiście o „Spirits”). „Dusze” okazały się bardzo udanym powrotem na scenę po wieloletniej nieobecności.

Koniec kariery i problemy z narkotykami...


Niestety. Przez następne lata kariera Gil’a zaczęła przygasać... W 2001 roku artysta został skazany przez sąd w Nowym Jorku na rok do trzech lat więzienia za posiadanie kokainy. Dwójka „tajniaków” z wydziału anty-narkotykowego aresztowała Gil’a krótko po dokonaniu transakcji z dilerem. Został złapany na „gorącym uczynku”. W sądzie bronił się twierdząc, że policja znęca się nad nim na tle rasowym, a tamtego wieczora tylko wracał do domu. Utrzymywał, że narkotyki podrzucono mu do kieszeni. Z tego powodu poeta pozwał departament policji. Pomagał mu w tym adwokat z urzędu - Robert Kitson (Gil nie był bowiem w stanie opłacić prywatnego prawnika). O wiele gorsze od problemów z prawem wydaje się jego uzależnienie od narkotyków. Była dziewczyna Gil'a - Monique w wywiadzie dla magazynu Voice twierdzi iż: „Gil wydawał około 2000 dolarów tygodniowo na kokainę, nie było go nigdy w domu i mieszkał w jakiejś melinie przez rok. Poza tym jest winny 20,000 dolarów za pogrzeb swojej matki [...] Gdybyście przeżyli to co ja, kiedy musiałam ratować mu życie, ponieważ przestał oddychać. Albo, gdy go znajdowałam bez grosza przy duszy, w towarzystwie dziwek, które sprzedają się za crack... Mało tego, czasem wpadał w paranoje twierdząc, że śledzą go żarówki w mieszkaniu. [...] Gil nie potrafił przyznać się do tego że ma problem. Należy mu się pomoc, bo pewnego dnia może być już na to za późno”... Gil Scott Heron powiedział Voice’owi, że słowa Monique De Latour są nieprawdziwe i oczerniają jego osobę. Poza tym, nie widział tej kobiety od 18-nastu miesięcy. Gil podtrzymuje swoją wersję: nie jest uzależniony od kokainy, poza tym jest zbyt biedny aby sobie na nią pozwolić: „Absolutnie nie jestem uzależniony od kokainy. Poza tym nie uważam że jest ona uzależniająca. Być może jedynie od strony psychicznej. Ale ja nie mam wystarczająco pieniędzy żeby nabyć takie uzależnienie. Myślę, że trzeba by posiadać bardzo duży majątek, aby dorobić się psychicznego uzależnienia od tych rzeczy. Ponadto, musiał bym mieszkać w otoczeniu bogatych ludzi, bo tylko wokół takich możesz nabyć podobne nawyki.”.

Reaktywacja?

Dziś Gil Scott Heron jest wolnym człowiekiem. Gdy ostatnio go widziano, palił tanie papierosy... Był w złej kondycji, wyglądał na chorego. Obecnie artysta ma 58 lat, jest wysoki i nadal bardzo chudy, porusza się niezgrabnie. Dawniej afro było niemalże jego znakiem firmowym. Teraz włosy strasznie mu posiwiały i przerzedziły się. Wszystko w nim wydaje się strasznie podstarzałe, nawet jego ubrania – wygląda jak włóczęga. Jako artysta dał o sobie znać jeszcze w 2001 roku, wydając najpierw tomik poetycki - „Now and Then: The Poems of Gil Scott-Heron” oraz koncertując w Paryżu (zapis z tego wydarzenia dostępny jest na DVD). Następnie podczas przepustki którą dostał w 2002 (odsiadując wyrok), pojawił się gościnnie na płycie „Blazing Arrow” duetu Blackalicious w utworze pt. „First in flight”.

Gil inspiracją dla nowego pokolenia artystów

Gil Scott Heron przez całą swoją artystyczną aktywność pozostawił ogromną ilość interesującego materiału, który nadal inspiruje młode pokolenie poetów i raperów. Człowiek ten nigdy sam nie odniósł komercyjnego sukcesu. Nawet radiostacje, mające czarnoskórych właścicieli, poświęcały mu bardzo mało czasu antenowego. Mimo to, skutecznie docierał do ludzi, którzy pragnęli zmian i rewolucji. Dziś wielu wspomina jego twórczość. Mark T. Watson – student prac Gil’a, zadedykował mu kolekcję poezji „Ordinary Guy” („Zwyczajny Gość”), którą poprzedził wstępem Jalal Mansur Nuriddin z The Last Poets (publikacja ta ukazała się w 2004 roku w Wielkiej Brytanii). Nie pozostaje mi już nic innego jak tylko zachęcić was do odkrycia bogatej twórczości Gil’a Scott’a Heron’a!

Update

5 lipca 2006 roku Gil został skazany na dwa do czterech lat pozbawienia wolności, za posiadanie narkotyków. Wyrok odsiadywał w więzieniu stanowym w Nowym Jorku. Data wygaśnięcia kary Scott'a Herona została wyznaczona 13 lipca 2009, jednak mógł skorzystać z prawa do wcześniejszego zwolnienia. Od 23 maja 2007 roku Gil jest na wolności. Musi jednak mocno uważać, jest to bowiem tylko zwolnienie warunkowe. Ponadto Scott-Heron ogłosił że jest nosicielem wirusa HIV. Był hospitalizowany. Lekarze zaprzestali podawać mu leki, dlatego też opuścił szpital. Oskarżyciel widział, jak podczas leczenia Gil wymykał się na spotkania z Alicią Keys... W 2001 roku wydawca Canongate - Jamie Byng wspomniał o tym, że posiada niewydaną jeszcze książkę Gil'a pt. „The Last Holiday”. Jest to jego autobiografia, nie wiadomo jednak, czy będzie w ogóle wydana. Książka jest „dostępna” na Amazonie, lecz od dłuższego czasu nie można jej kupić. Trudno. Najwyraźniej przyjdzie nam poczekać na „The Last Holiday”. Pozostaje mi zatem życzyć nam wszystkim cierpliwości, a Gil'owi - zdrowia!

PS: Akapity "Reaktywacja?" i "Update" były napisane kilka lat temu, postanowiłem ich nie zmieniać.
--------------------------------------------------------------------

Gil Scott Heron/Brian Jackson
Winter In America
Strata East
1973

Posłuchajcie człowieka, o którego głosie można śmiało powiedzieć że brzmi jak instrument. Za to sam Scott-Heron jest mistrzem w posługiwaniu się nim. Słyszałem już kilka jego płyt, oglądałem film dokumentalny pt. „Black Wax” – i zaczarowany jego głosem, nigdy nie dosłuchałem się, żeby zdarzyło mu się fałszować. Zwyczajnie jest genialny w tym co robi. Do współpracy na tę płytę zaprosił swojego przyjaciela Brian’a Jackson’a którego poznał jeszcze na studiach. W późniejszych latach jeszcze wiele razy z nim kolaborował – wypuszczając kilka naprawdę znakomitych płyt...

Zima cały czas nie chce nas opuścić, ze zniecierpliwieniem czekamy na wiosenny powiew wiatru. Dlatego warto sięgnąć po płytę która też jest jakby z pogranicza tych dwóch pór roku. „Winter In America” Gil’a Scott’a Heron’a i Brian’a Jackson’a przypomina klimatem marcowe pomieszanie z poplątaniem. Takie skojarzenia mogą nam przyjść do głowy – gdy interpretujemy tytuł słuchając samej muzyki. Bo gdyby przyjrzeć się bliżej jego poezji która wplatana jest w te kompozycje, można odnieść wrażenie że Gil jest wieszczem, który chce pomóc społeczeństwu przejść trudny okres który trwał w latach 70-tych. Numer „A very precious time” – zwiastujący nadejście wiosny, rzeczywiście mógł nastawiać optymistycznie ludzi, którzy czekali na ocieplenie stosunków z państwem. Warto wspomnieć też o utworze „Peace go with you, brother” – tutaj panuje powszechny spokój, pomiędzy basem Danny’ego Bowens’a i elektronicznymi klawiszami Brian’a Jackson’a, pływa sobie przejęty i zatroskany wokal Gil’a (to właśnie z tej kompozycji korzystali Jazz Liberatorz w kawałku „What’s Real”). W prawie 9-cio minutowej piosence „River of my father” muzycy nie przyśpieszają tempa. Nadal jest leniwie i odprężająco. Jackson sięga po pianino akustyczne, a Bob Adams spokojnie, jakby od niechcenia akompaniuje mu na perkusji. Na tej płycie znalazło się też miejsce na hit! Chodzi o numer „The bottle” w którym Scott-Heron podejmuje temat uzależnienia alkoholowego. Dlaczego zaznaczyłem że to przebój? Otóż w okolicy ’74-tego roku ten joint zdobył 15-naste miejsce na liście najlepszych kawałków R&B. Podobno było to największe osiągniecie na listach przebojów Gil’a Scott’a Heron’a. Ponadto, artysta znalazł też miejsce na satyrę. „H2Ogate Blues” to ośmieszenie afery Watergate i prezydenta Nixon’a. Być może Scott-Heron był w sowich czasach tylko trochę mniej radykalny niż Public Enemy w latach 90-tych? W każdym razie na pewno równie skuteczny.

Na tym albumie jest bardzo wiele różnych czynników, które bardzo fajnie współgrają ze sobą. Soul, funk, jazz wzajemnie się przenikają, tworząc kolaż wielu nastrojów które równie udanie wzajemnie się zestawiają. Jest tu miejsce na wesołe fragmenty, ale też na fragmenty melancholijne. Ale w tym wszystkim i tak najlepszy wydaje się być sam główny bohater – Gil Scott-Heron – bardzo świadomy, czarny poeta!
---------------------------------------------------------------------

Gil Scott Heron
Spirits
TVT Records
1994

Nie potrafię przyjąć do wiadomości, że „Dusze” to ostatnia produkcja jaka wyszła spod rąk Gil'a Scott'a-Herona. Jego przewlekłe problemy z narkotykami i dodatkowo choroba, która go dotknęła, wydawałoby się, że przekreślają jego dalszą karierę na zawsze... Cofnijmy się do 94-tego roku, gdzie po 12 latach nieobecności na scenie muzycznej Gil powrócił w świetnej formie.

Spirits” ma w sobie całą siłę, która tkwiła w dotychczasowych dokonaniach Gil'a. Głos i teksty cały czas tak samo mocne, tematyka podobna: trochę o kobietach – tyle samo o polityce. Mnie najbardziej urzeka trzyczęściowy, wydłużony kawałek „Home Is Where the Hatred Is” - tutaj pod tytułem „The Other Side part. 1,2,3”. Gil Scott Heron jest jakby świadomy swojej choroby związanej z uzależnieniem od narkotyków - powtarza te same słowa co na płycie z 71-ego roku („Pieces of a Man”):

[...] stand as far away from me as you can and ask me why
hang on to your rosary beads
close your eyes to watch me die
you keep saying, kick it, quit it, kick it, quit it
God, but did you ever try
to turn your sick soul inside out
so that the world, so that the world
can watch you die

home is where i live inside my white powder dreams
home was once an empty vacuum that's filled now with my silent screams
home is where the needle marks
try to heal my broken heart
and it might not be such a bad idea if i never, if i never went home again [...]

Jednak tym razem piosenka jest błaganiem bliskich o pomoc. Gil Scott Heron dobrze wie, że może liczyć na przyjaciół. Mimo to nie potrafi tej pomocy przyjąć. Szkoda tylko że w piosenkach potrafił być szczery do bólu, a w prawdziwym życiu nie przyznaje się do uzależnienia. „The Other Side...” jest pełen dramaturgii: autor mówi że rzuci nałóg jutro, ale zdaje sobie sprawę że „jutro” może nie nadejść. Szuka w życiu nowego początku, ale nie może go znaleźć. Konfesja urozmaicona jest przez dość pokaźną grupę muzyków: Fima Ephron i Rob Gordon (bass), Rodney Youngs (perkusja), Ibrahim Shakur (flet), Ed Brady (gitara), Larry MacDonald i Tony Duncanson (bębny), Leon Williams i Ron Holloway (saxofony), a na pianinach wieloletni partnerzy: Brian Jackson i Gil Scott Heron. Całość zmiksował Malcolm Cecil (pracował między innymi ze Stevie Wonder'em). Oprócz tego na płycie znajdujemy hołd w kierunku mistrza - John'a Coltrane'a, który przez całe życie inspirował Gil'a – to oczywiście w tytułowym „Spirits”.

Wyżej napisałem że „Dusze” zawierają dotychczasowy dorobek muzyczny Gil'a. Ośmielę się dodać, że nawet poza niego wykraczają. Po pierwsze album zawiera utwór „Message to the Messengers”, ostrzegający przyszłe pokolenie raperów, aby mądrze używało swojej siły. Po drugie do współpracy został zaproszony Ali Shaheed Muhammad (miał wówczas zaledwie 23 lata), dzięki czemu producent ATCQ zaliczył wkład w bardzo mocny kawałek pt. „Don't Give Up”.

„Ojciec chrzestny rapu” na ostatniej płycie komentuje hip-hop, ale też zaprasza członka tej społeczności do pracy. 29 marca 1994 roku gdy „Spirits” ujrzało światło dzienne, Gil Scott-Heron doskonale wiedział czego dokonał i co po sobie zostawił... Szacunek mu za to!

PS: Dwie powyższe recenzje, to teksty które również powstały 5-6 lat temu. Dziś pewnie napisałbym je inaczej. Ciekawskim polecam również film dokumentalny, który linkowałem tutaj.